DRUKUJ

 

Próba zemsty

Publikacja:

 16-10-18

Autor:

 vAleksv
Prolog 
"Zza okien roztaczał się piękny widok na jezioro i park, gdzie jeszcze dotychczas bawiły się rozchichotane dzieci, lecz teraz woda była zabarwiona krwią a na powierzchni pływały ciała. Ogród mojego pałacu stał się ostatnim polem bitwy w tej wojnie. Nie miałam już, dokąd uciec, jedyne co mi zostało to czekać na mężczyznę, którego kocham, zabierze mnie do jakiegoś zgniłego lochu tylko po to by ograniczyć mnie zamiast miłosiernie zabić. Moje maleństwo nigdy mnie nie pozna, dom, który stworzyłam upadnie. -Oj głupiaś ty Pani, trzeba ci miłości od takiego- przypomniałam sobie to co powiedziała mi na samym początku moja służąca. Bogowie! Mam dopiero dwadzieścia dwa lata a przegrałam wojnę, zabiłam wielu niewinnych ludzi i pokochałam kogoś kogo nie powinnam". Nie potrafiłam napisać więcej, łzy które spadały na kartkę rozmazywały atrament. -Będziesz wieczny tak jak ja- pocałowałam kartkę, rzucając na nią zaklęcie. Może ktoś ją kiedyś znajdzie i załka nad losem głupiej dziewczyny. Złożyłam ją na pól, zalakowałam i wsadziłam do pierwszej lepszej książki na stoliku, ironiczny los chciał ze padło na jakieś romansidło. Spojrzałam przez okno, na horyzoncie dostrzegłam kształty, znieruchomiałam -Musiał wyruszyć jak tylko się dowiedział, że jego żołnierze zdobyli pałac. -powiedziałam do siebie, odwróciłam się na pięcie i wybiegłam z komnaty. -Jadą tu! Uciekajcie! - zaczęłam krzyczeć do służby, ci nieliczni co przeżyli szykowali się do opuszczenia mnie, ale nie byli przygotowani, że wróg pojawi się tak szybko. Wbiegłam do jednego z pokoi, gdzie trzymałam pieniądze i klejnoty, zabrałam, ile tylko mogłam pomieścić w rękach, kiedy znowu znalazłam się na korytarzu każdemu z służących rozdałam równą część. Za to co każdy dostał będzie mógł kupić malutką wioskę albo zapewnić byt nawet swoim wnukom. 
-Już wynocha, więcej ze sobą nie zabierzecie! - krzyczałam na młodych służących który łapczywie zabierali wszystko co wpadło mi w ręce. Złapałam za ramię małą córkę kucharki, która w zamieszaniu zgubiła mamę. 
-Rachel! Rachel! - za rogu wyszła zapłakana młoda matka 
-Córcia gdzieś ty była? - przytuliła córkę i wzięła na ręce. -Dziękuję Pani, dziękuję za wszystko! - kucharka ucałowała mnie w policzek i już miała odchodzić, kiedy Tosia przykleiła się do mojej szyi i zapłakana zapytała mnie czy jeszcze kiedyś pojeżdżę z nią konno. Nie potrafiłam powiedzieć słowa i jedyne co zrobiłam to zawiesiłam jej na szyi kolie, którą dostałam od mojej mamy. 
-Idźcie już- wyszeptałam. Rachel miała coś powiedzieć, ale powstrzymałam ją ruchem ręki, dziewczyna odwróciła się i zniknęła w innym korytarzu. 
Wzięłam głęboki wdech i usłyszałam wybuch otwierający główne bramy zamku. 
 
 
Część pierwsza 
Wieczność spędzona pod ziemią w ciemnej jaskini, może wydawać się przerażająca, tym bardziej że możliwość wydostania się z niej jest nikła, ale bardziej realna od śmierci. Łańcuchy, którymi zostałam skuta już dawno pękły, suknia, którą miałam ubraną dawno zgniła, a ja jeszcze bardziej się wysuszyłam. Moje ciało wygląda jak przerażająca kukła, której nie wypchano sianem. 
Po prostu sama skóra i kości. 
Nie bardzo wiedziałam co obudziło mnie z mojego długiego snu, ale chyba to był huk i teraz na pewno raziło mnie w oczy. Otworzyłam je nie mogąc uwierzyć w to co widzę. 
Człowiek. Bogowie! 
Człowiek! 
Mały wychudzony chłopiec, może czternastoletni. To co właśnie zobaczył zrobiło na nim duże wrażenie, bo przecież nie codziennie trafia się na kryptę w samym sercu góry. Tylko co on tu robi, musiałam go o to zapytać. 
-Przepraszam chłopcze, czy mógłbyś tym czymś we mnie nie świecić? Trochę razi. 
Moje słowa bardziej przypominały warczenie niż ludzką mowę, ale odzwyczaiłam się i zaschło mi w ustach. Chłopak się przestraszył i poświecił w moją stronę, to światło naprawdę denerwowało. Chłopak, kiedy mnie usłyszał, krzykną i odsuną się do tyłu, lecz los tak chciał że upadł i wypuścił lampę, która potoczyła się pod moje nogi. Wstałam z miejsca i podniosłam ją, by bardziej się jej przyjrzeć. Źródło światła było inne niż to które znałam, źródłem były kamienie, jedne świeciły na złoto a drugie na zielono. Chłopak znowu krzyknął przerażony widokiem mojej twarzy. 
-Nie musisz tak krzyczeć, nie zrobię ci krzywdy. 
Kiedy to mówiłam dzieciak rzucił się nie mnie z nożem, mimo mojego stanu zdrowia odepchnęłam go 
- No wojownik to z ciebie nie będzie. Lepiej sobie daruj i grzecznie się przedstaw. 
Starałam się być miła, choć młody wytrącił mnie z równowagi. 
-Aaron mam na imię- zrozumiałam go, ale miałam z tym lekkie trudność, nie dość że mówił z obcym mi akcentem to jeszcze strasznie seplenił. 
- Mira, miło mi- wyciągnęłam dłoń na powitanie, ale chłopak nie odwzajemnił gestu- Racja, boisz się mnie. Wcale się tobie nie dziwię, sama byłabym przestraszona gdybym teraz się tutaj znalazła. Ale powiedz mi Aaronie jak tutaj trafiłeś?  
Aaron gapił się na mnie bez słowa, dopiero po dłuższej chwili udało mu się przezwyciężyć strach i odpowiedział.  
-Zbierałem kamienie- wskazał na lampę- mały jestem to mieszczę się w mniej dostępne miejsca, no i mogę znaleźć lepsze. A to czasami przyniosę do domu z pięć takich jak pięść. Przynajmniej pożytek ze mnie jakiś, bo do pola to ja się nie nadaje, chorowity jestem i siły nie mam, a łazić po jaskiniach to ja lubię i umiem. 
-Dobra, dobra a daleko stąd do wyjścia? I czy masz coś czym mogłabym się zasłonić? - musiałam przerwać jego słowotok. 
-Koc- zaczął grzebać w torbie przewieszonej przez ramie- zawsze mam go ze sobą, bo jak bym zabłądził czy co, a czasami to jak z tych jaskiń wychodzę to noc już jest, bo się za siedzę- wyciągnął z niej spory pled z wełny, wymieniliśmy się. Chłopak dostał z powrotem lampę, a ja koc, którym się obwinęłam tworząc coś na wzór togi. 
-Dziękuję, a czy pomożesz mi stąd wyjść? Oczywiście jeśli znasz drogę, trochę głupio było by utknąć tu razem 
-Taa, tak znam drogę. Drogę pokazują kamienie... przecież tak tutaj dotarłem- powiedział dumnie  
-Wybacz, że w ciebie zwątpiłam, mój wybawicielu- nie potrafiłam stłumić śmiechu. 
 
 
Część druga 
Korytarze którymi prowadził mnie Aaron były przerażająco wąskie i czasami bardzo strome, chwilami wątpiłam, czy uda nam się nimi przecisnąć. Jednak chłopak zadziwiał mnie swoją zwinnością. 
Ściany w niektórych miejscach były pokryte kryształami, które na prawdę wskazywały drogę do wyjścia. Im byliśmy bliżej tym kamienie były mniejsze i słabiej się jarzyły. W końcu dotarliśmy do niedużej szczeliny, za która była wąska ścieżka w dół góry. 
Zaczynałam panikować. 
Bałam się tego co właśnie miałam zobaczyć.  
Nie miałam planu. 
Nie miałam pojęcia co zrobić z moim życiem. 
Nie miałam dokąd pójść. 
Wszyscy których znałam już dawno nie żyli, z resztą sama przypominałam żywego trupa. Majątek, który miałam już od wieków nie należał do mnie, nawet wątpię czy to co schowałam było dalej w tym samym miejscu. 
Chłopak już od dłuższej chwili stał w pełnym słońcu i czekał na mnie, a ja wciąż nie mogłam się decydować czy stąd wyjść czy może jednak się cofnąć do mojego grobu i zostać tam na wieki wieków. 
-Teraz ty się boisz, prawda? - chłopak usiadł na ziemi i popatrzył na mnie. Na szczęście mrok jaskini chował moją postać przed jego wzrokiem. 
-Jestem przerażona. Nie mam, gdzie pójść, a nawet jak gdzieś teraz pójdę to ludzie uciekną na mój widok. I pewnie spróbują zabić.  
Młodzieniec uśmiechnął się na te słowa. 
-Pewnie tak będzie. Długo tutaj byłaś Miro? Jak w ogóle tutaj się dostałaś i dlaczego?  
 
 
-Długo by gadać- nagle zrobiło mi się ciężko na sercu, kiedy przypomniałam sobie powód mojego pobytu tutaj. - zacznijmy od tego, że jestem nieśmiertelna i jestem czarownicą. 
Aaron wybałuszył oczy 
-Czarownicą? Lepiej się nie przyznawać. Ludzie nie lubią takich jak ty. Dlaczego to nie wiem, ale może babka ci o tym opowie. Ona wie dużo rzeczy, czasami się śmiejemy że sama jest czarownicą. - chłopak podniósł z ziemi patyk i od niechcenia rzucił go w trawę, i chyba zdarzył zapomnieć o pozostałych pytaniach. 
-I może jeszcze powiesz, że mam do niej pójść i się zapytać o to? - nie mogłam się powstrzymać- Czy ty na prawdę nie rozumiesz, że nie mogę się tak pokazać.  
I po tych słowach wyszłam z ukrycia. 
Liczyłam że zrobię na chłopaku większe wrażenie, ale on tylko cmoknął i wyszczerzył się w szerokim uśmiechu 
-W tamtym roku znaleźli trupa kowala w rzece, wyglądał tak samo tylko był bardziej spuchnięty. 
-Nie wierzę- stałam nad nim jak kostucha i głupio gapiłam. - Czy uderzyłeś się kiedyś mocno w głowę, albo czy może matka cię upuściła, kiedy byłeś mały?  
Miało byś wrednie, a wyszło jak zawsze. 
-No może wyglądasz trochę inaczej od ludzi w wiosce, ale damy radę. Najlepiej pomoże ci Babka, ona nigdy nie pyta za dużo, więc spokojnie. Wydać cię to ludziom nie wyda. A jak wydobrzejesz to powiemy, że cię Babka w lesie znalazła, a ty nic nie pamiętasz. 
Młody nie przestawał się uśmiechać i patrzeć mi w oczy, nawet słońce mu nie przeszkadzało. 
-Nie spodziewałam się, że z ciebie taki dyplomata- chłopak się skrzywił 
-Kto?  
-Nikt. 
-Ale nie obrażasz? Bo to nie miłe by było...- znowu mu przerwałam 
-Nie, nie obrażam. A dyplomata to ktoś kto potrafi dobrze gadać z ludźmi. Dobra cecha. 
Powiedziałam od niechcenia  
-Aha, no dobra to o to- chłopak się lekko zarumienił i zaciął, nie dość że sepleni to jeszcze, od czasu do czasu się jąka. 
-To ja tutaj zostanę, a ty pójdziesz do Babki i z nią pogadasz. Wróć po mnie jak zrobi się ciemno, żeby mnie nikt z wioski nie zobaczył. -Skończyłam za niego. 
-Noo oo, dobra. To ja idę.  
Chłopak wstał z ziemi, znowu się do mnie uśmiechnął i zaczął odchodzić. 
-Aaron! -zawołałam za nim, a on się obrócił - Nie masz może czegoś do picia?  
-A racja. Tak, mam. Proszę- podał mi manierkę, która miał przyczepioną do paska spodni. 
-Dziękuję. 
Wzięłam ją od niego i pociągnęłam duży łyk, jak się okazało słodkiego, rozwodnionego wina. Kiedy się napiłam oddałam mu niemal pustą manierkę.  
Chłopak popatrzyła na mnie ostatni raz, odwrócił się i poszedł w stronę pobliskiego lasu. 
 
Część trzecia 
Lodowaty wiatr wdzierał się pod koc, którym byłam okryta, choć było mi strasznie zimno nie potrafiłam narzekać z tego powodu. Zdążyłam stracić nadzieję na powrót Aarona, kiedy na skraju lasu zobaczyłam dwie postacie. Cofnęłam się w głąb szczeliny ciągle je obserwując, kiedy weszły na ścieżkę u podnóża góry, rozpoznałam Aarona. Osoby towarzyszącej mu nie potrafiłam odgadnąć. To jak szła świadczyło o kimś młodym, za to światło które padało na nią pokazywało wychudzoną i starą twarz kobiety. 
Aaron ją wyprzedził  
-Mira! Mira! - wolał mnie, rozglądając się, gdzie mogę być, nawet wszedł do jaskini, ale przez to że nie miał lampy nie mógł mnie dostrzec. 
Nie wiedziałam kim jest ta kobieta, choć domyślałam się, więc wolałam zostać w ukryciu.  
-Nie ma jej. Poszła gdzieś. - odezwał się do kobiety, która zatrzymała się koło niego.  
-Jest tutaj, w środku- powiedziała przepalonym głosem.  
-No nie ma jej, patrzyłem tam. 
Chłopak zaczął się wykłócać, ale ona go zignorowała. 
-Aaron niby ci mówił o mnie. Nazywają mnie Babką- powiedziała w moją stronę. - Młody bełkotał, że znalazł się w górze, kiedy kryształy zbierał. Żeś niby wiedźma. -na to się zaśmiała- Nie wierzę, czarownic już dawno tutaj nie ma. Umarły albo uciekły, a ty albo głupia albo kłamiesz. Chłopak prosił o jakieś ciuchy dla ciebie, więc masz, ubierz się i wyjdź.  
Aaron znowu wszedł do jaskini z wyciągniętą ręką, w której trzymał jakieś szmaty. 
-Teraz to się zachowujesz jak by cię coś miało zjeść- powiedziałam do chłopaka i zabrałam rzeczy które trzymał. On jak w zwyczaju niemal zszedł na zawał i krzyknął. - Dziękuję, że wróciłeś. 
-No obiecałem przecież, nie? - i wycofał się na zewnątrz.  
Babka dała mi luźną, długa sukienkę, przewiązywaną w tali. Ubrałam ją i dodatkowo zakryłam się kocem, nie chciałam rzucać się w oczy moja posturą.  
Wyszłam z ukrycia i stanęłam naprzeciwko babki.  
-Tyle krzepy w tak starym ciele możesz mieć tylko i wyłącznie dzięki czarom, więc nie oskarżaj mnie o kłamstwo, jeśli sama nie jesteś szczera. - wręcz syknęłam do kobiety. - Czuję smród twojej magii i gnijącego ciała Nekromantko. 
Babka zbladła, nie zauważyłam, kiedy wyciągnęła z pod płaszcza nóż i przyłożyła mi do gardła. 
-Nie wierzyłam chłopakowi, kiedy mówił co znalazł, tym bardziej że to coś twierdzi, że siedzi pod ziemią od wieków. - głos kobiety był pewny- Kim ty jesteś, że mnie rozpoznałaś? 
-Zabierz nóż z mojego gardła to ci wszystko opowiem.  
-Właśnie Babka! - szepnął Aaron, którego sparaliżował strach. Ale nie przestraszył się noża, tylko magii, którą czuł od dobrze znanej mu kobiety.  
Babka opuściła sztylet. 
-Ile lat temu zakończyła się wojna? - zapytałam 
-Zależy o którą pytasz? - pytaniem zbiłam z tropu Babkę. 
-O tą w której zginęli Strażnicy Lasu. -odpowiedziałam beznamiętnym głosem. 
-Chodzi ci o Wielką Wojnę. No to będzie z 1600 lat. 
-Jestem Arcyksiężna Mira, głupia i pokonana kobieta. Siedziałam w tej jaskini przez 1600 lat.
 
 
 
Cześć czwarta 
Dopiero po zejściu z niej przyjrzałam się okolicy. Las za którym była wioska, wydawał mi się olbrzymi, kiedy patrzyłam na niego z góry, za to po wejściu w niego okazał się marna pamiątka po tym który rósł tutaj od setek lat. Ludzie skrupulatnie wyrąbali gaj dla swoich potrzeb zostawiając część, którą przeczucie nie pozwalało im ruszyć. Bowiem z tego miejsca sączyła się mroczna i potężna energia.  
Już wiedziałam skąd Babka czerpie siły.  
Nie było to naturalne skupisko energii które tworzy się samo z siebie, tylko przepełnione bólem mieście nawiedzone przez ludzkie dusze.   
Szliśmy w ciszy, choć w promieniu kilkunastu metrów byliśmy tylko my, miałam wrażenie, że ktoś ciągle na nas patrz, pilnując każdego naszego ruchu.  
Popatrzyłam na Babkę, która szła przy moim prawym ramieniu, zrozumieliśmy się bez słów. Ona również czuła dziwną obecność, a na moje nieme pytanie odpowiedziała tylko wzruszeniem ramion.   
Szliśmy przez jakieś 10 min, zanim dotarliśmy do pierwszych zbudować wioski, które należały do starej nekromantki. Kamienna chatka z mocno pochyłym czerwonym dachem. Przy domu kobieta miała sporych rozmiarów ogród otoczony wysokim murem.   
Stanęliśmy przed wejściem o domu. 
-To ja już pójdę do domu, bo rodzice będą się denerwować, że szlajam się po nocy. Sam.- Aaron był w dalszym ciągu przestraszony tym co zobaczył, ale odwrócił się i poszedł w stronę wioski.  
Czekałyśmy aż chłopak zniknie nam z pola widzenia, kiedy to zrobił, Babka odezwała się pierwsza.  
-Mieszkam tutaj od przeszło 60 lat, a pierwszy raz czuję tą magię w lesie. - choć jej głos się nie zmienił w oczach mogłam dostrzec strach, a coś mi mówiło że ona dawno się nie bała.  

 
Minęły dwa księżyce od kąt znalazł mnie Aaron. Chłopak w tym czasie pokazał się tylko raz i to dlatego że matka kazała mu kupić ziołową maść, którą robiła stara nekromantka. Babka nie była zbytnio rozmowa, odzywała się tylko kiedy czegoś ode mnie potrzebowała. Do tego ciągle poiła mnie naparami które miały pomoc mi wrócić do dawnego wyglądu. Mimo jej odpychającego zachowania, czułam, że chce dla mnie jak najlepiej. Jednego wieczoru kobiecie wzięło się na rozmowy. Kładłam się już do łóżka, kiedy Babka zawołała mnie do kuchni. 
Na stole stały dwa kryształowe kieliszki i karafka z bordowym płynem. 
-Siadaj. Jesteś moim gościem od długie czasu a nic o tobie nie wiem- brzmiało to jak rozkaz. 
-To ty mnie zbywałaś, kiedy próbowałam z tobą rozmawiać. -odpowiedziałam siadając, kiedy to zrobiłam kobieta usiadła na przeciw mnie -Skąd to masz? - chodziło mi o karafkę i kielichy 
-Byłam kiedyś bogata, jeszcze za młodu mieszkałam w dworku mojego ojca. To ostatnie co po nim mi zostało- jej głos nadal był oschły, nawet jeśli mówiła o ojcu. 
-Co się stało, że już w nim nie mieszkasz? -zapytałam. 
Kobieta polała nam i jednym haustem wypiła zawartość swojego kieliszka 
-Miałam też młodszego brata, to on odziedziczył majątek. Nie wiem czy wiesz, ale kobiety nie mogą mieć swoich posiadłości, nawet Królowa Matka. A że ja nie dogadywałam się z braciszkiem to nie miałam czego szukać w domu po śmierci ojca. Odeszłam z tym co mogłam wziąć w ręce, gnój zabronił mi nawet wziąć konia. Tak więc poszłam przed siebie, prawie nie robiłam postojów, dopiero kiedy skończył mi się prowiant wchodziłam do gospody i kupowałam zapas. Nie schodziłam ze szlaku- kobieta nieprzerwanie mówiła, zdarzyła już wypić drugi kielich, gdzie ja miałam jeszcze połowę pierwszego. - w końcu skończyły mi się pieniądze i musiałam poszukać pracy. Szlachcianka szukała pracy. -kobieta zaśmiała się, i wypiła nalewkę do dna. Ja w tym czasie podniosłam kielich do ust i przechyliłam.  
Nie spodziewałam się ze ta kobieta miała takie nudne życie, przez pół nocy opowiadała mi o tym jakie córki miał sąsiad kowala, u którego mieszkała. Albo jakie były w dotyku prześcieradła na których spała, kiedy przeniosła się w kolejne miejsce. Babka nie pozwalała mi dojść do słowa, kiedy próbowałam jej przerwać to zaczynała na mnie krzyczeć i bardzo się złościć. Doszłam do wniosku, że nie warto próbować przerywać starej, bo to i tak jak grochem o ścianę.  Kiedy sięgnęłam po karafkę ze smutkiem zauważyłam że jest pust.  
Byłam spita jak świnia i ledwo trzymałam się w pionie, za to babka dzielnie trwała przy stole.  
-Wybacz pani ze przerywam twój niezwykle pociągający wywód, ale powiedz mi gdzie jest reszta nalewki? - moje słowa choć nie wyraźne dało się zrozumieć 
-U mnie, pod łóżkiem jest butla- i wskazała ręką na drzwi swojego pokoiku, wstałam zza stołu i zataczając się dotarłam do drzwi, kiedy je pchnęłam i wpadłam do środka, moim oczom ukazał się niezwykle mały i sterylny pokój. Wnętrze wypełniał zapach kwiatów które stały w wazonie na skrzyni w kącie pokoju. Pod oknem stało pojedyncze łóżko zaścielone zielonym pledem. Oprócz tych dwóch mebli w pokoiku stało jeszcze tylko jedno krzesło.  
Z racji tego, że wygodniej było być bliżej podłogi wylądowałam na czworaka i przeszłam w stronę łóżka. Prawie dostałam zawału, kiedy na podłodze przed mną pojawił się wielki tłusty pająk, bestia wystraszyła się mojego krzyku i uciekła pod skrzynie. Bojąc się że pod łóżkiem jest więcej pająków sięgnęłam po butle, która okazała się wyjątkowo duża. Z racje tego ze w mojej obecnej sytuacji nie mogłam poradzić sobie z nią poradzić, wstałam i znowu się zataczając wróciłam do stołu. 
-A drzwi? Ogon masz czy co? - znowu dostałam reprymendę od babki. Dlatego kiedy odłożyłam nalewkę, wróciłam się i z trzaskiem zamknęłam drzwi. 
-Nie krzycz na mnie. Przepraszam, nie chciałam tego zrobić- wołałam przeprosić z góry.  
W końcu mogłyśmy kontynuować nasza nie zwykle ciekawa rozmowę.  
-Babko, a jak to się stało ze zostałaś nekromanta? - zapytałam. Kobieta zamilkła na chwile i po głębokim wdechu zaczęła mówić. 
-Kowal wyrzucił mnie z domu, bo zaczęłam chorować. Nie byłam przyzwyczajona do zimna i wilgoci jakie panowały u niego w domu, a ze kowalowi urodziło się dziecko to nie chciał go narażać na gorączkę. Zostałam sama na zimnie i to w dodatku chora. Miałam uciułane trochę pieniędzy, więc wybrałam się do najbliższego miasta do lekarza. Lekarz sam był schorowany a na dodatek stary, ale w mieście powiedzieli mi ze tylko on leczy gorączkę w okolicy. Kiedy starzec otworzył mi drzwi nie musiałam mówić po tam przyszłam. Byłam na granicy życia i śmierci, a on to czul. Zaprosił mnie do siebie i nie czekając aż się odezwę powiedział ze da mi druga szanse pod warunkiem ze zostanę jego uczennica. I tak spędziłam najbliższe dwadzieścia lat, po śmierci mężczyzny nie mogłam zostać w jego domu, bo zabrali go za długi. I znowu zaczęłam się szlajać po kraju i będę tak robić aż nie umrę – zaśmiała się- a do tego mi się jeszcze nie spieszy.  
Słuchałam ją zaciekawiona. 
-A skąd wiesz, gdzie ci będzie dobrze?  
-Wiesz, wydaje mi się, że przyciągają mnie duszę zmarłych- jej głos zrobił się delikatniejszy – nie mam pewność, bo one nigdy mi się nie ukazały. Nie wiem, jak było za twoich czasów, ale teraz nekromanta nie czerpie sił z ludzkiej duszy, a tym bardziej nie ze zmarłej. Dlatego dobrze mieszkać w lesie, bo w nim zawsze coś umiera i się rodzi.  
-Ale pamiętasz ten wzrok, który czułyśmy, kiedy zeszłyśmy z góry? -zapytałam 
-Tak- powiedziała to trochę przeciągle- czułam go pierwszy raz od kąt tu mieszkam. Dawno tak bardzo się nie bałam. 
-One pokazały się przez mnie. Wylazłam z góry, a duchy poczuły co wylazło. Nie lubią mnie. 
-A czemu to cię rudzielcu nie lubią, co? 
-Bo przez mnie nie mogą zaznać spokoju. 
 
Część piąta 
Obudziłam się spragniona i z bólem głowy. Miałam kaca. Cholernego kaca miałam pierwszy bardzo dawno temu. Jak kładłam się do łóżka liczyłam, że z racji na wiek chorować nie będę.  
W jak wielkim błędzie wtedy byłam. 
Ponownie zasnęłam.  
Obudziły mnie odgłosy rąbania drewna, które wpadały przez otwarte okno. Zwlekłam się z wyra i wyszłam do głównej izby, która okazała się być idealnie czysta. Na stole nie było śladu wczorajszej popijawy, za to stały na nim świeże kwiaty, dzban i kubek. Miałam już wyjść na dwór ale zauważyłam kartkę na której rogu stał kubek. Podeszłam do stołu i na nią spojrzałam. Był to krótki liścik. 
"Rudzielcu" 
List napisała Babka.  
W pierwszej kolejności sięgnęłam po dzban i napełniłam kubek, dopiero po wypiciu, jak się okazało naparu z ziół, wzięłam do ręki list. 
"Rudzielcu wyjechałam do rodzącej kobiety do wsi obok. Wrócę jak najszybciej. Masz porąbać drzewo które przywiezie dzisiaj ktoś z wsi." 
Kurwa. Mam rąbać drewno. Na kacu  
Dopiero po chwili doszło do mnie, że słyszałam jak ktoś już to robi. Popędziłam do drzwi które otworzyłam z hukiem. Na podwórku, plecami do mnie stał jakiś facet. Po budowie jego ciała mogłam stwierdzić ze młody i dość przystojny. Na odgłos, który wydały drzwi uderzające o ścianę, mężczyzna przestał rozwalać pieńki i odwrócił się.   
-Ktoś ty? - zapytałam powoli.  
-Syn właściciela tartaku. Przywiozłem drzewo. - mówił uśmiechając się- Pukałem, ale nikt nie otwierał, więc podszedłem do okna, tego pierwszego po lewo. Widziałem, jak pani śpi i nawet próbowałem cię obudzić, ale jak zapukałem w okno to one się otworzyło. I zrzuciło lusterko, które się rozbiło. 
-Rozbiłeś lusterko? - pisnęłam- To w metalowej ramie? 
-No tak ale porąbałem za ciebie drzewo- uśmiechnął się szerzej 
-Nie wynagrodzisz mi tego rąbiąc cholerne drzewo. Będziesz musiał się przyznać i przeprosić Babkę, bo to jej lusterko zbiłeś, a ja nie planuję brać winy na siebie- powiedziałam papugując jego uśmiech. 
Mina chłopaka zrzedła, nic nie odpowiadając odwrócił się i wrócił do swojego zajęcia.  

Chłopak zdecydowanie na coś liczył, a ja na pewno miałam ochotę na zabawę z takim chłopaczkiem. Nie powiem był przystojny i trochę słodki, ale całkiem nie w moim typie. Ale w sumie darowanemu koniu w zęby się nie patrzy.  
-Głupi pomysł. - powiedziałam do siebie. Siedziałam przy stole siorbiąc napar.  
Musze się stąd odejść, zdecydowanie za długo odpoczywałam. Dobiegał koniec sierpnia, jeśli będę chciała znaleźć się w stolicy przed pierwszym śniegiem będę musiała wyruszyć na dniach. Czasu wiele nie miałam, bo zwykle zaczynało sypać na koniec października.  

Przez cały wieczór siedziałam sama w domu, nie potrafiłam wymyśleć czegoś sensownego. I dlatego mimo deszczu wyszłam na spacer do lasu, wśród drzew deszcz nie moczył jakoś bardzo, za to wiatr który się zerwał namawiał do powrotu do ciepłego wnętrza domu. Nie przejmowałam się zimnem. Myślami byłam na dworze mojego ojca, w dzień, w który poznałam mojego męża. 

-Dlaczego nie mogę ubrać tego co zawsze? - wręcz krzyknęłam do służącej która trzymała nową, pudrowo różową suknię wcale nienadającą się na zimną jesień. – Jest zimno, w spodniach będzie mi zdecydowanie cieplej i wygodniej. To tego czuję, że się przeziębiłam.
-Ale twój ojciec życzy sobie, żeby miała na sobie suknię. I to taką w której będziesz wyglądała reprezentacyjnie. I proszę cię młoda damo nie krzycz na mnie, bo to nie moja wina, że arcyksiążę nie chce cię dzisiaj widzieć w spodniach. – tym razem to ona krzyczała na mnie. Mimo że Klara była służącą to krzyczała na mnie częściej niż moi rodzice.
-Dobrze. Niech będzie, że nie ubiorę spodni, ale co ty na to żebym założyła tą wełnianą sukienkę? Sama mi ją wybrałaś. – powiedziałam już spokojniej i zrobiłam minę, którą zawsze przekonywałam ludzi do swojej racji – Proszę.
Klara popatrzyła na mnie i z rezygnacją odwiesiła sukienkę do szafy. – Dobrze, załóż tą wełnianą. Może to nawet lepiej, bo nie chce cię słuchać, kiedy będziesz chora leżeć w łóżku. A teraz się ubieraj i schodź do sali tronowej. I tak już jesteś spóźniona. – kobieta podeszła do mnie i pocałowała mnie w czoło.
*
Szłam długim korytarzem po czyściejszym niż zwykle dywanie, mijałam wysokie okna które również lśniły czystością. Tak w ogóle to dopiero teraz zauważyłam jak czysta jest ta część zamku, przez którą przechodzą goście. Wbiegłam po długich schodach i stanęłam przed drzwiami to sali tronowej, miałam je otworzyć, kiedy o dziwo wyręczyło mnie dwóch strażników w galowych mundurach.
Ciekawe o co chodzi. Przemknęło mi przez myśli.
Było to zjawisko bardzo rzadkie, bowiem straż, która pilnowała tych drzwi zazwyczaj miała w nosie otwieranie ich osobom które chciały przez nie przejść, nawet w trakcie ważnych uroczystości. Gra w karty była dla strażników bardziej interesująca. Jedyną osobą, dla której fatygowali się ją przerwać była moja mama, arcyksiężna. Czasami robili to dla mojego ojca, ale tylko wtedy, kiedy któryś z nich przegrał z nim grę, a że Książe częściej przegrywał niż wygrywał zaszczyt otworzenie cholernie ciężkich drzwi przypadał jemu.
Uśmiechnęłam się do nich i kiwnęłam głową w podziękowaniu. Kiedy weszłam do olbrzymiej sali zaniemówiłam, i od razu pożałowałam, że nie posłuchałam ojca i Klary. W sali było z masę ludzi, większość reprezentanci znanych mi rodów, ale byli też tacy których wcześniej nie widziałam. Pięciu mężczyzn wyróżniało się najbardziej, ich stroje w ciemnych kolorach całkowicie odbiegały od kanonów obecnej mody, w której królowały delikatne odcienie i materiały. Mimo wszystko każdy był ubrany wręcz odświętnie, tylko ja wyglądałam jak obdarciuch w granatowej sukience, z wełny która była zdecydowanie za krótka na taką okoliczność, ale skąd mogłam wiedzieć. Przecież przez ostanie dwa dni nie wychodziłam z pokoju, wolałam czytać niż interesować się tym co działo się w moim domu.
Na moją nie korzyść zostałam zauważona. Mężczyźni zrobili głupie miny powstrzymując się od śmiechu, kobiety zaczęły szeptać do siebie zakrywając usta koronkowymi wachlarzami, za to najbardziej otwarcie zareagowało tych pięciu mężczyzn. Wybuchli śmiechem.
-Jego Arcyksiążęca Mość wybaczy mi śmiałość, ale to chyba nie jest ta osoba na którą czekamy od piętnastu minut? – powiedział śmiejąc się, nieznany mi mężczyzna w czerni siedzący na fotelu ustawionym bokiem do prawicy arcyksięcia. Dopiero teraz mu się przyjrzałam. Był wysoki i szczupły, ale mimo dość chłopięcej postury budził respekt. Długie siwe włosy miał zaplecione w warkocz, a na skroni jego skroni widniała korona wysadzana onyksami i granatami.
-Nie, nie wybaczę Królu. W ciągu tych piętnastu minut zdążyłeś obrazić dwie najważniejsze kobiety w moim życiu. Nie chce żebyś poczuł się urażony, kiedy powiem, że jeszcze raz na coś takiego się ośmielisz zobaczysz dlaczego nazywają mnie Szaleńcem. – po tych słowach umilkły szepty, a ja wyprostowana ruszyłam z miejsca z podniesioną głową sto razy pewniejsza siebie. Kiedy stanęłam przed ojcem, grzecznie dygnęłam, a on skinął głową i puścił do mnie oczko.
-Drodzy goście puśćmy w niepamięć ostatni incydent. Chciał bym przedstawić moją córkę – arcyksiążę wstał z tronu i objął mnie ramieniem – dla większości z was Księżniczka Mira ciągle jest najgorszym koszmarem. Nie raz słyszałem opowieści snów, w których przypominacie sobie to co Mira wam zrobiła za dziecka. – głos mojego ojca zrobił się weselszy, tak jak zawsze, kiedy mówił o mnie.
- Oj tak, Mira była żywym srebrem. – powiedział baron Rosztowski, dla którego byłam jak wnuczka, a towarzystwo zaśmiało się na wspomnienie moich wyczynów.
Arcyksiążę kontynuował,
- Ale dzisiaj już nie jest niegrzecznym dzieckiem tylko młodą kobietą, kandydatką na następczynię tronu. Drogi Lazarze, przedstawiam ci pretendentkę na tron Doliny Ankity.
Pokłoniłam się przed nijakim Lazardem, znałam jego imię i wiedziałam kim jest. Za to nie wyobrażałam sobie ze taki cham może być królem nieludzi.
- Naprawdę kobieta ma przejąć po tobie pałeczkę? To kobietę mam uważać za równą sobie i prowadzić z nią interesy? – mówił jakby właśnie usłyszał świetny żart
Nagle głos zabrał jeden z dziewięciu członków Rady – Jego Królewska Mość nie powinna się oburzać w takiej sytuacji. Pragę przypomnieć, interesy prowadzone są z całą Radą a nie tylko z Jego Arcyksiążęcą Wysokością. Powinno być bez znaczenia czy przewodniczącym naszego zgromadzenia jest kobieta czy mężczyzna.
Na twarz króla wylazł paskudny uśmiech, już miał coś powiedzieć, kiedy przerwał mu mężczyzna siedzący obok niego. Jego uśmiech był jeszcze bardziej arogancki niż uśmiech Lazara.
- Drogi ojcze, niepotrzebnie się przejmujesz takim szczegółem. Przecież za niedługo rezygnujesz z urzędu i przekazujesz go mnie, więc to ja będę się użerać z Arcyksiężną Mirą.
Niko. Syn Jego Królewskiej Mości. Do ojca upodabniały go tylko jasno szare oczy. Czarne włosy i muskularne ciało były całkowitym przeciwieństwem delikatnego króla.
Miałam się odezwać, ale poczułam jak tato zaciska rękę na moim ramieniu.
- Księżniczka Mira została wskazana jako najlepsza kandydatka. - całkowicie zignorował wypowiedź elfa - Wiem córko, że ta informacja to dla ciebie nowość, ale byłaś przygotowywana do tej roli przez całe życie. – zwrócił się do mnie. – Musimy wreszcie wkroczyć w nową erę, a kobieta na tronie naszych królestw będzie dobrym początkiem.
- Dziękuję Rado za takie wyróżnienie – skinęłam w stroną ludzi siedzących po lewej stronie tronu naprzeciwko Lazara i jego świty.
Byłam w szoku.
Wtedy zobaczyłam jego. Przy jednej z kolumn stał ciemno włosy mężczyzna, nawet z tak dużej odległości mogłam dostrzec jego śmiejące się oczy i apetyczną twarz.
*
Pogrążona w wspomnieniach nawet nie zauważyłam, kiedy zeszłam z wydeptanej ścieżki. Było już ciemno, przez drzewa widziałam czyste niebo pełne gwiazd. Widziałam za mały kawałek nieba, aby gwiazdy wskazywały mi drogę. Zaczęłam krążyć po lesie szukając większej przerwy w koronach drzew, kiedy ją znalazłam parę kroków przed sobą. Niebo w tym miejscu przecinało las równą linią. Liczyłam, że tym miejscu będzie droga, ale zawiodłam się kiedy stanęłam nad przepaścią i usłyszałam szum wody. Wąwóz, na którego dnie płynęła woda, w świetle księżyca wyglądał jakby zrobiony wielką siekierą. Jego zbocza pokryte były licznymi trawami, po których spływała mocnymi strumieniami deszczówka. Wolałam się odsunąć od skraju urwiska, w takich warunkach delikatne pośliźnięcie zakończyło by się upadkiem w dół. Ale niestety nie uniknęłam tego. Nagle usłyszałam pędzące zwierzę, wydawało mi się, że to dzik. Ale nie sposób było się o tym przekonać, dopóki nie popatrzeliśmy sobie w oczy. Zwierzę pędziło prosto na mnie. Instynktownie zrobiłam krok w tył i się pośliznęłam. Odyniec musiał mieć lepszą koordynacje ruchową, ponieważ nie spadł zaraz po mnie. Jeszcze przez chwile słyszałam jego kwiczenie, ale spadając uderzyłam głową o jakiś kamień. Reszty upadku i tego jak wpadałam do zimnej wody nie pamiętam.

Data:

 2015-obecnie

Podpis:

 Aleks K

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=79996

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl