DRUKUJ

 

Ania

Publikacja:

 16-08-26

Autor:

 Adamejro
Ania


Obudziłem się o dziewiątej. Otaczał mnie pokój gościnny w domu mojego przyjaciela ze studiów. Przyjaciel, to może złe określenie, a nawet na pewno nie jest ono dobre. Od czasów szkolnych ciężko mi nazwać kogokolwiek tym mianem. Może to kwestia tego, że do nowych ludzi ciężko przywyknąć? Może z wiekiem człowiek robi się po prostu mniej elastyczny. Będąc dziećmi nie oceniamy ludzi swoją miarką. Dzieci lubią kogoś, lub nie, bazując na swoich odczuciach. Poznają swoich pierwszych przyjaciół i przyjmują ich takimi, jacy są. Nie zastanawiają się czy Jasio lubi takie same bajki, albo czy rodzice Kasi zarabiają kupę pieniędzy. Ważne jest natomiast, że mają z kim pogadać, pobawić się lub coś zbroić. W końcu samotne wędrowanie przez szkolne korytarze wydaje się potworne. I tak oto przyzwyczajamy się do naszych pierwszych znajomych z ławek, z czasem obdarzając ich przyjaźnią bezwarunkową, bo w końcu tyle już razem przeszliśmy.
Idąc na studia lub nawet do nowej szkoły, często zostawiamy starych druhów za sobą. Czas zaciera znajomości. Obowiązki czy też odległość uniemożliwiają spotkania, a nawet jeśli widujemy się jeszcze, to nic nie jest już tak jak było. Spotykając się raz na dwa, trzy miesiące przestajemy dzielić ze sobą problemy dnia codziennego, wspominamy jedynie jak wspaniałe były dawne dni beztroski. Jak super byłoby cofnąć się do tych czasów, bo przecież teraz tylko nawzajem licytujemy się, kto ma trudniejsze egzaminy i więcej referatów do napisania. Zawsze kogoś brakuje, zawsze ktoś nie dojedzie.
Za czasów szkolnych miałem bardzo zgraną paczkę. Powiedziałbym, że łączyło nas znacznie więcej, niż zwykłe więzi koleżeństwa. Przed komputerem każde z nas spędziło niezliczone godziny. Podczas wspólnych gier zawsze mięliśmy ze sobą łączność głosową. Czy to przez Skype’a, czy to inny komunikator, ale rozmawialiśmy godzinami. Poznaliśmy się na wylot i może to dlatego tak trudno jest mi teraz poznać kogoś, z kim rozumiałbym się równie dobrze.
Paweł - kolega, u którego w domu się znalazłem, był dla mnie takim pierwszym kolegą z ławki, tyle że na studiach, a nie w podstawówce. I zanim wspólne przeżycia zdołały tę znajomość umocnić, już zacząłem dostrzegać w nim irytujące mnie cechy. Jest niesamowicie zapominalski. Zapominalski to bardzo, ale to bardzo łagodne określenie w jego kierunku. To trochę tak, jakby o Hitlerze powiedzieć, że był niemiły. Paweł wydaje się być kimś, kto zapomni pójść się odlać, jeśli mu się o tym w porę nie przypomni. Paweł ma swój kalendarz. Zapisuje w nim niemal wszystko, a jeśli czegoś tam nie zapisze, to zwyczajnie – przepada. Pewnego razu umówił się na konsultacje z wykładowcą. Trąbił o tym wszystkim w akademiku, na około calutki dzień, jednak zapomniał zanotować tego faktu w kalendarzu. Następnego dnia obudziłem się przed dziesiątą i patrzę, że mój współlokator siedzi w piżamie na łóżku i przegląda notatki beztrosko przebierając nogami. Pytam: a ty nie umawiałeś się przypadkiem na konsultacje o dziewiątej? Reakcji możecie się domyśleć.
Mimo wszystko nie wypadało odrzucić zaproszenia na osiemnastkę jego dziewczyny, która odbyła się dwa dni wcześniej. Poprzedniego dnia odespaliśmy imprezę z nawiązką, Paweł pokazał mi kawałek swojego miasta. Na całe szczęście doczekałem dnia mojego powrotu do domu.
Nade mną wisiał duży, czarny sufitowy wiatrak, ja leżałem i wpatrując się w niego rozmyślałem. Zza drzwi dochodziły odgłosy krzątającej się w kuchni mamy Pawła, jednak on sam jeszcze nie wstał. Teoretycznie mógłbym ubrać się i zejść na dół, ale nie zachęcała mnie perspektywa rozmowy z Panią Murawską sam na sam. Mimo, że Pani Murawska jest bardzo miła, czułbym się niezręcznie. Nigdy nie umiałem swobodnie rozmawiać z rodzicami moich znajomych czy dziewczyny. Zawsze ograniczało się to do banalnych pogaduszek albo odpowiadania na pytania o moją szkolę lub studia. Wydawało mi się bardzo niestosowne bądź zwyczajnie sztuczne, aby samemu zadawać pytania. Bo jakie to mogłyby być pytania? Co tam u pani słychać? Albo, jak tam się panie Piotrze interesy układają?
Tak, więc leżałem rozmyślając. Myślałem sobie o ostatniej imprezie i o dziewczynie Pawła. Tworzą bardzo ładną parę, ale za nic nie mogę odgadnąć, co ona w nim widzi. Karolina jest wysportowana, trenuje koszykówkę. Jest piękną blondynką o nienagannej figurze i ślicznej twarzy. Jest inteligentna, w maturalnej klasie ma bardzo dobre oceny. Miło się z nią rozmawia, a to co raz rzadsze. Co raz trudniej jest mi spotkać dziewczynę, z którą jest o czym pogawędzić. Nie czuję się nią w ogóle zainteresowany, zupełnie jakby była moją kuzynką, więc o zazdrości mowy być nie może. Zwyczajnie zastanawia mnie, co taka laska widzi w gościu, któremu trzeba tłumaczyć o co chodzi w każdym filmie, który ogląda.
Wstałem, poszedłem do łazienki i umyłem zęby. Po chwili przez drzwi, które zostawiłem uchylone zajrzał Paweł.
- O, wstałeś już? – zapytał – ja zwykle śpię tak do dziewiątej, ale nie pomyślałem, że ty może krócej. Mogłem ci dać jakiś laptop czy coś, to byś się nie nudził.
- Nie, spoko. Wstaję mniej więcej tak, jak ty. Teraz też niedawno się obudziłem.
- To git – odpowiedział – chodźmy na śniadanie.
Po pysznych kiełbaskach ugotowanych przez mamę Pawła spakowałem resztę rzeczy do plecaka i zeszliśmy do samochodu. Jadąc na dworzec chłopak opowiadał mi kolejne rzeczy o swoim mieście, te o których zapomniał napomknąć wczoraj. Jego miasto jest większe od mojego o jakieś parę tysięcy mieszkańców, a on podnieca się nim jakby mieszkał co najmniej w centrum Nowego Yorku. Od kiedy go poznałem, przy każdej okazji wymieniał nazwę szkoły, w której się uczył. U nich w mieście musi być to jakiś synonim Oxfordu i Pawłowi do głowy nie przyszło, że dla ludzi z poza jego metropolii to zwykła miejska szkółka i gówno mnie obchodzi, że był tam w a-klasie.
Dojechaliśmy na PKP, przy wejściu minęliśmy dziewczynę siedzącą po turecku na murku z jakimś chłopakiem. Rzuciła krótkie cześć w naszą stronę i pomyślałem sobie, że musi być to kolejna z miliona pięćset stu dziewięćset znajomych Pawła. Rzeczy, które irytują mnie w tym człowieku pojawiają się z postępem logarytmicznym i zupełnie nie wiem jak mogłem nie zwracać na nie uwagi na początku roku akademickiego. Zupełnie nie wiem, czemu przyjąłem zaproszenie na tę osiemnastkę. Pewnie dlatego, że przez dwa miesiące wakacji zdążyłem zapomnieć jak ten koleś na mnie działa. Pewnie dlatego, że miałem ochotę wyrwać się z domu, w którym tkwiłem od powrotu z Paryża, nieefektywnie próbując robić coś konstruktywnego.
Kolejka do kasy była długa, a ja nie mogłem przekonać Pawła do tego, że z kupnem biletu poradzę już sobie sam. Trudno, będzie mi towarzyszył, aż zniknę za drzwiami pociągu - pomyślałem.
Na peronie, na trzy minuty przed odjazdem pojawiła się dziewczyna z murku.
- Hej, hej! – krzyknęła – zostawiliście mnie tam samą z tym gościem. Przysiadł się do mnie i zagadywał. Dawałam wam znaki, żebyście mnie uwolnili od niego, a wy nic.
- Nie widzieliśmy znaków – odpowiadziałem.
- Ja to myślałem, że to twój chłopak – dodał Paweł – tak w ogóle, to wy się nie znacie. To jest mój ziomek ze studiów, Adam. A to Ania, koleżanka Karoliny.
- W zasadzie, to znamy się z Karoliną tylko z widzenia, byłyśmy po prostu parę razy na tej samej imprezie – wyjaśniła Ania – wyjeżdżacie gdzieś ?
- Tylko ja jadę, Paweł mnie tylko odprowadza. Wracam w swoje strony – okolice Warszawy.
- O, to wypada nam wspólna podróż. Ja jadę odwiedzić ciocię w Warszawie
Na peron podstawił się pociąg, więc pożegnałem Pawła i weszliśmy z Anią do środka.
- O, trafił nam się nowy, bezprzedziałowy – zauważyła dziewczyna.
Nasze miejscówki były oddalone od siebie, ale Ania usiadła obok mnie, ponieważ pociąg był prawie pusty i nie robiło to żadnej różnicy. Zaczęliśmy gawędzić. Rozmawialiśmy o tym o czym przeważnie rozmawia się z nowopoznaną osobą. Opowiedziałem jej, skąd znam Pawła. O tym, co razem studiujemy i z jakiej okazji znalazłem się tam, skąd właśnie wracam. Ona opowiedziała podobne rzeczy o sobie. Dowiedziałem się, że dopiero co zdała maturę. Była w klasie o profilu biologicznym i wybiera się na studia do Poznania, na kierunek Bioinformatyka. Powiedziała, że to bardzo przyszłościowe, bo mało jest specjalistów w obu zupełnie niespokrewnionych dziedzinach, a przecież bazy danych przeróżnych klinik, szpitali czy koncernów farmaceutycznych same się nie stworzą. Pomyślałem, że wcale nie i że pewnie skończy w najlepszym wypadku w dziale IT jakiegoś korpo, biorąc nadgodziny za grosze, ale przytaknąłem i pochwaliłem wybór.
Z tematów „ogólnopoznawczych” rozmowa przeszła na wydarzenia bieżące, mijające wakacje i plany na następne dni. Pochwaliłem się niedawną wizytą w Paryżu i zdałem relację, będąc wciąż mocno oczarowany miastem zakochanych. Opowiadałem o zapierających dech w piersiach obrazach, które podziwiałem w Luwrze i muzeum d’Orsay. O klimatycznych uliczkach w dzielnicy Montmarte, o bazylikach i katedrach ze słynną Notre Dame na czele. O wieży Eiffla. Ania jak się okazało, również była we Francji podczas tych wakacji, jednak jej wyjazd miał inny charakter. Odwiedziła jedynie swoich znajomych Francuzów, więc jeśli chodzi o stolicę, to widziała tylko jej przedmieścia. Słuchała mnie z zaciekawieniem, rewanżując się informacjami o tamtejszej kuchni, jakie zdobyła podczas wizyty.
Pogawędka z Anią była bardzo miła. Okazało się, że nie tylko podróże leżą w kręgu wspólnych zainteresowań, tematów do rozmowy nie brakowało, a dwie godziny podróży upłynęły stokroć szybciej niż gdy jechałem w poprzednią stronę. Dojechaliśmy na dworzec centralny i przyszła pora się pożegnać.
- No to na mnie pora – powiedziała. – Teraz jeszcze muszę trafić do metra i lecę do ciotki, nie widziałam jej wieki. Zostanę u niej kilka dni, możesz się odezwać jak chcesz.
- Nie mam twojego numeru, ale możemy się wybrać do kina któregoś dnia – odpowiedziałem.
Nie wiem czemu to zaproponowałem, chyba po prostu nie miałem co robić w domu, albo może byłem pod wpływem ciekawej rozmowy, która nie zdarzała mi się zbyt często. Na podwarszawskiej wsi nie ma zbyt wielu osób do ciekawych rozmów. Tak czy inaczej wymieniliśmy się numerami i Ania wysiadła. Zerkałem kątem oka przez okno ciekaw, czy się obejrzy. Przeszła wzdłuż peronu prowadząc swoją walizkę na kółkach. W ostatniej chwili zanim zniknęła dostrzegłem ruch głowy w kierunku wagonu.


*


Zaproszenie na Facebooka. A więc jednak. Jak mnie znalazła ? Pewnie wystarczyło poszukać we wspólnych znajomych Pawła i Karoliny. Napisała. Zapytała jak reszta podróży, czy dotarłem. Od kilku godzin byłem już u siebie w mieście, aktualnie w trakcie odwiedzin u babci. Po powrocie do domu kontynuowaliśmy rozmowę. Ta podobnie jak w pociągu gadka kleiła się całkiem nieźle. Po pewnym czasie Ania podjęła temat wspólnego kina. Przejrzałem aktualny repertuar. Dyskusję o filmach mieliśmy już za sobą, więc znając jej zamiłowanie do filmów akcji, za którymi ja nie przepadam, wybrałem jeden z nich. Następnie w zestawieniu z moją nieśmiałą propozycją czegoś gatunkowo różnego od tępej strzelaniny, podesłałem Ani do wyboru. Mimo to bez zdziwienia przyjąłem informację, że padło na Niezniszczalnych III. Kolejna produkcja o pseudo herosach, ratujących świat przed zniszczeniem przez bezwzględnych i aroganckich złoczyńców. W scenerii ruin, wybuchów i ciężkiego sprzętu. Oczywiście z tandetnym wątkiem psychologicznym głównego bohatera. Ale o tym miałem się dopiero przekonać.
Ciocia Ani postanowiła wystroić ją na spotkanie. Ona chyba myśli, że to randka - napisała Ania. Chyba Ty się zastanawiasz czy to randka, pomyślałem delikatnie ignorując temat. Dziewczyna jeszcze raz spróbowała zwrócić na niego uwagę, jakby próbowała mimo wszystko wydobyć tę informację ode mnie. Ponarzekała, czego to jej ciotunia nie nawymyśla, a ona przecież biedna przywiozła ze sobą tylko t-shirty i jeansy. Bo uważa to za jedyne słuszne ubranie – po co się stroić, jest przecież taką luzaczką. Nie zrozumcie mnie źle, wszystko ok jeśli naprawdę tak uważa. Ale pisała o tym w ten sposób jakby naczytała się w gazetach, że chłopcy lubią naturalne dziewczyny i koniecznie chciała mnie tym do siebie przekonać. I pomyślicie, że znowu mogłem to po prostu skończyć. Sprowadzić na ziemie prostym tekstem, że to żadna randka, że zwykłe spotkanie. Ale nie jestem tak pewny siebie, żeby być wtedy przekonanym o tym, że jestem podrywany. Nie miałem tez pojęcia jak ta historia może się rozwinąć i jak zakończyć. Nie chcąc psuć dobrej atmosfery wolałem przemilczeć kwestie randki. Byłem też lekko zaciekawiony tym, że ktoś (nawet jeśli nie odwzajemniałem fascynacji) może być mną zainteresowany. Za to ukłucie pychy przyszło mi później troszkę zapłacić.


*


Spotkaliśmy się przy metrze centrum, żeby nieznająca Warszawy Ania trafiła bez błądzenia. Zobaczyłem ją na peronie w kierunku Młocin. Dotarło do mnie, że po raz pierwszy widzę ją dobrze przodem z dalszej odległości. Na peronie u Pawła również miało to miejsce, ale nie zwracałem wówczas na nią uwagi, poza tym głupio taksować kogoś wzrokiem z bliska. W pociągu zaś cały czas siedziała do mnie bokiem. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że nie tylko nie jestem nią zainteresowany, ale że jest zupełnie brzydka. Miała sporo nadmiarowych kilogramów, ale głównie to pokaźnych rozmiarów buźka odpowiedzialna była za odrzucające wrażenie. Efekt potęgowany był kaskadą ciemnobrązowych loków rozpływających się w nieładzie dookoła ogromnej twarzy.
Przywitaliśmy się i pojechaliśmy do centrum handlowego Arkadia, gdzie mieliśmy zarezerwowane bilety. Do seansu było jeszcze trochę czasu, więc zrobiliśmy kilka kółek wśród sklepów, rozmawiając. Ania miała przykazane od cioci, aby być w domu przed dwudziestą.
- Jest troszkę starej daty – wyjaśniła – ale bardzo lubię do niej przyjeżdżać.
Przynajmniej tyle, po filmie pojadę do domu i będę miał spokój, pomyślałem.
Najwyraźniej Ania zrobiła znacznie większy użytek z pisemek dla nastolatek niż myślałem, bo w trakcie spaceru opisując swój charakter, dołączyła kilka kolejnych jego składowych, które w połączeniu z zamiłowaniem do kina akcji trafiały perfekcyjnie w obraz dziewczyny, jaką nie jestem zainteresowany. W parze z nonszalancją w kwestii doboru ubioru, szła oczywiście antypatia do sklepów, galerii handlowych czy butików. Sam nie jestem fanem mody i nie spędzam zbyt dużo czasu w takich miejscach, ale przykładanie uwagi do swojego wyglądu wydaje mi się cechą wybitnie kobiecą. Zatem negowanie jej z takim zapałem, z jakim robiła to Ania, zmniejsza moje postrzeganie jej jako kobiecej.
Jakby na potwierdzenie tego wrażenia Ania dorzuciła do pieca swoje zamiłowanie do motoryzacji, wojska i militariów. Wow, niezłe kombo. Trudno o trzy inne rzeczy, o których miałbym równie mało do powiedzenia. Motoryzacja ? Owszem, jestem na kierunku technicznym. Mam pojęcie o tym jak działa silnik. Z grubsza jak działa samochód. Lubię sobie pojeździć autem czy nawet motocyklem. Ale na tym koniec. Nie mam listy ulubionych modeli, nie znam na pamięć danych katalogowych najnowszych bryk, a gdyby zepsuł mi się skuter, którym jeździłem do osiemnastki, to nie umiałbym go samemu naprawić. Jeśli znajomi w towarzystwie zaczynają rozmowę na tematy zbliżone, po prostu wyłączam się – nie mój świat, nie moje zabawki.
Ojciec Ani okazał się być zawodowym żołnierzem, więc pozostałe dwie kwestie są niejako naturalną konsekwencją. Cieszę się, że są ludzie, którzy chcą chronić nasz kraj i w razie potrzeby staną w jego obronie. Ale jednocześnie chciałbym mieć z nimi jak najmniej wspólnego. Może to przypadek, ale w moim życiu wszyscy napotkani przeze mnie wojskowi nie mieli do końca równo pod sufitem. Objawiało się to przeważnie niezdrową fascynacją organizacją jaką jest wojsko, tak mocno zakorzenioną i rozwiniętą, że przesłaniała ona wszystkie inne aspekty tego cudownie ogromnego świata. Kiedy raz na jakiś czas spotkam mojego kolegę z wojska, mogę tylko próbować opowiadać mu o sobie. Próbować rozmawiać o filmie, muzyce, książkach, polityce, grach, innych znajomych, koncertach, wydarzeniach ze świata i o czymkolwiek zapragnę mówić to i tak rozmowa skończy się na jego jednostce. Inną kwestią rzucającą się w oczy w kontaktach z moimi znajomymi z wojska, jest autorytatywność tych ludzi. Silne charaktery, własne zdania w każdej dziedzinie. Zdania utwierdzone i bronione tak zaparcie, że nawet w świetle dowodów jednoznacznie im zaprzeczających, nie są w stanie odpuścić i przyznać się do błędu.
Niektórzy ludzie uważają, że wojsko to szkoła, że hartuje ducha. Z chłopców robi mężczyzn i uczy ich życia. Że w dzisiejszym świecie tym wszystkim lalusiom przydałby się rok przymusowej służby, tak jak to było za dawnych dobrych czasów. Moim skromnym zdaniem – gówno prawda. Jest wiele rzeczy w codzienności każdego z nas, które uczą życia. Wiele sytuacji które od nas wymagają i zmieniają nas w dorosłych ludzi. Jeśli ktoś nie jest zaradny i nie umie nauczyć się życia samemu, to wojsko by mu nie pomogło. Wojsko by tylko odcisnęło na nim piętno na całe życie, zostawiając go z poczuciem własnego niedołęstwa i braku pewności siebie. Ale zostawmy ten szeroki temat w spokoju. Grunt, że wiecie jakie skojarzenia budzi we mnie ta organizacja i tam w Arkadii, podczas rozmowy z Anią, pomyślałem, że nie ma mowy, aby zawód taty nie odbił się na charakterze córki.
Nadszedł czas filmu, który mimo wszystko zniosłem dość dzielnie, wysilając się nawet na ciche komentarze szeptane na ucho, szczególnie wtedy kiedy komizm scen wyświetlanych na ekranie przewyższał w moich oczach ich założony przez twórców dramatyzm. Po ponad godzinie strzałów, pościgów i efektów specjalnych, szczęśliwy, że będę mógł wrócić do domu opuściłem salę kinową. Ania podjęła jeszcze przez moment temat filmu, a potem zapytała:
- Wiesz, tak w zasadzie to nie muszę wracać tak na dwudziestą.. napiszę cioci smsa, to może pójdziemy coś zjeść ?
- Czemu nie – odpowiedziałem, mając nadzieję, że wystarczająco dobrze ukryłem swoją niechęć. Chociaż pewnie nie musiałem ukrywać, Ania najwyraźniej zadowolona wspólnie spędzanym czasem zrobiłaby wszystko aby przedłużyć spotkanie.
Posiłkowi w KFC towarzyszyła rozmowa o szkole. Opowiadaliśmy sobie o dawnych perypetiach, śmiesznych sytuacjach, rówieśnikach lub nauczycielach.
- W liceum miałam ksywę chomik – powiedziała Ania.
- Czemu? – zapytałem i po chwili zdałem sobie sprawę z idiotyzmu tego pytania. Przecież to oczywiste. Z tak ogromną mordą i polikami taka ksywa była jak marzenie. Przez myśl przeszło mi przynajmniej dziesięć gorszych przezwisk jakimi mogli ochrzcić ją znajomi. Kto wie czy i tego nie robili za jej plecami. Sądziłem, przez ułamek sekundy, że się zmiesza, ale odpowiedziała:
- Podobno mam „chomiczy śmiech”…
Co kurwa? Chomiczy śmiech? To chomiki się w ogóle śmieją? Miałem dwa chomiki przez kilka lat i ani razu nie słyszałem nic prócz hałasu klatki, popiskiwania i kilku innych typowych dla gryzoni dźwięków, ale ani jeden nie przypominał śmiechu. Nie zdziwiłbym się, gdyby nawet nie potrafiły odczuwać emocji która może wywołać reakcję śmiechu.
Ale zadowolony, że być może nietaktowne pytanie nie spowodowało katastrofy postanowiłem w ogóle nie drążyć tematu, wręcz zmienić go szybko na inny. Tymczasem za ścianami Arkadii już zmierzchało i Ania poprosiła o odprowadzenie do mieszkania cioci. W prawdzie miałem ochotę zmierzać już na pociąg, ale nie wypadało w końcu odmówić, nie ważne jak dziwne spotkanie to było.
Kiedy dotarliśmy na Metro Racławicka, dziewczyna zapewniała, że to kawałeczek drogi, który w rzeczywistości okazał się sporym kawałem, tak więc słońce już zdążyło skryć się za horyzontem i jego ostatnie promienie znikały za rozciągającymi się wzdłuż ulicy budynkami. A ja co raz częściej zerkałem na zegarek i obliczałem ile czasu zostało mi do ostatniego pociągu. Gdy doszliśmy do bloku cioci, Ania zaczęła przeciągać chwilę rozstania. Zaczynała wciąż nowe tematy, które ja starałem się kończyć i wreszcie poruszyła ten najbardziej niezręczny, a ja wiedziałem, że muszę uważać, aby nie zdarzyło się nic głupiego.
- To co, pewnie teraz długo się nie zobaczymy… co? – nieśmiało zaczęła.
- No pewnie tak – odpowiedziałem – ja mam naukę do kampanii wrześniowej, a ty wracasz do siebie, w końcu to spory kawałek…
Bogu dzięki – dodałem w duchu.
- No trudno, jakoś się zgadamy… To leć, leć. Bo spóźnisz się na pociąg
- To paa.
W tym momencie Ania zrobiła krok do przodu, nieuchronnie zbliżając swoją twarz w kierunku mojej. Ale ja byłem przygotowany. Wyczekałem ten moment. Błyskawicznie zrobiłem krok w jej kierunku, przyspieszając to spotkanie dwóch twarzy w taki sposób, aby odbyło się na moich warunkach. Aby nie powierzyć nic roli przypadku, nie zostawić cienia szansy, żeby moje usta trafiły na usta Ani. Trafiłem idealnie w punkt, gdzie chciałem, gdzie miałem trafić. Idealnie w wypatrzone wcześniej powietrze obok policzka dziewczyny, zupełnie jak podczas pożegnania ze starą ciocią.
W tył zwrot, naprzód marsz. Powrót do metra. Metrem do centrum. I na pociąg. Cały czas w wielkim pośpiechu, żeby nie przegapić tego ostatniego środka transportu, jaki tego dnia odjeżdżał w kierunku mojej miejscowości. Na miejscu jestem na chwilę przed odjazdem i słyszę komunikat o opóźnieniu. Opatrzność jak widać nade mną czuwała i dała chwilę zapasu, gdybym zamarudził po drodze odrobinę dłużej. Czekając na transport czuję wibracje w kieszeni.
SMS: Zastanawiałam się przez całą drogę czy mnie pacniesz…
Że jak ? Jak pacniesz, co pacniesz ? Odesłałem znak zapytania, proszący o wyjaśnienie.
SMS: No normalnie, czy trącisz w rękę, tak niby przypadkiem. Jak szliśmy koło siebie. Tak myślałam tylko, ale przecież to nie była randka…
Odpowiadam: Przecież sama mówiłaś wczoraj cioci, że to zwykłe spotkanie :-)
SMS: Ach, no tak.. Jakby to była randka, to pewnie inaczej by się skończyła :> Jak tam, na pociąg zdążyłeś ? Ciocia nakrzyczała, że Cię na kawę nie zaprosiłam..
Myślę sobie, taa. Jeszcze czego.
Odpowiadam: Nie trzeba, przecież wtedy bym na pewno nie zdążył. Tak, jeszcze nie przyjechał. Jest opóźniony i zaczynam się bać, że w ogóle nie przyjedzie.
SMS: Jak nie przyjedzie, to wrócisz do mnie na Mokotów. Zasłane mam w prawdzie tylko połowę łóżka, ale to da się naprawić… :>
Co do chuja? Czy ona tak na serio? Przecież to jest kurwa niepoważne… W prawdzie zdarzały jej się w trakcie rozmów niezręczne dla mnie stwierdzenia, ale pierwszy raz wprawiła mnie w zakłopotanie. W prawdzie sms to sms, można go zignorować, nie odpisać. Nie mniej jednak trochę mnie zamurowało.
Sytuację uratował nadjeżdżający pociąg, o którym raczyłem poinformować Anię. Następnie zmieniłem temat konwersacji odbiegając od tego frasobliwego momentu. Dziewczyna najwyraźniej zmęczona wrażeniami zasnęła nim dojechałem do domu i dalsza część wieczoru spędzona została podobnie do całej reszty wieczorów mojego życia.


*

Ostatnie dni sierpnia mijały. Ania wróciła do domu od cioci, ale wciąż pisała do mnie w trakcie dnia, lub wieczorami. Mimo, że postanowiłem nie spotykać się z nią już więcej, to nie umiałem jakoś przestać jej odpisywać. Nie umiem tak po prostu spławić kogoś, kto jest dla mnie miły i na dodatek jest o czym porozmawiać. Tym bardziej, że odległość między naszymi miastami jest na tyle duża, że miałem pewność, (jak później okazało się – złudną) że rozmowy pozostaną przecież tylko rozmowami i inne kłopotliwe sytuacje nastąpić nie mają prawa.
Jednak co nie mogło wydarzyć się naprawdę, znajdowało ujście w rozmowach. Bardzo szybko zyskałem pewność, że Ania jest we mnie zadurzona, a teksty podobne temu z smsa stawały się co raz częstsze. Nie wywoływały jednak już takiego zdziwienia, ale czysty śmiech i ubaw, bo niesamowicie blisko im było do tandety klasycznego „bolało jak spadłaś z nieba”, tyle że w wersji damskiej.
Ania nagminnie pytała co robię, relacjonowała całe swoje dni i starała się jak mogła, aby wydobyć ze mnie chociaż najmniejszy sygnał zdradzający moje nią zainteresowanie. Nie mogąc się doczekać takiego znaku, robiła co raz bardziej desperackie rzeczy. Zaczęła od obejrzenia całego poleconego przeze mnie serialu w zaledwie jeden lub dwa dni. Kolejny zaczęła zaraz potem. Na wzmiankę o tym, że lubię pływać i dosyć często odwiedzam pływalnie, sama zaczęła tam chodzić. Przynajmniej kilka razy próbowała namówić mnie na zakład, którego przegrany robi wygranemu obiad. Sprytnie, tak czy siak, ty wygrywasz – pomyślałem.
Pewnego dnia niedługo po przebudzeniu powitała mnie wiadomość na fejsie, rzecz jasna od Ani. Zapytała czy wstałem i jak mi leci. Odpowiedziałem, że tak, że dopiero co podniosłem, się z łóżka. Na co ona: ufff, to dobrze, że nie napisałam wcześniej bo bym Cię obudziła. Ja na to, że jak śpię, to mam wszystkie powiadomienia wyciszone, więc żaden problem. Na to dostałem informację, że to niedobrze, bo gdyby założyć hipotetyczną sytuację, że Ania byłaby w Warszawie rano i chciała się spotkać, to mnie nie dobudzi. Na całe szczęście hipotetyczne sytuacje zwykle pozostają tylko takimi. Dziewczyna kontynuowała temat.
- No ale dobrze, śpij sobie do późna – napisała – póki jeszcze możesz.
- Póki mogę ? Jak to ?
- No niedługo zacznie się semestr, nauka – wyjaśniła – będziesz musiał się przestawić
- Eee – zaprzeczyłem - przynajmniej do sesji zimowej mam jeszcze czas. W końcu od czego są wykłady, jak nie od tego, żeby w ich trakcie smacznie spać w domku.
- Tak, ale… - nie dawała za wygraną – jak znajdziesz sobie dziewczynę i z nią zamieszkasz, to skończy się długie wylegiwanie.
- No to znajdę taką, żeby spała ze mną długo – odpowiedziałem trochę zmieszany tokiem jej rozumowania.
- To może być ciężko… - stwierdziła, jeszcze bardziej mnie dezorientując – ale jak się ma taką dziewczynę, to zawsze można ją przetrzymać dłużej w tym łóżku… Chętnie bym wypróbowała taki układ.
Jeśli takie teksty nie są oczywiste, to nie wiem co jest. I co mam na to odpowiedzieć? Udawać idiotę, który niczego się nie domyśla? Tak właśnie robiłem, bo druga opcja wydawała mi się gorsza. Ale widać, to tylko nakłaniało Anię do dawania jeszcze wyraźniejszych znaków.
Jakiś czas później wybrałem się ze znajomymi w podróż do Łodzi. Jechaliśmy niemal zabytkowym samochodem. Był to wspaniały Fiat Uno z roku ’92, którego pierwszym właścicielem był dziadek jednego z moich kolegów. Dbał on o swoje auto tak dobrze, że po dwudziestu czterech latach od chwili, w której Uniacz zjechał z taśmy produkcyjnej, mógł rozwinąć prędkość maksymalną, większą niż ta podana w karcie katalogowej.
W trakcie podróży byłem w połowie kolejnej z rozmów z moją Znajomą. Jako, że pytanie o to co robię można wliczyć w pakiet standardowych, pochwaliłem się z wycieczki oraz wspomniałem o samochodzie, którym jechaliśmy. Ania wyraziła zaniepokojenie, czy aby dojedziemy bezpiecznie (Przecież nawet nie macie tam poduszek powietrznych!). Odpowiedziałem jej, że mam nadzieję, że dotrzemy cali. Na to dostałem kolejną zaskakującą wiadomość:
- Rozśmieszyć kobietę, to znaleźć drogę do jej serca.
- Rozśmieszyłem cię ? – napisałem nieco zbity z tropu. Odpowiedziała mi krótkim – Tak.
Aż cisnęło się na myśl, żeby napisać, że wcale nie miałem takiego zamiaru. Ale i tym razem zmieniłem delikatnie temat, licząc, że dam jej przez to, to i owo do zrozumienia. Przeliczyłem się ponownie, bo kolejna sytuacja wyniknęła później, tego samego dnia. Nie pamiętam jak doszło do tej rozmowy, zdaje się, że Ania wysłała mi jakiegoś mema o tym, że inżynierowie z politechniki obliczają różne skomplikowane rzeczy, a nie potrafią włączyć pralki. Jako, że mieszkałem już jakiś czas samodzielnie w trakcie studiów, z pralką byłem za pan brat, więc postanowiłem bronić honoru studentów politechnik. Stwierdziłem, że nie do końca rozumiem, jaki problem można mieć wstawiając pranie. W odpowiedzi na ekranie telefonu wyświetliła się tajemnicza wiadomość: No dobra, gdzie jest haczyk ?
Co ona znowu kombinuje, jaki kurwa haczyk – pomyślałem. Kolejna wiadomość: Wydajesz się zbyt idealny, czyżbym śniła teraz ? Dobra, ja pasuję. Biała flaga. Gdzie jest ta ukryta kamera ?
Takich wiadomości w gąszczu rozmów było całkiem dużo, ale najgorsze, że Ania zaczęła planować przyjazd do Warszawy. Podpytywała mnie, z początku dyskretniej, później już bardziej otwarcie o spotkanie. Nie miałem najmniejszej ochoty na nic podobnego, więc zbywałem ją zwykle moją nauką do poprawek. W końcu napisała wprost, żebym się określił, bo termin jej przyjazdu zależy głównie ode mnie. Na pytanie czemu, stwierdziła – bo w sumie nie muszę przyjeżdżać. Uznałem, że byłbym wyjątkowo niemiły, gdybym odpowiedział, żeby w takim razie nie przyjeżdżała, więc napisałem tylko, że nie mam teraz do tego głowy i że wolny będę po jedenastym. Jedenastego wypadał mój ostatni egzamin.


*

Dni przed egzaminami spędzałem na nauce, chociaż kłamstwem będzie, jeśli nie napiszę, że przeplatałem ją serialami. Tak czy inaczej z Anią rozmawiałem rzadziej, co uśpiło moją czujność. Dzień przed, pojechałem już do wynajmowanego w Warszawie mieszkania. Umówiłem się tam z Pawłem, żeby pouczyć się wspólnie. Wyszło tak, że większość czasu zagadywał mnie tylko i rozpraszał. Następnego dnia dołączyć do nas miało trzech kolejnych kumpli ze studiów.
Dziesiątego września, po pierwszej z dwóch poprawek, siedziałem w mieszkaniu w dość dobrym humorze, przeglądając ostatni raz notatki do kolejnej. Telefon zawibrował i dostałem wiadomość:
- Cześć, przyjechałam dziś do Warszawy do cioci. Widzimy się jutro ?
- No hej, mam jutro egzamin i w sumie planowałem później coś z chłopakami.
- Szkoda trochę… Ale może jednak znalazłbyś dla mnie chwilę czasu. Cioci nie ma w domu, pojechała na wakacje i zostawiła mi klucze. Trochę się tu nudzę, a miasta nie znam. Może przeszlibyśmy się, coś pozwiedzali ? Można obejrzeć mecz siatkówki.
Głupio było mi odmawiać. Dobrze wiedziałem, że przyjechała tu tylko po to, żeby się ze mną zobaczyć. Nie planowałem tego, ale zgodziłem się na spotkanie, na godzinę siedemnastą. Mieliśmy przejść się po Krakowskim Przedmieściu i potem obejrzeć na spokojnie mecz w jakiejś knajpce. Akurat odbywały się wtedy jakieś mistrzostwa, które całkiem starałem się śledzić, więc nie było to wcale nie po mojej myśli. Tyle w końcu mogę zrobić. Przecież zacznie się rok akademicki, to Ania nie będzie przyjeżdżać co chwila do Warszawy. Uznałem też, że przez zachowanie neutralnego stosunku podczas spotkania może uda mi się delikatnie jej okazać to, że nie jestem nią zainteresowany. Gdy już wszystko było uzgodnione napisała:
- Słuchaj, wiesz… jest jeszcze jedna głupia sprawa…
- Tak ?
- Jak tylko tu przyjechałam, to na dzień dobry spaliłam żarówkę w łazience i wiesz… mam nawet drugą na zmianę, tylko że mam paniczny lęk wysokości. Nawet jak na stołku stoję, to kręci mi się w głowie…
- Nie ma problemu, wkręcę Ci ją przed spotkaniem.
- No tak, tylko… dziwnie tak myć się w półmroku przy otwartych drzwiach.
- Rozumiem, że chcesz, żebym przyjechał wcześniej, tak ? Ok, będę w południe, zaraz po egzaminie.
- Nie chcę, robić problemu. Jesteś kochany. Przygotuję jakiś obiad w takim razie, jak chcesz to kup wino po drodze.
Jasne, jeszcze czego. Już się zaczyna. Kurwa, ale się wjebałem. Na nic zdało się tłumaczenie, że obiad nie jest potrzebny. No nic…
Chłopaki z mojej grupy zatrzymali się u mnie w mieszkaniu, jako, że nie mieli wynajętych akademików na wrzesień. Przyjechali tylko na jedną poprawkę, więc wolni już i szczęśliwi poszli na miasto imprezować. Paweł pojechał nocować u swojej krewnej i zostałem sam.
Rano przygotowałem się do wyjścia i udałem na uczelnię. Po niespecjalnie udanym egzaminie miałem mimo wszystko dobry nastrój, bo cały ten stres – niezależnie od rezultatu – był już za mną. Tak jak obiecałem pojechałem zaraz do Ani, aby pomóc z żarówką. Wchodzę, przywitałem się… wkręcam żarówkę. Świeci. Dziewczyna zatrzymuje mnie, okazuje się, że naprawdę zrobiła ten obiad. Pomyślałem, dobra sprawa – w końcu student powinien korzystać z każdej okazji darmowej szamy – więc zostanę.
Okazało się, że nuda sprzyja inwencji twórczej, bo były nawet przystawki. Nazwała to polędwiczkami w cieście francuskim, które były niewielkimi okrągłymi placuszkami z ciasta francuskiego, z lekko tłustym kawałeczkiem mięsa w środku. W większości całkiem pyszne, niektóre lekko przypalone oraz pojedyncze sztuki spalone na węgiel. Wina została zrzucona na nierówno grzejący piecyk.
Główne danie również utrzymane w tym samym stylu – kurczak po francusku. Nie oszukujmy się. To był po prostu zwykły kurczak z ryżem w jakimś lekko śmietanowym sosie. Stary dobry kurczak, ale przyznać trzeba, że nazwy z członem „francuski” lub „po francusku” robią wrażenie. Tak czy inaczej po posiłku pogawędziłem chwilę i zacząłem się zbierać do wyjścia. Ania odrobinę zaskoczona, ale dziewczyno – nie będę siedział tu z tobą całego dnia! Bóg jeden wie, co ci do głowy przyjdzie…
- To widzimy się o siedemnastej – powiedziałem i wyszedłem.

Po powrocie do mieszkania, godziny mijały szybko i zanim się obejrzałem była już pora wychodzić. Niechęć zrodziła się we mnie potworna, ale nic to – jutro już o tej porze będę w domu. Koledzy dziś też postanowili imprezować. Wychodziłem pierwszy więc powstał problem dotyczący kluczy, których właścicielem jedynego kompletu byłem ja. Żeby bezproblemowo załatwić sytuację, zdecydowaliśmy, że zostawię kluczę chłopakom z przykazaniem, aby nie imprezowali w mieszkaniu, a ja dołączę do nich na mieście, jak tylko będę wolny.
Po dwudziestu paru minutach w komunikacji miejskiej, szliśmy już wraz z Anią wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia. Rozmawialiśmy o rzeczach ogólnych, ale szybko tematy zaczęły zmieniać się na mniej korzystne. Dziewczyna opisywała swój ideał mężczyzny, który dziwnym zbiegiem okoliczności pokrywał się w dużym stopniu z opisem mojej osoby. Zrewanżowałem się opisem mojego ideału kobiety, który z kolei zupełnie nieprzypadkowo, nie pokrywał się w ogóle z opisem Ani. Jak zwykle nie zwróciła uwagi na oczywiste aluzje. Nie rozumiała ich, albo nie chciała rozumieć, tak jak ja usilnie nie rozumiałem bardziej niż oczywistych aluzji z jej strony. Albo po prostu nie przejmowała się tym, mając w najbliższej perspektywie cudowny w jej mniemaniu wieczór.
Idąc spacerkiem mijaliśmy pomnik Mikołaja Kopernika, kościoły Świętego Krzyża oraz Wizytek. Minęliśmy po prawej stronie białą bramę Uniwersytetu Warszawskiego. Im bliżej byliśmy Starego Miasta, tym więcej otaczało nas turystów i spacerujących par. Do tej pory szliśmy równo, koło siebie. Jednak w pewnej chwili Ania przyspieszyła kroku i zaczęła odchodzić na bok. Co ona robi ?
Przy jednym z budynków stała samotnie starsza pani z kilkoma bukietami polnych kwiatów. Ania zobaczywszy ją, podeszła i zaczęła kupować jeden z nich. Podszedłem za nią osłupiony. I co ja mam kurwa robić ? Że niby powinienem teraz jej te kwiaty kupić ? No przecież tak to wygląda, tak by wypadało… Biłem się przez chwilę z myślami i po chwili wahania powiedziałem:
- Ja ci kupię te kwiatki.
- Nie no, coś ty, daj spokój. Nie trzeba – speszyła się Ania – będzie mi głupio…
- Ależ pewnie, pewnie. Kawalerze, nie ma co się zastanawiać – wtrąciła się babcia – piękna dziewczyna, szkoda kwiatków nie kupić.
- Ile płacę ?
- Trzynaście złotych – powiedziała staruszka.
Przed oczami miałem scenę z Poranku Kojota, w której Brylant kupuje od podstawionej babuleńki róże dla siostry Noemi. „Pińset złoty kawalerze”. Zaś babcia z Krakowskiego Przedmieścia jakby wyczuła groteskę, bo dodała w tym samym tonie:
- A wiecie co się mówi o kwiatkach ? Że bukiet darowany, winien być obcałowany.
Oby kurwa nie, mogę nawet dopłacić. Wróciliśmy do spaceru, a Ania najszczęśliwsza na świecie kontynuowała:
- Naprawdę nie musiałeś kupować tych kwiatków. Wiesz, tak podeszłam, bo zobaczyłam że stoi taka smutna staruszka. Nikt u niej nie kupuje i żal mi się jej zrobiło. A ja bardzo kocham polne kwiatki, mają swój urok. Nie róże, nie tulipany, ale właśnie te polne są dla mnie najpiękniejsze.
Dla mnie to zwykłe badyle, pomyślałem. Przynajmniej ten wiecheć, który trzymasz w ręku. Kontynuowaliśmy spotkanie, słuchając różnych historii, które Ania mi opowiadała delektowałem się możliwością przebywania w jednym z moich ulubionych miejsc w stolicy. Plac Zamkowy oraz Rynek Starego Miasta zawsze wprawiają mnie w specyficzny nastrój. Szukaliśmy miejsca, aby obejrzeć mecz. Wchodziłem do kolejnych knajpek pytając o transmisję i ceny złocistego trunku, jednak znalezienie czegoś mieszczącego się w moim studenckim budżecie graniczyło z cudem.
No tak, powinienem był pomyśleć o tym, że w takiej lokalizacji tanio nie będzie. Moja wina. Po kilkunastu próbach Ania zaproponowała, że mecz możemy obejrzeć też u niej, na laptopie. I tym sposobem właśnie miałem zostać zwabiony do mieszkania jej ciotki. W końcu przystałem na propozycję i udaliśmy się na Mokotów, po drodze zaopatrując się w alkohol.
Przekonany byłem, że będzie to symboliczne piwo do meczu, ale Ania żywo wmaszerowała do spożywczaka i wybrała nam po trzy browary na głowę, zapewniając przy tym, że jeszcze ma u cioci wino, którego nie było okazji wypić po obiedzie.
A więc to tak! Spróbuje mnie podchmielić i wykorzystać – tak pomyślałbym sobie teraz. Ale wtedy niczego takiego podejrzewać nie mogłem. Stwierdziłem raczej, że może przynajmniej ten mecz i wieczór minie znośniej i szybciej będę mógł dołączyć do imprezujących na mieście znajomych.
Kiedy dotarliśmy do niej, do meczu była jeszcze godzina. Ania podgrzała resztę z dzisiejszych obiadowych przystawek, otworzyliśmy po piwie i zdecydowaliśmy się obejrzeć odcinek serialu, który dziewczyna oglądała z mojego polecenia. Byłem kilka sezonów dalej od niej, ale nie miałem nic przeciwko obejrzeć któregoś z odcinków drugi raz.
Później przed meczem, Ania opowiadała mi o siatkarzach. Wiedziała prawie o każdym różne fakty. Skąd który pochodzi i ile ma wzrostu. Widać, że naprawdę interesowała się tym sportem, podczas gdy ja lubiłem pokibicować naszym, jeśli były akurat jakieś mistrzostwa. Mecz się zaczął, kibicowaliśmy dojadając wszystkie polędwiczki w cieście prócz tych najbardziej zwęglonych. Kończyliśmy drugie piwa, podczas gdy mecz zakończył się naszym zwycięstwem. Pokonaliśmy Włochów trzy do jednego.
Wieczór był jeszcze wczesny, a mecz obejrzeliśmy w naprawdę miłej atmosferze, więc zdecydowałem się zostać jeszcze na film, który Ania zaproponowała. Siedzieliśmy więc dalej na kanapie, patrząc w ekran i co jakiś czas komentując wydarzenia z filmu. Skończył się alkohol i dziewczyna chyba była już wystarczająco odważna, żeby zacząć działać ku mojej zgubie.
Najpierw poczułem muśnięcie na nadgarstku. Nie było mowy o przypadku. Nie było to delikatne, mimowolne muśnięcie, ale wyraźny perfidny sygnał od dziewczyny domagającej się uwagi. Nie reagowałem, więc zrobiła to ponownie. Ja jebie, smyra mnie po nadgarstku. Perfidnie nachalnie. Co mam zrobić ? Rękę trzymałem dotąd na swojej nodze, położyłem ją więc wzdłuż ciała, na kanapie, tak że nadgarstek znalazł się pod spodem i miejsce smyrania było zasłonięte.
To był błąd! Katastrofa – przecież to nieznaczne przestawienie dłoni musiało zostać odebrane w najgorszy możliwy sposób. Ania najwyraźniej zrozumiała, że skoro poczułem i zareagowałem na jej bodźce, to może sobie zwyczajnie wziąć moją rękę w swoją i zacząć ją miętolić. Fuu! Dramat! Do tej pory się zastanawiam, czemu nie zerwałem się z kanapy ze słowami – co ty kurwa odpierdalasz?! Ale byłem zbyt zaskoczony tą bezczelnością, tym, że coś takiego dzieje mi się bez mojego psychicznego pozwolenia i to tak po prostu. Szok w przedziwny sposób sparaliżował moje reakcje w pierwszej chwili, a skoro nie zareagowałem od razu to nie było sensu robić tego później. Bo co, nagle po trzydziestu sekundach miętolenia mojej ręki stwierdzę, że mi się to nie podoba? Pomyślałem dobra – to tylko ręka, niech sobie pomiętoli, skoro da jej to tyle radości. Jak teraz wspominam tę chwilę, dochodzę do wniosku że byłem kurewsko nieasertywny.
Po kilkunastu minutach, ku zgrozie sytuacja zaczęła się rozwijać. Ania powiedziała, że nie wygodnie jej w tych jeansach i idzie się przebrać. Wróciła po paru minutach, w długiej koszuli nocnej z dekoltem po pępek. Dziewczyna miała dość spore rozmiary więc i miała też co tym dekoltem odsłaniać. Ale jak domyślacie się, ja nie miałem najmniejszej ochoty tego widzieć. Plusem sytuacji jest to, że po powrocie, kiedy usiadła, ręce miałem założone jedna na drugą, nie miała już więc punktu zaczepienia. Nie przeszkadzając sobie tym, po prostu położyła mi głowę na ramieniu i oglądała film dalej.
Kiedy pojawiły się upragnione napisy końcowe, przyszła pora się zbierać. I teraz jak z odległego świata, jak przez barierę wszystkich dzisiejszych wydarzeń i trzech wypitych piw, dotarł do mnie zapomniany fakt, że przecież ja nie mam kluczy! Wygrzebałem z kieszeni telefon i wybrałem numer do Pawła. Nie odebrał. Ponowiłem próbę. Po pięciu albo sześciu sygnałach w komórce odezwał się głos:
- Hahaha, no sieema Aadaam! Dawaj do nas ziomek! Dobra zabawa jest! – Paweł był napierdolony jak księciunio – Tomek to już zezgonował, zostawiliśmy go u ciebie w mieszkaniu.
- A gdzie jesteście teraz? – pytam zirytowany, zaskoczony, przestraszony i rozbawiony jednocześnie.
- Hahahaha, teraz ? Dziskon, gdzie jesteśmy ? Na kebabie, na kebabie jesteśmy, haha.
To zajebiście, skoro na kebabie to już wiem gdzie.
- Kurwa, ale na jakim kebabie?! Na Ochocie jest z pięćset kebabów, w Amricie?
- Ta, ale już wychodzimy, chyba wracamy – mówi Paweł – za jakiś czas pewnie będziemy w mieszkaniu.
No to jestem zgubiony. Z nimi się nie dogadam, nie wiem gdzie są, gdzie będą za pięć minut, a szukać ich po nocy o tej porze nie ma najmniejszego sensu. Do mieszkania też się nie dobiję. Jeśli Tomek jest w takim stanie jak wczoraj, gdy wrócił i musiałem go prowadzić z łazienki do łóżka, to szanse, że usłyszy dzwonek do drzwi i zareaguje są nikłe. Jest późno, więc na przejazd komunikacją mogę liczyć tylko w jedną stronę, wrócić już tu nie zdążę. W głowie snuła mi się ponura wizja spędzania nocy pod drzwiami własnego mieszkania. Nie myślałem również zupełnie trzeźwo, trzy wypite piwa niemal bez kolacji, jeśli nie liczyć polędwiczek też grały jakąś rolę.
Moją rozterkę natychmiast podchwyciła Ania, bez chwili zastanowienia proponując mi nocleg. Kiedy zapytałem, gdzie miałbym spać, zaproponowała, że rozłoży mi łóżko w drugim pokoju. Mimo całej niechęci jaką odczuwałem do dziewczyny, propozycja nie była całkiem taka zła – wcale nie miałem ochoty na nocne podróże i dobijanie się do drzwi. Tu zawsze mogłem przetrzymać do rana i spokojnie wrócić do siebie. Wahałem się krótką chwilę, ale Ania wyczuła tu swoją szansę i namawiała mnie ze wszystkich sił. W końcu zgodziłem się zostać – chyba jakieś niepojęte zrządzenie losu działało tego wieczora na jej korzyść.
Porozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, a potem poprosiłem o rozłożenie mi łóżka. Ania poszła do swojego pokoju, a ja położyłem się, tak jak byłem – w ubraniu. Wygrzebałem wszystkie uwierające rzeczy z kieszeni, ułożyłem się wygodnie i leżałem rozmyślając o wydarzeniach tego dnia. Przecież to wszystko układało się w jedną wielką komedię, której głównym bohaterem byłem ja. A kluczowa scena tej komedii miała się za chwile wydarzyć. Wszystko to było jak jedna długa opowieść z cyklu „Nieprawdopodobne, a jednak”.
Już prawie zasypiałem, gdy usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi do pokoju. Stała w nich Ania.
- Jakoś nie mogę zasnąć. Tak sobie już leżałam i myślałam… i w końcu zupełnie się rozbudziłam. Chodź, może pogadamy jeszcze chwilę.
Niechętnie podniosłem się z łóżka, ale trudno – ile to może jeszcze trwać – pomyślałem. Poszedłem za Anią, ona położyła się u siebie a ja nieśmiało usiadłem na krzesełku obok.
- Nie no, chodź tu, połóż się koło mnie – powiedziała z uśmiechem.
Jeszcze bardziej nieśmiało ułożyłem się obok niej na łóżku, a dziewczyna natychmiast przylgnęła do mnie. Ułożyła sobie głowę na ramieniu, a ręką zaczęła ruszać po moim torsie. Teraz już to wszystko – niewyspanie, stres po egzaminie, alkohol, zdziwienie – nie miało żadnego znaczenia. Widziałem wszystko jakby z boku, jakby to co oglądam było kolejnym filmem, w końcu było tak nieprawdopodobne. Nie ruszałem się, nie myślałem – byłem tylko widzem tej straszniej komedii która się rozgrywała. Gdyby udoskonalono technologię wirtualnej rzeczywistości i stworzono kina, w których ludzie mogliby obserwować wydarzenia z perspektywy aktorów, jestem pewien, że czuliby się tak samo. Protestować nie było sensu – w końcu wszystko działo się według scenariusza, napisanego przez wyjątkowo szyderczą osobę.
Im dłużej trwała ta nocna rozmowa, tym więcej pozwalała sobie Ania. Jej ręka nie wędrowała już po moim torsie, ale po nodze. I od zewnętrznej strony uda co raz bardziej zbliżała się ku stronie wewnętrznej. Kurwa. Coś trzeba zrobić. I w tym momencie niemej paniki przyszedł mi do głowy pomysł tak nierealny, jak tylko nierealna mogła być sytuacja w której się znalazłem. Postanowiłem udawać, że śpię. Jakkolwiek kretyńsko to brzmi, tak kretyńsko musiało to wyglądać. Ale był to w moim przypadku środek ostateczny. Neutralny, pozwalający w spokoju i bez żadnych dodatkowych wydarzeń zakończyć ten dzień. Bez ryzyka, że urażona dziewczyna wyrzuci mnie za próg, skazując na nocną pieszą wędrówkę do być może zamkniętego mieszkania.
Zamknąłem oczy i stopniowo zwalniałem swój oddech. Ania mówiła jeszcze przez chwilę, próbowała o coś zapytać, ale zauważając, że nie reaguje musiała stwierdzić, że zasnąłem. A ja sam już nie wiem do jakiego momentu udawałem, a od jakiego zapadłem w najprawdziwszy sen.

*

Poranek był nieco szokujący. Przez chwilę nie mogłem dojść do tego, gdzie się znajduję. Ale powoli wszystkie wydarzenia zaczęły się przypominać i ze zgrozą gdy obróciłem wzrok zobaczyłem wtuloną we mnie grubą i brzydką dziewczynę. Bogu dziękowałem za pomysł, który zesłał mi te kilka godzin temu. Teraz jeszcze trzeba się stąd jakoś wyrwać. Cały bark był zdrętwiały po nocy spędzonej pod ciężarem Ani, próbując go uwolnić niechcący ją obudziłem.
Uśmiechnęła się i zapytała jak się spało. Chujowo, a jak się miało spać z wielorybem – pomyślałem. Ale nigdy poranek nie cieszył tak jak teraz. Prowadziliśmy przez chwilę jakąś bzdurną rozmowę, kiedy Ania zapytała:
- Hej, a pamiętasz, co mówiła babuleńka ? Że bukiet darowany winien być obcałowany.
Aha, okej. No to trzeba zmienić temat – ludowe powiedzonka wydały mi się najodpowiedniejsze. Wyszło to nadzwyczaj naturalne i Ania po raz kolejny zdawała się nie dostrzegać uniku od niezręcznego tematu. Ale w końcu znudziła się już tymi podchodami i przeszła do bardziej bezpośrednich prób. Podniosła się do pozycji półleżącej, wsparła na ręku i patrzyła w dal. Po paru sekundach spojrzała na mnie a potem znów w jakiś bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni. Spoglądała tak jeszcze kilka razy, to na mnie to w powietrze i w końcu się odezwała:
- Wiesz, tak walczę teraz ze swoja największą słabością…
- Z jaką? – zapytałem, chociaż już chyba wiedziałem, co odpowie.
- To nieśmiałość – odpowiedziała półszeptem
Ja pierdole! Dzięki za ostrzeżenie! Przecież jeszcze lada moment i zanurkowałaby tym swoim upstrzonym skołtunionymi włosami ryjcem wprost ku mojej twarzy, a ja nawet nie miałbym drogi ucieczki, bo pode mną było łóżko, a z tyłu i z boku ściana!
Ale i nade mną czuwała opatrzność. W tej kolejnej pełnej grozy chwili telefon zabrzęczał i na ekranie wyświetliła się wiadomość od Pawła:
Ej stary, lepiej wracaj. Wiesz jaki jest burdel w mieszkaniu?
Czas najwyższy. W połowie przestraszony a w połowie tylko udając zaniepokojenie mieszkaniem, zerwałem się z łóżka i zacząłem szykować do wyjścia. Ania zrezygnowana przypatrywała mi się siedząc na łóżku:
- Ale weź zostań jeszcze chwilę, przecież pięć minut cię nie zbawi – powiedziała.
A mi się wydaje że właśnie zbawi, pomyślałem. W końcu byłem gotowy, założyłem buty i Ania odprowadziła mnie do drzwi.
- Szkoda, że nie mogłeś zostać jeszcze chwilę – powiedziała smutno – ale rozumiem, martwisz się o mieszkanie, też bym się pewnie denerwowała.
- Tak, no właśnie, nie wiem co oni tam zmalowali…
- To kiedy widzimy się następnym razem? – zapytała.
- Nie wiem, Ania. Nie mam pojęcia. Ale dziękuję za wczorajszy wieczór. Lecę, pa.
I pożegnałem się z nią w zupełnie taki sam sposób, jak kilkanaście dni wcześniej po kinie. Jak wyszedłem z bloku, czułem się tak lekko na sercu jak nigdy w życiu. I to pomimo niepokojącej wiadomości od Pawła.
Wróciłem do mieszkania, wszedłem od progu spodziewając się stajni Augiasza, jednak wszystko wydawało się być na swoim miejscu. Przywitał mnie Paweł, który skacowany przeciągał się na łóżku.
- Siema stary, gdzie żeś się podziewał?
- A nawet nie pytaj – odpowiedziałem – Co nie tak z mieszkaniem? Wygląda spoko…
- A no nic, tak ci tylko napisałem. Pomyślałem, że nie wróciłeś na noc, to może przyda ci się taki sms ratunkowy.
Mimo, że Paweł działał mi na nerwy jak nikt inny, nie mogłem nie być mu za to wdzięczny.
- No to jak tam było ?
- Haha, ziomek, nie uwierzysz – odpowiedziałem z radością – bardziej popieprzona historia nie mogła mi się przydarzyć.
- To opowiadaj – powiedział z uśmiechem Paweł.

Data:

 Sierpień 2016

Podpis:

 Adam

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=79868

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl