DRUKUJ

 

Solitude

Publikacja:

 16-07-09

Autor:

 Tytustom
SOLITUDE




Solitude było dużym miastem, położonym malowniczo po środku równiny Expectancy. Niektórzy wręcz twierdzili, że nazbyt dużym, bo niepotrafiącym wyżywić wszystkich swoich mieszańców. Otaczająca miasto z południowej strony pustynia nie dawała zbyt dużych możliwości zarobkowych i ograniczała możliwości produkcyjne żywności. Z kolei morze znajdujące się z północy, rzadko było na tyle spokojne, by nieliczne kutry i statki miały możliwość wypłynąć na połów ryb, których ławice kilka razy w roku nawiedzały okolice miasta. Na peryferiach Solitude mieszkali, w byle jak skleconych, pokrytych czerwonym piaskiem ruderach, ludzie o ciemnych twarzach, zapadniętych brzuchach i ciałach przyodzianych w stare, podarte jeansy i T-shirty przysyłane w paczkach przez bogobojne matrony zamieszkujące Nowy Jork, Londyn, Warszawę a nawet dalekie Tokio. W centrum miasta poruszali się ci, którzy mieli szczęście urodzić się w bogatych rodzinach, mających interesy poza granicami kraju, spędzający wolny czas na popijaniu luksusowych win, w luksusowych restauracjach w towarzystwie luksusowych kobiet. Miasto zamieszkiwało też grono szacownych obywateli - socjalistów, którzy twierdzili, że Solitude jest wstanie bez trudu zapewnić godziwe warunki życia wszystkim obywatelom, jednakże kosztem wieżowców, bajecznie drogich samochodów i biznesmenów robiących interesy poza granicami miasta a chodzącymi po jego centrum w wypastowanych na wysoki połysk, ręcznie szytych brogsach, marynarkach od Versacego, z neseserami z wężowej skóry. Powodem problemów miasta nie były jednak marzenia socjalistów o wysokim podatku dla bogaczy, ani nawet bieda często łączona z lenistwem i alkoholizmem, czy rozpustny tryb życia grupy trzymającej władzę i dającej pracę. Była nim wężowa skóra, która nie wiadomo, kiedy stała się najbardziej pożądanym towarem w mieście i kraju. Każda modna i szanująca się kobieta musiała mieć element stroju wykonany z wężowej skóry. Atrybutem mężczyzny były przynajmniej wężowe rękawiczki a dzieci nieposiadające naszyjników i wisiorków z niej wykonanych, traciły w szkołach opinie tych, których rodzice potrafili zadbać o interes i odpowiedni status. Szybko, nie tylko w okolicach Solitude wyginęły wszystkie węże, ale i w krajach po obu stronach oceanu wybijano je tysiącami a ich skóry tonami ładowano na statki i zwożono do wielkich przetwórni, powstających jak grzyby po deszczu na brzegu wyspy. Nowi, świeżo upieczeni biznesmeni, pojawiali się na centralnych ulicach miasta z neseserami z wężowej skóry, w rękach. Policja z olbrzymią starannością strzegła ich bezpieczeństwa otaczając ścisłym kordonem dzielnice slumsów i pałując bezlitośnie każdego, kto chciał się z niej wydostać. Dzięki temu biedne dzielnice tonęły w coraz większych stosach śmieci a bogate w górach wężowych skór.
Mieszkańcy rezydencji położonych wzdłuż jedynej rzeki na wyspie, wstawali wcześnie rano, wypijali filiżankę ciemnej, kolumbijskiej kawy, brali swoje neseserki z wężowej skóry w ręce i czarnymi limuzynami podążali do pracy. Tam czekały na nich sekretarki wchodzące do ich pokojów z kolejną filiżanką kawy, zamykając za sobą drzwi i nie rzadko spuszczając w dół, wzdłuż niezwykle zgrabnych nóg, swoje niezwykle krótkie spódniczki. Potem wychodziły z gabinetów, zamykały za sobą drzwi i siadały do komputerów rozcierając udami lepką maź spływającą im po niezwykle zgrabnych nogach.
Solitude nie było wyjątkiem i tak jak w większości miast świata, gros jego obywateli nie stanowili ani nieprzyzwoicie bogaci biznesmeni, ani beznadziejnie biedni mieszkańcy slumsów. Byli nimi wykonujący swoją codzienną, monotonną pracę mieszkańcy, zaludniający gęsto zabudowane dzielnice pełne bloków i szeregowych domków. Ludzie ci nie do końca zdawali sobie z istnienia dzielnic, w których głód, przestępczość i beznadzieja zbierały swoje żniwo. Omijali je szerokim łukiem, starając się nie dostrzegać ludzi, którzy mogliby swoim wyglądem i zachowaniem spowodować wyrzuty sumienia, które pogorszyłyby ich samopoczucie. Za to nieustannie marzyli, że kiedyś wjadą windą na najwyższe piętro swojego wieżowca, z neseserkiem z wężowej skóry w ręce a sekretarka o nieprzyzwoicie zgrabnych nogach, wnosząc kawę do ich gabinetu, zamknie za sobą drzwi. Do grupy tej należał Forgot, przeciętny obywatel o lekko przerzedzonej czuprynie, z początkiem powstającej opuchlizny brzusznej, której nie były wstanie zlikwidować rzadkie spacery i przejażdżki rowerem. Jak większość jego kolegów rano wychodził do pracy, całował swoją żonę, o której nic wiedział, dawał szturchańca synkowi, którego zupełnie nie znał i poprawiał kołderkę przykrywającą jego maleńką córeczkę, która w dusznym pokoju pociła się przez sen. Zadowolony z siebie szedł do pracy, czytając w metrze najnowsze wiadomości. Równo z dzwonkiem wieszczącym początek pracy, siadał przy swoim biurku i wstawał, gdy wchodził szef. Czasami z zazdrością spoglądał na neseserek z wężowej skóry, w którym prezes nosił koniak, w tajemnicy popijając jego zawartość i łudząc się, że zapach miętówki zabija odór alkoholu wydobywający się z jego ust. Po południu wychodził na lunch ze swoją asystentką, o której wiedział tylko jak ma na imię i przyjmował posiłek od kelnerki, która była przecież tylko kelnerką. Gdy wracał do domu, pozdrawiał swoich sąsiadów, równo przycinających trawę w swoich maleńkich ogródkach, tarmosił włosy syneczka i przykrywał kołderką swoją córeczkę. Dzień kończył buziakiem składanym na usta swojej żony, tuż przed tym, zanim odwracała się od niego plecami by zasnąć, sygnalizując to głośnym chrapaniem. I tylko niedziela wprowadzała drobny zamęt w jego poukładanym życiu. Tego dnia, zapominając jak zwykle o niedzielnej mszy, do której w dzieciństwie starali się go przyzwyczaić rodzice, założył białą koszulkę pumy, do tego krótkie spodenki tej samej marki i buty. Wybiegł z domu wolnym truchtem i skierował się w kierunku morza. Poranny chłód owiewał jego twarz dodając sił i sprawiając, że czuł przypływ mocy, która niemalże unosiła go w powietrzu. Biegł coraz szybciej i szybciej, nawet nie zdając sobie sprawy, że twarda nawierzchnia asfaltu już dawno zamieniła się w sypki wydmowy piasek. W pewnym momencie wstające słońce, oślepiło go swoim blaskiem a na twarzy poczuł uderzenie czegoś ciężkiego a przy tym miękkiego jak żywe ciało. Stanął i spojrzał pod nogi. Na piasku, z odrobiną krwi na dziobie, leżał mały, czarny gołąbek. Wziął go do ręki. Ptaszek był martwy, ale przez pióra czuł jeszcze ciepło nie dawno bijącego serduszka. Ptak na szyi miał czarną wstążkę spod której wystawał skrawek białego papieru. Jedyny element niepasujący do ponurej i ciemnej rzeczywistości. Forgot wyciągnął go z pod wstążki, rozwinął i przeczytał kilka zdań nakreślonych niepewną, być może starczą albo bardzo młodą ręką. Poczuł nagłe uderzenie krwi do mózgu, ciepło a jego źrenice rozszerzyły się. Spojrzał na morze dziwiąc się skąd ono się tu wzięło. Zobaczył asystentkę, kelnerkę, żonę, synka i córeczkę, tak jak ich nigdy dotąd nie widział. A potem przed jego oczyma pojawiła się wielka fala przypływu, która zabrała cały jego świat.

Data:

 08.07.2016 korekta

Podpis:

 Tytustom J.T. Macrock

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=79727

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl