DRUKUJ

 

Melancholia Byka

Publikacja:

 16-05-18

Autor:

 KobietazMagdalii
Do mojego biura podróży przyszedł Byk. Chciał jechać do Hiszpanii. Kolega, z którym był, smukły Blondyn około trzydziestki, nawet słyszeć o tym nie chciał, tylko w kółko wychwalał zalety wakacji w Grecji. Czarne oliwki, ser feta i sałata jednak do Byka nie przemawiały.
W ogóle.

Chłopak nawijał o biało-niebieskich wyspach, a tymczasem Byk smętnie kręcił się po biurze.
W końcu zwinął się w kłębek z cichym sapnięciem, jak kot. Jego ogromne cielsko zajmowało jedną piątą pomieszczenia, wyglądało jak góra lub jak wyrośnięty świętomarciński rogalik - napakowany wielką ilością wilgotnej, pysznej masy z białego maku. Rogalik musiałby być co prawda spalony (bo Byk był czarny), ale wciąż imponujący.

Olbrzymi kark wsparł na przednim kopycie, kłąb sterczał jak góra porośnięta czarną szczeciną, na której co setny włosek świecił srebrzystą siwizną. Szpakowaciał powoli, ale z wdziękiem. Jego nieszczęśliwa mina, wilgotny nos ze smętnie rozdętymi chrapami i półprzymknięte powieki
z długimi, aksamitnymi rzęsami - wszystko mruczało "Espana". Jednak bez "ole!".

Blondyn rozkręcił się w swojej opowieści o Helladzie. Podbiegł do Byka i ciągnąc go za kopyto, próbował nakłonić do tańca Sirtaki, czyli tańca Zorby, ochoczo wymachując nogami, klepiąc się po udach, krzycząc "opa!" i wirując w coraz to bardziej zapamiętałym i szybszym rytmie słynnej melodii, którą słyszał we własnej głowie i starał się odtworzyć możliwie wiernie, śpiewając
i tupiąc. Wychodziło mu to całkiem dobrze.

Kiedy melodia dobiegała końca, dałem się porwać jego zapałowi i sam zacząłem pod nosem nucić "pa ram pam pam, pa ram pam pam". Przymknąłem powieki i już prawie czułem zapach świeżo złowionych sardynek z pomidorami i smak dobrze przyprawionego czosnkiem tzatziki, bo przecież sam uwielbiam Grecję. I któż jej nie lubi?! Ciepłe, lazurowe morza, bujna roślinność, mili Grecy (najmilsi wtedy, kiedy i my jesteśmy dla nich mili, oczywiście), łagodny klimat, wyśmienite jedzenie i słońce cały rok. No i te wyspy! Setki wysp i wysepek - cudowne rejsy! - aż oczopląsu można dostać. Zatoki, klify, sekretne plaże. A każda z wysp: piękna, malutka, ogromna, zatoczkowa, zielona, klifowa, górzysta, zabytkowa, czy co tam tylko chcemy.

Starożytni Grecy, ich mądrość, filozofowie, pięćsetletnie gaje oliwne, wszystko to wirowało
mi przed oczami wyobraźni i osiadało na dnie mojego serca jak zatopiony galeon. Kiedy piasek wzburzony przez wciągany wirem statek już opadł i przez zwały wód przebiły się promienie słońca, otworzyłem oczy i... spojrzałem prosto w głębinę czarnych źrenic markotnego Byka. Greccy filozofowie natychmiast zebrali poły swych szat i, z zadartymi nosami, obrażeni, odeszli w cień drzewek oliwnych, gdzie zaczęli ze swadą rozprawiać na arcyważne tematy.
Nagle przestało mnie to jednak interesować, ponieważ w spojrzeniu Byka ujrzałem ogrom piękna słonecznej Hiszpanii. Jego ogon miarowo uderzał w podłogę, chrapy rozdęły się lekko, rzęsy podwinęły zalotnie i Byk, w mojej wyobraźni, stanął na scenie jako piękna Andaluzyjka.
Kopyta obute były w czarne pantofle na stabilnych obcasach, jego kibić otulała czerwona materia
z falbaniastą, sztywną halką. Rzęsy trzepotały jak wachlarz, który ściskał w przednim kopytku, na które naciągnięta była rękawiczka.

Nagle Byk, patrząc na moją wizję, fuknął ostro przez nozdrza i Andaluzyjka, gubiąc wachlarz
i mitenki, rozpłynęła się w podmuchu prychającego z dezaprobatą zwierzęcia.

- Widzę, - rzekł Byk wstając nagle, bardzo ożywiony - że muszę ci wyjaśnić genezę mojego zainteresowania, mojej miłości do Hiszpanii, a w szczególności do słonecznej Andaluzji.

Jego kopyta zastukały o posadzkę głośno i rytmicznie a zwierz wyprężył się dostojnie jak mistrz tańca flamenco.

Zastygłem w bezruchu, ukradkiem i z lekkim trudem przełykając w myślach ostatnią ostałą
z poprzedniej wizji grecką oliwkę. Spojrzałem na Blondyna - z westchnieniem i rezygnacją rozparł się na kanapie pod zdjęciem osiołka z wyspy Kos.

- Kiedyś... - zaczął Byk - dawniej... - zamruczał i zwiesił łeb.

- Och, na Zeusa! - krzyknął Blondyn, zrywając się z kanapy. - Może przestań już zgrywać torreadora w byczej skórze! Pozwól, że ja opowiem twoją historię. W innym razie spędzimy tu czas do białego rana.

Odchrząknął i łypnął na Byka. Byk spojrzał nieśmiało w ścianę.

- Khm? - chrząknąłem, nie rozumiejąc.

- No, po prostu, Bykowi odbiła palma! Poczuł się gwiazdą. Ludzie rzucili się do niego, chcieli poklepać, prosili o autografy, robili wspólne zdjęcia. W końcu dziewczyny zaczęły piszczeć, podarły na kawałki chustę Jałówki - każda chciała mieć pamiątkę po Byku. On prężył muskuły, pokazywał garnitur zębów nie pierwszej białości, podnosił po dwie osoby naraz, sapał i wywracał zaczerwienionymi białkami. Zapomniał zupełnie o Jałówce i niesiony na fali wody sodowej udał się z podekscytowanym tłumem, w pierwszym rzędzie z paniami, do pobliskiej bodegi, gdzie stawiał kolejkę za kolejką sangrii. Wszyscy wiwatowali, był taki tłum, że biedna Jałówka nie mogła się przepchnąć w kierunku baru, do Byka. Wyszła w końcu na ulicę, trzaskając drzwiami a łzy upokorzenia, złości i świeżej, a już straconej miłości, ściskały jej gardło.

Byk zamruczał i zdziwiony spojrzał na Blondyna.

- Nie patrz tak na mnie - westchnął chłopak. - Oczywiście, na kilku szklaneczkach wina się
nie skończyło. Nic nie moglem zrobić, w końcu sam zacząłem pić i ocknąłem się nad ranem, próbując z całą grupą szturmem wziąć hotel, wyważyć otwarte drzwi budynku, w którym zatrzymaliśmy się na nocleg.

Przed południem Byk z Blondynem, snując się jak własne cienie, schodzili na późne śniadanie, kiedy dziarskim krokiem przemaszerowała obok nich Jałówka. Wyglądała jak petarda! WYspana, WYczesana, WYstrojona i dyskretnie ale bardzo seksownie WYmalowana. Jej cztery "WY" zbiły Byka całkiem z nóg. Chciał coś do niej powiedzieć, ale stał jak porażony - Amor ostrzył już kolejną strzałę. Kiedy udało mu się w końcu wychrypieć jakieś niezrozumiałe słowo, krowa właśnie się wymeldowała, odwróciła głowę w jego stronę, w niemym pytaniu unosząc wysoko brwi. Nie doczekawszy się dalszego ciągu chrypienia ze strony Byka, odwróciła się na karmelowym kopytku i wymaszerowała z hotelu, ciągnąc za sobą walizkę na kółkach.

Kilka dni zajęło Bykowi odnalezienie jej. Kiedy mu się to w końcu udało, był przeszczęśliwy, ale tłumaczył swoje nieeleganckie zachowanie z pierwszego dnia ich znajomości tak pokrętnie
i nieumiejętnie dobierał argumenty, że dumna Bawarka nie chciała wchodzić z nim w dialog. Porzuciła swoją grupę wycieczkową i zamieszkała w Esteponie, na Wybrzeżu Słońca, o dwie godziny drogi od Rondy. Byk musiał wracać do kraju - obowiązki zawodowe - ale po kilku tygodniach wziął zwolnienie z pracy i uprosił Blondyna, żeby pojechał z nim do Estepony na dwa tygodnie kolejnych wakacji.

- Chodzi o to, - zaczął energicznie, byle szybciej skończyć - że od kilku lat jeździmy do Hiszpanii bo kolega zakochał się tam w Jałówce. Biało-brązowej krowie z Bawarii. Przyjechała na wycieczkę z grupą niemieckich turystów. Nasze grupy spotkały się w andaluzyjskiej Rondzie, na arenie do walki z bykami. Byk i ona wpadli sobie nawzajem w oko. Zaczęli rozmawiać i ugodzeni strzałą Amora odłączyli się od grup. Nie było ich bardzo długo. Znaleźliśmy ich w szerokim korytarzu, w budynku, z którego byki wypędzane są przed walką na arenę. Ona stała przy schodach wyłożonych kaflami z "byczymi" scenkami, a on wyginał się jak torreador. Całkiem jakby był człowiekiem. W ruchu wydłużały mu się kończyny, ogona prawie nie było widać. Na rogi naciągnął trójkątną czapkę torreadora. Wykorzystał chustę Jałówki, z długimi frędzlami, w czerwone róże i teraz zamiatał zapiaszczoną posadzkę korytarza, wywijając nią na boki jak płachtą. Popisywał się przed Jałówką a ona rozpływała się w zachwycie. Co to był za widok! Był straszny, potężny, władczy, samczy - zakochany po prostu. Cała wycieczka struchlała. A potem oszalała i wszyscy zaczęli bić Bykowi brawo. I wtedy to się stało.

Przerwał, z niechęcią patrząc na Byka i kiwając smutno głową.

Krowa została przewodniczką niemieckich wycieczek. Po miesiącu rzuciła tę pracę, bo za każdym razem odwiedzała z wycieczką Rondę. Szczególnie długo zatrzymywała się wtedy przy schodach
z kafelkami i oddawała się wspomnieniom i długim westchnieniom. Niemcy byli zdezorientowani
i niezadowoleni, w końcu oburzeni, a ona nie potrafiła wykrzesać w sobie entuzjazmu należnego przewodnikom zagranicznych grup i zaczynała płakać lub nerwowo wyginać kopyta.

Chcąc nie chcąc została kelnerką w barze tapas. Byk był stałym klientem tego miejsca,
ale i tak odmawiała rozmowy, a jeśli już, to złośliwie chciała rozmawiać tylko po hiszpańsku. Byk wyjechał na trzy miesiące do Barcelony, między innymi na kurs języka, a kiedy wrócił z bardzo poprawnym hiszpańskim, Jałówka tylko prychnęła, że ma niedopuszczalny w Andaluzji akcent kataloński.


Udręka Byka trwa do dziś... Ona zamknęła się w swoim oburzeniu, on trwa w niemym uwielbieniu jej zgrabnych pęcin i kształtnego łba. Ba! Ukochał nawet jej zacietrzewienie i ciężki charakter. Od czasu do czasu Jałówka rzuca mu, jak ochłap, cień nadziei, a Byk przyjmuje
to "prawie nic" jak najcenniejszy dar.

Ona założyła firmę cateringową i jest prężną bizneswoman, a on traci majątek na wyprawy
do Hiszpanii.

I tak mogłoby to trwać aż do jego bankructwa, lub nawet jeszcze dłużej, ale w zeszłym tygodniu dowiedział się, że Jałówka zaręczyła się z pewnym Portugalczykiem. Wyjeżdża do Lizbony. To był dla niego wstrząs! Przez cały dzień trwał w jednej pozie jak katatonik.

- Próbowałem wszystkiego, - ciągnął Blondyn - żeby go z tego stanu wyrwać i udało mi się dopiero wtedy, kiedy wspomniałem o wycieczce. Miałem na myśli Grecję, byle dalej od Jałówki, która najwidoczniej zupełnie wykreśliła go ze swojego życia. Ale Byk chce lecieć do Hiszpanii i ostatecznie ubłagać krowę o ostatnią szansę dla ich związku.

Poddaję się, zostawiam go na pastwę losu, nie mogę patrzeć na jego upadek. Wychodzę,
do widzenia - to mówiąc Blondyn opuścił szybkim krokiem moje biuro, zamykając za sobą ostrożnie ciężkie drzwi i wychodząc na słoneczną ulicę.

Popatrzyłem na Byka - nie było sensu z nim dyskutować - już siedział przy biurku i stukał nerwowo kartą kredytową, żeby jak najszybciej opłacić bilet do Malagi.

Kiedy wychodził z biura, jego ogon o mało co nie został przycięty w drzwiach. Przerażony, wstrzymałem oddech. Jednak na szczęście, niczego nieświadomy Byk, w ostatnim momencie z gracją machnął nim i uniknął nieszczęścia i bólu. Czarna kitka na końcu jego ogona prześlizgnęła się w wąskim przesmyku pomiędzy skrzydłem drzwi a futryną. O mały włos! Odetchnąłem z ulgą
i podszedłem do drzwi, żeby przez szybę w nich spojrzeć ostatni raz na Byka. Na podłogę opadał, łagodnymi łukami z prawa na lewo, włos z ogona Byka. W połowie czarny, od połowy srebrny. Zachowam go na pamiątkę spotkania z Bykiem, który od pierwszego pacnięcia kopytem
w piach andaluzyjskiej ziemi pokochał Hiszpanię, Jałówkę i... sławę.


Kobieta z Magdalii

Tekst ze zdjęciami z Rondy znajdziecie na moim blogu: http://kobieta-z-magdalii.kobietnik.pl/2016/05/melancholia-byka.html

Data:

 Maj 2016

Podpis:

 KobietazMagdalii http://kobieta-z-magdalii.kobietnik.pl/

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=79588

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl