DRUKUJ

 

Powojenne zapiski cz II

Publikacja:

 16-08-03

Autor:

 Igis
Budynek zrobił na mnie ogromne wrażenie, może nie swym kunsztem architektonicznym, alenie była to placówka przekształcona w prowizoryczne więzienie, jak to często bywało po wojnie. Ludzie zmuszeni byli mieszkać w zupełnie nie dostosowanych do tego pomieszczeniach, więc ucieszyłam się, że chociaż on ma zapewnione godne warunki. Zaraz potem naszła mnie inna refleksja. To miejsce musiało przytłaczać i brutalnie uświadamiać osadzonych, ogromne kraty w oknach przypominały, że stąd nie ma możliwości wydostania się. Czyżby ta mała grupka skazańców, niektórzy już z wyrokami, mieli próbować uciec? Sam kompleks był prosty, masywny i zwarty obejmował dwa podłużne, trójkondygnacyjne budynki. Całość wprawdzie znajdowała się w mieście, jednak w dość ustronnym miejscu, położona przy samych torach kolejowych, także więźniowie na pewno słyszeli przejeżdżające, stukoczące wagony, pisk hamulca… To wszystko było wpisane w ich bytność tutaj, zakłócało cenny, nocny spoczynek i drażniło. W obozie też spokojnie nie odpoczywaliśmy: krzyki esesmanów, czasem ujadanie psów, a w późniejszych godzinach lament współwięźniów, stłumiony śmiech strażników, nigdy nie panowała tam cisza.
Skierowałam się do świeżo pobielonego budynku centralnego, lecz moja obecność uszła uwadze mijających mnie mundurowych. Byłam aż tak niezauważalna z moimi 160 centymetrami? Aż tak wyniszczona przez obóz, że pomimo swoich niedawno skończonych 20 lat, nie zwracałam niczyjej uwagi? A może nikt nie miał mi odwagi zwrócić uwagi, może byłam tak niecodziennym widokiem, że nie wypadało mnie wyprosić, skoro weszłam na przepustkę przez szlaban na podwórzu? Czy to wystarczyło? Ciemnofioletowy numer na 47864 na moim drobnym przedramieniu, drobne, okrągłe i nierówne cyfry, których tak szczerze nienawidziłam.
-Dzień dobry- siliłam się na jak najmilszy, ciepły głoski, zaś na mojej twarzy zagościł anielski, delikatny uśmiech. Mężczyzna w brudnym, obszernym stroju spojrzał na mnie kpiąco.
-Czego tu szuka?- rzucił mi w odpowiedzi, podnosząc się z chwiejącego krzesełka, zdecydowanie za małego dla takiego rosłego osobnika.
-Przyszłam w odwiedziny- odpowiedziałam z nieschodzącym uśmiechem i pokazując mu paczkę zagranicznych papierosów.- Bardzo mi zależy. To nie potrwa długo- zauważyłam zakłopotanie na jego twarzy. Z jednej strony patrzył zachłannie na spore opakowanie, które trzymałam od niechcenia w dłoni, z drugiej znał zasady, które chyba wyraźnie zabraniały odwiedzin.
-Zasadniczo, wie panienka… To zależy do kogo- westchnął.- No, ale wpuścili pannę, to pewnie ma pozwolenie- bąknął nawet nie oczekując na moją odpowiedź.
-Liebehenschel- szepnęłam. Pierwszy raz od wielu miesięcy znów je wypowiedziałam, nie często doń sięgałam. Zazwyczaj użycie go to była konieczność, tak jak teraz, tak jak przenoszono mnie do Kanady, tak jak podejmowałam jego oszczędności... Właściwie nie zbyt często. Czasem wystarczyła jego protekcja, sam fakt jego „czuwania” nade mną.- Artur- dodałam prawie bezgłośnie, a domniemany przeze mnie blokowy przyjrzał mi się uważniej.
-Prosto i trzecia cela- byliśmy już tak blisko...- Ale następnym razem musisz wnioskować o widzenie, on także. Przysługuje jedna wizyta tygodniowo, a wizyty odbywają się w wyznaczonych pomieszczeniach na dole- powiedział jednym tchem i wyrwał mi paczkę z ręki.- Tutaj nie ma panienka wstępu- dodał i usiadł. Stałam nad nim, czekając na dalszy rozwój sytuacji, ale nic się nie działo. Blokowy zasiadł biorąc jakąś starą gazetę do ręki, uprzednio chowając głęboko w obszernych kieszeniach paczuszkę.- Szybko- westchnął zniecierpliwiony.
Odruchowo poprawiłam włosy i powolnym krokiem ruszyłam w głęboki, szary i obskurny korytarz, a ostry zapach chloru, czy jakiegoś innego chemicznego środka, coraz bardziej drażnił moje błony śluzowe. Nie śpieszyłam się, już nic nie mogło mi przeszkodzić, zobaczę go, jeszcze dziś, za kilka sekund. Czy mój widok sprawi mu radość, da nadzieję, wpuści trochę światła do jego zrozpaczonego serca? Chciałabym, ale nie byłam zdolna nic zmienić, człowiek, któremu zawdzięczałam życie, sam o nie walczył, a ja? Nic nie mogłam zmienić. Przyniosłam śmieszne i żałosne „dziękuję”, bo jak podziękować za darowane życie?
Zatrzymałam się przed masywnymi drzwiami z blaszanym wizjerem, następnie odsunęłam zasuwę, której stary lakier oblepił mi opuszki palców. Pchnęłam drzwi…
Za nimi czekał mnie jeden z najbardziej pamiętnych i bolesnych, prawie nie zwróciłam uwagi na podły wystrój celi, jej urągający ludzkiej godności rozmiar i wyposażenie. Widziałam tylko jego, stojącego twarzą do dużego, kratowanego okna. Stał z zaplecionymi rękami za plecami w lekkim rozkroku, jak to miewał czynić przed laty. Jednak tylko to było jak dawniej, bowiem sylwetka stała się wątła i niepozorna, a ubrany był w jakieś cywilne łachmany, chociaż nadal było w nim ta elegancja, czy może raczej duma… W tym momencie wyrwał mnie głos siedzącego na piętrowej pryczy mężczyzny.
-Guten Tag Fraulein, aber was machen Sie eigentlich hier?- padło z jego ust, a postać spod okna powoli, obojętnie się obróciła. Teraz widziałam twarz, ale im bardziej się mu przyglądałam tym narastało moje cierpienie. Jego oblicze było ziemistoszare, niczym zmięta, brudna kartka papieru. Pod zapadniętymi, czarnymi, sarnimi oczyma, lecz powyżej wystających kości policzkowych, rysowały się ciemnoczerwone sińce. Pamiętałam go innego, silnego, zdrowego, z troskliwym i spokojnym wyrazem twarzy, w którego pięknym, głębokim i tajemniczym spojrzeniu zawsze czaiły się, niczym uwiezione w klatce zwierzęta- promienie radości, które ogrzewały moją duszę, dając mi nadzieję. Jednak, mimo usilnych prób, przywoływanych wspomnień, nie widziałam już w nich życia, ostały się strach, cierpienie i ciężar win, miażdżący, i wyniszczający człowieka, który kiedyś dbał o moje przeżycie.

Data:

 sierpień

Podpis:

 Igi

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=79814

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl