DRUKUJ

 

Ciemność

Publikacja:

 16-01-25

Autor:

 niereformowalny
Noc, chłód, ciemność. Włosy na grzywie konia powoli sztywniały z zimna. Mrok spowijał okolice. Wokół panowała zupełna cisza, przecinana co chwile przez odgłos stukających podków o kamienny trakt. Drogę jeźdźcowi oświetlał blady księżyc na bezchmurnym niebie. Zbliżał się do celu. Wraz z pokonywaną odległością, korony drzew ustępowały miejsca dużemu jednolitemu kształtowi, który rysował się coraz wyraźniej na tle padającego światła.
Mężczyzna zatrzymał konia i spojrzał na niedużej wielkości marmurowy budynek. Gzyms i fryz już dawno skruszały pozostawiając spore luki, a ozdobny frontowy filar starał się jeszcze dotrzymać towarzystwa dumnemu bliźniakowi.
Zsiadł z konia, niedbale przełożył uwiąz przez wystający pręt z bramy i zapalił pochodnie wydobytym przed sekundą krzesiwem. Ruszył ku masywnym drzwiom otoczonym bogatą fasadą. Trzymając ogień w lewej ręce, pchnął odrzwia, które ustąpiły z zaskakującą łatwością. Od razu przebrnęła mu myśl, że ktoś z nich regularnie musi korzystać.
Znalazł się w małym pomieszczeniu o wysokim sklepieniu, którego marmurowe ściany przybrały teraz kolor żółtawego koloru światła. Wbrew przypuszczeniom pomieszczenie nie było bogato zdobione. Po bokach znajdowały się głównie niezbyt imponujące epitafiumy z wyjątkiem jednego. Naprzeciw wejścia po pokonaniu paru stopni schodów, wyżłobiona była prostokątna wnęka z jednym z najbardziej okazałych jakie najemnikowi przyszło dotychczas spotkać na swojej drodze. Tekst na nim widniejący, został prawie w całości zniszczony w wyniku działania czasu, ale dało się odczytać jeden wyraz. – Vilor - wyszeptał mężczyzna po czym powiedział w myślach. – Dobrze trafiłem. - Zaczął powoli przesuwać dłonią w okolicach wnęki w poszukiwaniu przełącznika lub innego przycisku uruchamiającego przejście. Natrafił na jakiś nieregularny kształt, po czym go wcisnął. Rozległ się odgłos trących wzajemnie o siebie kamieni. Podszedł do dopiero co otwartego przejścia, rozejrzał się i zaczął schodzić stromymi schodami w dół.
Chłód, ciemność. Światło pochodni przegrywało w spotkaniu z gęstym mrokiem. Tunel był tak bardzo wąski i niski, że głowa prawie zawadzała o sufit. Wraz z coraz dalszym zagłębianiem się w podziemny korytarz, pod stopami robiło się coraz bardziej miękko. To był piasek. Kroki mężczyzny przycichły. Pochodnia jakby trochę przygasła. Dobył broni. Na ścianach zajarzyły się znaki rzucane przez mieniące się czerwienią, fioletem i żółcią runy wzdłuż głowni. Uzbrojony w stalową odwagę ruszył dalej. Dobiegł go dźwięk trącego kamienia, choć może mu się tylko zdawało. A może to była odsuwana płyta? – Ostatni raz wchodzę do mauzoleum – powiedział do siebie. Szedł dalej dopóki nie dotarł do pomniejszej krypty. Ściany w tym miejscu były bledsze od tych na górze, a ozdobne ornamenty i malunki wciąż zachwycały. Panował tutaj nieopisany ziąb inny od tego na powierzchni. Przylegał do ścian i kleił się do przedmiotów. Ciężko psuł powietrze i przeszywał zmysły. Tylko miecz zdawał się emanować ciepłem. Z boków pomieszczenia odbiegały dwie odnogi. Jedna na wprost, a druga w lewo. Najemnik wybrał tę w lewo. Korytarz bardzo przypominał ten z początku, tyle tylko, że był trochę szerszy. Poczuł się pewniej. Idąc dalej, napotkał kolejne dwa rozwidlenia, na których dwukrotnie skręcił w prawo. Odniósł wrażenie, że im dalej idzie w głąb katakumb, tym bardziej robi mu się chłodno. Szedł tak jeszcze przez pewien czas dopóty, dopóki nie zauważył końca tunelu. Zwolnił kroku, a po pewnym czasie przystanął. Cisza. Panowała zupełna, niczym nie zachwiana cisza. Nawet płomienie pochodni zdawały się wsłuchiwać w milczenie ciemności. – Przecież jesteś w grobowcu – zagadał do siebie.- Jak nie tutaj ma być cisza, to gdzie – dodał. A jednak coś było nie tak. Przypomniało mu się po co właściwie tutaj zszedł i zaraz sprawdził czy trzyma dalej miecz w ręce. Trzymał. Ruszył przed siebie. Wiedział, że zaraz wkroczy do dużego pomieszczenia. Wiedział również, że musi się spieszyć.
Tak jak przewidywał, komnata była duża. Bardzo ciemna i bardzo duża. Przystanął na chwile, żeby jej się przyjrzeć. Ściany układały się w prostokąt, a pod nimi leżały poukładane nierówno sarkofagi. Niektóre pootwierane. Środkiem nad ciemną przepaścią przebiegały trzy mostki szerokie na metr, które zbiegały się w centrum. Dwa mostki boczne prowadziły do dwóch korytarzy po lewej i prawej stronie, a trzeci do tunelu, z którego przyszedł mężczyzna. Po nim to właśnie szedł teraz ostrożnie, uważając na każdy następny swój krok. Zbliżał się do punktu skalnego wieńczącego zakończenie każdego z nich. Usłyszał dźwięk sypiącego się piasku, taki sam jaki wywoływały jego stopy, gdy jeszcze szedł korytarzem, tylko że ten odgłos dochodził znacznie rzadziej. Był wolniejszy. Najemnik rozejrzał się, ale nikogo nie dostrzegł. Ręka lekko mu zadrżała. Postąpił naprzód i znalazł się przy skale, która okazała się kamiennym sarkofagiem, z lekko rozsuniętym wiekiem. Przez szparę w płycie wychodziła koścista dłoń, której palce chwytały się wykutego brzegu. Wsunął miecz do pochwy i popchnął wieko, które runęło z hukiem na kamienną posadzkę. W środku leżał szkielet, wygięty w nienaturalnej pozycji, jakby umieranie sprawiło mu potworny ból. Palce drugiej dłoni ściskały rękojeść sztyletu, którego klinga połyskiwała zielonkawym odcieniem. Mężczyzna chciał ująć sztylet w dłoń, ale koścista ręka trzymała go mocno. Pociągnął z impetem za rękojeść i wyrwał broń szkieletowi. Nagle w tym samym czasie z odległych głębin katakumb, wyrwał się rozpaczliwy i przeciągły krzyk kobiety. Włosy zjeżyły się mężczyźnie na całym ciele i dreszcz przebiegł po plecach. Błyskawicznie odwrócił się na pięcie i zamarł w bezruchu. Przed nim stała wysoka postać, owinięta od stóp po sam czubek głowy bandażami. Wygięte sine usta wisiały w bezruchu, a mętne biało-szare oczy szkliły się w świetle pochodni. Od prawego ramienia słyszał kolejne mozolne kroki, a od strony przepaści szybki rytmiczny bieg. Uniósł dopiero co zdobyty sztylet przed siebie, licząc, że jego aura odstraszy mumie, ale ona zamiast uciekać ruszyła naprzód. Zaparł się jedną nogą, a drugą kopnął umarłego z całej siły. Powolne, niezgrabne ciało runęło do tyłu. W korytarzu, z którego przybył dostrzegł kolejne ruchy, a kroki od prawej strony były coraz wyraźniejsze. Została tylko jedna droga. Schował sztylet i poderwał się do biegu.
Zbiegł z mostka, wskoczył do korytarza i popędził wzdłuż niego. W trakcie biegu szybko zorientował się w położeniu. Cofnął się w myślach do drogi, którą dotarł do sztyletu i jeżeli nie popełnił żadnego błędu, to musiał kierować się w prawo. Ucieczkę skutecznie utrudniała mu gruba warstwa piasku, w której grzęzły nogi, oraz ciemność, której pochodnia nie nadążała rozświetlać. Z za pleców dobiegał go dźwięk szybkiego biegu, zapewne ten sam co słyszał z otchłani. Na rozwidleniu w prawo. Potem znowu w prawo. Lewo, prawo, lewo. Nie lewo tylko prawo. – Cholera – zaklął. Musiał szybko podejmować decyzję i nie oglądać się za siebie. Dyszał coraz bardziej. Wpadł do znajomej, chłodnej komnaty i popędził ciasnym tunelem. Biegł teraz po posadzce z kamienia. Słyszał już bardzo blisko dudnienie kroków za plecami. Nie odwracał głowy, żeby spojrzeć. Z daleka już widać było schody. Przyspieszył jeszcze bardziej. Odniósł wrażenie, że zaraz coś go złapie od tyłu. Jeszcze kawałeczek. Wytężył wszystkie siły. Dopadł schody, stawiając kroki co trzeci stopień. Potknął się o ostatni i uderzył plecami o ziemie. Z trudem dobył miecz. Do pomieszczenia wpadła kreatura człekokształtna, przypominająca garbatą kobietę o długich, wątłych ramionach, zakończonych czterema złączonymi palcami. Ciało miała całe blade, a twarz pociągłą z fioletowymi oczodołami i szarymi oczami o pionowych źrenicach.
Najemnik bezradnie ciął na ślepo. Nie trafił i wcale nie musiał, bo potwór zaczął się cofać. Powietrze wypełnił swąd palonej skóry. Kobieta uciekła od księżycowych promieni i schowała się w cieniu schodów. Wystawiła jeszcze łeb na światło i wściekle krzyknęła. Potem schowała dymiącą twarz i ruszyła w głąb grobowca. Przejście zamknęło się.
Mężczyzna dźwignął się z podłogi i schował broń. Teraz zauważył, że ktoś zostawił otwarte drzwi na oścież, tak żeby księżyc mógł zaglądać do środka. Wyszedł na zewnątrz i poszukał wzrokiem swojego konia.
- Niedbale go uwiązałeś – usłyszał delikatny głos z boku.
- Na szczęście ty się nim zaopiekowałaś.
- Oczywiście, jak zawsze. Gdy ty uganiasz się za dziewuchami, ja pilnuje twojego interesu – kobieta głaszcząc konia, mówiła dalej. – I co? Będzie następny raz?
- Niestety, chyba miała trudne dni. Pocieszyłem się samym widokiem.
- Zabawne, że o tym wspominasz. Będziemy tak stać i czekać aż wilki nas zabawią, czy wreszcie się ruszymy?
- Miło cie znowu widzieć.
- I ja jestem rada.

Data:

 03.12.2015

Podpis:

 niereformowalny

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=79125

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl