DRUKUJ

 

Długowieczność

Publikacja:

 17-03-17

Autor:

 Bonsai
Mam góra dwadzieścia pięć lat. Zawsze będę miał góra dwadzieścia pięć lat.
Przez lata moi pierwsi najlepsi przyjaciele mówili mi, że wciąż wyglądam tak młodo, jak młody, silny mężczyzna. Mijały dziesięciolecia, a moi pierwsi najlepsi przyjaciele wciąż nie mogli się nadziwić temu, jak gładka jest moje skóra, jak moje oczy błyszczą młodością, jak lekki jest chód moich stóp.
- Jakiś ty piękny! Ciągle taki sam… - mówili moi pierwsi najlepsi przyjaciele. A po nich kolejni, kolejni, kolejni.
Czas omija mnie szerokim łukiem. Widziałem jak dotyka drzewa, gnąc ich gałęzie do ziemi, zrzucając z nich kruche liście. Patrzyłem, gdy przewracał stare dęby, niegdyś tak potężne i wielkie. Spotykałem ludzi, których później zabierały mi wojny. Spory mijały, ale później wybuchały nowe, jakby ludzie uznawali, że pokój zawarty kilka pokoleń temu nie ma znaczenia. W ciągu mego życia wielu ludzi dokonywało odkryć, wymyślało nowe teorie mające pomóc nam zrozumieć świat. Dziesiątki odkryć się zestarzało i wyszło z użycia, setki teorii zostało uznanych za błędne. Praca wielu ludzi została rozpoczęta, zakończona, uczczona a później i tak zapomniana. Wiele wysiłków obróciło się wniwecz. Ale ziemię spotkało również wiele dobrych rzeczy. Rzesze bohaterów zwalczały wszelki panujący wokół nieporządek. Złych królów obalano, koronowano dobrych, ale że wielcy tego świata nie zawsze są bohaterami, ci dobrzy królowie tuż po koronacji zdejmowali maski. I znów rozwścieczony lud doprowadzał do zmiany władcy. A potem jeszcze raz. I jeszcze, i jeszcze, i jeszcze. Mnie jednak wielki świat nie obchodzi. Ja żyje tylko wśród swoich.
Jestem ludźmi, którzy rodzili się i umierali.
Wciąż pamiętam tych moich pierwszych najlepszych przyjaciół, którzy przyszli na świat wraz ze mną, jednakże umarli beze mnie. Razem uczyliśmy się chodzić, graliśmy w piłkę, opowiadaliśmy sobie historyjki, tańczyliśmy, śpiewaliśmy, poznawaliśmy śmiech, łzy, miłość, nienawiść. A potem oni zniknęli. Nagle, bez ostrzeżenia. Tuż przed zniknięciem ich twarze zaczęły naznaczać zmarszczki, w ogóle całe ich ciała mizerniały. I po chwili moi pierwsi najlepsi przyjaciele odeszli. A ja nadal miałem góra dwadzieścia pięć lat.
Moimi drugimi najlepszymi przyjaciółmi zostały dzieci moich pierwszych najlepszych przyjaciół. Pomagałem je wychowywać, bawiłem je, gdy leżały jeszcze w kołyskach, kupowałem im prezenty, udzielałem rad, gdy wchodziły w wiek młodzieńczy. Później one mi się za to odwdzięczyły, zastępując mi swych rodziców. Moi drudzy najlepsi przyjaciele chętnie zabierali mnie do karczmy na piwo, upijali się ze mną niemal do nieprzytomności, bawili się w trakcie przyjęć. Studiowali wraz ze mną księgi, odwiedzali świątynie, rozmyślali o sensie istnienia. A potem czas zabrał mi moich drugich najlepszych przyjaciół. Trzecimi zostali ich dzieci, czwartymi zaś dzieci ich dzieci.
Przed chwilą wróciłem z radosnej biesiady, w której brałem udział z moimi piątymi najlepszymi przyjaciółmi. A teraz siedzę sam w swoim ciasnym pokoiku i piszę, że nie chcę mieć już więcej najlepszych przyjaciół. Nie chcę już przyrzekać kolejnym ludziom przyjaźni aż do śmierci. Oni umierają, a ja muszę tu nadal być i próbować spełnić daną obietnicę. Boję się, że za kilkadziesiąt lat o kimś zapomnę, że złamię przysięgę. A nadal mam te przeklęte góra dwadzieścia pięć lat.
Jestem elfem.
Elfem, który żyje wśród ludzi.
Oni umierają, a ja jestem, jestem, jestem...

Data:

 17 marca 2017

Podpis:

 Tomek Socha

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80456

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl