DRUKUJ

 

Lukullus

Publikacja:

 17-01-13

Autor:

 Gomez
Lukullus
Te wydarzenia miały miejsce już jakiś czas temu, gdy wędrowałem samotnie przez zalesione i bezludne tereny Aragonii. Przez wiele dni nie spotkałem człowieka, tylko zwierzęta różnego rodzaju stawały mi na drodze dziwiąc się mojej obecności na tych terenach. Znużony widokiem ciągnących się nieskończenie lasów i pojawiających się niespodziewanie garbatych wzgórz zapragnąłem odpoczynku. Po kilku tygodniach samotnej wędrówki, gdy kończyły mi się już zapasy wody i pożywienia, daleko na horyzoncie, u podnóża jednego z większych wzniesień ujrzałem kamienny budynek. Po godzinie przyśpieszonego marszu trafiłem do wiejskiej gospody, w której przywitała mnie kobieta w granatowym stroju.
Wyczułem zdziwienie w jej oczach gdy mnie zobaczyła, samotnie przekraczającego wysoki próg pomieszczenia, słaniającego się ze zmęczenia i zasiadającego bezładnie na ławie przy najbliższym drewnianym stole.
- Viso gero – ledwie wykrztusiłem spierzchłymi z pragnienia wargami. Więcej słów nie byłem w stanie wypowiedzieć.
Na szczęście gospodyni patrząc na wynędzniałą postać bez słów zrozumiała moje potrzeby. Na stole pojawił się dzban z zimną, źródlaną wodą i kubek z naderwanym uchem. Dopiero gdy zaspokoiłem pierwsze pragnienie wypijając cały dzban wody oraz napoczynając następny, który w międzyczasie przezornie przyniosła, zapytała:
- Skąd przybywasz człowieku?
Rozglądałem się po skromnym obejściu, trzy stoły z ławami, gliniany piec, na którym stało kilka garnków z gotowymi potrawami, w kącie maselnica i dzieża do wałkowania ciasta.
Wskazałem ręką w kierunku Madrytu.
- Stamtąd. Wybrałem się w podróż w nieznane tereny i chyba zabłądziłem.
- Przyniosę coś do zjedzenia -odpowiedziała.
Mogła mieć równie dobrze dwadzieścia jak i czterdzieści lat. Ubrana od stóp do głów w ciemną szatę przypominającą strój zakonnicy. Włosy ukryte za związaną pod szyją chustką. Utykała na prawą nogę, ręce też sprawiały wrażenie niezupełnie sprawnych. Postawiła na stole półmisek z mięsem, chleb, kiszone ogórki.
Po posiłku położyłem się na ławie i od razu zasnąłem ciężkim snem.
Długo spałem, obudziłem się gdy za oknem panował już zmierzch. Właściwie obudził mnie gwar dochodzący z przeciwległego końca gospody.
Trzy kobiety przekomarzały się z młodym mężczyzną. Co chwila wybuchali śmiechem wysłuchując nawzajem swoich opowieści. Siedzieli na ławach przy zastawionym stole. Zauważyłem połacie mięsa na półmiskach i kufle z pieniącym się piwem. Sprawiali wrażenie szczęśliwych i zadowolonych ze swojego losu. Nie chciałem im przeszkadzać, siedziałem w półmroku, powoli kończyłem swój, rozpoczęty przed snem posiłek, zajadałem się kromkami chleba z wiejskim smalcem i kiszonymi, swojskimi ogórkami. Popijałem źródlaną wodą.
Po pewnym czasie głosy ucichły, goście szykowali się do odjazdu, żegnali się z gospodynią. Młody mężczyzna wychodził ostatni, gospodyni przez dłuższy czas trzymała go w objęciach. Zauważyłem jej tęskne spojrzenie, które kierowała w jego stronę, gdy już opuścił próg gospody.
Skończyłem posiłek, położyłem zapłatę na stół.
- Co to za ludzie? -zagadnąłem gospodynię.
- Miejscowi – cicho odrzekła.
- Zna ich pani?
- Znam – wyczułem w jej głosie smutek.
- To Tycjan ze swoimi żonami –powiedziała, umilkła, ale tylko na chwilę, zaraz dopowiedziała, wyczułem w jej głosie zakłopotanie – Byłam w nim zakochana.
Zdziwiła mnie tym swoim wyznaniem.
- Już pani nie jest? -wyrwało mi się ze zdziwienia.
- Nie – zamyśliła się – teraz już nie. Kiedyś. To było dawno….
… Tam za tym wzgórzami znajdują się trzy posiadłości. W jednej z nich mieszkałam wraz z siostrą i naszymi mężami. To też byli bracia. Trzecim z braci, tym najmłodszym był Tycjan. Nie miał żony. Mężowie nasi byli żołnierzami, często wyjeżdżali na wojny, wówczas zostawałyśmy same z Tycjanem. Jego, z uwagi na młody wiek, nie obowiązywała służba wojskowa. Nie miał dziewczyny, chociaż się starał, wyjeżdżał do większych miejscowości, w naszej okolicy brakowało młodych dziewcząt. Nie udawało mu się. Zazdrościł braciom, że mają żony. Pewnego wieczoru podglądał starszego brata w łóżku z moją siostrą, podniecał się widokiem nagiego, kobiecego ciała, sprawiał wrażenie, jakby chciał przyłączyć się do miłosnej zabawy. Zauważył go mój mąż .
- Nie waż się tknąć naszych żon, kiedy nas nie będzie! - krzyknął na niego.
- Brakuje mi kobiety –Tycjan był rozżalony- też chcę tak jak wy. Dotknąć, pogłaskać, przytulić.
- Ani mi się waż! Poczekaj jeszcze, masz czas – usłyszał w odpowiedzi.
Drugą posiadłość zajmował od niedawna Bruno, mężczyzna już w podeszłym wieku, zasłużony dla naszego narodu. Powstaniec, wojownik. W nagrodę otrzymał od Króla posiadłość i trzy młode żony. Wprowadził się wraz z nimi kilka lat temu. Pędzili spokojne życie, często widywałam ich na wspólnych spacerach. Niestety, sielanka nie trwała długo. Bruno, który w swoim życiu przeszedł bardzo wiele ciężkich chwil, raniony w bitwach i potyczkach, nie pożył długo. Umarł rok temu. Młode żony zostały same. Gerlinde, Patricie, Evan. Same z olbrzymią posiadłością. Nie bardzo wiedziały jak nią zarządzać. Bruno do pracy wynajmował odpowiednich, pracowitych ludzi, nie dawał się oszukiwać. One, o prostolinijnych, dziewczęcych umysłach, już w pierwszym roku po śmierci Bruna wpadły w tarapaty, ludzie zwodzili je, oszukiwali, na koniec okradli. Z pomocą przyszli dwaj bracia Schwan, Andreas i Jules, bliźniacy, właściciele trzeciej posiadłości. Odtrącili oszustów, wydzierżawili od młodych kobiet cały należący do nich obszar. Po kilku miesiącach okazało się jednak, że dziewczyny wpadły z deszczu pod rynnę. Jules z Andreasem byli nie tylko oszustami lecz również osobnikami pozbawionymi czci i honoru. Wszelkie plony i dochody, jakie otrzymywali z dzierżawy zatrzymywali dla siebie nie płacąc kobietom ani grosza. Ale żeby tylko na tym się kończyło! Zaczęli zachowywać się nieodpowiedzialnie. Mieszkali na tym terenie od urodzenia, matka z ojcem umarli jak oni osiągnęli wiek młodzieńczy, gospodarzyli we dwójkę, nie ożenili się, nie widziałam nigdy u nich żadnej dziewczyny czy kobiety. Myślałam, że są to młodzi, pracowici mężczyźni, którzy, gdy minie wiek młodzieńczy ożenią się, ustatkują, podzielą mienie i będą spokojnie gospodarzyć. Ale po śmierci Bruna wyszło szydło z worka. Stali się wobec młodych wdów napastliwi, ordynarni, wręcz chamscy. Gerlinde dopadli na polnej drodze, gdy wracała samotnie z wieczornej mszy, zdarli z niej sukienkę i próbowali zgwałcić. Na szczęście krzyki usłyszały Patricie i Evan, wybiegły z psami i odpędziły napastników. Wówczas zaczęły być ostrożne, nigdy same nie wychodziły, jeżeli opuszczały dom to tylko razem i w towarzystwie dwóch baskijskich psów, Pastora i Vasco. Bracia Schwan odgrażali się:
- Poczekajcie jeszcze trochę, za jakiś czas zmiękniecie i same przyjdziecie do nas prosić o pomoc. Jeśli nie, to my przyjdziemy za pewien czas.
Ja w tym czasie miałam inny problem. Mężowie nasi wyjechali na wojnę, długo nie wracali. Pisali, że bitwy przeciągają się, potyczki mnożą, a oni koniecznie chcą zakończyć wojnę zwycięsko i wrócić do domu z bogatymi łupami. Nie mogłyśmy, wraz z moją siostrą, doczekać się ich powrotu. Ona jakoś to znosiła, ja bardziej usychałam z tęsknoty. Brakowało mi męża, właściwie to może nie jego lecz mężczyzny. Silnego, młodego, zdrowego. I taki był wśród nas. Tycjan prężył się jak kot, napinał mięśnie, zauroczył mnie swoim nagim torsem i jędrnymi udami. Nie wytrzymałam, z resztą on też. Początkowo opieraliśmy się, a jakże, wiedząc jakie mogą czekać nas konsekwencje. Staraliśmy się sobie schodzić z drogi, lecz przez dłuższy czas, we wspólnym gospodarstwie, było to męczące. Pewnego wieczora złączyliśmy się w miłosnym uścisku, w szopie, gdzie składowane było świeże, pachnące siano. Ach, jaka to była upojna noc. Takiej radości, takiej satysfakcji, w poprzednich kontaktach z moim mężem jeszcze nigdy nie odczułam. Nie wiem, czy była to zasługa tak długiego, wyczekiwania na fizyczne zaspokojenie, czy też możliwości Tycjana. Wyczułam, że posiada je ogromne. Gdy położył się obok mnie, gdy mnie objął, wyczułam jak przyrodzenie jego gwałtownie zadrżało, gdy je tylko lekko potrąciłam, gwałtownie wzrosło i naprężyło się.
- Nigdy nie miałem kobiety. To mój pierwszy raz – cicho powiedział, jakby ze wstydem.
Wiedziałam o tym, przecież bym zauważyła gdyby spotykał się z dziewczyną.
- Nie martw się, przecież to nie takie trudne, natura sam sobie sprawnie poradzi. Ja też pomogę.
Objęłam nogami jego plecy, wprowadziłam w siebie, usta namiętnie przycisnęłam do jego nabrzmiewających ust. Powoli nabierał wprawy, jego ruchy początkowo szybkie i niezdarne, z czasem stawały się bardziej spokojne i miarowe. Dyszeliśmy z podniecenia i pożądania. Uda moje wciskały się mocno w boki Tycjana, on z kolei próbował sprostać wymaganiom przyśpieszając ruchy w rytm mojego coraz gwałtowniejszego oddechu. Noc szybko minęła, rozstaliśmy się nad ranem. Następnego wieczoru znów przyszłam do pokoju Tycjana, spotykaliśmy się co noc, zaspakajając się gwałtownie i ochoczo.
Nie trwało to jednak długo, wojna skończyła się, mężowie wracali z łupami do domu. Po kilku dniach, a właściwie już po pierwszej spędzonej wspólnie nocy, mąż wyczuł zdradę. Czy było to moje niepewne zachowanie, czy też na mojej skórze pozostał zapach Tycjana? Wpadł w szał, zaczął bić mnie, odszukał Tycjana i mścił się też na nim. Broniliśmy się, próbowaliśmy walczyć lecz czując swoją wspólną winę, z marnym skutkiem. Starszy brat jeszcze mu pomógł, pobili mnie dotkliwie, połamali ręce i nogi, prawie nieżywa leżałam w łóżku cały miesiąc. Siostra mnie uratowała, leczyła, smarowała, poiła ziółkami. Jakoś wyszłam z tego, lecz pozostałam inwalidką. Tycjana wypędzili precz. W naszym środowisku zdrada żony okrywała hańbą przede wszystkim męża. Zhańbionemu mężczyźnie trudno było z taką skazą żyć. Mąż po dwóch tygodniach pobytu w domu zaciągnął się na pierwszą, lepszą wojnę i na niej poległ. Dowiedziałam się od naocznych świadków, że rzucał się w wir walki, w sam środek najkrwawszych bójek, jakby chciał zatracić się, zapomnieć, zginąć z ręki przeciwnika. Opuściłam mój dom, wynajęłam pobliską chatę, założyłam przydrożny zajazd. Jakoś sobie radzę.
Tycjan, po wygnaniu z rodzinnego domy wałęsał się w dzikiej okolicy, nocował w przydrożnych rowach, głodował, pił mętną wodę, karmił się warzywami i owocami, potajemnie zrywanymi wieczorami z pól sąsiednich. Aż trafił pewnego wieczoru pod dom wdów po Brunie. Usłyszał krzyki, wyzwiska i wołanie o pomoc. To bracia Schwan, Jules z Andreasem zaatakowali,. Mosiężnymi kulami ogłuszyli psy baskijskie, Pastora i Vasco, wyważyli drzwi, wbiegli do sypialni, rzucili się na Gerlinde i Patricie, zdzierali z nich suknie, dusząc rękoma, uciskając nogami. Evan krzyczała, stała w rogu sypialni, w szortach i nocnej koszuli, wzywała pomocy. Tycjan nie zastanawiał się, przeskoczył przez płot, wbiegł do domu, ujrzał braci Schwan zniewalających kobiety, chwycił Julesa za kark, strącił z Gerlinde, Andresa mocnym kopniakiem spędził z Patricie. Zaskoczeni nie stawiali oporu, podciągali spodnie, uciekali w popłochu.
Tycjan został na noc. Same wdowy mu zaproponowały, bojąc się odwetu ze strony okrutnych braci. A on się ucieszył, nie miał przecież gdzie pójść. Zamieszkał tej nocy, jak i następnej, i następnej. Wdowy nie chciały go puścić, takie były zastraszone. Potrzebowały opiekuna, który mógłby by ich bronić przed napastliwymi braćmi Schwan jak i ewentualnie innymi, obcymi mężczyznami, mogącymi czyhać na ich cześć. Okazało się później, że nie tylko opiekuna potrzebowały lecz z czasem kogoś więcej.
Były młodymi kobietami, Bruno ze względu na swój podeszły wiek nie był w stanie ich zaspokoić. A że był bogaty i nie żałował pieniędzy na prezenty, to bogactwo upominków rekompensowało im brak pożycia fizycznego. To wystarczało, zastępowało im w pewnym sensie kobiece pożądanie. A do tego jeszcze bracia Schwan, którzy swoim niechlujnym, brudnym wyglądem i napastliwym zachowaniem, zrażali i obrzydzali im intymne kontakty z mężczyznami. Lecz kobieca intuicja w stosunku do Tycjana wyczuła całkiem coś odmiennego, młode kobiety poczęły zachowywać się podchwytliwie i zalotnie. Niedoświadczony, można nawet powiedzieć naiwny Tycjan, nieskażony jeszcze obrzydliwościami dorosłego życia stał się przedmiotem kobiecego pożądania.
Pierwsza rozpoczęła Gerlinde. Pewnej nocy, gdy księżyc był w całkowitej pełni, zakradła się do bocznej sypialni, wsunęła się do łoża i nie czekając na reakcję oszołomionego Tycjana, zrzuciła okrywającą jego nagie ciało, Tycjan zawsze spał nago, jedwabną narzutę, którą był przykryty, obie ręce wsunęła pod jego biodra, unosząc je lekko do góry, by po chwili swoje usta zanurzyć w gwałtownie prężącym się przyrodzeniu. Była zaskoczona, przyzwyczajona do niewielkich rozmiarów członka Bruno teraz otwierała zachłannie i szeroko usta by sprostać wymaganiom Tycjana. Lecz nie zrażała się, wręcz przeciwnie, rozanielona, wręcz można określić jej stan, wniebowzięta, rozochocona kontynuowała miłosne igraszki, zanurzała w sobie fallusa Tycjana. Po jakimś czasie uwolniła usta, podniecona poczęła rękami go obejmować i masować smukłego, drżącego z podniecenia.
- Lukullus, jak Lukullus - szeptała z zachwytem ni to do siebie, ni to do leżącego na plecach, z przymrużonymi oczyma Tycjana.
Czy miała na myśli bohaterskiego, rzymskiego wojownika, o którym niedawno czytała w książce opisującej podboje Rzymian, czy też podłużne, ciastko wypełnione smakowitym, mięsistym avocado i pokryte gęstą, piankową polewą, które podczas jednej z wycieczek kupił im wszystkim w cukierni, w szwajcarskim Fryburgu, kiedy jeszcze żył, niezapomniany Bruno? I które im tak bardzo smakowało!
Następnego poranka opowiadała o nocnym zdarzeniu siostrom. Uśmiechały się wstydliwie ale już następnej nocy Tycjana w sypialni odwiedziła Patricie. Na jego pytające spojrzenie niewinnie odpowiedziała:
- Chciałabym tylko bliżej zapoznać się z Lukullusem. Gerlinde z takim zachwytem o nim opowiadała.
I nie pytając się o zgodę zrzuciła z siebie koszulę nocną, zdarła z łóżka jedwabną narzutę, naga przytuliła się mocno do ciepłego ciała Tycjana. Później, gdy wyczuła naprężone mięśnie, zsunęła się w stronę jego ud, rozchyliła je i ustami dotknęła czubka drgającego w trwożnym oczekiwaniu Lukullusa. On jakby tylko czekał na tę chwilę, wzrastał, prężył się, przechylał się raz w jedną, raz w drugą stronę, aż Patricie rękoma musiała go naprostować i ustawić tak by jej się nie wymknął. Wtenczas dopiero mogła wsunąć go dokładnie w usta i powoli w nich je zatapiać. Uklękła, podniecona przyśpieszała swoje ruchy, on drżał, wierzgał, usiłował wyrwać się z jej ust lecz ona przytrzymując go rękoma nie pozwalała mu kończyć swej przyjemności. Dopiero Tycjan oderwał go od ust, przewrócił ją na bok, rozszerzył lekko jej uda wprowadzając w sam środek między nie Lukullusa. Pośladki jej zadrżały, Lukullus wchodził głębiej, coraz głębiej, stając się dla Patricie przyczyną niepojętej rozkoszy.
Gerlinde z Patricie odwiedzały go na przemian co noc, czasami przychodziły we dwójkę i męczyły Lukullusa, do samego rana.
Tycjan był szczęśliwy, dawne żale minęły, doszedł do wniosku, że jego sytuacja zmieniła się na korzyść. Bracia mieli po jednej żonie on miał trzy, chociaż jeszcze nieformalnie. Właściwie to dwie, gdyż Evan nigdy nie odwiedziła sypialni Tycjana. Dlatego pewnego wieczoru Tycjan przyszedł do niej.
- Gerlinde, Patricie były już u mnie tyle razy. Dlaczego ty nie przychodzisz? Tak jak Bruno miał trzy żony, tak ja pragnąłbym posiąść was trzy.
Evan była zawstydzona.
- Bruno rzadko zajmował się nami. Jeśli już, to przychodził tylko do Gerlinde i Patricie. Do mnie nigdy nie zajrzał. To znaczy raz był, ale po nie udanych próbach zniechęcony powiedział, że mam za małe czółenko i on na to nic nie poradzi.
- Za małe czółenko? – Tycjan spoglądał na Evan nie wiedząc o co chodzi.
- Moje czółenko – Evan zdjęła spodenki od piżamy, rozchyliła nogi i wskazała swój pokryty lekkim zarostem wzgórek łonowy.
- Za małe? – Tycjan podszedł bliżej, palcami zagłębił się w jego wnętrze, próbował rozchylić dwie nabrzmiewające pod wpływem dotknięć dolinki. Palce wsuwał głębiej, powoli zwiększał rozrastającą się przestrzeń. Evan lekko westchnęła.
- Co robisz Tycjan? - ton jej głosu nagle wydelikatniał.
- Myślę, że twoje czółenko jest w sam raz, zaraz dokładnie przymierzymy -Tycjan był już pewny swojej diagnozy.
Rozbierał się, w tym samym czasie Lukullus wyzwalał się do życia, powoli rozrastał się budząc zdziwienie Evan. Tak jak samotny łabędź, rozpościerający skrzydła, szykujący się do wzlotu, jak rozkwitający gwałtownie pod wpływem promieni słoneczny pączek egzotycznego kwiatu, tak Lukullus nabrzmiewał, wzrastał, wił, chwiał się na wszystkie strony, namyślał się, namierzał, by w końcu precyzyjnie skierować się w sam środek czółenka Evan.
- Bruno miał znacznie mniejszego i nie mógł sobie poradzić a on jak to zrobi? – dziwiła się Evan, spoglądając jak Lukullus zręcznie wpycha się do jej wnętrza.
- Właśnie dlatego, że jest większy i bardziej zdecydowany, poradzi sobie -Tycjan nawet nie próbował interweniować, pozwalając Lukullusowi samodzielnie się sobą rozporządzać.
Evan, początkowo zdziwiona, później w miarę wypełniania jej czółenka coraz bardziej uśmiechnięta, zadowolona, na koniec nie zwracając na nikogo uwagi głośno krzyczała z zachwytu.
- Ach! Och, jak przyjemnie, jak miło.
A Lukullus spokojnie, w milczeniu penetrował wnętrze Evan, cierpliwie poszerzając wąskie czółenko, przygotowując je również do przyszłych swoich eskapad. Później w miarę postępującego miarowo biegu, rozszalał się, uwijał się jak w ukropie, przyśpieszał, dyszał, jęczał, by już na ostatniej prostej zakończyć sprawnie, z sukcesem swój pobyt i wypełnić wzbierające po brzegi czółenko Evan.
Kobiety, nie chcąc narażać na szwank swojej reputacji, po uzgodnieniu z Tycjanem, wysłały do króla prośbę, prosząc o zgodę na ich ślub. Król pamiętał zasługi Bruna dla ojczystego kraju, będąc wdzięcznym nie mógł skrzywdzić jego żon, zgodził się. Przysłał jednego ze swoich biskupów i ten w miejscowym kościółku udzielił ślubu Tycjanowi z Gerlinde, Patricie i Evan.
Wysłuchałem z ciekawością historii kobiety z oberży.
- Była pani na ślubie?
- Tak, wszyscy byliśmy i cieszyliśmy się ich szczęściem. Jego brat z moją siostrą też byli. Puścili w niepamięć dawne animozje, pogodzili się. Nawet bracia Schwan, Jules z Andreasem, złożyli życzenia, przeprosili za wcześniejsze zachowanie. Teraz Tycjan ze swoimi żonami gospodarzą na swojej posiadłości. A ja się cieszę jak widzę ich szczęśliwych. Zresztą Gerlinde jest brzemienna, Patricie i Evan także. Prosiły mnie o pomoc przy pielęgnacji dzieci gdy już się narodzą. Zgodziłam się.
- Nie czuje się pani pokrzywdzona?
- Dlaczego?
- Sponiewierali panią za miłość do Tycjana.
- Może do Lukullusa? -zaśmiała się- Gdyby mój mąż nie wyjeżdżał stale na wojny, do niczego między nami by nie doszło.
- W takim razie jak pani teraz sobie radzi?
- Jak? -gospodyni zatrzymała dłużej wzrok na mnie, zmieniła temat- Długo zamierza pan przebywać w naszych stronach?
- Nie wiem. Opuściłem Madryt, nie mogłem więcej znieść wielkomiejskiego gwaru, huku, pośpiechu, zanieczyszczonego powietrza.
- To może pan zagościć u mnie. Zapraszam.
Rozwój sytuacji spowodował, że zostałem w niewielkiej gospodzie w dalekiej Aragonii dłużej niż początkowo planowałem.
Właściwie to już na zawsze.

Data:

 2017

Podpis:

 Gomez Golowacz

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80305

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl