DRUKUJ

 

Naterwan

Publikacja:

 16-01-25

Autor:

 niereformowalny
Dzień pierwszy.

Świt.
- Panie! Panie!
- Słucham.
- Zwiadowcy donoszą, że król Yegolek, jest już niedaleko Odgrenu.
- Zwołać wszystkich książąt do głównej sali!
Sługa pośpiesznie wybiegł z tarasu przez wysokie, masywne drzwi, do środka pałacu i zniknął za rogiem.
Knefis raz jeszcze spojrzał na otaczające pałac miasto i piętnastometrowe, potężne mury. Przypomniały mu się czasy, gdy jeszcze jako trzynastoletni chłopiec, bawił się na ulicach tejże stolicy. Mury zdawały mu się wtedy jeszcze wyższe i jeszcze potężniejsze niż teraz. Dawały błogie poczucie bezpieczeństwa i przynależności. Ogarnął go wielki żal i smutek, bo oto on jako wychowanek tego pięknego i kwitnącego miasta, lada dzień będzie świadkiem jego równie wyniosłego upadku.
Wydawało mu się, że poczuł na ramieniu cudzą drobną dłoń, po czym przed oczami ukazała mu się kobieta o delikatnych rysach twarzy i ciepłym spojrzeniu.
- Matko.
- Synu. Dlaczego lękasz się tego co nieuniknione?
- Wychowałem się tutaj. Ty z resztą też. Teraz boję się, że nieuchronna klęska tego miejsca i bezmyślność naszego króla, zhańbi nasze imię na zawsze.
Uśmiechnęła się i powiedziała.
– Nie pytałam o miasto – i odeszła.
Znowu poczuł dłoń na ramieniu. Tym razem nie była drobna.
- Knefisie! Stary druhu!
- Tamir! Ty draniu! Co tutaj robisz?!
- Chyba nie myślałeś, że zostawię cię samego z całym tym bałaganem.
- Dobrze cię widzieć – mówiąc to, objął go w przyjacielskim uścisku.
- Wszyscy już na ciebie czekają. Chodź. Porozmawiamy po drodze.

Sala obrad pomimo swojej wszechstronności była istnym piekłem. Jeden przekrzykiwał drugiego, ktoś coś rozbił, a gdzie indziej było słychać odgłosy dźwięcznego metalu. Sytuacja była bardzo napięta.
Knefis przeszedł środkiem sali, wszedł po schodach i usiadł na najwyższym miejscu przy stole. Czekał dłuższą chwile zanim wszyscy go dostrzegli i się opanowali. Przez chwile sale ogarnęła zupełna cisza, a wtedy przemówił.
- Jestem Knefis, prawa ręka króla Hengrida władcy królestwa Neiru. Na mocy prawa mi nadanego, sprawuję władzę jako regent w Naterwanie, pod nieobecność Jego Królewskiej Mości. Pewnie już każdy wie, dlaczego został wezwany. Chłopi kilkanaście dni temu zauważyli dużą armie pod czarno-czerwonymi chorągwiami, zmierzającą w kierunku naszej stolicy. Dzisiaj z samego rana zwiadowcy donieśli, że znajduje się niedaleko Odgrenu – na sali wciąż panowała cisza, więc ciągnął dalej.– Mówiąc wprost. Król Yegolek władca Urumenu najechał nas z pięćdziesięcio tysięczną armią.
Zapanował wielki chaos. Niektórzy przekrzykiwali się, a inni wciąż stali w zdumieniu. Pierwszy odezwał się Tamir.
- Według ostatnich informacji, Urumen prowadzi otwarte działania wojenne przeciwko królestwom zachodnim. Jakim prawem rzucają na nas tak wielkie siły?!
- Szpiedzy z tamtego rejonu już od kilku tygodni nie dają znaku życia, więc byliśmy ślepi na to co się tam dzieje.
- Nawet jeśli zawarli pokój to niemożliwe, że już ruszają na kolejną wyprawę wojenną.
Tym razem odezwał się jeden z pomniejszych książąt.
- Hengrid przez swoje bezmyślne żądze do królewny Leminy sprowadził na nas zgubę. Prawie cała nasza armia jest pięć dni drogi stąd.
– Chyba się zapominasz, że to król Hengrid! Nawet jeżeli postępuje nierozważnie. Sarem, ile mamy ludzi gotowych do walki? – zapytał regent.
- Licząc żołnierzy wszystkich obecnych książąt i armie pozostawioną prze króla to…. Jakieś pięć tysięcy.
Po raz kolejny zapanował wielki chaos.
- Cisza! Ciszaaaaa!
- Możemy od razu wywiesić białą flagę – powiedział Elzebiusz.
-Chcesz się poddać? – zapytał Knefis. – Może wszyscy chcecie? Zapomnieliście co zrobił Yegolek pod Waren?
- Jak staniemy do walki to wybiją nas do nogi!
- Bzdura! Możemy utrzymać obronę do przybycia króla – zaoponował Tamir. – Urumen będzie tu za około trzy dni. Utrzymamy obronę na murach przez ten czas.
-Trzy dni? Od granicy do Odgrenu tak duża armia powinna przejść w 2 tygodnie. Tymczasem zajęło im to nieco ponad tydzień. Maszerują jakby ich sam diabeł gonił. Będą tu już jutro!
- Zacznijcie trzeźwo myśleć! Wróg ma dziesięciokrotną przewagę liczebną. To fakt. Zapominacie jednak, że to my jesteśmy na górze. Nie oni. Po naszej stronie stoi kamień i woda, a nie wiatr i piasek. Mamy jeszcze czas żeby się przygotować, zamiast go marnować na puste słowa – Knefis nawet nie zauważył, jak sam wstał podczas mówienia. – Mamy duże zapasy żywności, balisty i trebusze, grube mury i żołnierzy gotowych do walki. Jeżeli chcecie się poddać, to odejdźcie już teraz, ale pamiętajcie! Gdy wróg będzie forsował bramy, wasi pobratymcy będą ginąć, kobiety będą gwałcone, a dzieci i starcy mordowani, to zostaniecie przeklęci i sami zapłaczecie nad własnym losem! – zerknął ukradkiem na swojego przyjaciela, ciekaw jego reakcji, a ten uśmiechnął się tylko i mrugnął jednym okiem.
Wszyscy stali nieruchomo. Głos zabrał Sarem.
- Zbierzcie swoich ludzi na główny plac, a następnie sami udajcie się na wieże najbliższą głównej bramie. Tam pomyślimy nad strategią.
Wszyscy książęta zaczęli pośpiesznie wychodzić z sali z wyjątkiem Elzebiusza, który się ociągał. Regent jeszcze zatrzymał Tamira i Sarema.
- Sarem. Każ wysłać grupę zwiadowców. Musimy wiedzieć jak szybko wróg się przemieszcza. No i poślij wreszcie po króla.
- Oczywiście – odparł, a następnie wyszedł.
- Tamir. Ufam Ci jak bratu. Chciałbym żebyś był przy mnie podczas bitwy.
- Jak sobie życzysz, ale mam nadzieję, że masz coś specjalnego w zanadrzu, bo wygląda to nieciekawie.
Knefis przytaknął. – Coś wymyślę.
- Prawie jak za starych dobrych czasów.
- Prawie. Tylko, że wtedy nie walczyliśmy o stolice. No i było więcej czasu.
- I więcej kobiet.
Roześmiali się jednocześnie i postąpili w kierunku drzwi.
Wybiło południe.

Był upalny dzień. Ani jedna chmura nie przysłaniała słońca. Ponieważ dowodzący obroną spotkali się na samym szczycie wieży aby obmyślić strategie, to panujący upał nie pomagał im w skupieniu. Na dodatek ostatnie piętro było pozbawione sklepienia, tak że promienie smagały ich po twarzach.
Na środku stał prosty mały stolik, a na nim prowizoryczny model zamku z murami. Książęta stali wokół i dyskutowali.
- Spodziewałbym się ataku frontalnego na główną bramę – zaczął Sarem. – Co za tym idzie, największe zagęszczenie łuczników i kadzi z rozpalonym olejem powinno być właśnie w części północnej. Chyba nikt nie ma co do tego żadnych wątpliwości.
- Proponuje umieścić część piechoty na murach. Nie wierzę, żeby tak duża armia próbowała szturmować miasto bez wież oblężniczych – wtrącił Griob wchodząc na wieże. – Przepraszam za spóźnienie – jeszcze dodał.
- Właśnie do tego dochodziłem. Mamy zbyt mało piechoty, żeby rozstawiać ją na murach, podczas gdy po przeforsowaniu bramy będzie piekło.
- Co sugerujesz?
- Sugeruję, że najlepiej byłoby rozprawić się z wieżami, zanim dojadą do murów. Niestety nie możemy polegać tylko na trebuszach, bo na pewno nie uda się zniszczyć wszystkich machin oblężniczych, zanim do nas dotrą.
- Gdy wejdą na mury, to zmiotą naszych łuczników w pył. Możemy zwiększyć skuteczność naszych katapult, oznaczając teren przed murami co pięćdziesiąt metrów i w ten sposób odpowiednio ustawiać trebusze, ale to wciąż za mało.
- Może by tak je podpalić? – dodał Tamir.
- Dobre wieże oblężnicze są naciągnięte od zewnątrz mokrymi skórami.
- Zaraz, zaraz – przeszkodził Knefis. - A gdzie jest Elzebiusz?
Wszyscy popatrzyli po sobie.
- Ten tchórz zwiał!
- Wysłać za nim pogoń?
- Nie. Niech ucieka. W takim razie musiał porzucić swoich ludzi?
- Tak.
- Więc obejmij Sarem nad nimi dowództwo.
- Tak jest!
- Wracając do tematu. Możemy ustawić na basztach balisty, skierowane w stronę murów. Do pocisków-włóczni przywiążemy liny, a z drugiej strony kamienne odważniki. Przy trafieniu w górne partie wieży i odpowiednio ciężkim odważniku, wieża powinna się przewrócić.
- Genialne! Jednakże dość ryzykowne. Trzeba będzie dopuścić wieże bardzo blisko do murów.
- Nic lepszego nie mamy. Za to oszczędzimy piechoty na murach. Lepiej rozstawić ją przy bramie. Chodźmy teraz do głównych wrót.

W tym samym czasie.
Elzebiusz od dawna nie odwiedzał już Naterwanu, lecz wciąż posiadał tu pewne kontakty. Teraz był dobry moment, żeby odebrać od nich długi, skoro już nigdy nie miał tutaj wracać. Bramy miasta pozostawały zamknięte przez cały dzień i całą noc z rozkazu regenta, poza pewnymi wyjątkami. Jego przypadek raczej do nich nie należał.
Stał teraz razem z grupą najbardziej zaufanych ludzi, ubrany w łachmany i w kapturze przed jedną z pomniejszych bram. Czekał na posłańca. Zaczynał się już niepokoić. Spóźniał się. Powoli dochodził do wniosku, że dłużnik go wystawił i to w bezczelny sposób, bo mimo długu zażądał za tę usługę pieniędzy.
Wtem z ciemnej alejki wyłoniło się dwóch mężczyzn. Podeszli do strażników pilnujących bramy, zagadali i chwilę później droga była wolna. Podnieśli kraty i wyszli.

- Ta brama nie wytrzyma nawet jednego dnia – stwierdził inżynier. – Od ostatniego ataku nikt nią się nie zajmował.
- Posłać po robotników! – wykrzyczał Sarem. – Właściwie nie spodziewałbym się drabin. Najlepiej rozmieścić kadzie z olejem tylko nad bramami i czekać na tarany.
- Zgadzam się – przytaknął Tamir.
Za plecami dyskutujących zaczynał robić się zgiełk. Gromadzili się ludzie. Na twarzach kobiet i mężczyzn widniał strach. Starcy byli przerażeni ponownym spotkaniem z obliczem wojny. Dzieci widząc narastające zamieszanie, bały się i płakały. Wystąpił szczupły, niski chłop.
- Panie. Ludzie są przerażeni. Nie do końca wiedzą co się dzieje. Żołnierze zbierają się na placu, a króla nie ma. Zaatakowano nas?
- Tak. Wróg nadciąga do Naterwanu.
Zgiełk urósł. Dało się usłyszeć pokrzykiwania.
- Króla nie ma wraz z armią. Jak odeprzemy nieprzyjaciela? Jak duża armia nadciąga?
Knefis popatrzył po twarzach książąt.
- Nie wiemy niestety jak liczna jest armia wroga. Nie spoczniemy w przygotowaniach. Nastąpiła pełna mobilizacja armii. Każdy kto może unieść broń, niech zgłosi się do zbrojowni.
Zrobiło się teraz naprawdę głośno. Kobiety płakały. Ludziom puszczały nerwy. Ktoś krzyknął.
- Kłamca! Doskonale wiecie ilu ich jest! Gdzie jest król z naszą armią?!
- Wszyscy zginiemy!
- Otwórzcie bramy!
Tłum rósł w oczach. Od prostych chłopów po rzemieślników i kupców. Każdy miał strach w oczach.
- Wiem, że niejeden z was przeżył wojnę i chciałby o tym zapomnieć. Jednakże każdy kto ją przeżył, wie również jak jest straszna i na pewno chciałby uchronić swoich bliskich przed jej obliczem. Król nadciąga z armią jak szybko jest to możliwe. Nie wiem jak bardzo złe zamiary ma nieprzyjaciel. Proszę was o bardzo dużo. Proszę o wasze życie, ale nie za króla czy politykę, nie za miasta i mury. Proszę byście stanęli ramie w ramie w obronie rodzin i bliskich. W obronie godności człowieka. Aby wasze dzieci nie były niewolnikami w kopalniach i niewolnicami w zamtuzach. Stańcie ramię w ramię z żołnierzami, którzy walczą za rodziny od lat, którzy walczą za was. Walczą codziennie. Stańcie ten jeden raz razem z nimi i pokażcie jak bardzo Neirczycy nie boją się. Jak bardzo są gotowi poświęcić się dla swoich bliskich, tak aby każdy kto będzie spoglądał w naszą stronę powie - To są Neirczycy. Lud godności i honoru.
Przed bramą zebrało się tylu ludzi, że ci z tyłu ledwo słyszeli tych z przodu. Każdy chciał być uczestnikiem tej historycznej chwili. Każdy chciał usłyszeć te słowa. W końcu, każdy chciał być Neirczykiem. Poszczególni ludzie zaczęli występować z tłumu. Na początku nieśmiała grupka, a z czasem coraz śmielsza grupa. W niedługiej chwili armia Neiru zyskała kolejne setki, tysiące. Każdy przekazywał sobie słowa Knefisa. Zbrojownie pustoszały, a plac się zapełniał.
Tamir zagadał przyjaciela – chwilami nie wiem jak ty to robisz.
- Ja też nie wiem – odpowiedział. - Dręczy mnie za to cały czas jedna myśl.
- Jaka?
- Skąd król Yegolek wiedział kiedy uderzyć.

Dzień drugi.

Sarem wpadł zdyszany do komnaty regenta. Knefis wyraźnie niezadowolony z gościa o tak wczesnej porze, usiadł na łóżku.
- Co się dzieje?
- Król Yegolek jest dziesięć godzin marszu od miasta!
- Co? Jak to możliwe. Wczoraj był koło Odgren!
- Nie wiem, ale przybył również posłaniec od króla Hengrida.
- Mów.
- Król wraca do Naterwanu z czterdziestotysięczną armią. Będzie za jakieś trzy lub dwa dni, jeżeli nie natrafią na żadne przeszkody.
- Dwa dni? Chyba cie ucałuję. Jak to możliwe?
- Gdy nasz posłaniec dotarł do króla to był już w drodze powrotnej.
- Doskonale. Ubieram się i schodzę. Wszyscy do sali obrad!

Tym razem na sali panowała cisza. Każdy czekał na instrukcje od regenta. Główny dowodzący wchodząc do pomieszczenia, miał wrażenie, że stoją w nim zupełnie inni ludzie niż wczoraj. Pewniejsi siebie, z poczuciem przynależności i obowiązku. Każdy chciał mieć swój wkład w bitwie. Przemówił.
- Doszły już do mnie nowe wieści. Poczyńcie ostatnie przygotowania i spędźcie czas z rodziną. Zabierzcie ludzi mieszkających przy murach w głąb miasta. Trebusze i balisty mają być naładowane i wycelowane na maksymalny zasięg. Za dziewięć godzin olej ma leżeć gorący w kadziach, a ludzie gotowi na murach i przed bramą. Każcie kobietom naszykować wiadra z wodą. Będą potrzebne. – Wszyscy przytaknęli. - Griob. Chciałbym abyś był podczas szturmu na murach. Świetnie strzelasz z łuku. Sarem. Ty tak samo. Tamir. Wiesz co robić. Reszta przed główną bramę. Poprowadzimy ludzi osobiście. Powodzenia i niech sprzyja wam los! Do zobaczenia po bitwie.
Wszyscy powędrowali na plac do swoich żołnierzy, przekazać im instrukcje, a następnie spotkać się z rodzinami. Knefis udał się do swojej komnaty.

Dwie godziny przed oczekiwanym przybyciem króla Yegoleka. Komnata regenta.
Knefis podszedł do lustra. Był przekonany, że w pomieszczeniu jest ktoś jeszcze poza nim. Poczuł chłodny wietrzyk na plecach. Zasłonił okno i wrócił do zwierciadła, bynajmniej nie po to by podziwiać swoją starganą urodę. Pod lustrem znajdował się spory kufer. Najpierw zdjął tunikę. Nie lubił jej. Następnie otworzył kufer i zaczął się ubierać. Koszula z materiału. Skórzane spodnie i kubrak. Pas. Buty z ostrogami. Właściwie to nie zakładał zbroi, za co często był karcony. Czasami zakładał anime, ale nie tym razem. Nie znosił gdy jego ruchy były ograniczane. Jedyny metalowy element jaki posiadał to saczek. Wiadomo, każdy chciałby coś po sobie zostawić. Jak nie w postaci imienia, to chociaż potomstwo. Pochwa na miecz półtoraręczny. Nosił ją na plecach, mimo że władał głównie jedną ręką. Jeszcze sztylet w bucie. W razie czego. Zamknął kufer i raz jeszcze spojrzał na siebie. Był młody, a zarazem taki stary. Jego twarz zdradzała liczne doświadczenia w walce. Ponadto miał ukryte blizny na plecach i klatce piersiowej. Miał dopiero trzydzieści lat, a czuł się na sześćdziesiąt. Skierował się w stronę drzwi. Już miał nacisnąć klamkę, gdy znów poczuł chłodny wietrzyk. Przecież zasłonił okno. Obrócił się, a jego oczom ukazała się młoda dziewczyna o długich blond włosach i zgrabnej figurze. – Nima. - Podniósł rękę aby dotknąć jej policzka, ale dłoń nie natrafiła na żadną przeszkodę. – Tak bardzo żałuję. Robiłem wtedy co mogłem, ale nie zdołałem cie uratować. Tak bardzo tęsknię – dziewczyna szeroko uśmiechnęła się. Zrobiła krok w tył i zaczęła się kręcić. Robinie piruetów przychodziło jej z nieziemską lekkością. Kręciła się w stronę okna, a gdy tam dotarła to rozpłynęła się w promieniach słońca. Z kącików oczu mężczyzny popłynęły łzy.

Na dole czekał już na niego Sarem.
- Przybył Urumen, ale cały czas czeka poza zasięgiem trebuszy.
- Idziemy na mury.
Po drodze spotkał Tamira. Jak zwykle w pancerzu płytkowym, z tarczą i mieczem jednoręcznym u boku.
- Knefisie. Nie wyglądasz najlepiej.
- Nie martw się o mnie. Wierz mi, że jestem w pełni sił.
- Znowu je widziałeś? – regent rzucił mu tylko przelotne spojrzenie. – Będę przy tobie przez całą bitwę. Patrząc na to jak się ubrałeś, a właściwie znowu nie ubrałeś, to przyda ci się moje towarzystwo.
Knefis zdobył się tylko na udawany uśmiech. Nie mógł jej wyrzucić z głowy.
Powędrowali dalej na mury skąd rozpościerał się lepszy widok.
- Griob. Jak sytuacja? Wszystko gotowe jak poleciłem?
- Cały czas czekają. Bóg jeden wie na co. Tak, osobiście sprawdziłem.
- Nie wysłali chociażby posłańca?
- Zupełnie nic.
- No to pozostało tylko czekać.

Słońce zaszło już za horyzontem.
- To czekanie doprowadza mnie do szaleństwa! – krzyknął Griob.
- Ogrom tej armii budzi we mnie przerażenie – nie zwracając uwagi na Grioba, Sarem mówił dalej. -Patrzyłem na nią cały dzień i myślałem, że jest ogromna, ale teraz. Gdy zaszło słońce, wygląda na jeszcze ciemniejszą i jeszcze większą.
- Weźcie się w garść. Król Hengird nadciąga z tylko nieco mniejszym wojskiem – odpowiedział regent.
- W rzeczy samej. W drodze do nas idą spore odziały lekkiej jazdy. Znacznie przekraczające te tutaj. Wystarczy utrzymać wroga na polu przed zamkiem – podtrzymał Tamir.
- Wystarczy…
Dialog przerwał odległy szczęk drewna. W jednej chwili, na niebie pojawiły się dziesiątki płonących gwiazd. Widok zapierał dech w piersiach. Wszyscy stali ślepo wpatrzeni.
- Kryć się!
Sekundy później cisze rozcięły krzyki i jęki ludzi oraz odgłosy walącego się kamienia. Miasto miejscami zapłonęło. Każdy biegał w swoją stronę z wiadrami pełnymi wody. Nikt nie potrafił zliczyć ile jeszcze trwał ostrzał. Jedno jest pewne. Duch walki obrońców, powoli się załamywał.

Grupka mężczyzn właśnie wspinała się po wzgórzu, gdy nagle usłyszeli odległe wybuchy i krzyki ludzi. Zaczęli szeptać między sobą. Elzebiusz przysiadł na kamieniu. Spojrzał na Naterwan, w którym się urodził i spędził całą swoją młodość. Nie wychowano go w miłości, jednak ogień wzbudził w nim bardzo głębokie uczucie. Nie znał tego uczucia. Położył twarz między dłonie i zapłakał. Gorzko płakał.

Dzień trzeci.

Świt.
- Co masz?
- Mury są praktycznie nienaruszone. Nie mogę tego samego powiedzieć o ludziach.
- Duże straty? – pytał dalej Knefis.
- Nie tak duże jak myśleliśmy, ale nie o to chodzi – Sarem był wyraźnie wycieńczony. – Jeszcze nie zaczęliśmy walczyć, a ludzie są zmęczeni. Głównie psychicznie. Większość nie spała całą noc w obawie przed atakiem.
- W nocy nie miało to większego sensu, ale rozumiem.
- Wyjdź do nich. Potrzebują mocnego przywódcy.
Regent wyszedł na mury i rozejrzał się po ludziach. Wszyscy którzy siedzieli od razu wstali, a każdy kto stał przed bramą, patrzył teraz wysoko w górę. Rozpostarł ręce i otworzył usta. Już miał zacząć mówić, gdy ktoś ze straży na baszcie krzyknął.
- Katapulty!
Tym razem pociski nie płonęły, a ostrzał był skoncentrowany całkowicie na murach. Wroga armia ruszyła. Nad miastem zapanował donośny ton maszerującego jednym tempem wojska oraz głuche odgłosy trąb wojennych. Machiny w postaci wież oblężniczych także ruszyły.
- Na stanowiska!
- Przygotować trebusze!
Padały komendy od dowodzących.
- 600 metrów!
- Zwolnić blokady!
Poszybowały prawie pół tonowe odłamki w kierunku wież. Mimo znacznej celności tych machin, większość chybiła. Jednak nie wszystkie.
- 500 metrów!
Konstrukcje Urumenu padały jak domki z kart w stycznością z pociskami.
- 450 metrów!
- To nie wystarczy. Wciąż ich jest za dużo!
- 400 metrów!
Ustał ostrzał od wrogich katapult.
- Wstrzymać trebusze! Zaraz traficie w mury!
- Łucznicy!
Strzelcy ustawili się rzędami na murach. Co drugi był nieparzysty, tak aby jeden drugiemu nie przeszkadzał.
- 350 metrów!
- Puścić cięciwy! – krzyknął Sarem, sam napinając swój łuk.
Niebo przysłoniła czarna chmura strzał. Czarno-czerwone chorągwie padały. Wrogie jednostki zmieniły szyk na luźniejszy. Przodem szły teraz odziały z tarczami.
- 300 metrów!
- Nie celować w tarczowników! Strzelajcie dalej!
- 200 metrów!
Ostrzał trwał nieustannie, ale wrogiej armii nic nie ubywało. Nawet piechota chwyciła za łuki i strzelała z miasta ponad głowami łuczników, lecz wciąż było to nic w porównaniu z siłą wojsk króla Yegoleka.
- 70 metrów!
- Przygotować balisty! Celować w górne partie wież!
- 40 metrów!
- Czekać!
- 25 metrów!
- Czekać!
- 10 metrów!
- Starczy już tego czekania! – ktoś krzyknął.
- Teraz!
Balisty wystrzeliły włóczniami, za którymi ciągnęły się liny jak węże. Pociski penetrowały drewno z zaskakującą łatwością. Po każdym trafieniu zwalniano blokady obciążeń i machiny przewracały się jak klocki. W niektórych miejscach jechały tak blisko siebie, że jedna przewracała drugą.
- Zniszczyliśmy wszystkie! Wszystkie! – dało się usłyszeć okrzyki radości.
Do bramy podjeżdżały tarany, ale spuszczany gorący olej, skutecznie parzył je pchających.
- Są bezsilni – rzekł zadowolony Tamir.
W tym samym czasie zawaliła się spora część muru tak, że obrońcy pod nim stojący mogli zobaczyć wrogie jednostki po drugiej stronie.
- Piechota sprzed bram do wyrwy! Tamirze. Jesteś gotowy?
Ale on już przyspieszał w stronę zawalonego muru. Spojrzał jeszcze tylko przez ramie i powiedział. – Ociągasz się mój przyjacielu.
Regent poderwał się za nim.
Gdy dotarli na miejsce spostrzegli, że wyrwa jest znacznie większa niż z początku się wydawało. Co oznacza, że ciężej ją bronić. Walka trwała w najlepsze. Pierwsi uderzyli tarczownicy pod czarno-czerwonym sztandarem. Neirczycy przyjęli pozycje obronne. Z początku byli spychani w tył, ale kiedy odziały wroga się przerzedziły, to sytuacja się odwróciła. To był dobry moment na wkroczenie. Knefis i Tamir spojrzeli na siebie, a następnie dobyli broni. Pierwszy ruszył rycerz z tarczą, za nim ruszył regent.
Knefis wskoczył w sam środek zgiełku. Z początku wykonywał mocne i pewne pchnięcia, ponieważ przeciwnicy byli dosyć mocno opancerzeni. Pierwszy wróg zwyczajnie mu się nawinął. Wykorzystał swoją przewagę i mocno pchnął go w plecy. Kolejny wykonał błyskawiczny cios znad głowy. Regent zwinnie zrobił unik i równie zręcznie ciął go w szyje. Od boku już od dłuższego czasu, czaił się przysadzisty mężczyzna. Wybrał odpowiedni moment i zaskoczył Knefisa. Całe szczęście, że jego przyjaciel czuwał. Wystawił tarcze i odepchnął napastnika, a w tym samym czasie regent do niego doskoczył i pchnął w klatkę piersiową. Z drugiej strony pojawili się następni. Tamir i Knefis doskonale współpracowali ze sobą. Szeroka tarcza rycerza i zbroja skutecznie dawały ochronę szybkiemu i zwinnemu przyjacielowi. Walczyli dłuższy czas, gdy na ich drodze stanął kapitan oddziału szturmującego. Wykonał zamach i uderzył z głuchym szczękiem w plecy Tamira. Ten upadł na zakrwawioną ziemie. Odrzucił ciężki morgenstern i dobył miecz. Już miał zaatakować regenta, ale na jego drodze stanął jeden z obrońców. Szybko się z nim rozprawił, lecz musiał na chwilę zgubić z oczu swoją przyszłą ofiarę. Knefis widząc całe zajście, umknął na bok i wyprowadził cios. Kapitan błyskawicznie zareagował. Wykonał blok, a następnie kontrę. Ranił regenta w bok. Nie czekając na reakcję, uderzył zamaszyście, ale przeciął tylko powietrze. Kolejne ciosy wykonywał szybkie i coraz bardziej niedbałe. Knefis bronił się z coraz większym trudem. Rana dawała mu się we znaki. W końcu wykonał piruet, uciekając tym samym przed potężnym uderzeniem wroga. Przerzucił zręcznie broń do drugiej ręki i pchnął dowódcę prosto w brzuch. Mężczyzna upadł na niego, przykrywając go swoim wielkim cielskiem. Wciąż żył, ale regent nie miał zamiaru marnować więcej czasu. Dobiegł do Tamira i zaciągnął go na bezpieczną odległość.
- Jesteś cały?
- Czuję się jakbym nie miał pleców – odpowiedział ranny.
- Pomyśl co by było, gdybym to ja był na twoim miejscu. Uratowałeś mnie.
- Nie dziękuj jeszcze.
- Wygląda na to, że jesteś cały. Zbroja cie ochroniła.
- Tak. Za to ty krwawisz. Chwilę byłem nieprzytomny, a już jesteś ranny.
- To tylko draśnięcie. Napastnicy się wycofują. Powoli się ściemnia. Wygląda na to, że udało nam się przetrwać kolejny dzień.
- Mam tylko nadzieję, że król Hengrid jest już niedaleko.

- Panie. Co zrobić z ciałami poległych?
- Każ ludziom ich pochować.
- Ale Panie. Co z zarazą. To jest masa ciał.
- Miasto jest wielkie. Par rąk nie brakuje. Nie będziemy ich palić tylko dlatego, że goni nas czas.
- Nawet wrogów?
- Nawet.
Sługa odszedł aleją w stronę miasta. Knefis stał jeszcze przez chwilę i rozmyślał o kolejnym dniu. Nie mają już nic co pomogłoby im przetrwać. Ostatnia nadzieja w królu. Jutro w południe powinien tu być, o ile nic go nie zatrzymało. Ruszył w stronę obrońców.
Na miejscu stał Tamir wraz z Saremem i Griobem.
- Jak widzę wszyscy mają się dobrze. Jak się masz przyjacielu?
- Boli jak cholera, ale drobna rozgrzewka i wrócę do formy.
- Doskonale. Jak sytuacja?
- Straciliśmy około czterech tysięcy ludzi, z czego połowa to chłopi z poboru – odpowiedział Sarem.
- Niech to szlag. Jakieś pomysły na następny dzień? – zero odzewu. – Tak myślałem. Wszystkie sztuczki nam się skończyły. Pozostało tylko czekać na pomoc. Idźcie wypocząć.
Tej nocy Urumen, po raz kolejny nie dawał odpocząć obrońcom, bombardując ich katapultami. Miasto zapłonęło raz jeszcze.

Dzień czwarty.

Wczesnym rankiem.
Wojsko nieprzyjaciela nacierało nieustannie. Wróg zarzucił drabiny na mury, co spowodowało odesłanie części piechoty Neiru spod wyrwy. Obrońcom udawało się z ledwością utrzymywać powstałą lukę w murze. W kulminacyjnych chwilach regent myślał, że lada chwila szereg się załamie. Zawsze w takim momencie w Neirczyków wstępował duch walki i odpierali nieprzyjaciela. Walka ciągnęła się niemiłosiernie. Słońce było coraz wyżej, a króla jak nie było tak nie ma. Przyjaciele walczyli już od kilkunastu minut.
Rana Knefisowi nie dawała spokoju. Miał wrażenie, że z każdym kolejnym ciosem pali go coraz bardziej. W pewnym momencie musiał chwycić miecz drugą ręką.
- Jeżeli zaraz czegoś nie wymyślę, to obrona upadnie i będziemy zgubieni. Czas odkryć wszystkie karty.
Wyrwał się z tłumu walczących, ciągnąc za sobą Tamira.
- Idź poszukać Grioba, a ja pójdę po Sarema.
- Masz jakiś plan?
- Powiedzmy. Spotkamy się koło stajni.
Tak się rozbiegli. Knefis dostrzegł Sarema, umykającego przed czterema napastnikami na baszcie. Pobiegł ile miał sił w nogach. Wbiegł na parter i wskoczył na drabinę. W dość szybkim tempie pokonał dwa kolejne piętra. Wchodząc na trzecie, o mało nie został strącony przez spadające zwłoki. Wskoczył na piętro, a tam dostrzegł osaczonego trzema napastnikami Sarema.
- Hej! – krzyknął.
Zaskoczeni mężczyźni rozdzielili się. Dwóch skoczyło w jego stronę. Rzucił się na bok i dobył miecz. Pierwszy z nich, większy i powolniejszy, wykonał potężny zamach mieczem dwuręcznym. Knefis nie bardzo miał jak wykonać unik, więc zablokował oburącz cios mieczem. Impet uderzenia wytrącił go lekko z równowagi. Rana nie zapomniała dać o sobie znać. Zasyczał z bólu. Wciąż trzymając broń oburącz, wykonał cięcie z lewej strony. Przeciwnik sparował uderzenie kosztem równowagi. Regent błyskawicznie to wykorzystał. Chwycił broń lewą ręką i ciął osiłka za uchem. Padł martwy. Drugi był bardziej szczupły i zwinny. Dzierżył dwa krótkie miecze, którymi wykonywał naprzemiennie proste i szybkie uderzenia. Knefis z trudem nadążał z parowaniem. Musiał przyjąć inną strategię. Wykonał ryzykowny w takiej sytuacji piruet i odskoczył na bok. Mając chwile wytchnienia wziął duży zamach i potężnie uderzył chudzielca. Ten tak jak się spodziewał, wykonał blok obydwiema broniami. W tym momencie miał go jak na widelcu. Dobył ukryty sztylet w bucie i dźgnął przeciwnika między żebra. Mężczyzna wyszczerzył oczy w zdumieniu i padł.
Z drugiego końca pomieszczenia dobiegł regenta jęk. Ostatni z agresorów ugodził Sarema w serce. Knefis momentalnie do niego doskoczył i w przypływie szału zaczął go okładać mieczem. Ten nie zdążył nawet się odwrócić. Trysnęła krew. Po chwili stał już sam. Uklęknął przed księciem, ale ten już nie oddychał. Wściekły udał się w kierunku stajni.

Po drodze spotkał Tamira z Griobem.
- Gdzie jest Sarem? – zapytał Griob.
- Nie żyje. Dranie osaczyli go we czterech. Robiłem co mogłem ale…
- Sukinsyny. Zapłacą za to.
- Nie marnujmy więcej czasu.
- Jaki masz plan?
W tej samej chwili dotarli przed wejście stajni, gdzie ich oczom ukazała się pokaźna grupa jeźdźców.
- To jest twój plan? Samobójczy szturm na koniach?
- Mnie się podoba – rzekł Tamir.
- Oszaleliście?
- Masz lepszy pomysł? Niedługo obrona zostanie przerwana, a wtedy co? Musimy kupić obrońcom trochę czasu. Jest już południe. Lada moment powinny przybyć oddziały króla.
- A jeżeli nie przybędą?
- To chociaż tchniemy w ludzi nadzieję – Griob pokiwał głową.
- Więc na co czekamy? Na konie!

Wrzawa bitewna nie ustawała. Kolejni ludzie ginęli. Jeden z żołnierzy spojrzał jeszcze po wszystkich poległych. Wiedział, że taki sam koniec czekał na niego. Chciał rzucić mieczem o ścianę i uciec, ale co by się stało z jego rodziną? Poprawił pasek, dobył miecza i postąpił naprzód. Gotował się już do ciosu, gdy zza jego pleców dobiegł go tętent kopyt. Wataha jeźdźców przemknęła obok niego wskakując w sam środek zgiełku. Konie taranowały przeciwników, a jeźdźcy na przedzie z niezwykłą wprawą kładli kolejnych wrogów.

Knefis wpadł w bitewny szał. Uderzał, prawie że już na oślep. Kolejni przeciwnicy padali pod siłą jego ostrza. Nic go już nie obchodziło. Parł cały czas naprzód. Konie przebiegły już przez wyrwę. Pozostałe niedobitki szybko zostały załatwione przez pozostawionych z tyłu obrońców. Przerażeni Urumeni, zaczynali się powoli rozstępować. Żołnierze na murach widząc ten akt odwagi, zdawali się odzyskiwać wiarę w wygraną.
Niespodziewanie ktoś dźgnął konia regenta. Mężczyzna wypadł z siodła i poturlał się jeszcze kawałek. Leżąc na ziemi dostrzegł Grioba z przebitą szyją przez włócznie. Odwrócił głowę w drugą stronę, a tam z kolei zobaczył Tamira powalającego kolejnych przeciwników. Poderwał się z ziemi i wycinając sobie drogę do przyjaciela, dotarł do niego. Wokół nich zebrała się pozostała przy życiu grupka jeźdźców, a przed każdym z nich stały niezliczone zastępy nieprzyjaciela.
- Jestem dumny z tego, że mogłem walczyć u twego boku Tamirze.
- Nie. To ja jestem dumny – spojrzeli jeszcze po sobie, a potem rycerz dodał. – Dokończmy to co zaczęliśmy.
W tej samej chwili z oddali dobiegły ich głuche odgłosy rogów.
- To król Hengrid! – krzyknął któryś z jeźdźców.
- A więc zdążył – uśmiechnął się Knefis. Następnie chwycił oburącz rękojeść swojego miecza i wykonał zamach…

Król Hengrid stał na wzgórzu i obserwował całe pole bitwy.
- W samą porę. Wysłać lekką jazdę!

Rana nie dawała mu się już we znaki. Klęczał teraz pośród martwych ciał swoich wrogów. Przed oczami miał łąkę, a na niej Nime biegającą wśród dzikich kwiatów. Zawołał ją po imieniu. Zatrzymała się i uśmiechnęła do niego.
– Chodź za mną! No chodź!
Pobiegł. Znalazł się w ogrodzie za rodzinnym domem. Matka zrywała jabłka z drzewa, a on do niej podszedł. Podała mu owoc i powiedziała.
– Już nie musisz się bać Knefisie. Wszystko będzie dobrze.
Świeciło słońce, ale mu nie było ciepło. Jego ciało opanował chłód. Upadł na ziemie. Uniósł rękę ku niebu i zamknął oczy.

Kilkadziesiąt lat później.

Sędziwy starzec spoczywał na krześle w pokoju gościnnym. Przed nim na dywanie siedziała trójka niesfornych wnuczków.
- Dziadku. Co się działo potem? – zapytał jeden z nich.
- Potem? Król Hengrid walczył razem z obrońcami przeciwko Urumenowi jeszcze przez jeden dzień. Następnego dnia z samego rana, król Neiru i Yegolek ustanowili warunki pokoju, ale nie na długo.
- Dlaczego?
- Wybuchła potem kolejna wojna, ale o tym może innym razem.
- Czyli twój przyjaciel Knefis zmarł na próżno?
- Ależ skąd! Zyskał cenny czas dla obrońców na przegrupowanie i dla króla na przybycie. Ale nie to było najistotniejsze.
- A co?
- Najważniejsze, że Knefis dał ludziom nadzieję. Pokazał, że warto wierzyć, bo dzięki temu jesteśmy gotowi na poświęcenie, bez którego mogło zginąć wtedy znacznie więcej osób! Pamiętajcie. To jakimi jesteście ludźmi zależy tylko od was samych. To wasze czyny determinują innych do działania. Powinniście być dla nich przykładem, nie przekleństwem. Czasami nawet za cenę życia.


Koniec.

Data:

 03.12.2015

Podpis:

 niereformowalny

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=79124

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl