DRUKUJ

 

Guru – Rozdział II - Moc Boża

Publikacja:

 17-05-27

Autor:

 Kemilk
„Im więcej możliwości, tym większe zaślepienie, im więcej z nich korzystamy, tym trudniej o prawdę. Pamiętaj jednak, by niczego nie odrzucać, gdyż mrok obejmie twą duszę.”
Księga rozdwojenia

Tego dnia ponownie rozmawiałem z Bogiem. Czy wystarczy mi sił, by zrealizować jego zamierzenia? Wychodząc przed dom, zauważyłem dużą grupę pielgrzymów, o których mi mówił. Miałem ich uzdrowić, a On w swoim czasie do nich przyjdzie i ujawni zadania, stojące przed nimi. Była tam też moja przyszła towarzyszka życia, która została mi ponownie przydzielona. To z nią dwa tysiące lat temu, jeszcze w poprzednim wcieleniu głosiłem słowo Boże. Wiele z tego, co mówiłem, zostało zapomniane, a jeszcze więcej przeinaczone. Teraz zaś ponownie kroczyłem ścieżką Wszechmogącego i realizowałem jego cele. Szedłem niesiony wiarą udzielając pomocy śmiertelnie chorym pielgrzymom. Dotykałem ich i odsyłałem do domu, odbierając im jednak pamięć tego zdarzenia, mającą ujawnić się w odpowiednim czasie. Oni stawali się ukrytym narzędziem Boga, narzędziem nie do uchwycenia przez zwykłych śmiertelników. Uzdrowiłem dwieście ludzkich istnień i doszedłem do mojej wybranki.

Przede mną stała piękna trzydziestokilkuletnia, długowłosa brunetka, z cudownymi dużymi zielonymi oczami oraz pełnymi ustami. Ubrana w stare znoszone ubranie, mające czasy świetności już dawno za sobą. Jednak jej postawa świadczyła raczej o tym, iż mam przed sobą prawdziwą boginię, próbującą dzięki brzydocie stroju wtopić się w tłum innych. Przed nią na wózku siedział zdecydowanie zbyt otyły 15–letni chłopiec, będący przeciwieństwem matki. Miał on zespół downa, ponadto jedno z jego oczu pokryte było ropą, na rękach widniały nigdy niegojące się rany, wciąż i wciąż dające o sobie znać. Na dłoniach widniały stygmaty świadczące o jego niezwykłości. Właśnie ten chłopak miał poprowadzić ludzkość, jak mnie już nie będzie. By jednak to się stało, musiałem go uzdrowić, co jednak nie było takie proste jak w innych przypadkach.

– Chodźcie za mną. Możecie do mnie mówić Jan.

Uśmiechnąłem się do nich, delikatnie odsunąłem Martę i zacząłem pchać wózek w kierunku dwóch wielkich dębów rosnących na środku polany. To tam miała otworzyć się nowa karta historii w dziejach człowieka.

– Marto, stań przy dębie, plecami do niego przywierając.

Dziewczyna nie wiedziała, skąd znam jej imię, jednak bez sprzeciwu wypełniła prośbę. Nieśpiesznie podniosłem spod drzewa wcześniej przygotowany sznur i przywiązałem dziewczynę do dębu. Kobieta niespokojnie zerkała na mnie.

– Co robisz? Po co? Zostaw mnie! – próbowała się uwolnić, było już jednak za późno.

– Zaufaj Bogu. Musisz być przywiązana, gdyż to, co zobaczysz, mogłoby zniweczyć plany Boga w względem was.

– Zostaw mamę, zostaw! – Piotr z trudem wstał z wózka i zaczął mnie nieporadnie okładać pięściami.

Chwyciłem chłopca, delikatnie naciskając punk na jego szyi i Piotr utracił możliwość jakiejkolwiek obrony. Chwilę potem leżał na trawie, z niepokojem wpatrując się w skrępowaną matkę.

– Marto, to jest twój nowy początek. Będziesz tak jak i ja kroczyć ścieżką wytyczoną przez

Jedynego. Jesteś zarazem jedyną osobą na całym świecie, na którą nie mam żadnego wpływu, nie słyszę także twych myśli. Proszę cię, obserwuj to, co się tu będzie działo i opisz to dla przyszłych pokoleń – poprosiłem moją wybrankę.

– Dlaczego to robisz? Czemu nie uzdrowisz mojego syna tak jak tych wszystkich innych?

– Marto przyszłaś do mnie, bo Bóg tego chciał. Nie sposób w pełni uzdrowić twego syna samym dotykiem. Moja moc musi połączyć się z mocą natury. Tylko wtedy dokonam wszystkiego, co niezbędne, by twój syn poprowadził ludzi, jak mnie już nie będzie.

– Nie chcę by Piotrek, kogokolwiek prowadził. Wypuść nas i pozwól odejść. – Marka nie poddawała się, chciałaby, aby ten koszmar jak najszybciej się skończył.

Nie dyskutowałem już więcej z dziewczyną, wziąłem drugi sznur, postawiłem chłopaka przy drzewie i jego także przywiązałem, dokładnie naprzeciw matki. Teraz Marta mogła tylko patrzeć na przerażonego syna. Uklęknąłem, wzniosłem ręce do góry i rozpocząłem modlitwę.

– Dziękuję Ci Boże za sprowadzenie tych przerażonych owieczek, które jeszcze dzisiaj poznają prawdę o Tobie. Dziękuję ci Boże, że mogę kroczyć wyznaczoną przez Ciebie ścieżką. Dziękuję także za uzdrowienie tego chłopca, niech on z całej mocy serca służy Ci, jak mnie zabraknie.
Na polanie pojawił się bardzo silny wiatr, rozwiewając moje długie, blond włosy. Podszedłem do Piotrka, położyłem dłoń na jego głowie i cicho kontynuowałem modlitwę. Ciało chłopca zaczęło drżeć, a z ust wypływała ślina.

– Zostaw go! – Marta podjęła kolejną próbę zatrzymania tego, co nieuniknione.
Z gardła chłopca wydobywał się charkot, a z poranionych rąk i dłoni wypływała krew, spływająca na ziemię. Na miejscu kropel krwi zaczęły wyrastać niezapominajki.

– Te kwiaty są świadkami waszego odrodzenia. Nie możemy ponownie zapomnieć, co jest najważniejsze w życiu. Już raz na to pozwoliliśmy i pogrążyliśmy się w mroku.

–Przestań! – Marta z przerażeniem obserwowała syna, jak i wszystko to, co się wokół niego działo. W miejscu kropel krwi urosły kwiaty!

Ja natomiast nadal trzymałem dłoń na głowie chłopca i czułem, jak z jego głowy powoli wypadają włosy, a jego ciało wygina się w nienaturalny sposób. Również i z jego twarzą zaczęło się dziać coś dziwnego, wykrzywiała się ona w jakieś absurdalne, groteskowe kształty. Marta wciąż krzyczała, z przerażaniem patrząc na syna, a z jej oczu spływały łzy. Jak mogła do tego dopuścić!

– Proszę, przestań! – w jej głosie czuć było błaganie.

Nie zamierzałem przestać. Stałem z zamkniętymi oczami, wciąż dziękując Bogu. Wiatr wiał jak szalony, dodając atmosferze mistyczny charakter, ja zaś niezmiennie trzymałem rękę na głowie chłopca. Byłem opok, na której zbudowany będzie nowy świat.

Tymczasem wyglądało, iż w środku ciała Piotra, obudziły się setki robaków, przemieszczających się w jego wnętrzu. Ciało chłopca wyginało się, pęczniało, co powodowało jednak, że stawało się one bardziej smukłe i delikatne. To, co się z nim działo, miało bezpośredni wpływ na drzewo, do którego był przywiązany. Jego liście wpierw pożółkły, następnie zaś zaczęły opadać. Marta przerażona patrzyła na to nienaturalne zjawisko i tylko płakała bezradnie. Zachodzące na czerwono słońce, zasłaniane przez tysiące spadających liści, odbierały temu wydarzeniu jakąkolwiek realność. Odgłos spadających gałęzi umierającego dębu potęgował uczucie nierealności. Czuła się jak bohaterka kreskówki obserwująca sceny, wymyślone jedynie po to, by przyciągnąć uwagę widowni. Świecące wprost w jej oczy czerwone słońce, przebijało się do mózgu i zaczęło jej przekazywać prawdę o istnieniu. Przez ułamek sekundy znajdowała się w innym świecie, świecie gdzie przy drodze było poustawianych wiele olbrzymich krzyży, na których wisieli skazani.

Teraz zaś znowu patrzyła na syna, którego przemiana powoli się kończyła. Skośne oczy tak charakterystyczne dla jego choroby stały się okrągłe, ciało jego było smukłe, a rany powoli zabliźniały się. Im jej syn był w lepszym stanie, w tym gorszym stanie było drzewo, które utraciło już całą swoją koronę, a i pień stawał się słabszy. Ponownie spojrzała na mnie, niezmiennie modlącego się i trzymającego rękę na głowie jej syna. I wtedy to dojrzała, dojrzała we mnie jej ukochanego, o którego powrót prosiła, będąc duszą. Wciąż otrzymywała odmowy i informację, iż w czasach ostatecznych będą ponownie mogli być razem. Mimo pytań nigdy nie otrzymała informacji, co to są czasy ostateczne i kiedy one nastąpią. Uzdrowienie syna obudziło jej pamięć z ludzkiego bytu.

Wiedząc, że proces uzdrawiania został zakończony, zdjąłem rękę z głowy Piotra, rozwiązałem go, następnie to samo zrobiłem ze swoją wybranką. Chłopiec dotykał swojego ciała i nie mógł w uwierzyć w to, co wyczuwał. Był zupełnie zdrową osobą i mógłby na nowo rozpocząć zwykłe życie, gdyby nie te głosy. One mu mówiły, co powinien robić.

– Dziękuję mistrzu.

Gdzieś w głębi duszy chciał się uwolnić ze swojego ułomnego ciała. Teraz zaś będąc wolny, wiedział, dlaczego je otrzymał, ono miało go nauczyć szacunku do innych, miało go wyczulić na krzywdę ludzką. Teraz zaś przyszedł czas na podjęcie nowej drogi, na której końcu miał być zbawiony.

– Pamiętaj o tym, co się tutaj stało i nie ustawaj w wierze – pouczyłem go, następnie zaś schyliłem się i zerwałem kilka niezapominajek.

– Kochanie to dla ciebie. Opisz wszystko, co widziałaś i ususz te kwiaty, które są niemymi świadkami cudu.

– Boże, Jan..., to naprawdę ty. – Marta, drżąc z emocji, wypowiedziała tak długo oczekiwane przeze mnie słowa.

– Tak, to ja Marto, cieszę się, że znowu możemy być razem. Jak wiesz, są to czasy ostateczne i nie wiemy, ile tym razem Bóg dał nam czasu. Szanujmy więc to, co mamy i wykorzystajmy na przygotowanie świata, do nowych czasów.

Data:

 04.2017

Podpis:

 Józef Kemilk

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80579

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl