DRUKUJ

 

Kilka naiwnych słówek o myślach kobiecych

Publikacja:

 15-09-06

Autor:

 brudnopis
Kiedy ja sobie dałam wmówić, że prawdziwa miłość, miłość na długo i szczęśliwie zaczyna się od wielkiej, niespodziewanej przygody, odrobiny niechęci, szczypty skandalu, esencji z namiętności, zerowej ilości porozumienia? Kiedy doszłam do wniosku, że jej kontynuacją powinny być jakieś wielkie kłótnie, wypadki, docieranie się, trzaskanie drzwiami, bolesne rozstanie, rozstania? Kiedy stwierdziłam, że zakochanych na wieki może połączyć jedynie wielkie, szaleńczo romantyczne wyzwanie podjęte przez ukochanego, jakiś bieg w maratonie, gonienie w środku burzy na hulajnodze lub dziecięcym rowerku? Wyciąganie z nie wiadomo skąd nie wiadomo kiedy obrzydliwie wielkiego pierścionka zaręczynowego po chwilowej znajomości i przyjmowanie go bez zastanowienia bo TAK, to ten jedyny?

Czy stało się to już wtedy, gdy jako dziecko obejrzałam pierwszą bajkę z przepięknymi księżniczkami, czekającymi w trumnach na galopujące na białym rumaku jedyne źródło i sens ich życia? A może gdy jako mała dziewczynka potajemnie oglądałam brazylijskie telenowele, gdzie naprzemiennie zakochani całowali się, wrzeszczeli, wyznawali sobie miłość i wzajemnie tłukli po gębach, tak że odgłos niósł się z powodzeniem do następnego odcinka? A może to te pierwsze, kupowane w kioskach Harlequiny z różowymi okładkami i pudrowymi zakończeniami? Lub te słodkie komedie, na które chadzało się często do kina? Kiedy, mimo tylu szarych, całkowicie normalnych lecz szczęśliwych par, które znałam doszłam do wniosku, że mój związek musi być inny, musi być... hollywoodzki?

Kiedy ja sobie zdałam sprawę, że cudna rzeczywistość to ta, w której wracasz do domu, a w zlewie nie ma brudnych garnków. Kiedy otwarły mi się oczy na nieskazitelne piękno czekającego na mnie obiadu, prostotą przyjemność płynącą ze wspólnego wieczornego czytania, wspólnych kąpieli, robienia zakupów z myślą o tym co on lubi... obserwowania, jak coś naprawia... Kiedy stało się oczywiste, że najciekawsza przygoda to ta, w której sunie się powoli górską ścieżką, a on rycersko niesie twój plecak, w który nie wiadomo po co zapakowałaś zapasowe buty i nie narzeka... to takie heroiczne, że mimo twoich obfitych kształtów postanowił przerzucić cię sobie przez ramię i przenieść przez kałużę i nawet się nie zająknął, że trochę ci się przytyło. Kiedy oczekiwanie fajerwerków, drogich prezentów, tego że ty będziesz kopciuszkiem, a on będzie księciem, wydało mi się największym możliwym błędem?

Ach, pamiętam już. Jak to wszystko tak doszczętnie spierdoliłam. Aż chce się wyć. Gdy o tym pomyślę, chce mi się płakać i kochać jednocześnie. Takie to było piękne, z daleka widać to wyraźnie, z bliska zabrakło odpowiedniej perspektywy. Cóż począć, zmarnowane szanse. Niedocenione starania. Wielkie tęsknoty. I takie codzienne pragnienie, że jednak póki żyjemy, TO w nas do końca nie umarło. Pojawi się w drzwiach, taki spokojny, cierpliwy, czasem wręcz leniwy w ruchach. Pojawi się, ciężkim ruchem zrzuci swoją kurtkę, taką wielką, że dla mnie mógłby być to płaszcz i wyciągnie szerokie ramiona przed siebie:
- Chodź głuptasie.
- Ja nie chciałam...
- Wiem, że nie chciałaś.
Pocałuje w czoło, utuli, sprawi, że znów stanę się małą dziewczynką. Nakarmi. Pocieszy, choć zasadniczo nie ma pojęcia czemu jest mi smutno. Odnajdę ten błogi spokój, który głupcy mylą z nudą.



* Serdecznie zapraszam do komentowania i polubienia mojej strony na Facebooku: https://www.facebook.com/brudnopiss

Data:

 2015

Podpis:

 Agnieszka Parzych

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=78648

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl