DRUKUJ

 

Idzie Wiosna, rozdział 42.

Publikacja:

 15-05-27

Autor:

 idzie_wiosna
…po wyjściu z izby chorych, - westchnąłem, bo znów powróciły te wspomnienia, które ostatnio tak natarczywie mnie nachodziły - gdy wróciłem po dwóch tygodniach pobytu w tym niby-szpitaliku, w tym miejscu, w którym są przetrzymywani w wojsku chorzy, w miejscu, w którym wynudziłem się do granic możliwości, w miejscu, gdzie miałem wystarczająco dużo czasu by sobie to wszystko dokładnie przemyśleć…
Przemyśleć na spokojnie, niemal rozbierając wydarzenia z tego niezwykłego jednak dnia na szczegóły, na poszczególne, następujące po sobie zdarzenia, zastanowić się co mam dalej robić, jak się teraz, gdy tylko w końcu będę mógł wyjść na miasto, jak mam się zachować gdy wyjdę wreszcie na przepustkę.
Nawet teraz, gdy szedłem trzymając Joannę za rękę, gdy to Joanna a nie Agata była ze mną, gdy razem szliśmy nie odzywając się do siebie, szliśmy powoli, nie spiesząc się lekko pnącą się w górę uliczką w stronę nadmorskiego parku myślami byłem zupełnie gdzie indziej. Znów, zupełnie nie mając na to wpływu widziałem wydarzenia, które rozegrały się przecież wiele lat temu.

* * *
Tak się niefortunnie złożyło, że niemal od razu, że już pierwszego dnia na kapeli nie dość, że podpadłem szefowi, to jeszcze i moja przepustka wylądowała w sejfie „Bażanta”. W sejfie dowódcy naszej kapeli.
Poszło o jakąś duperelę, o jakąś w zasadzie nieistotna rzecz. Nieistotną, choć równie dobrze można to było podciągnąć nawet i pod celową dewastację mienia wojskowego. Gdyby tylko Bażant chciał, to mógłby mnie udupić, mógłby to rozdmuchać i zrobić z tego aferę. Mógłbym ponieść surowe, zupełnie nie adekwatne do tego co zrobiłem konsekwencje.
Z nudów, nie mając co popołudniami robić na izbie chorych, gdzie po piętnastej niemal nikogo już nie było i nawet specjalnie nie miałem do kogo tam gęby otworzyć a na znajdującą się o dwa piętra wyżej kapelę nie wolno mi było wyjść zabawiałem się kulką z łożyska. Ciężką, stalową kulką z jakiegoś starego, rozsypanego łożyska.
Nie wiem skąd ta kulka się tam wzięła, nawet specjalnie nie pamiętam gdzie ją znalazłem i jak tam, na izbie chorych weszła w moje posiadanie bo przecież musiała pochodzić z jakiejś naprawianej, ogromnej maszyny. Ktoś z kompani technicznej może ją tam przywlókł, ktoś kto był tam przede mną i zapominając o niej ją zostawił. Gdzieś ją, całkiem przypadkowo znalazłem i w taki to właśnie sposób teraz ja wszedłem w jej posiadanie.
Po powrocie z izby chorych chciałem wyjść na przepustkę, bo po tych dwóch, wyjątkowo długich tygodniach izolacji miałem trochę spraw do załatwienia. Chciałem się też, a może i przede wszystkim spotkać z Agatą, planowałem do niej pojechać ale szef, drugi po dowódcy człowiek na kapeli, z którym to przecież zawsze byłem w dobrych układach, oburzony tym, że zapisałem się na przepustkę, że jeszcze dobrze nie wróciłem a już chcę gdzieś iść i widząc moje nazwisko w książce wydarł się, że jeszcze dobrze nie wyzdrowiałem a od razu czegoś chcę. Szlak go wręcz trafił i wrzeszczał na całą kapelę, że jak na przepustkę to zawsze jestem pierwszy a jak były grania, to nie było komu grać, to mnie wtedy nie było, bo przecież sobie chorowałem. Był wściekły na to, że akurat teraz się urwałem, że akurat właśnie teraz, dziwnym trafem bo nie chciałem godzinami na placu apelowym ćwiczyć z orkiestrą musztry paradnej, że akurat teraz, gdy orkiestra przygotowuje się do przeglądu, to ja się w dziwny sposób rozchorowałem, i że rozwaliłem mu cały harmonogram zajęć.
Fakt, że beze mnie raczej trudno było pracować nad poszczególnymi układami i dobrze wiedziałem, że szef chcąc się akurat w taki sposób na mnie zemścić nie dał mi tej cholernej przepustki.
Wściekły na cały świat uwaliłem się na swoje wyro i leżałem gapiąc się bezmyślnie w sufit. Cholera mnie brała, że nic się nie zmieniło, że nadal jestem uziemiony tak, jak na tej głupiej izbie chorych, tylko że teraz leżę dwa piętra wyżej.
Z nudów sięgnąłem po swój instrument leżący w futerale pod łóżkiem, jak zawsze w tym samym miejscu, wciśnięty w kąt, pod samą ścianę tak, by niepotrzebnie nie rzucał się w oczy. Nie powinien leżeć tu ale stać w Sali Instrumentów, w przeznaczonym na to regale ale to był mój prywatny a nie wojskowy saksofon. Z tej tylko racji, że był to dobry, markowy instrument, a takich wtedy brakowało na kapeli miał przywilej tu, w wojskowej przecież orkiestrze być.
Tak prawdę mówiąc, to ja, jako jeden z nielicznych… z bardzo nielicznych miałem na kapeli jakieś tam przywileje. Gdyby nie to, że w tym co robiłem byłem dobry, że nie było wtedy nikogo, kto mógłby się ze mną mierzyć to pewnie już dawno wyleciałbym z kapeli na zbity pysk. A czasem się tak zdarzało, i to w stosunku do tych ze służby czynnej, którzy z pewnością stwarzali zdecydowanie mniej problemów niż ja, że nagle, całkiem niespodziewanie byli przenoszeni z orkiestry na inne pododdziały.
Potrafiłem zaszaleć, podokuczać wszystkim robiąc sobie jakieś głupie żarty nie tylko ze swoich kolegów ale i z trepów, z muzyków w służbie zawodowej, których kunszt muzyczny najczęściej był przedmiotem moich niewybrednych docinków. Tylko ja byłem zdolny do tego by zrobić jakiś przypał, czasem beznadziejnie wręcz głupi i tylko dlatego może nie wyrzucili mnie, bo poza mną, no i oczywiście Bartkiem to nikt nie miał tu skończonej średniej szkoły muzycznej.
Szkoła, szkołą. Grałem. Po prostu grałem jak na potrzeby orkiestry wojskowej wyjątkowo dobrze. I to właśnie było moim atutem. Potrafiłem rozpisać partyturę na całą orkiestrę niemal z marszu, niemal na kolanie i do tego tak, jak nasz dowódca, kapelmistrz nie był w stanie tego zrobić, o wiele lepiej niż on ale jednak nie tak jak zrobiłby to Bartek. Bartek w tym zawsze był najlepszy. Ja za to potrafiłem, i to tylko ja, bo przecież nie mieliśmy na kapeli lutnika naprawić każdy instrument.
No i oczywiście naprawiałem też skarpetę. Nowiutką ale często psującą się, w kolorze ”piasek pustyni” „Syrenkę” Bażanta.
Wyjąłem saksofon z futerału, chwilę mu się przyglądałem, zastanawiałem się już nawet czy go może nie wypolerować bo przez te dwa tygodnie trochę zaszedł, zdążył już nieco zmatowieć ale doszedłem jednak do wniosku, że nie mam na to ochoty, że po prostu mi się nie chce i w końcu zacząłem ćwiczyć. Jakieś tam palcóweczki, jakieś gamy, pasaże, pochody harmoniczne aby wreszcie całkiem automatycznie, jakby to było coś oczywistego, taka wręcz naturalna kolej rzeczy zacząłem coś tam sobie grać.
Czas mi tak szybko zleciał, że nawet nie spostrzegłem jak minęła pora kolacji. Nie poszedłem na nią, nikt się też nie odważył przeszkadzać w moich harcach na instrumencie i nie powiedział mi, że chłopaki wychodzą na stołówkę ale za to ktoś z młodego rocznika przyniósł mi ze stołówki moją porcję.
Spojrzałem na talerzyk. Oczywiście, żadna rewelacja, jak zwykle dwa kawałki czerstwego już chleba i kawałek pasztetówki. Położyłem saksofon na łóżku, wyjąłem z szafki wojskowy niezbędnik i zacząłem jeść, nie śpiesząc się, myśląc znów o tym jaka to wielka niesprawiedliwość mnie spotkała, że muszę tu jak więzień siedzieć. Później, gdy wychodziłem z sali po wodę na herbatę, którą miałem zamiar sobie zrobić namacałem w kieszeni, całkiem przypadkowo tą właśnie stalową kulkę z łożyska.
Zupełnie się nad tym nie zastanawiając, z nagle zalewającą mnie furią zamachnąłem się i z całej siły rzuciłem ją w kierunku stojącej w końcu korytarza szafy. Nie przewidziałem tego, że kulka ta przebije się, że wybije w jednych z wielu znajdujących się w szafie, zrobionych z cienkiej dykty drzwiczek, tych właśnie, w które akurat trafiła dziurę. Równiusieńką, okrąglutką, jakby ktoś tą dziurę celowo tam wywiercił.
I o tą to właśnie dziurę w szafie zrobiła się cała ta afera. Draka, jakby to nie wiadomo co się stało. Nie takie już numery robiłem i nic, a tu, o głupią dziurę w szafie, którą jak na złość „Bażant” spostrzegł niemal od razu następnego dnia oberwało mi się. Choć nikt nic nie widział, choć nikt mi nic nie był w stanie udowodnić wszyscy i tak wiedzieli, że to moja sprawka.
- Psia kość… - wysyczał stary po odebraniu od dyżurnego porannego raportu, cały czas wpatrując się w wybitą przeze mnie dziurę w szafie - Co to u licha jest?
Nikt się nie przyznał, że coś widział, że choćby coś przez przypadek słyszał, nikt nie wskazał na mnie palcem ale i tak zostałem za to ukarany. Moja przepustka wylądowała w sejfie a przecież planowałem, przecież musiałem pójść do Agaty. Chciałem jej kupić jakiś kwiatek, porozmawiać, wytłumaczyć dlaczego zginąłem, dlaczego mnie nie było przez te dwa tygodnie. Zginąłem akurat teraz, zaraz następnego dnia po tym jak się w lesie, tak nieoczekiwanie i tak całkiem spontanicznie kochaliśmy.
Jak na złość telefon na Brygadzie, jedyny aparat z jakiego mogliśmy dzwonić na miasto był zepsuty. Byłem bezradny, nagle uwięziony w koszarach, choć właśnie teraz chciałem zrobić coś ważnego, coś co leżąc przez te dwa tygodnie na Izbie Chorych dokładnie sobie przemyślałem. Chciałem porozmawiać z Agatą, zaproponować jej byśmy byli ze sobą, byśmy, jak to się popularnie mówiło zaczęli chodzić ze sobą a tu, tak niespodziewanie zaczęło się wszystko pieprzyć, wszystkie moje plany nagle zaczęły się sypać, nagle zostałem uziemiony. Uziemiony i nawet nie miałem pojęcia na jak długo.
Po raz pierwszy zacząłem się obawiać tego, że tym razem Bartek mając nade mną tą przewagę, Bartek który mógł popołudniami wychodzić na miasto wykorzysta to, że w końcu, jak dostanę z powrotem swoją stałą przepustkę i też będę mógł wyjść, to tym razem nie będę już miał po co iść do Agaty, że będzie już za późno.
Co miałem zrobić? Czułem się zupełnie bezradny, zupełnie niespodziewanie zostałem wykluczony z tej gry. Miałem może prosić Bartka by pośredniczył? Za jego pomocą przekazywać jakieś informacje Agacie? Może miałem mu dawać do niej jakieś głupie liściki?
To przecież byłoby całkiem bez sensu, a nawet i nie fair w stosunku do niego, choć mojego dobrego kumpla, może nawet i przyjaciela to jednak, jeśli chodzi o Agatę, niemal od samego początku jednak rywala.
Dzień za dniem mijał. Telefon w budce na Brygadzie cały czas uparcie milczał, cały czas był nieczynny jak zawsze wtedy gdy był wyjątkowo wręcz potrzebny a ja, na domiar złego dołożyłem sobie. Dołożyłem, jakby mi było mało tego co już miałem. Dołożyłem, bo coś mi odbiło i zrobiłem numer Budyniowi.






dalszy ciąg znajdziesz na:
http://www.idziewiosna.blox.pl
zapraszam

Data:

 sukcesywnie od 2005 r.

Podpis:

 Maciej K.

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=78261

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl