DRUKUJ

 

Hobby

Publikacja:

 15-11-03

Autor:

 kartonbezpudla
- Buteleczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy na świecie? – zaśmiałem się – Polej szwagier!
Szwagier polał. Miał do tego rękę skubaniec, jeden ruch, jedno pociągnięcie, a kieliszek do samiusieńkiego brzegu pełen. Taki widok jest w pewnym sensie piękny, idealne połączenie szkła i płynu. Tak, że nie da się oddzielić jednego od drugiego, to coś jak Romeo i Julia, Hilary i okulary. Rozumiecie? Kompletność. Mi nigdy nie dają nalewać, nie wiem czy to kwestia predyspozycji genetycznych, czy też zły los się na mnie uwziął, ale moje poczynania względem przedmiotów przetrzymujących bezbarwny płyn, zawsze kończą się krzykiem – no jak lejesz! Taa… A, kurcze, chciałbym prowadzić butelkę po brzegach kieliszków. No cóż.
- Łup? – kieliszek powędrował w górę.
- Bach! – odparł.
Moc popłynęła zachrypniętym gardłem, rozpędzając zdrętwiałe narządy.
- No a u ciebie? Dobrze jest?
- No wiesz. Jakoś leci, jakoś leci – potakiwał szwagier. Mimo iż typa nie tolerowałem, bo jego wizja świata zamknięta w maleńkim mieszkaniu na ósmym piętrze wywracała mi bebechy. To czasami się przydawał. Mówił tyle co nic, dostępny był praktycznie zawsze i nie robił ceregieli jeśli chodziło o sposób spędzania czasu. No i nie cierpiał polityki, tak jak ja, więc przynajmniej kłóciliśmy się na inne tematy.
- Ta. A jak twoja? Dalej gania na te kursy? – zagadnąłem.
- Cholera wie. Gdzieś tam idzie co czwartek. Ja się nie pytam, ona nie mówi. Wiesz jak jest.
- To nie wiesz gdzie chadza twoja żona?
- No mówi, że na kurs hiszpańskiego, ale wiesz, za babą nie dojdziesz – jego mina wyrażała dokładnie to co słowa, czyli nic.
- Co racja to racja – musiałem przyznać – Jakoś tak zawsze wychodzi, że wychodzi na ich. A człowiek się tylko później martwi. Polałeś już?
- No ta. Polać jeszcze?
- Co się głupio pytasz.
Szwagier polał. Cholera, znowu idealnie z krawędzią, niemalże z zawiścią spoglądałem na te jego ruchy. Jakby miał miarkę w oku.
- No to co, za żony?
- Za żony!
Stół zajęczał od uderzeń kieliszków. Wytarłem usta, a kolejna fala ciepła dodała kolorytu do otaczającego nas świata. Do szafki kuchennej, do zlewu, do małego okna wychodzącego na podwórze.
- A wiesz. Wczoraj byłem na tym bazarku za rogiem. I wiesz kogo spotkałem?
- No? Kogo?
- Zośkę.
- Zośkę? Jaką Zośkę?
- No jak to jaką? No moją Zośkę. Znaczy… - fakt, trochę czasu minęło – no tą z trzeciej-c. Przecież znasz. Tobie też się przecież podobała.
- A tąąą. Przecież to było ze dwadzieścia lat temu?
- No fakt, było. Ale wiesz, poczułem się jakoś tak dziwnie. Trochę ukłuło. Wiesz. To była moja pierwsza.
- Ta. Moja też – szwagier się rozmarzył.
- Ta. Zaraz… jak to? Twoja też?
- No – tutaj chyba dotarła rzeczywistość do szwagra. Chyba się delikatnie zapomniał – No wiesz. Tak jakoś wyszło. Ale ona mówiła, że wy tego, no… już nie jesteście ze sobą.
- Ty! A kiedy to było?
- Nie pamiętam dokładnie. Ale jakoś tak na wiosnę, pamiętam, że jakoś tak pod koniec roku szkolnego. Może maj, może czerwiec. Jakoś tak.
- Czekaj, czekaj, pod koniec roku? Czwarta klasa?
- No może być
- To szmata no! A mi mówiła, że musi się do egzaminów przygotowywać, że nie ma dla mnie czasu. Cholera jedna!
- No ale temperamentna była! Ogień!
- Ty weź, kurwa polej, a nie tu jakieś fantazje będziesz mi tu przypominał – no wkurwił mnie. Wkurwił. To ja latałem jak szalona fretka za nią, do szkoły, ze szkoły, całe noce o niej myślałem. Żyć bez niej nie mogłem. A ta. Ze szwagrem. Z tą miernotą. Ech!
- No i jak lejesz! Cały stół mokry!
- Niechcący… no. Łup?
- Dobra. Było minęło. Łup!
Ale piecze. Ach. Chyba nie w tą dziurkę poszło, bo aż mnie zatkało w środku. No ale dobre. Dobre.
- Ty? A Mariola. Ty ją znałeś, nie?
- Mariola? – szwagier zagrał zdziwienie. A że talentu aktorskiego było w nim tyle, co trufli z francuskiego wybrzeża, nie wyszło to zbyt przekonująco.
- No Mariola, Mariola. Ta od nas z podwórka. Ta ruda. Ta też mnie puściła w kapciach!
- A ta. Pamiętam.
- I co, ty z nią, też, ten tego?
- Może? Ja już nie pamiętam tego wszystkiego. Dawno było.
- Ty mi tu, kurwa, nie pierdol. Było coś czy nie było?
- No raz – przyznał z niechęcią - Kiedyś, na jakiejś prywatce. Nic poważnego.
- Ty nie mów, że na tej u Jurka? W tej starej willi, białej.
- Może… - to było takie „może”, które znaczy „na pewno”, a w najlepszym przypadku, „raczej tak”. Obie wersje były przerażające. Przed moimi oczami, zaczęły pojawiać się poszczególne kobiety mojego życia. Uśmiechały się. Tańczyły w rytm jakiejś wolnej melodii. I nagle widzę, łapę. Bo nie da się opisać inaczej szkaradnej ręki, starego szwagra, która jakby zza ekranu sięga ku moim damom. No i gdzie ta łapa lezie, no tak, od razu pod sukienkę. Aż mną wzdrygnęło.
- Polej szwagier – wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
Tym razem dłoń trzymająca butelkę, już nie była taka pewna. Do pomocy dobrała sobie drugą, ale nawet we dwie, ledwo trafiały w szklane naczynie. Dzwonił przy tym niemiłosiernie. Mnie pochłaniały tańczące myśli, więc kątem oka tylko obserwowałem „sztuczki” szwagra nad kieliszkiem.
- Dawaj! Do dna!
- Wiu!
Płyn trafił w rozpalone do czerwoności punkty, niby je trochę przygasił, ale tak naprawdę tylko dolał oliwy do tlących się myśli. Niby, kurcze, było, minęło. No ale, szwagier?
- Ha, ha – zaśmiałem się aby przerwać powoli gęstniejącą atmosferę. – Było minęło. Ech te baby… Człowiek traci przy nich zdrowy rozsądek. No! Zresztą i tak najmilej wspominam Dorotę. Ta to miała ciało, jak łania… - leśne myśli przybiegły z prędkością pociągu, zadudniły w duszy i …
- Nie Dorota – delikatnie już sepleniąc wystękał szwagier – Tylko Patrycja! Dorota była zimna jak ryba!
- Patrycja? Kurcze, ty masz, brachu racje – istotnie miał rację, Dorota zawsze była taka wyniosła, ileż ja się za nią naganiałem zanim zechciała posadzić swoje lodowate cztery litery na kolanach. Sam się sobie dziwię, że mi się chciało, bo… ch-wi-lu-nia, tak moje myśli też powoli grzęzły w gęstniejących oparach.
- A skąd ty znasz Patrycję?
- No jak to skąd? Przecież sam ją przyprowadziłeś do mnie? Przecież w trójkę uczyliśmy się ekonomii? – szwagier, już za bardzo nie był w stanie podnieść głowę, mówił, bełkocząc i wpatrując się w stół.
- No ale, nie przecież po to, byś to ty ją obracał. Patrycję też „poznałeś”?
- No. Poznałem.
- A co ty kurna, jakiś lokalny Don Juan jesteś? Kurna…
- Kto?
- Nie ważne… Ważne, że kurna, na swojej piersi żmiję wyhodowałem!
- Jaką żmiję? – nieczęsto to słowo gościło w ustach szwagra, więc zainteresował się podwójnie.
- No ciebie pacanie! A Gośka?
- Znam!
- Majka!
- Też – przytakiwał pół przytomnym wzrokiem.
- A… - chciałem jeszcze z odmętów pamięci przywlec jakieś imię, ale i stan umysłu nie ten i w dodatku musiałbym sięgać jakoś bardzo głęboko. Więc się powstrzymałem. Nie udało mi się za to zatrzymać gniewu, który pulsował we mnie już od dłuższego czasu. Ta kanalia, ten robak ludzki, wlekący swoje oślizłe ciało, po malutkim mieszkanku na tym, zakichanym ósmym piętrze. To karykatura ludzkiej godności i podstępna padlina wszelkiej uczciwości – szwagier, zabrał mi właśnie najcudowniej pielęgnowane wspomnienia. Tą swoją paskudną gębą, będzie teraz mi świecić ilekroć zajrzę w intymne momenty spotkań z moimi muzami. No szlak mnie na miejscu trafił! Nie wytrzymałem. Szarpnąłem umęczone ciało, aby wyrzucić z siebie całą tą zebraną złość. Aby mu dorodną pięścią wybić z tej jego durnej czaszki wszelkie obleśne chwile. No ale ciało, zaskoczone naglą zmianą orientacji, przy wpływie zbyt dużej ilości wysokoprocentowych trunków, zatoczyło się tylko. Chwyciłem co miałem pod ręką, aby nie legnąć jak kłoda pod stołem. Niestety, to co chwyciłem to była butelka, dodać należy że pusta i ległem. Opadające za mną nogi trafiły w kant stołu, który obecnie z drugiej strony dociążała głowa szwagra. Efekt był łatwy do przewidzenia.
Ja, kieliszki, wyklęty szwagier, butelka, jakieś tam paluszki, stół, krzesła, no całość. Wszystko poleciało do góry, aby następnie z różnym natężeniem dźwięku walnąć w niczego nie podejrzewającą podłogę. W tym momencie szczęknęły zamki. Po chwili za krawędzi framugi wynurzyła się blond włosa głowa. W ciszy patrzyła na pobojowisko w kuchni. Ja leżałem, a ból w kostce nie pozwalał opuścić tego miejsca w czerń pijackich majaków. Szwagier oczywiście nie miał tego problemu, bo ta łajza, nabomblowana moją wódą, chrapała nieprzytomnie.
- No tego jeszcze nie było. Czy wyście się tutaj bili?
- My? Nieee. No co ty! – wprawdzie niewiele brakowało, a efekt teoretycznej bójki już się wydarzył, bo kuchnia faktycznie wyglądała jak miejsce walki, a i przeciwnik leżał pokonany. No ale ja czułem się kompletnie niewinny, ba, czułem się wręcz jak ofiara, a nie napastnik.
- To czemu on leży nieprzytomny?
- Wspominał, że czuje się nietęgo. Chyba jakieś przeziębienie… - kombinowałem.
- Aha… I jak rozumiem leczyliście się dość dokładnie.
- No! Wiesz z przeziębienia mogą wyniknąć różne paskudne następstwa, nie można tego lekceważyć. Trzeba hydrę z głową wyrwać! – tutaj aby podkreślić wagę problemu, postarałem się zaprezentować i hydrę i czynność jaką należy wykonać. Przy odrobinie, no dobra, przy dużej ilości wyobraźni, bez wątpienia dało się to odczytać bezbłędnie.
- Hydrę… Tak. W jednym ci muszę przyznać rację, coś wypadałoby wyrwać i to z korzeniami.
- Cieszę się, że podzielasz mój punkt widzenia. Kochana kobieta jesteś – zawsze warto spróbować…
- Dobra… Ogarnij tu trochę, pogadamy jutro. Zaraz przyniosę koc to przykryjesz „przeziębionego” – poszła.
Ja zostałem. Siedziałem i patrzyłem to na podłogę to na leżącego padalca. Próbowałem coś tam poskładać, ale jakoś ręce nie były chętne do współpracy i zamiast ubywać zniszczeń to przybywało kolejnych. Dałem sobie z tym spokój. Przy odrobinie szczęścia udało mi się nawet stanąć stosunkowo prosto i właśnie rozpocząłem negocjacje z lewą stopą co do kierunku marszu gdy żona wróciła niosąc koc. Patrzyłem jak okrywa nim szwagra. Wtedy też, pomiędzy majaki wywołane delikatnym przekroczeniem progu prze-picia, wkradły się zupełnie inne obrazy. Zobaczyłem moją żonę, taką jaką była dwadzieścia lat temu. I wiecie co? Miałem całą masę szczęścia, że trafił się taki perfidny typ, którym bez wątpienia jest mój szwagier i zabrał mi wszystkie inne. Czasami człowiek sobie uświadamia co „ma” i jak bardzo powinien to doceniać. Dziwne jest tylko to, że takie myśli nachodzą mnie tylko wtedy, gdy świat pływa już jak kuter po wzburzonym morzu. Na trzeźwo to widzę tylko narzekanie i ciągłe niezadowolenie. No i aż mnie coś ścisnęło w środku. Ręce się same wyciągnęły i szybkim krokiem ruszyłem by wykrzyczeć całe moje oddanie tej jednej jedynej kobiecie mojego życia… Zapomniałem to tylko ustalić z lewą stopą… Gdy już lekko powróciła świadomość kolejnego piruetu zobaczyłem moją ukochaną nachylającą się nade mną.
- Może tobie też przynieść kocyk tutaj? – kompletnie rozbawiona szczebiotała.
- Tak – wychlipałem – Ja też chcę kocyk!

Data:

 2015-11-03

Podpis:

 kbp

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=78853

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl