DRUKUJ

 

Dyrandia - rozdział 1.

Publikacja:

 17-04-01

Autor:

 kamilfff
Sierociniec przy ulicy Karmelowej 12 był starym budynkiem w którym mieszkało siedemnastu chłopców i trzynaście dziewcząt, opiekowały się nimi Pani Barbara, Pani Anna, Pani Katarzyna oraz Pani Luiza. Ta ostatnia była dyrektorką ośrodka jak i zarówno jego wychowankom. Za czasów gdy wychowywała się ona w tym przytułku panował powszechny strach, dzieci były karane za byle co, nie mogły się bawić i opuszczać sierocińca po powrocie ze szkoły. Luiza za swój życiowy cel obrała sobie zmianę tego ośrodka na lepsze, a po pewnym czasie udało zostać jej się jego dyrektorką, wyrzucić stare wychowawczynie, a na ich miejsce zatrudnić kobiety, które będą dbały o dobro wychowanków od tego czasu wszystko się zmieniło w przytułku panowała przyjazna atmosfera dzieci czuły się kochane i szczęśliwe z jednym wyjątkiem.
Na drugim piętrze w pokoju opatrzonego białą metalową tabliczką z wygrawerowaną czarną ósemką spał młody chłopak. Pomieszczenie nie było zbyt duże lecz było w nim wszystko czego potrzebował łózko które stało po lewej stronie pokoju przy drzwiach, mała szafka nocna która stała po jego lewej stronie na której była lampka i budzik elektryczny, naprzeciw szafki stałą wyniszczała komoda z niewielką zawartością ubrań, a po jej lewej stronie znajdowało się niewielkie okno. Po lewej stronie pokoju stało stare biurko z krzesłem dosuniętym do niego, a po jego prawej stronie były drzwi do łazienki, którą osobną miał tylko on, ponieważ dostał pokój po jednej z pięciu byłych opiekunek (teraz już są cztery). Śpiący chłopak to Arvid, którego pani Luiza podczas swojego pierwszego dnia jako dyrektorka znalazła płaczącego przed drzwiami sierocińca, dziecko było w niewielkim koszyku z dziwnymi namalowanymi znakami, a przy nim były tylko dwie rzeczy medalion, który był przewieszony przez jego małą główkę oraz kartka z napisem "Ma na imię Arvid, jutro kończy roczek".
Arvida obudził dźwięk budzika ustawionego na siódmą rano chłopak otworzył oczy, podniósł się na łóżku, wyłączył budzik i przysiadł na jego skraju przecierając zaspane oczy, wstał z łóżka i poszedł do toalety, stanął nad umywalką odkręcił zimą wodę i przemył nią twarz, następnie spojrzał w swoje odbicie w lustrze na przeciw niego, i wpatrywał się w siebie. Chłopak był bardzo szczupły choć przy tym mocno umięśniony, miał czarne włosy i oczy, jego nos był prosty, średnich rozmiarów. był bardzo przystojny, chodź miał niską samoocenę i nie zdawał sobie z tego sprawy. Młodzieniec opuścił wzrok na wiszący na jego nagim torsie medalion, zawsze gdy na niego patrzył przepełniał go gniew, kojarzył on mu się z rodzicami, którzy go porzucili oraz dziećmi ze szkoły, które często wyśmiewały go za to, że go nosi chodź nie tylko z tego powodu. Arvid mimo wszystko nie rozstawał się z nim na krok, był on dla niego czymś więcej niż tylko medalionem, był jedyną rzeczą jaka do niego należała, był symbolem tego aby nigdy się nie poddawać, że trudna sytuacja w szkole jest niczym w porównaniu z tym, że porzucili go rodzice, że nigdy go nie kochali.
Chłopak wyszedł z łazienki i ubrał się w byle jakie ubrania Arvid nigdy nie przywiązywał wagi do swojego wyglądu oraz do rzeczy materialnych przez co często padał ofiarą innych uczniów, którzy wyśmiewali go za wygląd.
Młodzieniec zszedł na parter gdzie znajdowała się jadalnia
-Dzień dobry Arvid! - krzyknęła Pani Luiza z drugiego końca pomieszczenia, gdy tylko zauważyła chłopaka, wchodzącego do jadalni
Luiza była bardzo piękną panną, miała około 25 lat, długie włosy w kolorze ciemnego blondu, mały nos i pociągła twarz i zawsze chodziła w długich sukniach w kwiatowe wzory.
-Dzień dobry Arvid - powtórzyła gdy ten przechodził obok niej po śniadanie, nie odpowiadając na jej pierwsze słowa.
-Dzień dobry. - mruknął chłopak pod nosem z obojętnym wyrazem twarzy i poszedł po talerz, chleb i jajecznicę.
-Jutro ostatni dzień szkoły, uśmiechnij się, wczoraj odebrałam twój dyplom, jak prosiłeś - powiedziała Luiza do Arvida, który usiadł niedaleko niej, po drugiej stronie długiego stołu.
Młodzieniec nic nie odpowiedział, a na jego twarzy była jak zawsze obojętność. Arvid nigdy nie chodził na zakończenie roku szkolnego, ponieważ pójście tam oznaczało jeden dzień wysłuchiwania obelg i przemocy fizycznej w jego kierunku, albowiem nad Arvidem znęcali się inni uczniowie, fizycznie jak i psychicznie powodem ich zachowania było jego nietypowe imię, niechlujny sposób ubierania, brak telefonu komórkowego, drogich ubrań czy jakikolwiek inny powód jaki sobie wymyślili. Dla chłopaka szkoła nie była przyjaznym miejscem, była torturami, chodź dzięki temu odkrył, że dzieciaki ze szkoły mają rację i naprawdę jest dziwny, albowiem chłopak gdy po raz pierwszy poszedł do szkoły 6 lat temu, został specjalnie popchnięty przez uczniów; którzy już pierwszego dnia szkoły zaczęli go wyśmiewać, upadł on niefortunnie na rękę z której wydobył się nieprzyjemny dźwięk łamanej kości, dzieci od razu uciekły, a Arvid powoli się podniósł, spojrzał na zwisające przedramię, drugą ręką przycisnął złamaną do klatki piersiowej i puścił się biegiem z ogromnym strachem do sierocińca, gdy do niego dotarł zauważył, że ręka jest już w stu procentach sprawna, gdy się nad tym zastanowił doszedł do wniosku, że nie odczuwał również żadnego bólu i postanowił o tym nikomu nie mówić. Od tego czasu, Arvid zrozumiał, że nie odczuwa bólu tak jak powinien, postanowił, że będzie go udawać, aby nie wzbudzać podejrzeń, wiele razy gdy chłopak udawał ból za słabo, zdarzyło się, że ktoś złamał mu nos lub wybił zęba, lecz wszystkie rany, siniaki, złamania znikały w przeciągu około trzydziestu minut, więc nikt nigdy nie zauważył jak Arvid jest traktowany w szkole. Dla chłopaka to, że ktoś go uderzy, było niczym, lecz wyzwiska, żarty i ciągłe wyśmiewanie, było dla niego istnym koszmarem. Młodzieniec popadł przez to w depresję mimo tego, że zawsze wolał być sam to przez trwające tak długie nękanie, zamknął się w sobie i z nikim nie rozmawiał.
Arvid zjadł śniadanie, ubrał stare trampki, przy których podeszwy już się odklejały, a ich kolor już dawno zanikł i wyszedł z ośrodka do szkoły oddalonej o trzydzieści minut drogi piechotą.
Pomimo tego, że dziś jest ostatni dzień szkoły ( nie licząc jutrzejszego apelu) . to lekcje odbywały się normalnie, a dziś zaczyna lekcją z Panem Esirpem nauczycielem wychowania fizycznego, był to jedyny znienawidzony nauczyciel przez Arvida, głównie z tego powodu, że jako jedyny z nich naśmiewał się z niego razem z uczniami, czego chłopak zupełnie nie rozumiał, bo przecież jego imię jest tak samo dziwne jak nazwisko Esirpa.
Gdy młodzieniec dotarł do do szatni jeszcze nikogo nie było co było dla niego świetną nowiną, mógł się na spokojnie przebrać bez wysłuchiwania obraźliwych słów. Po tym jak się przebrał wszedł na halę i usiadł na trybunie najdalej oddalonej od drzwi.
-O pedziu już jest! - powiedział Otyły blondyn, z krótką szyją, dużym nosem i małymi niebieskimi oczkami, który właśnie wchodził z dwójką innych chłopców na halę - chyba spieszy mu się na wciry- znów krzyknął i parsknął śmiechem razem z innymi chłopcami.
-Dziwadle odpowiadaj! - krzyknął do niego drugi z chłopców, również otyły, lecz zamiast blond włosów ten miał czarne, a jego twarz przypominały świński ryj.
Otyli chłopcy usiedli po obu stronach Arvida, a trzeci z nich, bardzo chudy blondyn o drobnym nosie i dużych jasnobrązowych oczach, stanął nad nim. Arvid wiedział już, że niebawem zaczną go obrażać czy szturchać.
-Ostatni dzień szkoły, ostatni dzień szkoły - powtarzał sobie chłopak w myślach gdy tamci zaczęli go obrażać i wyśmiewać - ostatni dzień szko...... - nie zdążył dokończyć myśli, ponieważ chudy chłopak stojący nad nim, chwycił go za głowę i uderzył kolanem prosto w usta. Arvid odruchowo upadł na ziemię i udawał ogromny ból, aby tylko tamci od niego odeszli, gdy trójka chłopców oddaliła się od niego podniósł trochę głowę wciąż leżąc na ziemi i zauważył resztę swojej klasy stojącej przy wejściu na halę i biernie przyglądającej się całej scenie.
-Zbiórka! - krzyknął Pan Esirp - Arvid wstawaj! Nie jesteśmy w przedszkolu na leżakowaniu - a reszta klasy wybuchła śmiechem.
Chłopak wstał i ustawił się w dwuszeregu z innymi uczniami, tylko on jeden stał sam, na samym końcu, ponieważ w klasie była nieparzysta liczba uczniów, a obok niego stał otyły blondyn.
-Kolejno odlicz! - krzyknął nauczyciel stojący naprzeciw nim
-Jeden
-Dwa
-...
-Trzydzieści jeden i pół- powiedział Arvid.
-Trzydziestu jeden, wszyscy, no proszę, jak chcecie to potraficie, mam nadzieję, że za rok jak pójdziecie do gimnazjum i mnie do was przydzielą, będziecie przychodzić tak jak teraz, a nie tak jak przez cały ten rok tylko po 20 osób na zajęciach. - powiedział oburzony Pan Esirp, a narzekanie na uczniów było jego rytuałem na zbiórce - rozejść się.
W tym momencie gdy nauczyciel się odwrócił, a reszta uczniów, zaczynała iść w stronę trybun chłopak stojący koło Arvida, uderzył go w żebra z łokcia chłopak jak zawsze odruchowo upadł na ziemię, a otyły blondyn uśmiechając się spojrzał na niego z góry gdy szedł w stronę trybun.
- To nie czas na spanie! - warknął Esirp na leżącego Arvida - wstawaj ale już, na trybuny, biegiem!
Wszyscy uczniowie czekali rozmawiając na trybunach co jakiś czas można było usłyszeć co głośniejsze słowa
-Dziwak!- krzyknął, ktoś z tłumu
-Dziiiiwadłoooo - krzyknął ktoś inny
Arvid nigdy nie płakał z tego powodu lecz było mu na prawdę przykro i smutno, że nikt nigdy nawet nie chciał go poznać.
-Sprawdzicie się na koniec roku szkolnego, każdy z was raz rzuci piłką lekarska - powiedział do klasy nauczyciel, który właśnie szedł w ich stronę, a z trybun dało się usłyszeć wyraźne jęczenie - a jak się szybko uwiniecie to zagracie w piłkę - a klasa jakby nagle ożyła.
-Tomasz ty pierwszy, chwyć początek miary i idź na drugi koniec - powiedział Esirp, a chudy blondyn wstał z trybun i ruszył w jego stronę. - możesz rzucać - powiedział nauczyciel, gdy rozwinęli miarę, a Tomek ustawił się na jej początku.
-Dziwadło, oby zdechł - powiedziała ładna, szczupła blondynka o długich włosach, niebieskich oczach i małym nosem, a była to dziewczyna, która od bardzo dawna podobała się Arvidowi. Chłopak poczuł, ogromny gniew i smutek był to dla niego duży cios mimo, że ta dziewczyna wyśmiewała go już wcześniej to nigdy nie życzyła mu śmierci. Tomek wziął mocny zamach i rzucił, piłka wylądowała mniej więcej na jednej siódmej długości miary, nikt z trybun się nie zaśmiał ani tego nie skomentował pomimo tego, że wynik był bardzo słaby.
- Siedem i pół metra - powiedział nauczyciel - siadaj, teraz ty Ardziwakvid to znaczy Arvid - a klasa wybuchła śmiechem.
Arvid wstał i ruszył w stronę miejsce, w którym stał przed chwilą inny chłopak, widział z naprzeciwka idącego na trybuny Tomka, który uśmiechał się nieżyczliwie do niego.
-Twoi starzy Cię nie chcieli, bo wiedzieli, że będziesz zerem, przez całe życie - powiedział chłopak do Arvida gdy go miał.
W Arvidzie zapłonął olbrzymi gniew, gniew, którego jeszcze nigdy wcześniej nie czuł, za dużo rzeczy nałożyło się na siebie dziewczyna, która mu się podobała przed chwilą życzyła mu śmierci, nauczyciel przed chwilą go wyśmiał przed całą klasą i jeszcze Tomek, który powiedział o najgorszej rzeczy jaka spotkała Arvida i jeszcze zarzucił mu, że to z jego winy, rodzice go porzucili. Młodzieniec podniósł piłkę, wziął ogromny zamach i dał upust swojej złości ciskając ją z całych sił przed siebie, piłka jak błyskawica, przecięła całą halę i z ogromnym hukiem roztrzaskała się o oddalonej o pięćdziesiąt metrów ścianie. Chłopak wiedział, że stać go na więcej dlatego nigdy nie pokazał pełni swoich możliwości, ale nie spodziewał się czegoś takiego. Arvid nigdy nie pokazywał swoich fizycznych zdolności, ponieważ obawiał się, że wtedy jeszcze więcej ludzi i jeszcze częściej będzie się z niego naśmiewać. Młodzieniec oddychał bardzo głęboko i głośno, wpatrując się w nauczyciela.
-Posprzątaj to - powiedział Esirp - ty nie grasz dziś w piłkę.
Gdy chłopak skończył sprzątać, a reszta grała wtedy w piłkę, usiadł na trybunach i marzył o tym aby znaleźć się już w sierocińcu.
Reszta dnia minęła jak zawsze Arvid był popychany i wyzywany lecz nikt po wydarzeniu na hali nie odważył się go już uderzyć.
Po lekcjach Arvid udał się w kierunku sierocińca, lecz gdy do niego dotarł nie zatrzymał się, nie zwolnił po prostu szedł dalej. Chłopak dotarł do pobliskiego lasu gdzie spędzał całe dnie podczas wakacji, a podczas roku szkolnego przychodził tu po lekcjach, aby rozładować gniew poprzez bieganie, pompki lub inny wysiłek fizyczny czy jego ulubione wdrapywanie się na najwyższe drzewa i skakanie z nich na sam dół z początku Arvid łamał sobie nogi i kręgosłup, lecz to go nigdy nie zniechęcało albowiem te kilka sekund gdy szybował w powietrzu, te kilka sekund gdy znikały wszystkie problemy i troski były dla niego czymś bardzo specjalnym, można nawet powiedzieć, że tylko wtedy gdy spadał czuł się naprawdę szczęśliwy oraz wiedział, że i tak nie będzie czuł bólu, że za chwilę wszystko się zregeneruje. Młodzieniec spędził tu następne kilka godzin i gdy się ściemniło postanowił wrócić na kolację do sierocińca.
Po kolacji ruszył prosto do łóżka rozmyślając dlaczego puściły mu dziś w szkole nerwy, zdarzyło się to tylko ten jedyny raz. Po niecałej godzinie zmorzył go sen.
Arvidowi obudził się nagle zalany potem, śniło mu się, że oddał swoim oprawcom, że powala ich na ziemię, że odpłaca się za wszystko, a wszyscy zaczynają się wtedy śmiać, wytykać go palcami i ubliżać, a z chwili na chwilę ludzi pojawia się coraz więcej i więcej. - to tylko sen - pomyślał i spojrzał na zegarek, dochodziła dziewiąta zaraz wejdą wszystkie opiekunki z tortem i zaśpiewają mu sto lat jak co roku. Arvid zamknął oczy i czekał, nagle usłyszał pukanie do drzwi.
-Kto tam? - zapytał
-Luiza, mogę wejść?
-Tak
Drzwi się otwarły przeszła przez nie Pani Luiza, która trzymała tort a za nią trzy inne wychowawczynie Pani Barbara, która była przysadzistą, starszą kobietą z brązowymi farbowanymi włosami splecionymi w kok, Pani Katarzyna, która miała długie blond włosy, końską twarz oraz była bardzo wysoka kobietą w wieku około 26 lat oraz Pani Anna, która była niską kobietą o ciemnych włosach do ramion, małym nosie oraz podobnie jak Pani Kasia miała około 26 lat Arvid mimo, że tego nigdy nie okazywał, był im bardzo wdzięczny za wszystko, wiedział, że są dobrymi kobietami, chociaż najbardziej z nich wszystkich był wdzięczny Pani Luizie, która pomimo jego uporu i obojętności nigdy się nie poddała i próbowała z nim rozmawiać, dowiadywać się czy wszystko dobrze w szkole itd. . Arvid usiadł na łóżku, a cztery kobiety podeszły do niego i zaczęły śpiewać sto lat, a mina chłopaka pozostała obojętna jak zawsze.
-wszystkiego najlepszego - krzyknęły razem, gdy skończyły śpiewać
-pomyśl życzenie i zdmuchnij świeczki - dodała Pani Luiza
-chciałbym aby wszystko się zmieniło - pomyślał Arvid i zdmuchnął 14 świeczek za jednym razem
-ubierz się i zejdź do nas na śniadanie - powiedziała Pani Kasia
-yhy - mruknął chłopak
Gdy kobiety wyszły z pokoju siedzący na łóżku chłopak skulił nogi i objął je rękoma, siedział tak przez następne kilka minut.
-chciałbym aby wszystko się zmieniło - wyszeptał wciąż tuląc swoje kolana, a następnie wstał i zaczął się ubierać.
Gdy Arvid wszedł do jadalni wszyscy wychowankowie razem z opiekunkami zaczęły śpiewać mu sto lat.
-jeszcze raz wszystkiego najlepszego - powiedziała Pani Luiza z szerokim uśmiechem na twarzy dając mu prezent - otwórz
Chłopak rozwinął prezent, a w środku znalazł nowe buty.
-dziękuję - powiedział i usiadł do stołu aby zjeść śniadanie
-będę na obiedzie - krzyknął Arvid zakładając swoje nowe buty i wybiegając z przytułku.
Chłopak pobiegł prosto do lasu gdzie ćwiczył i wylegiwał się na łące, po południu wrócił na obiad i ruszył z powrotem do lasu.
Zaczęło się już ściemniać i Arvid zaczął powoli wracać do sierocińca, nie spieszyło mu się cieszył spokojem i ciszą, która go otaczała.
-Arvid masz gościa, czeka na Ciebie od trzech godzin - powiedziała Luiza gdy ten przekroczył próg ośrodka
-kogo? - zapytał zdziwiony
-mówi, że ma na imię Ethan i musi z tobą porozmawiać, powiedzieć mu, że już jesteś i czekasz w swoim pokoju?
-tak
Arvid wszedł do pokoju usiadł na łóżku i czekał na nieznajomą mu osobę zastanawiając się kim jest i oczy czym chce z nim rozmawiać, aż nagle rozległo pukanie się pukanie do drzwi
-proszę wejść - powiedział Arvid
Drzwi się otworzyły, a w ich progu stał nieznajomy młody mężczyzna gładko ogolony, ze schludnie ułożonymi czarnymi włosami o błękitnych oczach w bardzo gustownym dobrze dopasowanym garniturze i aktówką w prawej ręce.
-kim Pan jest? - zapytał Arvid gdy tylko go zobaczył
-jestem Ethan miło mi Cię w końcu poznać Arvidzie czy mogę usiąść? - zapytał mężczyzna z lekkim uśmiecham na twarzy
-tak, proszę bardzo o czym chce Pan ze mną rozmawiać?
-ohh mów mi Etan- odparł mężczyzna tym razem uśmiechając się o wiele bardziej i złapał krzesło, które stało przy biurku i jednym szybkim ruchem ustawił je na przeciwko siedzącego na łóżku Arvida
-więc, o czym chce Pan ze mną rozmawiać? - zapytał już lekko zniecierpliwiony chłopak, który po męczącym dniu w lesie chciał się tylko wykąpać i pójść spać
-zostałem wybrany przez twoich rodziców na twojego mentora, byłem ich najlepszym przyja....
-moich rodziców? znasz moich rodziców? - zapytał nagle Arvid przerywając Ethanowi, wstając z łóżka.
-znałem - odparł mężczyzna, a uśmiech z jego twarzy znikł
-co to znaczy, że ZNAŁEŚ ich?
-twoi rodzice zginęli dwudziestego piątego czerwca dokładnie trzynaście lat temu w twoje pierwsze urodziny
-jak zginęli w jakimś wypadku? dlaczego mnie porzucili?
-nie porzucili Cię, złożyłem im edne, przeczuwali, że nie umrą - odparł Ethan tym razem z wyraźnym smutkiem na twarzy
-co im złożyłeś? Jak oni umarli? - zapytał młody chłopak, który stał nad siedzącym mężczyzną i cały się trząsł
-twoi rodzice... oni byli żołnierzami drugiej klasy, byli bardzo wpływowymi ludźmi lecz dostali misję od samego króla Erica nie mogli jej nie wykonać, król wysłał ich i stu innych żołnierzy wysokich rangą aby odbili jedną z wiosek, niestety dyrowie byli gotowi na to, nikt nie przeżył, nikt nie wie co tam się stało, stu świetnie wyszkolonych żołnierzy zginęło w tym twoi rodzice, a moi najlepsi przyjaciele - gdy Ethan skończył mówić po jego twarzy poleciało kilka łez.
-jaki król Eric? jacy dyrowie? i co to ta edna? - Arvid czuł się strasznie zagubiony, nie wiedział co się właśnie dzieje wiedział, że to nie może być żart, widział to w twarzy i oczach Ethana
-edna to magiczna przysięga nie możliwa do złamania musi zostać spełniona, a jeżeli osoba się z niej nie wywiąże to umrze, złożyłem przysięgę twoim rodzicom, że jeżeli zginął to mam Cię tu zostawię, abyś miał normalne dzieciństwo bez magii, a gdy skończysz 14 lat to Cię stąd zabiorę i będziesz szkolony na wojownika, gdybym się tu nie zjawił już bym prawdopodobnie nie żył
-MAGICZNA? jaka magia? o co tu chodzi? - zapytał już zupełnie zdezorientowany Arvid.
-czy nigdy nie zauważyłeś, że jesteś wyjątkowy? Nigdy się nie skaleczyłeś, a po chwili rana znikała? nie zauważyłeś, że nagle przestałeś odczuwać ból? To rosnąca w tobie magia, rzeczy niemagiczne nie mogą Cię zabić, a gdy nauczysz się kontrolować swoją moc i ją rozwiniesz to zwykłe rzeczy nie będą mogły nawet zadrasnąć twojego ciała każdy z Maktów to przechodził tak działa nasza magia rozwija się z wiekiem, gdy ma się około czternastu lat i znajdzie się makt, który nie ćwiczy kontroli swojej mocy może wyrządzić krzywdę sobie lub komuś. Do dwudziestego roku życia nasza moc osiąga limit i zostaje taka już do śmierci.
Arvid był zupełnie zdezorientowany, w głowie miał milion myśli, zastanawiał się czy to sen czy jawa, zastanawiał się czy to co mówi ten mężczyzna jest prawdą, przecież on nie czuje bólu i wszystko szybko się goi.
-udowodnij - powiedział młody chłopak po kilku minutach walki z myślami
Nagle Ethan wstał, a bok niego pojawił się czarny, płaski wir do którego mężczyzna wsadził rękę i wyciągnął miecz, następnie o wiele szybszym ruchem ręki, ledwo zauważalnym włożył rękę do wiru i wyciągnął inny miecz ten w przeciwieństwie do pierwszego miał ostre dość duże szpiczaste ząbki po obu stronach, następnie Ethan wyrzucił miecz pod sam sufit, a on wpadł do wiru, który od razu za nim się zamknął.
-jak to zrobiłeś? - zapytał Arvid, z lekko rozchylonymi ustami
-jestem Svergiem, taką magię wybrałem
Młodzieniec usiadł na skraju łóżka, oparł łokcie na kolanach i zakrył twarz dłońmi, był pewien, że pewnie zasnął w lesie, zaczął mocno zamykać oczy i otwierać, lecz nadal siedział na łóżku, a nie budził się w lesie leżąc na trawie.
-kim jest Król Erick, kim są dyrowie i kim są ci maktowie? - zapytał Arvid, po kilku minutach gdy zrozumiał, że to wszystko prawda i nie obudzi się za chwilę na łące.
-Król Erick jest moim jak i twoim Królem, a my jego poddanymi, dyrowie są to bestie,demony,potwory nikt tak naprawdę nie wie, ale z całą pewnością są magicznymi stworzeniami, a maktowie to my, ty i ja są to osoby, obdarzone, magią, mocą, którą podczas wieloletniego treningu uczą się kontrolować, a w ostatnich latach, wybierają jaką magią chcą władać - wyjaśnił bardzo powoli i wyraźnie Ethan, na którego twarzy w końcu zagościł uśmiech z jakim wszedł do pokoju Arvida.
-a co to znaczy, że moi rodzice byli żołnierzami drugiej klasy i jakie są rodzaje magii oprócz twojej? - zapytał młodzieniec, który sprawiał wrażenie o wiele spokojniejszego niż wcześniej
-to opowieść na później musimy ruszać chcesz zostać czy wyruszyć ze mną? - zapytał mężczyzna szeroko się uśmiechając
-mam jeszcze jedno pytanie - oznajmił chłopak - czy to znaczy, że jeżeli pójdę z tobą to trafię do obozu treningowego czy czegoś takiego?
-ooo nie, trafisz do szkoły, zrezygnowaliśmy z obozów 460 lat temu, Król Erick uznał, że jest to lepsza droga do szkolenia wojowników i miał rację - gdy skończył odpowiadać na jego pytanie to mrugnął dziarsko prawym okiem i szeroko się uśmiechnął - to co piszesz się na to?
- a co z Panią Luizą i resztą co im powiem? - mimo, że po zachowaniu Arvida nie dało się wyczytać jak bardzo zależy im na tych kobietach, które były dla niego przez trzynaście lat jak matki, której nie miał, której nienawidził, bo myślał, że ta go porzuciła, a w szczególności, zależało mu na Pani Luizie uznał, że będzie się bardzo martwić jak nagle zniknie - będą się o mnie martwić
-Wyczyszczę im pamięć za pomocą runy nie martw się nie będą wiedziały, że istniejesz i, że tu żyłeś - i znów uśmiechnął się do chłopca.
-Ale ja chce aby mnie pamiętały! - krzyknął - nie chcę aby Pani Luiza mnie zapomniała
-Dobrze, w takim razie tylko im ją trochę zmienię, będą myślały, że jestem twoim krewnym, który znalazł Cię po latach i mam wszystkie papiery - i spojrzał się pytająco na Ardvina - czy pasuje Ci taka historia?
-tak, niech będzie, a co to runy?
-to kolejna historia na później, uwierz mi, a uwierz mi będzie ich o wiele więcej - i wyszczerzył zęby do chłopaka.
Ardvin nic ze sobą nie zabrał, bo gdy zaczął wyciągać ubrania Ethan powiedział, ze nie będzie ich potrzebował, więc oboje zeszli na dół było już bardzo późno opiekunki siedziały w 4 w salonie i zastanawiały się kim jest ten mężczyzna, który chciał rozmawiać z Ardvinem. Oboje weszli do salonu Ethan położył swą aktówkę na stół przy którym siedziały kobiety, które wpatrywały się w niego, a Ardvin stał w progu drzwi. Mężczyzna wyciągnął z teczki płaski, wielkości głowy dorosłego mężczyzny kamień z dziwnymi wzorami wyciągnął go przed siebie i jakby zaczął odczytywać te dziwne wzory, lecz język, w którym mówił był dla Ardvina zupełnie niezrozumiały. Gdy skończył schował kamień do aktówki, a kobiety patrzyły się otępiałym wzorkiem przed siebie.
-nic im nie jest? - zapytał trochę wystraszony Ardvin
-zaraz dojdą do siebie - odpowiedział mężczyzna znów dziarsko puszczając oko do młodzieńca.
Po upływie około minuty kobiety wstały i zaczęły ściskać Ardvina, a Pani Luiza zaczęła płakać życząc mu szczęścia i prosząc aby je odwiedzał jak będzie w pobliżu.
Chłopiec z mężczyzną wyszli przed sierociniec, opiekunki stały przed drzwiami i machały do nich, gdy Ci przechodzili przez ulicę, twarz Ardvina pozostawała wciąż obojętna, lecz wewnątrz czuł smutek, ponieważ nie wiedział kiedy jeszcze będzie mógł zobaczyć te cztery wspaniałe kobiety. Po drugiej stronie ulicy znajdowała się mała uliczka, w którą weszli przeszli niecałe 50 metrów i skręcili w inną zupełnie ciemną Ethan wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki zwinięty pergamin, rozwinął go i wyciągnął przed siebie.
-złap na dole obok mojej ręki - powiedział
Gdy Ardvin złapał pergamin mężczyzna zaczął wypowiadać jakieś słowa nie mógł widzieć słów na pergaminie, chłopak ledwo zauważył co Ethan wyciągnął z kieszeni, ponieważ było tak ciemno. Nagle Ardvin poczuł, ze coś rozrywa go od środka, czuł jakby coś miało mu zaraz rozsadzić nie tylko głowę, ale i całe ciało, nagle coś białego go oślepiło, a obok ciągle słyszał mruczącego jakieś dziwne słowa Ethana i nagle wszystko tak się nasiliło, że ten pomyślał, że zaraz umrze, ale nagle wszystko znikło. Obaj pojawili się w środku lasu, podczas strasznej burzy w całkowitej ciemności, a przed sobą Ardvin widział tylko rysy jakiejś małej starej chatki.
-idziesz? zapytał Ethan, który był już kilka kroków od chłopaka, nie zatrzymując się ani nie odwracając w jego stronę głowy.
Ardvin szybkim krokiem zrównał się z mężczyzną i obaj ruszyli w stronę chaty.




Za każdy komentarz i ocenę bardzo dziękuję. Napisałem to aby rozładować myśli i bardzo chcę wiedzieć co o tym sądzą inni, więc nawet najgorszy komentarz nie będzie dla mnie krzywdzący, a chętnie poznam opinię innym, a najchętniej tą najgorszą.

Data:

 2017-03-31

Podpis:

 kamilfff

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80484

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl