DRUKUJ

 

Cierpienia początkujacej pisarki – cz. VII

Publikacja:

 17-01-08

Autor:

 jolsokolowska079sok
Agadir, mój stary, dobry nieznajomy, powitał mnie zwykłym dniem.

Tuż za progiem terminalu okropny ruch, zgiełk i chaos skutecznie mnie oszołomiły. Szłam spękaną drogą, lśniącą w jaskrawym słońcu, pot wsiąkał w krótką koszulkę. Droga ciągnęła się w nieskończoność. Nieznośny upał, ciężki bagaż i te liczne rowery. Usychałam z pragnienia i paraliżował mnie niezrozumiały bezdech. Nic to! Prawdziwa podróż polega na konfrontacji wyobrażeń z rzeczywistością. Każdy krok wzbogacał moją wiedzę o Maroku, wywołując wibracje wśród niepokornych neuronów. Raptem mój wymarzony urlop wydał się nieprzewidywalną przygodą.

Odsunęłam okulary na czoło i przysiadłam na kamiennym murku, wśród wrzecionowatych liści eukaliptusa.

- Cień, nareszcie! - Wymamrotałam, prostując kończyny.

- Jak się masz?

Tuż przed sobą usłyszałam matowy głos. Ciemnoskóra zjawa w krótkich spodniach wyłowiła mnie z tłumu. Chłopak o czole szerokim niczym prywatny billboard reklamowy, z troską zaglądał mi w oczy. Zmieszana wykrzesałam z siebie resztkę energii.

- Doskonale

Użyłam tego słowa, by powstrzymać jego ciekawość. Szybko dałam mu do zrozumienia, że chcę jak najszybciej znaleźć się w hotelu. Chociaż zaburzenie równowagi wskazywało na złe samopoczucie, byłam spokojna i bardziej odprężona niż w Gdańsku, po którym biegałam jeszcze rano. Moje osłabienie było chwilowe, brało się z niewyraźnej wizji, przeczucia, że oto jestem w krainie o fundamentalnym znaczeniu dla mego przyszłego życia, że stąpam po ziemi, która na mnie czekała… Albo, na którą ja czekałam…

Niebo runęło mi na głowę, gdy wsiadałam do rozklekotanego mercedesa, który w niczym nie przypominał polskiej taksówki. Kierowca przedstawił mi ów pojazd z taką dumą, jakby chodziło o najbliższego krewnego.

- Auto nie ma pasów! - zauważyłam przytomnie.

Udał, że nie słyszy. Za późno! Ruszyliśmy. Nierówna droga i wyboje wkrótce sprawiły, że wróciła znana mi z dzieciństwa choroba lokomocyjna. Żołądek podszedł do gardła. Ogłuszający hałas i wstrząsy sprawiły, że wyobrażałam sobie, że pędzimy sto kilometrów na godzinę, podczas gdy nie przekraczaliśmy czterdziestu… Świat wypadł z kolein! W każdej sekundzie pragnęłam wysiąść, spanikowana trzymałam się uchwytów przy drzwiach by nie wypaść. A za oknem widniało niewiarygodne piękno największego kurortu Maroka. Elementem krajobrazu, który rzucił mi się od razu w oczy były srebrzące się na tle bezkresnego błękitu minarety. Cudowne!

- Filary nieba - przyszło mi do głowy.

Agadir znaczy po arabsku „ufortyfikowany spichlerz”. Nawet w pyle wydawał mi się niezwykły. Z oddali błyskały równiutkie, białe balkony hoteli, palmowe gaje i grube pałki wielkich kaktusów. Cudowny Jardin de Olhao? Nie do wiary. Można się rozmarzyć! Bajka! Zamknęłam na moment oczy, przestałam cierpieć z powodu upału. Po kilku kilometrach nasza jazda wydawała mi się długim pasmem sukcesów.

Kierowca rozbawiał mnie swoją wesołością. Dodała mi otuchy. Za kolejnym, ostrym zakrętem wjechaliśmy w długą, wąską uliczkę, bez skrawka chodnika.

Nasza obdrapana rakieta w kolorze khaki zaparkowała na odległej prowincji, w pobliżu szpaleru rachitycznych drzew.

Podniosłam głowę. Oto Hotel Auberge du Littoral w pełnej krasie. W przewodnikach opisywany jest, jako kameralny, dwugwiazdkowy obiekt. Położony na skraju miasta, ale zaledwie dziesięć minut od osady rybackiej i tyle samo od plaży. Kolor terakoty na skromnie dekorowanej elewacji, opartej o mały prostokąt ubitej ziemi wciśnięty między obłędnie kwitnące krzaki i smukłe palmy daktylowe. Gdzieś w oddali szumiał ocean.

- Nic nie jest podobne, ale teoretycznie wszystko, co najistotniejsze się zgadza – pomyślałam, próbując się uśmiechnąć.

Wyjazd nie ma innego celu, niż oddanie się nieznanemu. Polega na utracie punktów odniesienia, pewności siebie i złudzenia wiedzy. Dotarłam z moim bagażem do miejsca ustalonego spotkania z moją grupą i to napawało optymizmem. Razem mieliśmy wyruszyć dalej, na Saharę. Do Maroka przybyłam zgodnie z planem, dwa dni przed wyznaczonym terminem. Czasem trzeba przemierzyć tysiące kilometrów, porzucić cywilizację, rodzinne miasto i bliskich, aby spojrzeć z odwagą w ogromne słońce o barwie słabej herbaty. Tu wydawało mi się inne, większe, obiecujące. Przypiekało boleśnie moje nagie ramiona.

Weszłam do chłodnego wnętrza hotelu, ciągnąc za sobą nogi jak długi ogon. Bagażem zahaczyłam o próg i tak mocno stłukłam sobie obojczyk, że zobaczyłam gwiazdy na suficie hotelowej recepcji. Dzwonek zaświergotał powoli i długo.

- Madame, czy wszystko w porządku?

Strojna , tryskająca energią postać recepcjonisty przywitała mnie słodkim głosikiem. Podskoczył i bez wstępu położył wilgotną rękę na moim odkrytym, rozgrzanym ramieniu, przy uchu poczułam gorący oddech. Czy to była aluzja erotyczna? Trudno było wyczuć, co chodzi po głowie temu chłopcu.

- Proszę cię! – Wybuchłam.

Zarabizowany Berber nadal przyglądał mi się bacznie, uginając dziwnie kolana. W tym był niestrudzony. Jego przenikliwy wzrok cierpliwie ślizgał się po moich dżinsach, w górę i w dół. Ohydne usta jak dziób wrony składał w śmieszny ciup.

- Nie, mój drogi nie mam mokrej plamy na spodniach – warknęłam.

Tak naprawdę, nie miałam mu tego za złe. To praca przecież nie miła i rozpaczliwie doczesna bez widoków na pamięć pokoleń. Po dłużej chwili, z największą skrupulatnością dopełnialiśmy formalności. Każdy dokument to czyjeś inne życie i trochę inna sprawa. Chyba nie było to spowodowane żadnym interesem państwowym, ale podyktowane wyższą koniecznością. W malutkim hallu pachniało miętą i nie było windy. Zaczerpnęłam powietrza, by nie upaść. Gdy podparłam się o metalowy stolik w ogromnym lustrze dojrzałam dwie pobladłe twarze.

- Nie jedną i nie tyko moją!

Tuż obok mojego odbicia, widniała Monika, sąsiadka z vis a vis, ta z Polski. Dostarczyła mi przeżyć, których nie sposób zapomnieć. Wyglądała jak rozkwitająca, tutejsza roślinka. Już otwierałam usta by wydać okrzyk zdumienia, gdy zniknęła za frontowymi drzwiami.

- Może mi się przewidziało…?

Zorientowałam się, że przez resztę pobytu w Maroku, będę musiała uspokajać starą bestię, dawne gwałtowne uczucia wyłoniły się z głębi.

- Niedobrze.

Granica między zdrowiem a psychiczną chorobą jest niewyraźna. Nie wiadomo, czy istnieją stany pośrednie. Świdrujące oczka recepcjonisty nie opuszczały mojej skromnej osoby nawet na minutę. Musiałam coś zrobić, jakoś spożytkować nagły przypływ złej energii.

– Popamiętasz mnie! W końcu ci przywalę - wyszeptałam przez zaciśnięte zęby.

I stał się cud. Chłopak chwycił mój opasły bagaż i szczerząc się w zagadkowym uśmiechu, zniknął w czeluści korytarza, niczym w tunelu. Na szczęście, numer mojego pokoju widniał na skrawku papieru, który ściskałam w dłoni. Głęboko odetchnęłam, pot na mojej koszulce gwałtownie wysechł. Oczy przebiegły po ścianach pokrytych kremowym tynkiem. Nie wiadomo jak, ale znalazłam się w moim pokoju.

– Bjutiful! Usłyszałam za plecami. Małpią mimiką zabarwił te swoje bjutiful.

Jego okrzyk zastąpił mój komentarz. Zmierzyłam go lodowatym wzrokiem. Po minucie ostentacyjnej nonszalancji wyszedł. Zostałam sama. Wewnętrzny głos nie dawał mi spokoju.

- Będziesz znowu sumą myśli i snów. Patrz, żeby nic nie stracić. Nigdy, już nie będzie tak…

Na zewnątrz nagle zapadł zmrok, a wraz z nim spadła temperatura. Miasto, ogarnęła noc niemająca związku z ową, wstępną ciemnością. Jakby to miejsce do niej przywykło. Wszystko ucichło. Rozejrzałam się po pokoju. Spartańskie warunki wyzierały z każdego kąta. Ciasne pomieszczenie, kilka prostych mebli, ukryta za foliową kotarą łazienka. Wchodząc pod prysznic zakłóciłam sen dwóm ogromnym karaluchom, które z oburzeniem rozbiegły się po chropowatej powierzchni kafelków. Okropność! Spod uniesionych brwi przejrzałam się w pękniętym lustrze, zobaczyłam w nim tylko rozbitą na kawałki dziewczynę z gorzkim uśmiechem. Pół nocy spędziłam, siedząc po turecku na łóżku, a ściśle na cienkim piankowym materacu rzuconym na drewniane podwyższenie. Próbowałam babcinych sposobów - liczyć barany, recytować wiersze, przywoływać przyjemne wspomnienia - na próżno! Moja noc trwała zaledwie dwie godziny, a sen był płytki i niespokojny. Rankiem, gdy świt pukał w okna tkwiłam w tym samym miejscu, okryta zgrzebnym prześcieradłem. Wpół do szóstej zadzwonił budzik. Zabójcza pora dla normalnego człowieka.Nozdrza połechtała mi woń brzasku. Otworzyłam szerzej powieki, poraziło mnie światło dnia, udając że wpadło do pokoju. Wokół mnie walały się zapisane w blasku lampki oliwnej kartki mojego notatnika. Z zewnątrz napływały nowe dźwięki: przenikliwe krzyki ptaków i odgłosy harców kotów. Ich przeraźliwego miauczenia, nie był w stanie zagłuszyć dochodzący z ulicy donośny głos silników motorynek.

W ciągu sekundy pojęłam, że mam spotkanie z czymś wyjątkowym.

****

- Kurtyna w górę – szepnęła początkująca pisarka, opuszczając hotelowy pokój.

Agadir stał przed nią otworem, w powietrzu czuło się atmosferę pełni afrykańskiego lata. Tryskała humorem. Cicha, kojąca muzyka sączyła się ze ścian maleńkiej restauracji. Jej sufit zdobił świetlik, któremu bardzo przydałoby się solidne mycie pod ciśnieniem. W części hallu, który służył za restaurację zasiadła do pośpiesznie zaimprowizowanego śniadania. Na talerzu, obok wianuszka słodkich daktyli sterczała samotna kromka białego chleba.

Nie sposób dalej opowiadać z pełnymi ustami, a poza tym inteligentna część jej ciała podejrzewała, że dotychczasowa opowieść nurza się w grotesce. Gdy zamilkły oszczercze zabiegi jej mózgu, odzyskała radość, spokój i szczęśliwość. Wyglądało z daleka, że wszystkie niedomagania zniknęły przy pierwszym łyku aromatycznej, mocnej kawy.

Kelner, przeciętny tubylec o pokerowej twarzy uśmiechnął się. Odwzajemniła jego uśmiech. To nie był zwykły gest. Prawdopodobnie powoli przyzwyczajała się do radości.

I po tym zdaniu musiała przerwać swoją opowieść…

****

- Przepraszam, siła wyższa.

Ożywienie i dudniące męskie głosy dochodzące z hotelowego korytarza podpowiedziały mi, że przybył nasz przewodnik. Wcześniej nie miałam przyjemności go poznać. Przełykając kawę, posmarowałam kromkę chleba konfiturą z daktyli, która mimo wzmianki o owocach miała wyłącznie smak cukru. Czekałam spokojnie, zajęta przeżuwaniem.

Przy sąsiednim stoliku usiadł młody mężczyzna mocnej budowy, o mahoniowej karnacji i długich, kręconych włosach. Jego bose stopy były równie wielkie jak dłonie. Miał w sobie coś zuchwałego, coś drapieżnego, co nakazywało mi mieć się na baczności. Stoliczku nakryj się. I już po chwili, łapczywie nakładał sobie na talerz grube plastry czerwonego mięsa pokryte zagadkowym, żółtym sosem. Przypominał mi dorodnego kocura, który wreszcie dorwał się do ryby.

Słyszałam opowieści o wyszukanej kuchni marokańskiej, ale moje śniadanie mówiło zupełnie coś innego. Machinalnie przysiadłam się do jego stolika. W tamtej chwili, moim zdaniem to było jedyne właściwe podejście. Nawet nie pomyślałam, że mogę się zbłaźnić. Mój wewnętrzny głos pouczał mnie dokuczliwym burczeniem, że powinnam zjeść coś konkretnego.

- Och, cześć - przywitał się. Znalazłaś mnie.

Przysunął się i dopiero zobaczyłam jego piękną twarz, dotąd tylko czarną plamą na tle światła słonecznego wpadającego przez szybę. Przypominał mi jakąś postać widzianą w kinie. Skurczyłam się, moja kość ogonowa wciskała mnie w krzesło. Pytanie zawisło w powietrzu.

- Po prostu Donald – przedstawił się. - Po śniadaniu, jedziemy na suk, zrobimy zapasy na drogę. Od teraz Jestem twoim panem i władcą, musisz mnie słuchać ...

Opadła mi szczęka. Jego kiepski żart wprawił mnie w stan skrajnej irytacji. Donalda nic nie wzruszało, ze stoickim spokojem czesał widelcem makaron. Sądząc po odgłosach mlaskania musiał być niezwykle smaczny. Kelner zapadł się jak kamień w wodę.

- Podobno jedziesz na pustynię medytować? Boję się o ciebie – wychrypiał niespodziewanie, przesuwając w moją stronę szklankę z zimną wodą.

Cóż na to można powiedzieć? Wstrzymałam oddech i wytrzeszczyłam oczy. Czyżby zaatakował go wirus współczucia?

- Ha, zupełnie niepotrzebnie – zaprotestowałam.

Przez dłuższą chwilę siedzieliśmy bez słowa, każde pochłonięte swoimi myślami. Donald testował mnie wzrokiem jakby tropił pająka lub muchę. Czułam palący ogień na policzkach. Świeże wrażenia, radość i obawy mnożyły się bez opamiętania. Obawiałam się pragnienia. Obawiałam się gorąca. Obawiałam się skorpiona, który może zagnieździć się w zakamarkach moich butów. Oto potęga wyobraźni! W przeciwieństwie do mnie, Donald nie miał najmniejszej potrzeby zwierzania się. Zaczęłam nerwowo obracać w palcach szklankę.

- Spokojnie, daj sobie czas. To będą długie dwa tygodnie, powinnaś wytrzymać.

- Bardzo bym chciała myśleć w ten sposób - westchnęłam i odwróciłam głowę, żeby nic nie dać po sobie poznać.

Pewnie miał gdzieś co sobie myślę. Mleko się rozlało, próbowałam odzyskać humor, ale jakoś mi nie wychodziło.

Donald na pustyni okazał się zupełnie innym człowiekiem. Chodził twardo po ziemi, znał na wylot Saharę i kobiety. O tym miałam się przekonać już wkrótce, na własnej skórze.

- Ach, jeszcze deser – przypomniał sobie, zmiął serwetkę, rzucił na obrus i energicznie wsadził łyżeczkę w kremową kulkę o pomarańczowym zapachu.

Widać było, że pod zmarszczonym czołem Donalda toczy się jakiś bój. Może leczył nawyk spoglądania na mnie z góry?

Wkrótce milczenie owiec przeszło do historii.

Data:

 styczeń 2017

Podpis:

 Jolka

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80294

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl