DRUKUJ

 

Ramię Przeznaczenia

Publikacja:

 15-10-14

Autor:

 OdwiecznyWrog
Musimy dokonać wyboru...

To nie był dobry dzień. Smutny nastrój złapał mnie i przyciągnął do siebie, jeszcze zanim się obudziłem. Leciałem w nieznane, przebijając się przez ciemną otchłań opuszczonego przez wszystkich świata i za żadną cenę nie mogłem się obudzić. Coś mówiło mi, żebym tutaj został, że ja przecież muszę tu być. Że przecież żadne inne miejsce nie jest w stanie, mnie pomieścić. Coś trzymało mnie za serce, próbując zniewolić moje życie. Kłamiąc, że tak przecież trzeba. Gniotąc wszystkie moje pragnienia. Niwecząc cały mój dorobek, który tak ciężko budowałem. Wbijało we mnie swoje ogniste szpony, chcąc ściągnąć mnie niżej i niżej. Tak jakbym jeszcze nie osiągnął dna... Chciało mnie zmienić, wykorzenić ze mnie całe moje ja, zamieszać w moim umyśle tak, żebym przestał się wreszcie szarpać, żebym przestał walczyć. Nic z tego...

To nie był dobry sen. Uniósł mnie daleko. Do miejsca, z którego nie można wrócić obojętnym. Spędziłem tam całe tygodnie, snując się pośród na wpół umarłych drzew. Błądząc po szarej, na wpół umarłej trawie. Kaleczyłem ręce i nogi szukając światła, które nigdy nie istniało. Nie znalazłem nic prócz strachu i beznadziei. Nie odnalazłem ani ciebie, ani nawet siebie. Nawet najmroczniejsze koszmary jakie dotąd spotykałem na swojej drodze, nie były tak przerażające, jak to co czułem tutaj. W tej beznamiętnej, pozbawionej jakiegokolwiek znaczenia przestrzeni. Niekończąca się męka, pomieszana z niekończącym się strachem. Strachem przed tym, że mógłbym cię nigdy nie ujrzeć. Nigdy nie mieć przy sobie. Strachem, który zniewala do tego stopnia, że chce się wyć z całych swoich sił, a jednak nie można wydobyć z siebie nawet najmniejszego pisku. Strachem, który odmienia oblicze, a duszę przemienia w niebyt.

To nie był dobry sen. Niespokojny i rozmyty błąkałem się bez celu między tysiącem różnych drzwi, z których większość i tak pozostanie na zawsze dla mnie zamknięta. Szukałem odpowiedzi, a przecież nawet nie znałem pytań. Szukałem tego jedynego klucza, do zagadki mojego życia, który pozwoliłby mi się stąd wydostać. I każdy kolejny krok wydawał się być wiecznością. Wiecznością, która raniła bardziej niż te wszystkie noże, co to wbiły się do tej pory w moje plecy i serce. Raniła swoim przemyślanym okrucieństwem wiedząc, że ja nie potrafię przecież... Nie potrafię przestać o tobie myśleć...

Mimo, że tyle już śpię, to jestem coraz bardziej zmęczony. Pogrążam się głębiej i głębiej w otchłań. Spadam. Zmierzam donikąd. A tyle chciałbym jeszcze powiedzieć. Tyle zobaczyć. Tyle stworzyć... Tyle miałem czasu na to, by się odnaleźć, by poukładać całe swoje życie w jakiś logiczny ciąg zdarzeń. By wyciągnąć wnioski, by rozplątać nić swojego przeznaczenia i zdobyć to, czego zawsze pragnąłem. Tyle miałem czasu i tyle go zmarnowałem...

Moja historia nie zaczyna się i nie kończy. Czuję, jakby trwała wiecznie. Jakbym od zawsze szukał tej jednej, jedynej drogi, która wyprowadzi mnie z ciemności. Bym mógł znowu ujrzeć ciebie. Ale ciebie nie ma. Może nawet nigdy nie było. Tak wiele już nie pamiętam... Jesteś pewnie tylko wytworem mojej chorej wyobraźni, moja piękna, jedynie słuszna istoto. Zniekształceniem, które ogarniająca mnie samotność powołała do życia, bym mógł choć na chwilę poczuć się potrzebny. Jesteś falą zagubioną podczas sztormu, niewyraźnym brzegiem spokojnej wyspy, zatopionej w oceanie szarej mgły. Wyobrażeniem. Moją piękną, jedynie słuszną istotą...

Chociaż nie! To nie może być prawdą! Gdybym sobie ciebie tylko wyobraził, to zawsze bylibyśmy razem. Nigdy nie musiałbym cię szukać. Nie musiałbym czekać, aż się do mnie odezwiesz... Trwalibyśmy obok siebie przez wszystkie wieki w smutku i w radości, wspierając się w potrzebie, gardząc czasem, który powoli wszystko niszczy. Zabija w nas to, co wydaje się być najpiękniejsze. Wypala nasze oblicza, odziera z marzeń.

Nasz świat jakby się rozszerzył i poprzecinał nas szarością. To przez niego oddaliliśmy się od siebie. To przez niego, na pewno nie przeze mnie...

Widzę światło. Czy to jest już koniec?
- Budzi się.
Słyszę muzykę uderzającą w rytm bicia mojego serca.
- Budzi się...


...czy pozostać niezmienionym...

Dzień nie zapowiadał się inaczej niż zwykle. Wsiadłem do samochodu, mając nadzieję, że tym razem odpali za pierwszym obrotem kluczyka. Nie odpalił ani za drugim, ani za trzecim razem. Pomyślałem, że do czterech razy sztuka... Gdyby jeszcze nie ten deszcz, to byłbym w stanie to jakoś znieść. A przecież kiedyś tak bardzo kochałem te maleńkie krople. Zamknięte w niewielkiej, mokrej kuli światy, które spadały na wszystko i wszystkich, by po pewnym czasie wyparować i znowu unieść się ku niebu. Krople, które w czasie swojego istnienia widziały więcej, niż wszyscy ludzie razem wzięci. Przeżywały romanse i zdrady, rozstania i powroty. Widziały miłość i nienawiść, nasze życie i naszą śmierć.

Uwielbiałem wybierać się na spacer, kiedy wszystko wokół mnie mokło. Kiedy wszystko wkoło wyglądało, jakby zalewało się łzami, płacząc z powodów, których nikt nigdy nie zdoła pojąć. Wtedy nawet ja, bez jakiegokolwiek wstydu, też mogłem płakać. Razem ze wszystkim. Ukrywając się za wilgotną ścianą, stawałem się niewidzialny. Znikałem przed problemami mojego małego, połamanego świata. Czułem się jak szczęśliwe dziecko, które niczym nie musi się przejmować.

Gdy padał deszcz, byłem sobą. Byłem częścią tej mokrej przestrzeni, a nie wyizolowanym wyrzutkiem, który boi się własnego cienia. Boi się, że już dawno przestał żyć, a przecież tak naprawdę, nigdy żyć nie zaczął.

Tak, kochałem deszcz. Ten ciepły, letni, który przyjemnie opływa całe ciało, ale też ten chłodniejszy, jesienny, który budzi do życia, kiedy wszystko wokół wydaje się zasypiać. A dzisiaj przeklinam Boga, w którego istnienie już nawet nie wierzę, że zesłał mi pogodę, która od rana próbuje mnie dobić.

I udało się...
...Odpalił...

I znowu jadę do biura, by niewolniczą pracą zarobić jakiś grosz. Głównie po to tylko, żeby wieczorem mieć za co się nawalić. By znowu na chwilę zapomnieć, że przez całe swoje życie robię coś, czego nienawidzę.

- Rzuć to.

Już tyle razy to przerabiałem, że nie mam siły, by o tym myśleć. Czasem życie po prostu się toczy. Jak wielki głaz, albo lawina, której nie jesteśmy w stanie powstrzymać. Nie potrafimy zepchnąć jej na bok i uciec, żeby nas nie przygniotła, nie zabrała w miejsce, w którym nie chcemy być. Tak bywa. A przynajmniej tak to sobie tłumaczę. Ludzie to są takie dziwne istoty, które na wszystko muszą mieć wytłumaczenie. Boją się umierać, więc wierzą, że będą żyli wiecznie. Tworzą sami sobie światy, do których chcieliby się za wszelką cenę dostać, nawet gdyby miało to kosztować życie setki innych ludzi. Tłumaczą się za swoje lenistwo, za to że przecież nie mogą, chociaż bardzo chcą. Chcą pokonać swój strach, swoje lęki, zacząć zdobywać to, czego pragną, nic w tym kierunku nie robiąc. A może to tylko ja tak mam?

I znowu sam siebie nakręcam. I znowu wszystko mnie wkurwia. Kobieta z psem przechodząca przez drogę i zmuszająca mnie, żebym się zatrzymał. Czerwone światła na skrzyżowaniu. Jakiś rowerzysta, który zamiast jechać ścieżką, pcha się na siłę na ulicę. Najchętniej bym go rozjechał, ale niestety boję się wziąć odpowiedzialność za jego głupotę. A czas dłuży się coraz bardziej. Mijam te same budynki, te same drzewa, a nawet tych samych ludzi, a pomimo wszystko i tak nie wiem, dokąd zmierzam. Czuję się, jakbym był pijany. Chociaż możliwe, że po wczorajszej próbie przetrwania nocy, jeszcze nie wytrzeźwiałem...

I znowu parkuję na tym samym miejscu. Na uboczu, z dala od wszystkiego. I znowu pnę się po schodach w górę, na dwudzieste drugie piętro tego przeklętego wieżowca. Idę, by zasiąść na tym niewygodnym krześle. Czemu tak bardzo nienawidzę windy? Głupiej windy się boję, a co dopiero życia, które jest przecież dużo bardziej skomplikowane. I usprawiedliwiam samego siebie, że to przecież dla mojej własnej kondycji tak się codziennie wspinam. Dla zdrowia. Ha, ha, ha! Dla zdrowia o ironio. Dla zdrowia to ja powinienem przestać pić...

Jakie to wszystko jest pojebane, jakie głupie jest. Na biurku, jak zwykle zresztą, leży stos dokumentów, które powinienem przejrzeć już na przedwczoraj. Nieistotny stos z życiem przypadkowych osób. Zwyczajny, pozbawiony koloru i sensu, bezkształtny stos, który najchętniej bym podpalił. Ale nie jestem w stanie tego zrobić. Więc zamiast najpierw napić się kawy, od razu zabieram się do pracy, żeby zanim się stąd wyczołgam, zrobić jak najwięcej. Może później uda mi się cokolwiek zjeść. Może wreszcie ktoś przypadkiem do mnie zaglądnie i da do zrozumienia, że robię dla tej firmy kawał dobrej roboty. Ktoś przyjdzie i powie, żebym zrobił sobie przerwę, żebym sobie odpoczął. Tak to jest. Wszystko robię już mechanicznie, a myślami odpływam daleko stąd. Tam, gdzie naprawdę chciałbym być...

Odpływam do tych spokojnych miejsc, gdzie czas po prostu nie płynie. Gdzie drzewa oddychają w takt poruszającego się powietrza. Gdzie wszystko wokół milczy, a jednocześnie mówi więcej, niż miliony ludzkich słów. Gdzie głębia odczuć zniewala swoją mocą, a każdy najmniejszy promień Słońca jest jak kolejna nuta, w nieskończenie trwającej symfonii. Jak wiele jest takich miejsc, mogłem się przekonać nawet dzisiaj. Bo czasem wystarczy tylko szerzej otworzyć swój umysł, uwolnić zmysły i wyjść nawet przed dom, na ulicę, żeby dostrzec to, czego na co dzień nie widać. Czasem wystarczy wyjazd w góry, na szlak, którym nikt nigdy wcześniej nie podążał. Czasem wystarczy pójść nocą na plażę, by zatopić się w nieskończonej głębi zimnej substancji, która każdego dnia pozwala nam żyć. Czasem wystarczy po prostu być. Być z tą jedyną osobą. I miałem to wszystko, a teraz nie mam już nic. Dlaczego mi to zrobiłaś?

Bezduszny zegar wybił piątą i wyrwał mnie ze świata marzeń, by zastąpić go szarą rzeczywistością. Nienawidzę szarości.

I tak mija mi kolejny dzień. Znowu schodami w dół idę, by przekonać się, za którym razem ten złom odpali. Tym razem nie odpalił już wcale.

- Trudno.
Przynajmniej deszcz już nie pada.
- Przejdę się.

Wieczór był bardziej przejrzysty niż zwykle. I może to być niezrozumiałe, ja sam też tego nie rozumiem, ale czasem wyjście z tej monotonii, wydaje się być czymś zbawiennym. Mocno powiedziane. Czy już aż tak bardzo się w to wszystko wkręciłem, że zwykły spacer jest wyjściem z monotonii? Jednak to odejście od rutyny, było w tym wypadku niezwykłym przeżyciem. Noc, którą spotkałem w drodze do domu, była czymś, czego nie da się opisać. Można próbować, ale opisać się nie da. To jest taki czas, kiedy wszystko praktycznie stoi w miejscu i pozwala na obserwację tego, czego do tej pory nie byliśmy świadomi. Nie wiedzieliśmy, że w ogóle istnieje. Jest to coś, czego nie da się opowiedzieć, trzeba to po prostu przeżyć. I o ileż fajniej by było, gdybym tym chwilowym przypływem szczęścia mógł się z tobą podzielić. Bo to jest to miejsce, w którym powinniśmy być teraz razem. To jest to nieskazitelne piękno, którego udało mi się doświadczyć, w tym z pozoru ponurym dniu. Mnie, który bez ciebie na tym świecie nie jest wart więcej, niż szczur błąkający się po kanałach.

Kiedy Księżyc po raz kolejny wyjrzał zza chmur, byłem już w połowie drogi do domu. Nie mojego domu, ale miejsca, w którym teraz po prostu mieszkam. Tam gdzie żyję, a przynajmniej udaję, że tak jest. Zamyślony, na wpół szczęśliwy, szedłem nierównym, szarym chodnikiem, starając się nie myśleć o niczym. Próbowałem wypełnić swój umysł pustką, jeśli jest to w ogóle możliwe. Po prostu stawiałem krok za krokiem wiedząc, że w miejscu w którym mieszkam, mam ukryte dwie butelki wina. Obydwie pełne czerwono-krwistego trunku, który pozwoli mi na nowo zasnąć. Zasnąć i być może więcej się nie obudzić...

Gdy tak szedłem, na wpół zamyślony i na wpół ślepy, usłyszałem potworny pisk. Było to coś, co z wielką siłą uderzyło we mnie swoją niezrozumiałą mocą. Coś, co wywróciło moją duszę na drugą stronę i spowodowało, że przerażony gwałtownie spojrzałem za siebie. Był to zgrzyt, który łamał kości czaszki, przenikał moją głowę i sprawiał, że nie byłem w stanie się poruszyć. Przez ułamek sekundy widziałem go. Widziałem jego uśmiechniętą twarz, która wydawała się mówić wszystko to, co sam zawsze chciałem powiedzieć. Widziałem błysk w jego oku. Widziałem śmierć.

Samochód, podobny do mojego, wbił się z niezwykłą siłą w przęsło mostu, który jakby mając już tego wszystkiego dosyć, zachwiał się u podstawy. Ale to nie on, to ja się zachwiałem i upadłem bezsilny, nie wiedząc, co się dzieje. Chciałem się jak najszybciej obudzić, ale to przecież nie był sen. Wszystko wydawało się wirować jak ta dziecięca karuzela. Na chwilę przeniosłem się w moje rodzinne strony, gdzie wszyscy razem jako szczęśliwe dzieci, biegaliśmy po wesołym miasteczku. Kiedy jedynym co nas ograniczało, była nasza nieograniczona wyobraźnia. Byłbym się uśmiechnął nawet, gdyby nie ten potworny, niezrozumiały dla mnie zgrzyt.

Kiedy się ocknąłem i spojrzałem w bok, zobaczyłem czerwoną łunę. Ogień, niczym piekielne zło, wydobywał się spod maski i powoli obejmował wnętrze pojazdu. Zobaczyłem na w pół żywą postać, wijącą się bezczelnie i próbującą uciec przed śmiercią. Ale czy na pewno? Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że on ciągle się uśmiecha, że nie baczy na to, co się wydarzyło i na to, co miało go za chwilę spotkać. Przez chwilę wydawało mi się, że to on jest śmiercią.

Usłyszałem stłumione krzyki przerażonych, a może tylko zaciekawionych sytuacją ludzi. Usłyszałem wyjące syreny, nadjeżdżających z oddali karetek, które jak hieny pędzą, by posilić się na w pół martwą, na w pół żywą jeszcze zwierzyną. Nie myślałem wtedy. Nie pytałem siebie jaki to wszystko ma sens. Czy warto? Podbiegłem, złapałem go ze wszystkich sił, które pozostały jeszcze w moim wątpliwej budowy ciele i wyciągnąłem na zewnątrz. Do świata, który w tym momencie wcale nie wydawał się taki podły. Poczułem na sobie jego oddech, a później upadłem po raz kolejny. Wybacz mi Boże, w którego nie wierzę, więcej grzechów z tego dnia nie pamiętam.


...czy podążać drogą nad przepaścią...

Świat się kończył powoli. A przynajmniej mój świat się kończył. Ten mały, trochę niechciany, a w większej mierze znienawidzony świat. Ja stałem na tym zimnym i nieczułym moście od dłuższego już czasu. Zresztą nie pierwszy już raz. Stal wbijała się w moje dłonie, a jej zimno przenikało moją duszę. Jednak wszystko wokół toczyło się normalnie. Ludzie ślepi i głusi jechali nie wiadomo po co i nie wiadomo gdzie. Do domu na obiad, na kolejny odcinek ulubionego serialu, którego oczywiście przegapić nie można. Bo cóż by to była za tragedia, gdyby nie wiedzieć, co wydarzyło się dzisiaj u najpopularniejszej rodziny w kraju. Kto z kim i dlaczego? A to co dzieje się tutaj, teraz, nie ma żadnego znaczenia. Ludzie wolą przeczytać w gazecie o kolejnym głupcu, który targnął się na swoje życie. Wolą usiąść na kanapie przed telewizorem, komentując, jaki ten nieznany ktoś musiał być słaby i nic nie wart. Jaki musiał być głupi, żeby tak skończyć. Już słyszę matki i ojców, te babcie, co to na życiu znają się najlepiej, bo przecież już tyle lat chodzą po tym świecie. A jeszcze kilka godzin temu przejeżdżali obok niego, po tym samym stalowym moście, który ranił jego dłonie. Ślepi nic nie widzieli, bo nic nie chcieli zobaczyć. To stalowy most, jak ten stalowy gigant, pomógł małemu chłopcu zrozumieć to, co jest naprawdę ważne...

Czy to już faktycznie aż tak daleko zaszło, że przestaliśmy żyć własnym życiem, na rzecz życia wyimaginowanych postaci? Czy rzeczywiście aż tak przestało nam zależeć na prawdzie? Na odrzuceniu tego, czym karmią nas manipulanci, którzy jedyne co mają na celu, to się naszym kosztem wzbogacić. Czy tylko ja to rozumiem, czy może to co rozumiem, nie jest prawdą?

A jednak to ja, a nie oni, stoję tutaj i widzę wszystko. I wszystko czuję. Widzę piękno tej nieskazitelnie czystej nocy. Widzę niesamowicie duży Księżyc i świetliste gwiazdy, które są niby tak daleko ode mnie, a jednak mimo wszystko są tym najpiękniejszym czymś, co mogłem ujrzeć w swoim krótkim, niezmiernie pokręconym życiu. Oczywiście nie licząc Ciebie...

Całym sobą czuję moc, jaka z nich bije. I chociaż to wydaje się takie wspaniałe, to i tak pragnę skoczyć. Dlaczego? Skoro tylu ludzi nieświadomych wszechobecnego piękna, a może nawet głupich w swoim najłatwiejszym wyborze, zmierza nie wiadomo po co i nie wiadomo gdzie. Czy naprawdę lepiej byłoby nie myśleć? Tylko biec razem z nimi, żeby utrwalić się w błędnym przekonaniu, że robiąc to co wszyscy, robię to, co jest słuszne?

Moja historia nie jest ani lepsza, ani gorsza, niż historie setki innych ludzi, którzy stali tutaj przede mną. Bo do skoku w nieznane zawsze znajdzie się jakiś powód. Szczególnie dla tych, którzy w trochę większym stopniu niż inni, próbują pojąć to, co ich otacza. Nie czuję się przez to jakoś specjalnie lepszy, broń Boże, w którego istnienie chyba już nawet nie wierzę. Tylko czasem myślę, że lepiej byłoby, po prostu się poddać. Przestać się rzucać na wszystkie strony, próbując przyjąć neutralną postać kogoś, kto nie chce, ale znowu musi być taki jak wszyscy. Przestać walczyć z twoim dawnym cieniem, którego i tak nie mogę już doścignąć. Przestać wreszcie żyć przeszłością, która jeszcze nie tak dawno była wypełniona tobą. A teraz ciebie nie ma i mnie też jakby zostało trochę mniej.

- Nic nie musisz.

Obróciłem się nerwowo i zacząłem się rozglądać, ale nikogo tu nie było. Zaczynam już chyba wariować. Droga była mokra i jednocześnie całkowicie pusta, co jest raczej rzadkością w tej okolicy. Niebo było lekko zachmurzone, a w powietrzu panowała niesamowita wilgoć. Pomimo wszystko nie padało, a szkoda, bo uwielbiam deszcz. I znów usłyszałem ten szept.

- Nic nie musisz, już po ciebie jadę.

Przerażony zacząłem rozglądać się jeszcze bardziej nerwowo we wszystkich kierunkach, ale pustka wydawała się być tym jedynym czymś, co postanowiło mi dzisiaj towarzyszyć. I nagle przypomniałem sobie, że już przecież słyszałem te słowa. W tej samej, niezmienionej postaci i tym samym, przenikliwym szeptem. Jestem o tym święcie przekonany. Czułem, jakbym przeżywał swoje życie po raz drugi. Klatka po klatce, krok po kroku. Wydawało mi się, że stoi ono przede mną i śmieje mi się w twarz.

Usłyszałem stłumiony, niewyraźny szum i po chwili zza zakrętu wyłonił się rozpędzony pojazd. Niesamowite, bo jeszcze przed chwilą niczego się nie bałem. Chciałem skoczyć, a teraz nagle zacząłem obawiać się o swoje życie. Był ode mnie w odległości jakichś stu metrów, ale zbliżał się z ogromną prędkością. Wszystko wokół jakby się na chwilę zatrzymało. Zrobiło się niezmiernie cicho i duszno. Było po prostu nie do wytrzymania. Poczułem się, jakbym stał u bram piekła, skąd nagle wydobył się przeraźliwy krzyk.

Nie dojechał do mnie. Z wielką siłą zakończył swą szaleńczą podróż na samym początku mostu. Nie wiedziałem czy mam uciekać? Czy mam tu zostać? Czy może lepiej byłoby jednak skoczyć... Zmusiłem się do biegu w jego stronę. Biegłem ze wszystkich sił, tak jak umiałem, gdy byłem jeszcze dzieckiem. Jak wtedy, gdy próbowałem dogonić swój skradziony rower. I tak jak wtedy płakałem, łzy zamknęły mi oczy. Poczułem zapach benzyny i ciepło szalejącego ognia.

Upadłem.

- Zimno mi.
- Wiem. To już nie potrwa długo. Zaufaj mi, ja już to przerabiałem...


...gdzie można zbłądzić...

Czekałem. Wszystko było tutaj szare, ale i tak nic nie przebije tych jego paskudnych, skurwiałych oczu. Póki co jeszcze ich nie otworzył, ale otworzy. Poczekam.

Piwnicy, w której się znalazłem, nie wybrałem przypadkowo. Bywałem tutaj jeszcze jako nastolatek, kiedy lubiłem szlajać się po starych i opuszczonych budynkach na przedmieściu. W pobliżu jest rzeka, więc miejsce wydaje się być idealne.

Pamiętam dokładnie, gdy przyszedłem tu po raz pierwszy. Pomieszkiwał tu bezdomny staruszek o twarzy tak pomarszczonej, że mało zawału nie dostałem, kiedy go zobaczyłem. Ale nie uciekłem i było to jedną z lepszych decyzji w moim życiu. Pomimo swojego starego wyglądu miał zaledwie pięćdziesiąt pięć lat i mnóstwo życiowego doświadczenia. Historie, które opowiadał, były tak ciekawe, że często zdarzało mi się nie wracać do domu na noc.

Przynosiłem mu jedzenie, często też razem popijaliśmy lokalny trunek zwany Dron. Wyrabiali go miejscowi, oczywiście bez jakiegokolwiek pozwolenia, ale było to tanie i nigdy nie zdarzyło się, żeby mi zaszkodziło. No chyba, że raczyliśmy się tym w zbyt dużych ilościach, ale tak jest przecież ze wszystkim. Grywaliśmy w karty i w szachy. Przy każdym spotkaniu urzekał mnie jakąś ciekawą historią ze swojego skomplikowanego życia. Był bezdomnym prawie od zawsze. Chociaż był też taki czas w jego życiu, kiedy czuł się najszczęśliwszym człowiekiem pod Słońcem. Miał żonę, którą bardzo kochał. Do pewnego momentu układało im się jak w bajce, gdzie wszystko idealnie współgra ze sobą, gdzie wszystko jest wyraźne i pięknie składa się w całość.

Zdradziła go i to niedługo po ślubie. Znalazła sobie innego, który podobno bardzo ją kochał. W końcu znalazła też sposób, by wyrzucić go z jego własnego mieszkania. O szczegółach nie chciał rozmawiać, więc jakoś specjalnie w to nie wnikałem, ale zawsze śmiałem się do rozpuku, kiedy nazywał ją starą raszplą.

Lubiłem te spotkania. Zaprzyjaźniliśmy się, pomimo różnicy wieku i zupełnie innych światów, z których pochodziliśmy. Przychodziłem tu zamiast do szkoły, która wydawała mi się wtedy zupełnie bezsensowna, chociaż z perspektywy czasu, wcale bezsensowna nie była. Po prostu miałem własną wizję świata i wydawało mi się, że jest to jedyna słuszna droga jaką powinienem zmierzać. Fajnie jest mieć cel i wiedzieć czego się w życiu chce, niestety nie zawsze udaje się ten cel osiągnąć. Lubiłem rysować, ale nikt wokół nie był w stanie tego zrozumieć.

Na nasze spotkania zazwyczaj przynosiłem ze sobą buteleczkę Dronu. Siadaliśmy wtedy i rozprawiali o tym co było i o tym, co jeszcze przed nami. To były fajne czasy, ale wszystko przecież kiedyś się kończy. Pewnego dnia, gdy przyszedłem w odwiedziny, jego już nie było. Zostało po nim tylko kilka nieistotnych rzeczy, żadnej informacji dokąd się udał. Żadnej wskazówki, która mogłaby mnie do niego doprowadzić. Rozglądałem się po okolicy i podpytywałem o niego miejscowych bywalców, ale nikt nic o nim nie wiedział. Po prostu rozpłynął się w powietrzu.

Bywałem tu później jeszcze kilka razy, by sprawdzić, czy przypadkiem nie wrócił. Nie wrócił. Nigdy więcej go nie spotkałem.

No i dzisiaj znowu tutaj jestem, ale tym razem z zupełnie innych powodów. Jestem tu by uczynić coś, o co nigdy wcześniej bym siebie nie podejrzewał. To niesamowite jak człowiek potrafi się zmienić. Jak jedna osoba potrafi sprawić, że przestajemy żyć własnym życiem, na rzecz drugiego człowieka. Przestajemy być egoistami, bo w gruncie rzeczy każdy myśli tylko o sobie. To miłość, ta prawdziwa miłość sprawia, że coś miesza się w naszych głowach i wtedy bardziej zwracamy uwagę na życie tej drugiej osoby, niż na nasze własne. Ale miłość przecież nie trwa wiecznie, czyż nie? I co wtedy kiedy się kończy? Co wtedy, kiedy nie mamy już nic, nawet samych siebie. Czy w takim razie nie warto w ogóle zaczynać? Czy wszystkie te późniejsze złe chwile, które przecież prędzej czy później przyjdą, są warte tych dobrych chwil, które trwają tutaj i teraz? Czy bilans zawsze musi wyjść na zero? Dlaczego ten świat jest aż tak podły? A może nie jest, może to ja po prostu nie potrafię tego zrozumieć...

Teraz już wiem, że wszystko się kiedyś kończy. Nie mogę mieć jej tego za złe. W sumie to jest mi jej żal. Dała się wkręcić w jego grę, a on to wykorzystał. Pewnie nie ona pierwsza, ale na pewno ostatnia. W końcu po to tu dzisiaj jestem...

Jeśli chodzi o to miejsce, to zbyt wiele się tu nie zmieniło. Raczej nikt tutaj nie zagląda, bo ściany są szare i nie noszą śladów po niecenzuralnej twórczości pseudo artystów, którą można spotkać w tego typu miejscach. Jest szaro i do dupy. A odnośnie szarego, to chyba zaczyna się budzić.

- Gdzie jestem?

Poczekam. Niech poczuje ten strach. Niech go sparaliżuje. Tak samo jak sparaliżował ją, niedługo po tym, gdy już go naprawdę poznała. Kiedy przejrzała na oczy i kiedy było już za późno.

Gdy tylko pierwszy raz zobaczyłem to jej nienaturalne szczęście, od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Jakbym ujrzał ją w jakimś krzywym zwierciadle. Ale na początku wszystko wydawało mi się wspaniałe. Sam się uśmiechałem, gdy widziałem ten jej fajny uśmieszek, zarezerwowany dla tych kilku chwil w życiu, które znaczą dla nas najwięcej. Ale w końcu poznałem też jego. Zobaczyłem jego oczy. Szare, paskudne oczy i od razu wiedziałem, że jest to człowiek, którego należy unikać. Myślałem, że ją znam. A może jednak wcale wtedy nie myślałem? Kochałem ją przecież. I nie potrafiłem jej przed nim uchronić. A później widziałem jej wewnętrzną śmierć i też nie potrafiłem jej pomóc.

- Rozwiąż mnie, czego chcesz?

Moja ukochana, jedynie słuszna istoto. Moje ty natchnienie podczas dni słonecznych jak i podczas tych burz, które raz po raz przewijały się przez moje pokręcone życie. Byłaś tym wszystkim, czego zawsze pragnąłem. Ukoronowaniem moich marzeń, odzwierciedleniem wszystkiego, co jest dla mnie ważne. A on mi cię zabrał. Zabrał, wykorzystał i wyrzucił jak zepsutą zabawkę. I teraz nie mam już nic. Zupełnie nic.

- Czego chcesz!?
- Stul pysk! Wiesz, że dzisiaj umrzesz?! Wiesz, że nie zostało ci już zbyt wiele
czasu?! Waż słowa, które wypowiadasz, bo to są te ostatnie!
- Dlaczego to robisz?
- Dla niej! A może przez nią, sam już nie wiem...
- Dogadajmy się, ja nic nie zrobiłem...

Cios, który na niego spadł, zmył z jego twarzy ten fałszywy uśmieszek i złamał mu nos. Następny pogruchotał mu żebra. Krzyk wypełnił piwnicę, jak czerwony strumień wina zalewający dno kieliszka i odbił się echem od ścian.

- Krzycz! Nikt ci tu nie pomoże. Nikt cię nie usłyszy, nikt cię tu nie znajdzie. Nic nie zrobiłeś?! Nienawidzę kłamców, nienawidzę fałszywych ludzi, którzy udają, że to nie oni. Którzy myślą, że każdego można tak łatwo oszukać, zmanipulować i zwieść. Że wystarczy tylko kilka dobrze dobranych słów, kilka uśmieszków i każdy staje się zahipnotyzowany!

Chciałem się wyładować. Chciałem zrzucić z siebie ciężar tych ostatnich dni, kiedy przez nią umierałem, by po chwili narodzić się na nowo. A potem znowu umrzeć. I tak wkoło, aż do porzygania. Chciałem się na niego rzucić, wyrwać mu serce i patrzeć jak kona, ale to byłoby zbyt proste.

- Będziesz cierpiał, za to co jej zrobiłeś. Pamiętasz ją, prawda?
- Wal się!

Krew spływała mu po twarzy jak lawa, z dopiero co rozbudzonego wulkanu. Snuła się powoli po jego ustach i kapała na ziemię, jak deszcz. Lubię deszcz, a przynajmniej lubiłem do teraz. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Było tak cicho, że mogłem wyczuć jego ból. Sprawiało mi to dziwną przyjemność.

- Wreszcie odpłacę ci za to, że musiała tak bardzo cierpieć.

Jego szare oczy jakby trochę przygasły, ale dalej były zimne, wyrachowane i kurewsko paskudne.

- Wszystkie to kurwy.
- Słucham?
- One wszystkie to kurwy. Myślisz, że ta twoja była lepsza? Rżnąłem ją aż miło. Podobało jej się, i to jak.

I cały mój misterny plan wziął w łeb. Wszystko wokół mnie zawirowało, jak na tej karuzeli z dzieciństwa. Kiedy byłem szczęśliwym, nic nie wiedzącym o świecie chłopcem. Czułem że powoli odpływam. Po policzkach spływały mi łzy, nie mogłem tego opanować. Przed oczami przeskakiwały mi wszystkie te wspaniałe chwile, które z nią spędziłem. Były poukładane klatka po klatce, jak na starym filmie ze starego aparatu. Słyszałem wszystkie te obietnice, które razem sobie składaliśmy. Widziałem jej piękny uśmiech, czułem jej zapach i smak, obejmowałem ją całym sobą myśląc, że to się nigdy nie skończy. I tylko coś w głowie szumiało i powtarzało

- One wszystkie to kurwy.

Znowu spojrzałem w jego oczy, znowu dostrzegłem zarys uśmiechu na jego zmętniałych, pokracznych ustach.

- Nie, to ty jesteś kurwą szaraczku, ale to jest już twój ostatni raz.

Cały plan wziął w łeb. Nie będzie zabawy, nie będzie bólu i cierpienia. Podszedłem do stołu i złapałem za broń. Wymierzyłem trochę powyżej skroni.

- Nie...

Huk był nieco stłumiony, ale i tak przeszył mnie dogłębnie. Nie myślałem o tym. Gdzieś na zewnątrz rozszczekał się pies, ale po chwili zamilkł tak jak wszystko wokoło. On umarł, ale ja też umarłem. Umarłem razem z nim. Umarłem za nią i dla niej, chociaż wcale nie wiem, czy aby na pewno było warto? Bo przecież miłość nie trwa wiecznie, czyż nie? I co wtedy kiedy się kończy? Co wtedy kiedy oddajemy samych siebie i później nie zostaje nam już nic?

Nie umiałem dłużej na to patrzeć. Nie umiałem dłużej o tym myśleć. Cały czas miałem przed oczami ją i jego. Razem. Dlaczego mi to zrobiłaś?! Czy to faktycznie była tylko jego wina? Chciałbym odpocząć od życia. Chociaż na kilka dni zapaść w jakiś letarg, żeby nie musieć o tym wszystkim myśleć. Poszedłem w kąt i zwymiotowałem. Czułem się pusty w środku. Byłem tylko wyschniętą skorupą, bez marzeń, bez pragnień, bez niczego. Nie tak to wszystko miało wyglądać. Myślałem, że kiedy się od niego uwolnię, wszystko nagle wróci i będzie tak samo jak dawniej. Ale nic już nie będzie tak jak dawniej. Nie mogę tego znieść. Nie potrafię.

Obudziłem się kilka godzin później. Dzwonił telefon. Na wpół przytomny odebrałem. Nie pamiętam z kim rozmawiałem, pamiętam, że usłyszałem swój głos.

- Nic nie musisz, już po ciebie jadę...

Na zewnątrz było nadal ciemno. Trochę pochmurnie, ale Księżyc przebijał się przez szarą powłokę chmur.

- Znowu ta pieprzona szarość.

Sen był dla mnie zbawienny i oczyszczający. Znowu zacząłem myśleć logicznie.

- Nie mogę tu zostać. Muszę po sobie posprzątać. Wszystko mam zaplanowane, zapakuję go tak jak zamierzałem i wrzucę do rzeki. To będzie proste. Tak, to będzie bardzo proste.

Bagażnik samochodu jest otwarty. Okolica jest spokojna i cicha. Wejście do piwnicy znajduje się w zaułku, nikt niczego nie zauważy.

Wsiadam do samochodu.

- Mam nadzieję, że ten złom odpali za pierwszym razem...


...lub odnaleźć spokój...

- Skończ już śpiewać i polej jeszcze Dronu.
- Jaki to Dron, to jakaś marna podróba!
- Masz za darmo, więc pij, nie gadaj.

Do ludzi można się jednak przyzwyczaić. Dawniej wydawało mi się to niemożliwe, byłem typem samotnika i trzymałem się na uboczu, ale po tym wszystkim, co mnie w życiu spotkało, trudno się dziwić. Deszcz przestał padać, przejaśniło się nawet trochę i nic nie zapowiadało wrażeń, jakie miały nas jeszcze dzisiaj spotkać.

- A opowiadałem wam jak wyniosłem kiedyś ze sklepu butelczynę najlepszej szkockiej Whiskey?
- Ze sto tysięcy razy!
- I co się rzucasz? Siedzimy tu prawie cały czas, nigdzie się nie ruszamy to i o nowe opowieści trudno.
- No już dobrze, dobrze. Polejcie mu, to może wreszcie przestanie gadać.

Alkohol zaczął rozlewać się po moim ciele, docierając do każdej najmniejszej komórki. Zrobiło mi się gorąco. Zasnąłem.

We śnie spotkałem chłopaka, który przypominał mi mnie w młodości. Mało wyrośnięty chuderlak, mało też rozgarnięty. Ale było w nim coś takiego, czego nie da się jednoznacznie określić. Coś co sprawia, że człowiek z jednej strony się boi, ale z drugiej jest tak zafascynowany, że jednak nie ucieka. Siedzieliśmy w niewielkim pomieszczeniu i obserwowaliśmy wiszące na ścianie obrazy. Jego obrazy. Nie było to coś, co ogląda się codziennie, chodząc po galeriach sztuki. Były one pokrętne, mroczne i biła od nich jakaś tajemnicza siła. Chłopak odwrócił się do mnie i podarował mi mały kawałek wyblakłego papieru. Najpierw myślałem, że to jakieś zdjęcie. Ale to nie było zdjęcie. Był to rysunek, a najciekawsze jest to, że na tym rysunku byłem ja. Jeszcze za dawnych lat, kiedy byłem szczęśliwym człowiekiem. Kiedy miałem obok siebie kogoś, komu oddałem swoje serce. Kogoś, kto zabrał je i położył obok swojego, żeby mogły wspólnym rytmem odmierzać minuty, jakie im jeszcze pozostały, na tym kolorowym wtedy świecie. Kogoś, kto później wziął je i zdeptał, połamał i wyrzucił.

Nagle z potwornym hukiem otworzyły się drzwi. W pomieszczeniu zrobiło się strasznie gorąco. Wszystkie obrazy zaczęły płonąć tak jasnym ogniem, że myślałem, że wypali mi powieki. Upadłem. Do pomieszczenia wpadł jakiś typ o przeklętych, szarych oczach i z krzykiem na ustach złapał chłopaka za szyję. Podniósł go i rzucił o ścianę. Później podszedł do niego i chwycił jeszcze raz. Złapał go za gardło i zaczął podnosić coraz wyżej i wyżej krzycząc

- Nie zabijesz mnie, słyszysz?! Nie przywiążesz i nie zabijesz, bo to ja zabiję cię pierwszy!

Obudziłem się. Zrobiło się już ciemno. Wszyscy wokół posnęli jak dzieci po dobrym obiedzie. Wstałem, żeby się trochę rozruszać. Ciekawe jakby to było, gdybym wtedy, te kilkanaście czy może nawet więcej lat temu, postąpił zupełnie inaczej. Gdybym zrobił to, co chciałem wtedy zrobić, ale zabrakło mi odwagi.

- Gdzie bym był w tej chwili?
- Co tam mamroczesz?
- Mówię, że spałem z twoją starą.
- He, he. To serdecznie ci współczuję.

Z naszej przyjacielskiej pogawędki wyrwał nas krzyk.

- Nic nie musisz, już po ciebie jadę!

Wiatr zerwał się jakby mocniejszy. Być może chciał towarzyszyć temu nieszczęśnikowi w ostatniej podróży, jakiej dane mu było doświadczyć. Świszczał złowrogo jak jakiś gad, który ostrzega przed swoim toksycznym jadem, gdybyś przypadkiem chciał się do niego zbyt mocno zbliżyć. Krzyk urwał się tak samo nagle, jak się rozpoczął. Jego ciało znikło w odmętach szarej wody i nagle wszystko ucichło.

- Kolejny nieszczęśnik. Ciekawe dlaczego oni zawsze muszą skakać z tego mostu?
- Przynajmniej coś się dzieje, będziesz miał temat do nowych opowieści.

Kolejna opowieść o zmarnowanym życiu. A może jednak nie? Ciekawe gdzie ja bym teraz był, gdybym wtedy wybrał inaczej...


...w ramionach naszego przeznaczenia.

- ...budzi się...
- Uważajcie, jest niebezpieczny, wiecie co macie robić.

Żadnych klamek, żadnych okien, jedne drzwi. Zamknięte. I tylko ja, sam na sam ze swoimi pogmatwanymi myślami. Słyszę jak mnie otaczają. Przelewają się przez mój skrzywiony umysł, jak woda w wodospadzie. Uderzają o dno mojej podświadomości i myślą. Myślą za mnie, bo ja nie jestem już w stanie myśleć...

- Zabiłeś ją. Zabiłeś...
- Nikogo nie zabiłem! Nikogo nie zabiłem!

Słyszę wodę spadającą na posadzkę. To tylko łzy. To tylko wodospad moich łez, zamieniający podłogę w fosę, która prędzej czy później odgrodzi mnie od tego przeklętego świata. Odgrodzi mnie, jednak przed sobą nie ucieknę. Kap. Kap. Kap. Martwej symfonii ciąg dalszy. Czuję się taki zmęczony, a przecież tyle już spałem. Czuję się oszukany przez los, przez samego siebie, przez nią. Sięgam pamięcią w dal, próbując znaleźć czas i miejsce, kiedy to wszystko się zaczęło. Kiedy się zmieniłem i stałem tym, czym teraz jestem. Mój umysł snuje przede mną czarno-białe wizje, które kłębią się i skręcają, walczą ze sobą jak wygłodniałe koty o malutką, bezbronną mysz. Tysiące obrazów o milionach odcieni szarości spadają na mnie, jak grad z czarnego nieba. Każdy widok boli coraz bardziej, każdy coraz bardziej szkodzi.

Początku i tak nie pamiętam, bo jest on rozmyty w czasie. Początku nie ma. Jest trwanie, wieczna droga z coraz większym bagażem doświadczeń i z coraz ciaśniejszą pętlą na szyi. Jest znudzenie, radość, miłość i rozpacz, są tysiące innych emocji, które czasem trudno jest nawet nazwać. A po środku tego morza tkwię ja, sam, bo ciebie nie ma, a może nawet nigdy nie było...

No i są drzwi. Małe, pokręcone, zamknięte. Ale są. Istnieją. Trwają tutaj razem ze mną. Wystarczy tylko wstać, wystarczy znaleźć klucz i je otworzyć. Ja już Cię znalazłem. I już się nie boję. Idę...

- Obudź się. Kochanie słyszysz? Obudź się.
Ten głos, już go gdzieś słyszałem...
- To był tylko zły sen. Mamrotałeś coś pod nosem i rzucałeś się na wszystkie strony. Już dobrze, to był tylko sen.
- Sen?
- Tak kotku, sen. Możesz już otworzyć te swoje piękne, szare oczy...

Data:

 2014

Podpis:

 Odwieczny Wróg

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=78789

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl