DRUKUJ

 

Cierpienia początkujacej pisarki – cz.VI

Publikacja:

 17-01-01

Autor:

 jolsokolowska079sok
I stało się. Poranek tchnął nieco płomienia, radość wzięła górę nad smutkiem. Bilet w obie strony był prezentem urodzinowym od ciotki Sally. Nie miała sumienia patrzeć na rozpacz dziewczyny po nagłej stracie ojca a jej brata. Latająca maszyna z początkującą pisarką na pokładzie nabrała prędkości i opuściła Gdańsk. Pogoda tego dnia rozpieszczała, była doskonała widoczność. Świat za oknem samolotu cieszył oczy pięknem. Z czasem zaczęło brakować drzew, żyznych pól i wijących się rzek. Ziemia wydała się tak monotonna i żałosna. Zapewne, dlatego, że była obserwowana z nieba.


- Świat nie może żyć bez odpadów, zróbcie im miejsce. Źródełka wysychają. Trwa walka na śmierć i życie cywilizacji z naturą. Tej pierwszej wydaje się, że robi wszystko jak trzeba. Druga przegrywa.
W świetle faktów siła perswazji słabnie. Czy zamknąć oczy? Trzeba to poczuć i coś z tym zrobić. Jesteśmy braćmi w ignorancji. Iluzja pogania iluzję. Czy ta wiedza jest komuś potrzebna, by zrozumieć trzeba sięgnąć trochę głębiej. – szeptała.

Poczuła na twarzy promienie słońca i odetchnęła głębiej.

A za oknem samolotu krajobraz zmieniał się jak w kalejdoskopie. Smutny widok - nic oprócz suchej ziemi pokrytej, piaskiem, żwirem i skałami. Rzadko błyskał kontur jakiegoś miasta, droga wyglądała niczym ślad paznokcia na pustyni i te bezkresne płachty migocącej w ostrym słońcu morskiej wody.

- To dzieje się naprawdę…

Czas zwijał się w kłębek, a ona leciała dalej. W końcu z postrzępionych chmur w kolorze dojrzałej brzoskwini wyłoniła się nieruchoma kraina. Z każdą minutą brała dziewczynę w posiadanie. To czar gór Wysokiego i Średniego Atlasu z kępkami zieleni, z lotu ptaka przypominający pomarszczoną skórę starego człowieka przed nimi kilometry kwadratowe pustyni w odcieniu mokrej terakoty. Nic to. Wydawało się, że pokocha Maroko, w tamtej chwili, w tamtej odsłonie. Spełnienie najskrytszych marzeń, kto wie? Może powinna zrobić wcześniej ten krok, z udziałem lub bez udziału nieba.

- Najwyższy czas wyprostować kręgosłup, ruszyć w nieznane, porzucić pisanie opowiastek do poczytania przy porannej kawie. Nowe wyzwanie? Kompromis? On zawsze pozostawia niedosyt – myślała przekraczając powietrzne granice. Przechodziła powoli na ciemną stronę mocy, nie zdając sobie z tego sprawy. Czy Allach mówi prawdę? Podróże kształcą, bywają niebezpieczne. Chyba nikt jej nie zerwie paznokci, nie zdąża do Chin i nie utnie jej, głowy, gdyż nie handluje bronią. Nie można poddawać się emocjom, by poznać i uwierzyć czasem trzeba włożyć rękę. Maroko żyje w godności, to porządna, ciekawa kraina, mniejsza o szczegóły, o nich napisze potem, gdy się trochę otrzepie na twardej ziemi, po powrocie do domu.

****

Na lotnisku w Rębiechowie stawiłam się punktualnie, więc skąd wzięła się ta przedziwna trema. Wiem, nigdy nie budzę się cała. Jakaś część mnie uporczywie trzyma się snu. Kończyny z trudem się poruszają, brakuje słów. Czasami nie wiem jak się nazywam.

- Im jaśniejsza jasność tym ciemniejszy mrok. – To ulubione powiedzenie mojej babci.

Przypomniałam je sobie w odpowiednim momencie, ale czy było adekwatne do sytuacji?

Na pokładzie startującego samolotu czułam się już całkiem nieźle. Moja osobowość wracała powoli, w swoim rytmie. W jakimś momencie zawsze odkrywam, że w końcu jestem sobą. Ten lot nie był wyjątkiem od reguły. Upewniłam się, że mam przy sobie czarny plecaczek, wszystkie dokumenty, no i książkę. Tym razem moja świadomość podpowiedziała jednoznacznie, że jest zbyt ciężka i zabiera za dużo miejsca w podręcznym bagażu. Wybór tej książki raczej nie był dziełem przypadku, raczej światłością w ciemności młodego jestestwa. Jej tytuł powinien brzmieć – „Przemyśleć siebie”?

Przed oczami miałam twarz ojca i jego mądre rady. Były jak otwarte drzwi, weszłam przez nie w długą ulicę wspomnień. Dokąd mnie znowu zaprowadzi? Przez pierwszy kwadrans lotu nękał mnie niepokój, nie mogłam wysłać SMS –a do mamy. - To trochę daleko - pomyślałam. Nie miałam wyboru, podążałam za głosem ojca. Był ledwo słyszalny, tak jest z głosami dochodzącymi do nas z zaświatów.

W Gdańsku puste miejsce tuż przy mnie zajął przystojny, śniady mężczyzna. Siadając trącił mnie niechcący łokciem. Zobaczyłam go na tle błękitnego nieba. Miał dwa metry wzrostu, był tak zarośnięty, że pod brodą i długimi włosami prawie zniknęła jego twarz. Dzięki okularom w czarnej oprawce i delikatnie zarysowanym ustom robił wrażenie dystyngowanego i urodziwego. Mój typ faceta! Wyjął z torby grubą teczkę i położył sobie na kolanach. Otworzył ją palcem wskazującym i zajrzał do środka. Chciałam zwrócić na siebie jego uwagę, gwałtownie upuszczając książkę. Rzucił się, by ją podnieść, wtedy na jego szyi dojrzałam śnieżnobiałą koloratkę.

- Poświęcił życie Bogu, niestety. Szach i mat – pomyślałam.

W podziękowaniu posłałam mu promienny uśmiech, nic więcej.

- Nicholas – przedstawił się krótko. - Jestem niewolnikiem Twojej wiary, Pani…

- Skąd wiedział? Moi przyjaciele mówią: „jesteś z piekła rodem.” Przed wyjazdem zmieniłam kolor włosów, nie chciałam być dłużej ruda, to źle się kojarzy.

- Popełniłem wiele błędów, opuszczam Polskę i wracam do mojej ojczyzny. Rzadko ją odwiedzałem. – kontynuował.

Mówiąc to zawahał się na moment. Czułam, że zaraz rozpadnie się, prawdopodobnie ze smutku. Miał w oczach łzy. Siedziałam jak na szpilkach. Osłonił policzki kołnierzem marynarki, żeby nikt tego nie zauważył. To wprowadziło mnie w zakłopotanie, myśli kłębiły się w głowie. Śmieszne… A ocean pod nami iskrzył się w słońcu.

- Ojcze, to kara? Ucieczka? Liczysz na cud?

- No niezupełnie, świat jest mroczny i nic na to nie możemy poradzić. ON mnie wysłuchał, pokazał drogę. Kiedyś się może jeszcze spotkamy, to Ci o sobie opowiem. Moja wiara radykalnie się różni od nauki. Lepiej mi powiedz, co czytasz?

- „Przemyśleć miasto”

Nie umiałam, nic więcej z siebie wydusić. Skinął głową. Uśmiechnęłam się zagryzając wargi.

- Boże, miej ją w opiece – powiedział suchym głosem i zamilkł, jakby speszony swoją otwartością.

Zadrżałam…. Dwadzieścia słów, naszej rozmowy poruszyło moją ruchliwą wyobraźnię. Domysły wlokły się za mną przez kilka dni.

Chyba niespodziewanie dla czytelników straciłam głos, wsadzając nos w książkę.

Gwoli wyjaśnieniu: obok sążnistych artykułów na temat zadań pisarza, sztuki reportażu, doniesień o tym, co robią Amerykanie i Niemcy, i jak kwitnie literatura w naszym kraju, po zgrabnym ominięciu zasad selekcji i doboru historycznych tekstów o dumnym Gdańsku, staraniem Fundacji Karrenwall w Gdańsku, Wydawnictwo VIA z siedzibą w Toruniu wydało wspomniany album. Nie mogłam się go doczekać. Potem oglądałam go tyle razy z uwagą i nieukrywanym rozrzewnieniem.
Zabrałam go w podróż do Maroka. Znalazł się w podręcznym bagażu, wrzuciłam go do plecaka w ostatniej chwili, jeden diabeł wie, po co, może chciał mi coś szepnąć do ucha. Niesłusznie dopatruję się we wszystkim magii i sił nadprzyrodzonych. Natura zmusza nas do naturalnego wzrostu, dojrzałości jak drzewa. Niektóre z nich ewidentnie wybierają sobie banana na model pnia. Dołem rosną straszliwie krzywo i tak wyglądają. Dopiero później decydują się rosnąć w górę, do samego nieba, rozpychając się okropnie. Gwiżdżą na dobre maniery i najwyraźniej nie są w tym osamotnione.

Album, którym zaczęłam opowiadać jest mi szczególnie drogi z wielu względów, mówi o bliskiej mi osobie i moim rodzinnym mieście. Z licznych przekazów znamy historię odbudowy Warszawy, ale dotąd nie słyszeliśmy o odbudowie Gdańska. Opasła, bogato ilustrowana książka, którą trzymałam w rękach przedstawia czas dokumentowania obrazu zniszczonego wojną i powojennej odbudowy miasta, w oparciu o archiwum fotografii mojego wuja Kazimierza Lelewicza, artysty fotografika. Skromnego współtwórcy Wileńskiego Towarzystwa Miłośników Fotografii, które zajmowało się propagowaniem fotografii, jako odrębnej dziedziny sztuki. Całość archiwum o Gdańsku z tamtych czasów to około trzy tysiące negatywów i blisko tysiąc odbitek. Ogromna, mozolna praca. Historia powojennej odbudowy Gdańska jest wyjątkowo bogata, to wiedzą nieliczni znawcy przedmiotu. Poznawałam ją wcześnie, jeszcze niemowlęciem będąc. Rodzice mnie nieustannie nią raczyli, używali jej zamiast obiecanej bajki na dobranoc. Zaległości w czytaniu, musiałam nadrabiać potem przez długie lata sama, z latarką pod kołdrą, chowając się przed surowym wzrokiem taty, stąd te okulary. Robię to do dziś z własnej, nieprzymuszonej woli i niepohamowanej ciekawości świata. Historia Gdańska wyssana z mlekiem mamy została we mnie do dziś. Pogłębiły ją liczne szkoły i studiowana na Politechnice Gdańskiej, architektura. To była teoria. Praktykę odbywałam w domu, rodzinnym i nie tylko tam. Terminowałam w pocie małego czoła, u wuja Kazimierza, w zabytkowym domu po drugiej stronie ulicy. Łatwo nie było. W każdym kącie wielkiego, parterowego mieszkania straszyły sterty zdjęć i dziwnych, wielkich negatywów, wszelkiej maści aparatów fotograficznych i innej fachowej aparatury. Dla maleńkiej dziewczynki atmosfera domu wuja była ciężka. Omszałe regały z bezcennymi książkami, oblepiające ściany pokojów, aż do wysokich sufitów, przerażały ogromem i ciężarem skrywanych tajemnic. Na ścianach wisiało mnóstwo olejnych obrazów, autorstwa ciotki malarki. W miejscu salonu, rozsiadło się wielkie laboratorium fotograficzne. Odurzało nozdrza smrodem gromadzonych, chemicznych odczynników i farb. Na dodatek, wuj Kazimierz zabierał mi mamę. Długo po wojnie, gdy miasto było jeszcze nieruchomą ruiną całymi dniami, biegali oboje po Śródmieściu Gdańska, z kilkoma obiektywami i statywami niedbale przewieszonymi przez ich ramiona. Towarzyszył im dziwny zapał, był im niezbędny, do uwieczniania szczęśliwie zachowanych szczątków placów, ulic, domów i starych fortyfikacji. Kataklizm drugiej wojny światowej zagroził ich istnieniu, większości odebrał życie i duszę. Przetrwały tylko budowle o najgrubszych murach, niektóre bramy, wieże i baszty zabytkowych fortyfikacji. Poranione budowle pamiętały swój przedwojenny kształt. Przechodnie patrzyli w puste okna wypalonych domów, zwalone barokowe portale, strzaskane gotyckie kolumny i zwały średniowiecznej cegły. Fotografie pokazują wyraźnie, że najbardziej trwałym zapisem miejskiej tożsamości jest jego rozplanowanie. Wuj chciał zapewne zwrócić potomnym, widok palącego się dachu, największej w Europie gotyckiej, ceglanej Katedry Mariackiej, ulic Starego i Głównego Miasta; nostalgicznych przedproży ulicy Mariackiej, kamienic ulicy Tkackiej i Długiego Targu, nie wspominając o Ratuszu Głównego Miasta z barokową wieżą i trawionego ogniem, bezcennego zespołu renesansowej Wielkiej Zbrojowni. Po heroicznej pracy w trudnym terenie, wśród ocalałych szczątków dumnego miasta, mama i wuj zmęczeni wrażeniami, miotali się wraz kolegami do późnej nocy, w ciemnym, domowym laboratorium. Dla małej dziewczynki, która w międzyczasie, dziwnym trafem pojawiła się na tym świecie zwykle zostawało niewiele czasu, musiałam sama bawić się historią, gdyż lalek nigdy nie lubiłam.


Uwiecznianie na bezcennych, artystycznych zdjęciach powojennych krajobrazów Gdańska, zniszczonych przez najeźdźcę, nie było jedyną pasją mojego wuja. Pozostałych jego dokonań nie dokumentują ani dziedziczony album ani przepastne zbiory Muzeum Miasta Gdańska. Zawiera je odziedziczony po przodkach, gruby, rodzinny album, obecnie moja własność. Wuj, jak przystało prawdziwemu artyście, malował aparatem fotograficznym także piękne portrety. Wdzięcznym obiektem jego obserwacji, była jego piękna i zdolna żona, o wdzięcznym imieniu Maria oraz jej białe, opasłe koty. Jeden taki portret wisi oprawiony w gustowną ramkę, na ścianie mojej sypialni, dając natchnienie, nie tylko do pisania. Wieczorem, przy świecach portret ciotki sypie gęsto wspomnieniami, tamtych, odległych, ciekawych czasów. Patrząc w rozmarzone oczy ciotki, wzruszam się nieustannie. W jej oczach, płonie samotna świeczka, widziana listopadowym wieczorem, na grobie wujostwa, położonym przy głównej alei wrzeszczańskiego cmentarza Srebrzysko. To niezwykle skromna i prawie zupełnie zapomniana mogiła.

Czasem zegary cofają się do starych ran, zwalają z nóg, rozśmieszając Pana Boga.

Nagle poraziło mnie światło, dziwne doznanie, niespodzianie wpadło do samolotu. Cóż za intensywność! Głos pilota zaanonsował, że lądujemy.

****


Po trwającej pół dnia podróży, na lotnisku Al Massira położonym dwadzieścia dwa kilometry od Agadiru moja bohaterka wystawiła stopę z samolotu. Ojciec Nicholas towarzyszył jej do drzwi.

- Spotkamy się? - Zapytał na pożegnanie.

- Kto wie? – mruknęłam.

Przyjrzał mi się uważnie. Odwróciłam się, rozważając wybór między prawdziwą odpowiedzią a taką, która położyłaby kres tej rozmowie. Nie zdecydowałam się na szczerość. Cóż miałam mu odpowiedzieć? Oto, co myślał mój trzeźwy umysł. Dziś, z perspektywy czasu żałuję.



Po opuszczeniu terminalu przystosowanego do obsługi trzech milionów pasażerów rocznie, ogarnęło mnie tchnienie wyśnionej krainy, pieszcząc uszy, muskając wargi. Byłam pewna, że przez ten dotyk Maroko oferuje ucisk na powitanie. Było gorąco, jednym tchnieniem odczarowałam zimę.


****

O wrażeniach z Maroka moja bohaterka opowie później, nim minie czar jej wspomnień. To będzie jej pierwsza, poważna próba literacka, rysuje nieśmiałe plany. Pisząc pójdzie za głosem serca, kierując się niewielkim doświadczeniem i kobiecą intuicją. Prawdziwa podróż zawsze polega na konfrontacji wyobrażeń z rzeczywistością. Zwykle lokuje się między tymi dwoma światami. Być może przeżyje rozczarowanie, lecz okaże się ono bogatsze, bardziej owocne niż prosta relacja.

Św. Augustyn mówił: „Kochaj i rób, co chcesz.”

Data:

 styczeń 2017

Podpis:

 Jolka

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80260

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl