DRUKUJ

 

Kroniki Wiecznego Królestwa Komturia Królowej Maud

Publikacja:

 17-06-19

Autor:

 Dani
Antarktyda

Góry Królowej Maud

Dzień dzisiejszy.



Dobiegało końca Antarktyczne lato. Pomimo tego, że słońce jeszcze górowało nad horyzontem, jego blask nie był już tak jasny i ciepły jak w pełni sezonu. Jego tarcza przechodziła z barwy pomarańczowej w bladoróżową zwiastując rychłe zniknięcie za horyzontem na dobrych kilka miesięcy.
Spod przykrytego zbitą warstwą śniegu lądolodu, tu i ówdzie wystawały wysokie zręby skalne. Były one efektem wywierania ogromnych ciśnień w skorupie ziemi, oraz skutkiem działania na ląd naprężeń, spowodowanych ciężarem lodu. Niektóre z brunatno – czarnych grani miały całkiem potężne rozmiary. Na kilkadziesiąt metrów wznosiły się ponad powierzchnię lodu. Tworzyły coś na kształt ciemnych wysp pośród białego, arktycznego krajobrazu. Ostre, postrzępione krawędzie wyglądały jednak mało zachęcająco, jeżeli chodzi o wspinaczkę.
Mało kto wiedział, że w tym niegościnnym klimacie istnieją wojskowe fortyfikacje. Był to powstały w pierwszej połowie XX stulecia system schronów. Kompleks ośmiu podziemnych bunkrów, dwóch zamaskowanych lodem lotnisk i jednego portu dla łodzi podwodnych. Wszystkie segmenty łączyła sieć ukrytych pod lodem, betonowych korytarzy. Wybudowana przez nazistów baza miał posłużyć do podboju świata.
Rychły koniec II wojny światowej spowodował, że fortyfikacje porzucono na kilka dziesięcioleci.
W latach siedemdziesiątych XX wieku bazą zainteresowali się członkowie „Zakonu Świętego Michała Archanioła – Pogromcy Demonów”. Była to tajna organizacja. Mało kto we współczesnym świecie zdawał sobie sprawę z prawdziwego celu jej istnienia. Członkowie bractwa byli spadkobiercami średniowiecznego, tajnego zakonu rycerskiego, którego powołaniem była walka z demonami. W XVIII wieku Watykan uznał zakon za archaiczny, niepotrzebny wręcz niebezpieczny i obłożył go ekskomuniką.
Członkowie zakonu nie zakończyli swej działalności. Założyli wpierw bractwo Św. Michała Archanioła, które po siedemdziesięciu latach przemianowali na lożę masońską. Działając pod szyldem masonerii kontynuowali walkę z siłami Pandemonium w Królestwie Ziemi, wciąż rozszerzając zakres swych wpływów.
Starożytne traktaty, opisujące „szczelinę do piekła” ukrytą wśród lodów Antarktydy ściągnęły uwagę Zakonu na Ziemię Królowej Maud. Pozostałości nazistowskich bunkrów świetnie nadawały
się na miejsce ukrycia komturii. Tak powstało zgromadzenie zakonne z siedzibą w „Nowej Szwabii”, zwane „Komturią Królowej Maud".
Z dala od zgiełku współczesnego świata, po za zasięgiem większości satelit istniała ukryta komórka Zakonu Świętego Michała Archanioła, której przeznaczeniem było strzec antarktycznych wrót do piekła.
Grupa polarnych łazików stał kilka kilometrów od „Wilczej Skały”. Był to jeden ze zrębów, którego wystająca grań przywodziła na myśl pysk wyżej wymienionego zwierzęcia.
Tylko ten, kto wiedział gdzie szukać, miał szansę dostrzec ukrywający się wśród śniegu i skał, oddział zakonników.
Każdy z nich uzbrojony był w broń etatową: półtora ręczny – konsekrowany miecz oraz karabin automatyczny AK-47 z celownikiem laserowym i magazynkiem wypełnionym srebrnymi kulami. W innych częściach świata rycerze zakonni używali nowocześniejszej broni palnej, jak M16A4, czy ARX-160.
W warunkach polarnych stawiano jednak na niezawodność wysłużonych „Kałasznikowów”. Ta prosta
w konstrukcji broń strzelała w każdych warunkach, nawet przy niezwykle niskich temperaturach.
Rycerze komturii Antarktycznej przywdziewali nieco inny strój, niż pozostali członkowie zakonu. Zwyczajowe szarobrunatne, proste habity zamienili na bardziej praktyczne zimą białe, podszyte kożuchem z futrzanym kapturem.
Każdy członek wyprawy miał wojskowe szelki i pas z komorami a przy nich parę przydatnych rzeczy, takich jak granaty, latarka, noktowizor, nóż, zapasowe magazynki. Strój dopełniały polarne wersje wojskowych czapek, szalików, rękawic, spodni, ocieplaczy i butów.
No i nie można było zapominać o okularach chroniących oczy przed mrozem i wiatrem.
Dwudziestu uzbrojonych po zęby ludzi okrążyło „Wilczą Skałę”. Skradając się pośród śniegu i lodu dotarli na ustalone pozycje. W skupieniu czekali na dalsze rozkazy. Obserwowali kręcącą
się u podnóża postać. Nie był to człowiek. Coś o wzroście dwa i pół metra, chude, z prześwitującymi przez skórę żebrami. Miało łysą głowę ze szpiczastymi uszami i mocno zdeformowaną twarzoczaszką. Z czarnych oczodołów ziała pustka, nos był spłaszczony i zadarty ku górze, jak u mumii. Spod wąskich wyschniętych warg wystawały żółte, nierówne zębiska z dwoma wyraźnymi kłami. Stworzenie miało nienaturalnie długie ręce i patykowate palce, zakończone twardymi szponami.
Jego chude nogi przypominały szczudła, obciągnięte cienką, pomarszczoną warstwą sera pleśniowego. Spod łopatek wystawały obciągnięte błoną skrzydła. Skóra istoty miała nienaturalnie szarą barwę.
Stworzenie tkwiło u podnóża formacji geologicznej i zawzięcie grzebało w śniegu, rozgarniając
go na boki pazurami.
Istoty z piekieł mają niezwykle wyczulony słuch i wzrok. Podejście takiego stwora jest niezmiernie trudną sprawą. Tego dnia rycerze zakonni mieli jednak szczęście. Kreatura kompletnie pochłonięta była pracą i nie zwracała uwagi na otoczenie.
Przy jednym z występów skalnych przysiadł wysoki mężczyzna o jasnej brodzie, niebieskich oczach
i lekko krzywym nosie. Był to Zygfryd Dovlencraft – porucznik drugiej kompanii polarnej. Gestem ręki nakazał się zatrzymać trzem innym, podążającym za nim zakonnikom. Ci natychmiast padli
w śnieg, czekając na dalsze polecenia.
- Zajęliście pozycje? – Rzucił do małego mikrofonu przy twarzy. W słuchawce komunikatora zabrzmiało kilka głosów potwierdzających.
Oficer podniósł okulary, wyciągnął z futerału lornetkę elektroniczną i przyłożył do oczu. Migający zielenią krzyżyk sam obrał cel i zogniskował soczewki. Dovlencraft zobaczył potwora
w przybliżeniu. Miał opanowaną w jednym palcu „Klasyfikację piekielnych pomiotów” według Hoffmana.
- „Uruszukin” – wyszeptał do mikrofonu. – Klasa trzecia. Jakieś cztery i pół tysiąclecia. Średnio niebezpieczny. Nie można dać mu wzbić się w powietrze, bo wtedy zrobi się naprawdę ciężko…
- Zająłem pozycję – z komunikatora dobiegł głos snajpera. – Czekam na sygnał.
- Strzelać bez rozkazu – rzucił krótko Dovlencraft.
Porucznik wyjrzał zza skały. Przystawił do oczu lornetkę.
Rozległ się huk pojedynczego wystrzału. Po nim nastąpił świst. Zygfryd zobaczył przez lornetkę, jak pocisk sięga celu. Kula trafiła w plecy tuż pod łopatkę, przy skrzydle. Stwór wyprężył
się w tył jak struna, zawył przeraźliwie.
Srebrny pocisk nie mógł go zabić. Nie konsekrowano nabojów, ponieważ kontakt z prochem i siarką pozbawiał ich nadnaturalnych właściwości. Metale szlachetne, używane do produkcji nabojów jedynie osłabiały i spowalniały demony. Robotę trzeba było wykończyć przy pomocy wody święconej, modlitwy, bądź dobrze konsekrowanego, specjalnego ostrza.
- Teraz! – Zawołał porucznik.
Rozległa się kanonada kilkunastu karabinów automatycznych. Srebrne kule bezlitośnie dziurawiły ciało stwora. Ten jedynie zasłaniał ręką głowę.
Rycerze okrążyli demona i wolno podchodzili do niego, nie przerywając ostrzału. Raz po raz któryś z zakonników sprawnie wymieniał magazynek, by kontynuować kanonadę.
Po chwili łowcy demonów stali już w odległości dwóch metrów, od wijącego się pod gradem pocisków stwora. Skończyły się naboje. Demon chciał ten fakt wykorzystać. Ostatkiem sił próbował wzbić
się w powietrze. Podziurawione błony na skrzydłach nie nadawały się do lotu. Opadł na kolana. Jeden z zakonników błyskawicznie dobył miecz sądząc, ze szybkim cięciem zakończy sprawę. Bestię trzeciej klasy nie dało się łatwo zaskoczyć. Stwór zerwał się błyskawicznie, chwycił rycerza
za nadgarstek i jednym kłapnięciem szponów rozpruł mu krtań, gardło i grdykę.
Dovlencraft wyciągnął z kabury rewolwer – Smith & Wesson, model Magnum 44 z pociskami 11,2mm
i wypalił trzy razy. Dwa pociski trafiły demona, jeden dobił konającego w konwulsjach mnicha.
- Atakować na rozkaz! – Warknął wyciągając miecz.
Pozostali zrobili to samo.
Demon tym czasem wył ryczał, szczerzył kły i wymachiwał długimi łapami, próbując odstraszyć napastników. Był otoczony, przyparty plecami do skały. Porucznik doskonale wiedział, że trzeba wybrać idealną chwilę do skoordynowanego ataku. Tylko w ten sposób można było uniknąć strat.
- Teraz! – Zawołał i wypalił pozostałe w magazynku pociski.
Rycerze skoczyli kupą, jak stado wilków. Kiedy jedni absorbowali uwagę stwora inni atakowali mieczami z tyłu lub z boku. Konsekrowane, święte ostrza zadawały dotkliwe rany. A gdy stwór chciał ich odpędzić odskakiwali, robiąc miejsce następny nacierającym. Taktyka „wilczego stada” opłaciła się. Po kilkunastu minutach Uruszukin padł na kolana ciężko dysząc. Słabość piekielnego pomiota wykorzystał Dovlencraft – błyskawicznym pchnięciem wbił swój miecz w pierś potwora.
Następnie cięciem odrąbał mu łeb.Stwór padł martwy na podłoże. Ciemnogranatowa posoka oblała biały śnieg.
Porucznik dla pewności jeszcze rozpruł klatkę piersiową bestii i wyrwał jej serce.
- Posprzątajcie tu – powiedział wrzucając organ demona do plastikowego worka.
Dovlencraft stanął przy skale i obserwował krążących wokół zakonników. Po godzinie, porządkowanie terenu dobiegało końca.
- Poruczniku! Tu coś jest! – Zawołał jeden z młodszych rycerzy.
Zygfryd bez entuzjazmu, ruszył w kierunku dziury, którą wydrążył demona, a przy której operował teraz Antonio de La Pena młody rycerz z Andaluzji, który przybył na biegun
wraz z ostatnim uzupełnieniem. Miał koło 180 cm wzrostu, śniadą cerę, ciemne oczy
i skryte pod kapturem krótkie kręcone włosy.
- To jakiś dziwny metal – powiedział.
Oficer nachylił się nad wykopem. Wewnątrz, spod warstwy śniegu rzeczywiście wystawał fragment niezidentyfikowanej, większej całości. Na pierwszy rzut oka faktycznie znalezisko przypominało metal. Ale dźwięk, który wydało, kiedy stuknął w nie saperką de La Pena sugerował, że może to być inny materiał.
Dovlencraft wskoczył do dziury, odgarnął ręka śnieg z powierzchni. Były tam napisy
w jakimś obcym, zapewne starożytnym języku.
- To chyba pismo an’hariel – mruknął. – Trzeba byłoby ściągnąć tu Balotellego,
on się zna na starych sanskrytach…
- Nie zdążymy! – Zawołał z góry Wierzbicki. – Ze wschodu nadciąga burza śnieżna. Za parę godzin nie będzie śladu po tym miejscu!
Piotr Wierzbicki był snajperem w oddziale Dovlencrafta. Nim został zakonnikiem, s
łużył w jednostkach specjalnych. Pomimo tego, że pozostali rycerze w arktycznych warunkach trochę mniej dbali o wygląd. Częściej niż normalnie pozwalali sobie na przetłuszczone, długie włosy
i niechlujne brody, to dawny komandos wciąż preferował wojskowy „sznyt”.
Zawsze dbał o to, żeby kark był właściwie wygolony a swoje ciemne włosy pozostawiał nieco dłuższe jedynie na górze. Miał szare oczy, lekko garbaty nos i wąskie usta w których często zagryzał wykałaczkę. Pomimo swoich trzydziestu lat, był niezwykle doświadczonym żołnierzem. Brał udział
w licznych misjach wojskowych na całym świecie. Porucznik cenił jego wiedzę i umiejętności.
- Dobra, weźcie jeszcze dwóch ludzi i spróbujcie odkryć większą powierzchnię – powiedział dowódca do podwładnych. Spojrzał jeszcze na niebo i dodał. – Macie jakąś godzinę, nie dłużej.
Zygfryd kazał przyprowadzić pojazdy bliżej. De la Penii i Wierzbickiemu po około czterdziestu minutach udało się odkryć cały artefakt.
Dovlencraft obejrzał znalezisko. Było prostokątne, miało jakieś dwa metry długości i osiemdziesiąt centymetrów szerokości. Niemal w całości pokrywały je obce piktogramy.
- Co to jest? – Mruknął oficer.
- Wygląda jak sarkofag – stwierdził Antonio.
- Jakby co, da radę wyciągnąć to z lodowca – stwierdził Wierzbicki.
- Nie wiem… Może lepiej tego nie ruszać? – Parsknął de La Pena.
- To co robimy poruczniku? – Westchnął stary komandos.
- Cholera! Jeżeli to zostawimy Vallenvart znowu będzie miał pretensje, że artefakt porzucono, bez sprawdzenia jakie niesie zagrożenie – mruknął oficer. – Wyciągnijcie to, tylko ostrożnie… Jeżeli natraficie na jakieś pieczęcie bądź plomby to lepiej ich nie ruszajcie…
Ekspedycja dotarła do bazy kiedy na zewnątrz szalała już zamieć. Obszerny hangar ukryto
pod lodowcem. Wjazdu nawet nie trzeba było specjalnie maskować, notoryczne opady śniegu czyniły go niewidocznym.
Trzy duże pojazdy gąsienicowe zatrzymały się w hali głównej.
Wnętrze było wysokie na cztery metry, przy suficie przebiegały wiązki okablowania oraz kilka rodzajów rur. Między innymi woda, gazociąg, ogrzewanie. Wszystkie okrywał gruba izolacja,
oraz szerokie ocynkowane rury zewnętrzne. Pomieszczenie oświetlały cztery wiszące lampy, podłogę stanowiła gruba warstwa zbrojonego żelbetonu.
Kilka osób z obsługi technicznej krążyło po hangarze, przenosząc jakieś graty. Paru mechaników dokonywało napraw pojazdów z parku maszyn.
Dovlencraft wysiadł z łazika. Przy wejściu czekało już na niego dwóch mężczyzn. Młody szatyn, koło trzydziestki z przystrzyżoną bródką w habicie komtura. Drugi starszy, na oko miał
z pięćdziesiąt lat. Łysiejący z ciemnymi brwiami, piwnymi oczami i szpakowata brodą.
- Komturze Vallenvart – porucznik oddał skinieniem głowy honor młodszemu mężczyźnie. – Cześć Fabio – przywitał się z tym starszym.
Konrad był jednym z najmłodszych rycerzy na tak wysokim stanowisku. Własną komturię otrzymał z trzech powodów. Po pierwsze był jedynym obok niejakiego pułkownika Tottiego zakonnikiem,
który nawiązał kontakt z boskimi posłańcami – an’hariel. Po drugie w trakcie prowadzonych z demonami walk nabył dużego doświadczenia. Po trzecie większość najwyższej kadry zakonu zginęła
w trakcie ostatniej wojny z armią Chaosu. Tak więc potrzeba sprawiła, że młody oficer z Valletty szybko awansował.
- Co tam macie? – Spytał Vallenvart.
Wszyscy trzej spojrzeli w stronę jednego z łazików, gdzie załoga właśnie wyciągała pokrytą pismem skrzynię.
- Znaleźliśmy to pod „Wilczą Skałą” – rzekł Dovlencraft. – Uruszukin próbował wykopać tę skrzynię z lodu.
Balotelli ruszył wyraźnie podekscytowany w kierunku znaleziska. Poczekał aż artefakt znajdzie się na ziemi, następnie włożył binokle i zaczął oglądać piktogramy.
- To bez wątpienia pismo an’hariel – stwierdził. – Jakiś starszy dialekt, wielu słów
nie rozumiem… Komturze trzeba będzie skorzystać z „relikwii”.
- Dobrze, ale nie tutaj – westchnął Vallenvart. – Zabierzcie to do laboratorium.
Wszelkie operacje wykonywać zgodnie z instrukcją i zachowaniem wszelkich środków ostrożności.
- Tak jest – skinął głową Balotelli.
Laboratoria znajdowały się w najbardziej na północ wysuniętym bunkrze. Miały one kilka wyjść na zewnątrz a z głównym kompleksem łączył je tylko długi na sto pięćdziesiąt metrów korytarz. Wewnątrz mieścił się holl oraz cztery oddzielone od niego kuloodpornymi szybami ambulatoria.
Do każdego z nich wejść można było przez zabezpieczone kodem kuloodporne drzwi. W razie awarii bądź kłopotów każde z laboratoriów można było odgrodzić stalowymi wrotami grubości dwudziestu centymetrów, wysuwanymi z góry.
Komtur minął główne wejście do tej części kompleksu. Przywitał się z oficerem dyżurnym
i zostawił swój miecz w stojaku, jak nakazywał regulamin. W laboratoriach znajdowały
się substancje i przedmioty, które nie lubiły nawet przypadkowych spotkań z ostrymi przedmiotami. Każdy, kto wchodził do środka miał nakaz pozostawienia wszystkiego, co nadawało
się do przecinania w dyżurce. Dowódca ruszył naprzód korytarzem.
Minęło parę godzin, w których Vallenvart zajmował się sprawami urzędowymi. Myślami uciekał
w stronę tajemniczego artefaktu. Ciekaw był, co odkrył Balotelli.
Przy jednym z laboratoriów stał niewielki tłumek, złożony z laborantów oraz wartowników. Łatwo było domyśleć się, że tam właśnie trwały prace z artefaktem.
Komtur podszedł do okna i zajrzał. Zobaczył Balotellego, wklepującego dane do komputera, stojącego obok Dovlencrafta. W kącie na krzesełku siedział Wierzbicki. Wyraźnie znudzony, bawił się jakąś menzurką. Przy znalezisku stał de La Pena i coś dyktował Balotellemu.
Konrad wpisał kod. Mechanizm zamka magnetycznego odpuścił. Komtur pchnął drzwi i wszedł
do środka.
- Jak idzie? – Spytał.
- Całkiem dobrze – stwierdził Fabio. – Sporą część odczytałem posiłkując się jedynie „Opracowaniami Wilgeforga” Jest jednak część, przy której potrzebna będzie „relikwia”…
- Nie czekając na ciebie napisałem stosowny rozkaz – wtrącił Dovlencraft. – Wkrótce powinni przynieść tu hełm.
- To może być prawdziwa bomba! – Stwierdził Balotelli. – Na wieku tej skrzyni znajduje
się historia potomków Adama i Ewy, po opuszczeniu Raju! Zgodnie z tym co jest napisane, „posłańcy” zamknęli na wiele tysiącleci w „sarkofagach” całą społeczność, posiadającą geny ludzi z Raju, by przetrwała gwałtowną epokę lodowcową!
Balotelli wstał podszedł do artefaktu.
- To może być właśnie jeden z tych sarkofagów! – Puknął w skrzynię – z boku znajduje
się panel.
Otworzył niewielką, prostokątną klapkę przy lewej dłuższej krawędzi. Z wnętrza dziwny kryształ wyemitował wiązkę światła, które w mig przybrało formę trójwymiarowej kolumny symboli.
Vallenvart podszedł bliżej, obejrzał oznaczenia.
- Kiedyś już widziałem coś podobnego – stwierdził. – To nie sarkofag, tylko komora hibernacyjna an’hariel!
- W środku może być posłaniec? – zainteresował się Wierzbicki.
- Raczej ktoś ze społeczności w której żyli Adam i Ewa – wtrącił Fabio.
- To na co czekamy? – zawołał de La Pena – otwórzmy to!
- Nie tak szybko – mruknął komtur. – W takich komorach prócz samych siebie an’hariel zamykają różne paskudztwa… Rozszyfrujemy wpierw wszystkie inskrypcje zanim stwierdzimy, że warto to otwierać.
Po piętnastu minutach przyniesiono kasetkę pancerną, zamykaną szyfrem. Konrad przejął sejf. Postawił go na biurku i ustawił kod otwierający. Z wnętrza wyciągnął hełm, a raczej jego resztki. Metal był pogięty, wiele jego fragmentów zostało rozprutych i połamanych. W całości pozostały jedynie okulary i fragment ochraniający mózgoczaszkę. Kiedyś należał do an’hariel. Oni użyczyli go wraz z całym biomechanicznym pancerzem Konradowi na czas jednej z bitew. Po niej zbroję zabrali, pozostawiając rozbity i niepotrzebny hełm. Mimo uszkodzeń artefakt okazał się zakonowi bardzo przydatny. Zawarta w nim elektronika zachowała sprawność. Zapisane w matrycy informacje zakonnicy wykorzystywali do odczytu danych i przeprowadzania skomplikowanych analiz, niewykonalnych dla urządzeń ziemskich.
- Żałuję, że nie mogę go użyć – westchnął Balotelli.
Matryca, wbudowana w hełm współpracowała jedynie z falami mózgowymi Vallenvarta. Inżynierowie zakonu przypuszczali, że urządzenie można przestroić, ale technologia, stosowana
przez „posłańców” była zbyt zaawansowana, żeby mogli tego dokonać ludzcy inżynierowie.
Konrad włożył hełm uruchomił matrycę. Na okularach wyświetliły się symbole an’hariel.
Po chwili ruszył translator, niezrozumiałe znaki hełm przetłumaczył na angielski.
- To gdzie są te zapiski, których nie mogłeś odszyfrować? – Spytał komtur.
- To ten fragment – Fabio wskazał część sarkofagu z tekstem, zapisanym dziwnymi znakami.
Konrad podszedł do Balotellego. Wskazany fragment różnił się od tych grawerowanych.
był jakby wydrapany rysikiem w pośpiechu.
Vallenvart usiadł na krześle i rozpoczął tłumaczenie.
Balotelli stał nad nim i obserwował jak dowódca skanuje kolejne symbole.
- W komorze hibernacyjnej znajduje się jakaś dawna przywódczyni – powiedział po chwili Konrad. – Po tym jak społeczność została wybudzona ze snu hibernacyjnego ich przewodniczka zapadła na jakąś… chorobę. Zaczęła się dziwnie zachowywać… Tu jest coś zdrapane, nie mogę odczytać – ominął niewyraźne znaki i przeszedł dalej. – Ginęli ludzie – przeczytał na końcu.
Wierzbicki siedział na krześle przy biurku i ustawiał piramidę z przyborów laboratoryjnych. Dovlencraft leżał na łóżku pod ścianą i liczył kropki na suficie.
De La Pena krążył wokół komory i wodził palcami po jej powierzchni. Nagle niechcący trącił niewielki wystający piktogram, który niespodziewanie wyskoczył. Młody rycerz wystraszył się. Miał niczego nie dotykać tym czasem coś wypadło ze środka. Sprawdził, czy ktoś zauważył. Wierzbicki całą swoją uwagę poświęcał budowli, którą zrobił z menzurek. Dovlencraft przysnął. Balotellego
i Vallenvarta pochłaniała praca nad tłumaczeniem napisu.
- Starszyzna postanowiła zamknąć ją w komorze, do czasu, aż ustalą co jej jest – ciągnął komtur. – Tu jest znowu trochę zatarte… To chyba jej imię…
Nagle z wnętrza sarkofagu dobiegł jakiś dziwny dźwięk. Kryształ w panelu sterującym komory zamrugał na czerwono, jeden z rzędów znaków zaczął szybko się przesuwać. Niepokojący dźwięk zbudził Dovlencrafta i sprawił, że rozpadła się menzurkowa budowla Wierzbickiego. Co snajper skomentował siarczystym przekleństwem.
- Co jest? – Balotelli podszedł do kryształu. – Czas do końca „resetu” czujnika ciepła – przeczytał.
- Czujnik ciepła? – Parsknął Konrad. – To taki rodzaj wyłącznika czasowego. Miał zapewne dezaktywować układ kriogeniczny kiedy warunki na zewnątrz zrobiły się sprzyjające…
- No tak, ale zdaje się, że w środku jest uwięziona jakaś sfiksowana panienka – mruknął Wierzbicki. – Skoro ją chcieli zatrzymać to ten czujnik pewnie celowo odłączyli, żeby komora sama się nie otworzyła.
- On ma rację! – Wtrącił Dovlencraft – lepiej szybko wyłączcie to cholerstwo.
- Niech to – mruknął nieśmiało de La Pena. – To chyba ja… Tam ze środka wyskoczył taki pypeć… Wepchnąłem go…
- Co? Ja mu zaraz dam „pypcia” – Parsknął Wierzbicki.
Snajper zerwał się z krzesła i skoczył na młodego zakonnika. W ostatniej chwili złapał
go Dovlencraft.
- Daj spokój Piotrek – powiedział porucznik. – Młody nabroił, ale to, że go zatłuczesz
nie odkręci błędu. – Następnie zwrócił się do oficera naukowego. – Fabio, wyłączysz to coś! Prawda?
Balotelli stanął nad panelem. Bezradnie oglądał zmieniające się symbole.
- Cholera nie wiem jak! – Parsknął – może jest gdzieś na sarkofagu jakaś instrukcja!
Konrad opuścił binokle i zaczął szukać wskazówek w tekście.
- Nic tu nie ma! – Warknął. – O cholera... Przetłumaczyłem imię z tej inskrypcji … To Lilith…
Rycerze popatrzyli jeden na drugiego. Znali to imię i wiedzieli, że nie wróży nic dobrego.
Zamki magnetyczne komory hibernacyjnej zostały zwolnione. Wieko uniosło się. Z wnętrza wyciekła mglista para, zakrywając całe ambulatorium.
- Wynosimy się! – Zawołał komtur i wdusił przycisk alarmu.
Wszyscy rycerze skoczyli w kierunku drzwi. Ostatni wyszedł Dovlencraft. Konrad wpisał kod
i metalowa przegroda opadła, odcinając pomieszczenie.
Balotelli podszedł do słupa podtrzymującego sklepienie. Znajdowała się na nim niewielka skrzynka o przekątnej piętnastu cali. Otworzył ją. Wewnątrz była dotykowa matryca, podłączona
do kamer we wszystkich ambulatoriach. Fabio wybrał to z sarkofagiem i powiększył obraz. Konrad, Zygfryd, Piotr i Antonio stanęli za oficerem naukowym. Przez jego ramię zerkali w monitor.
Obraz był słaby. Wydobywająca się z komory kriogenicznej para ograniczała mocno widoczność.
Na kiepskiej jakości monitorze rycerze zobaczyli jak Lilith wstaje, a właściwie jakaś siła podnosi ją w wyprostowanej pozycji z komory. Była naga, mimo kiepskiej jakości obrazu, zaobserwować można było jej zgrabne kształty. Widok z kamerki uniemożliwiał identyfikację rysów twarzy. Widać było jedynie, że ma długie, kręcone włosy.
- Nie wygląda jakoś strasznie – stwierdził Antonio. – Na oko…
- Bo kobiece demony mamią pożółkłą skórą i parchami – mruknął Wierzbicki. – Poczytaj sobie
o obronie Jerozolimy i mordującym wojowników demonie imieniem Nachereme.
- No ona ma czym kusić – stwierdził Konrad. – I wie jak to się robić…
- Kto Lilith? – Spytał de La Pena.
- Nie Nachereme – powiedział Dovlencraft. – Nasz komtur miał okazję spotkać ją osobiście.
- Mamy tu kryzys a wam tylko dupy w głowie – burknął Wierzbicki.
- Nie dupy tylko kobiece demony – oznajmił Balotelli.
- Twoje dewiacje w ogóle mnie nie obchodzą! – stwierdził snajper.
- Czekajcie! Co ona robi? – Przerwał dyskusję Dovlencraft.
Kobieta na ekranie monitora podeszła do drzwi i położyła na nich dłonie. Nagle stalowe wrota, odgradzające ambulatorium zgrzytnęły. Wszyscy z grozą spojrzeli na przegrodę. Metal trzeszczał. Grube nity spajające blachę zaczęły odpadać, jeden po drugim.
Wartownicy stanęli frontem do drzwi z bronią gotową do strzału. Nagle dwudziestocentymetrowa stal pancerna pękła, niczym aluminiowa puszka po napoju. Wszystkich, znajdujących się na korytarzu rycerzy zwaliła z nóg niewidzialna siła. Przez otwór wyjrzała Lilith. Nim ktokolwiek zareagował wydostała się na zewnątrz. Ochroniarze próbowali strzelać, ciąć mieczem lecz kobieta poruszała się dla nich za szybko. Nawet jeżeli któryś pocisk sięgnął jej ciała to nie czynił większej szkody.
Vallenvart odruchowo chciał chwycić za miecz. Przypomniał sobie, że zostawił swój w dyżurce, zresztą jak i pozostali rycerze, przebywający w ambulatorium.
- Osłaniajcie mnie! – Zawołał.
Zerwał się z podłogi i pognał w stronę kanciapy oficera dyżurnego. Tym czasem Dovlencraft
i Wierzbicki złapali miecze powalonych wartowników i zaatakowali Lilith. Uderzyli z dwóch stron. Naprzemiennie wymierzali cięcia. Kobieta sprawnie unikała ciosów próbując przy okazji chwycić któregoś z napastników. Taktyka, jaką stosowali dwaj doświadczeni rycerze przez pewien czas skutecznie jej to uniemożliwiała.
W końcu udało jej się trafić Wierzbickiego. Zakonnik przeleciał dobre cztery metry nim runął na ścianę. Lilith następnie chwyciła nadgarstek Dovlencrafta i wykręciła mu z ręki miecz. Zygfryd spojrzał w jej w oczy. Nie było w nich źrenic, jedynie biała, nienaturalna pustka. Kobieta wyszczerzyła kły.
- Puść go! – Warknął Vallenvart.
Szedł śmiało naprzód, w dłoniach trzymał swój miecz. Jego głownia zalśniła błękitnym blaskiem. Światło osłabiało Lilith. Kobieta puściła porucznika i wolno cofała się w stronę wyjścia z bunkra.
- Moc Archaniołów! – Warknęła nieludzkim demonicznym głosem. – Skąd nędzny człowieczku wziąłeś to ostrze? Który z tych świętoszkowatych gnojków ci go konsekrował? Michał? Może Lucyfer? Bo raczej nie Rafał…
- Lucyfer nie jest przecież Archaniołem – stwierdził de La Pena.
- Ale był – powiedział Balotelli. – Został strącony do piekła, ale zdaje się, że ona
o tym nie wie, bo była zahibernowana…
Demon skierował swój wzrok na oficera naukowego. Najwyraźniej usłyszał słowa Fabia.
- Poddaj się i ukorz przed mocą tego oręża! – Zawołał Konrad. – W Almeryt tchnął siłę gubiącą demony sam Archanioł Gabriel!
- Co? Gabryś został Archaniołem? – Zdziwiła się Lilith. – Lucyfera zesłali do Pandemony… Dużo się zmieniło, kiedy spałam… Hetmana… wiadomo ci coś na temat Anun’Naka o tym imieniu?
Zmieniła się. Jej szara cera, nabrała rumieńców. W bladych oczach błysnęły ciemne jak węgle źrenice.
Konrad kiedyś usłyszał już to imię, a raczej tytuł bardzo podobnie brzmiący.
- Jakiś czas temu, w Karpatach – powiedział – spotkałem mężczyznę, którego zwali „hetmanem”… W istocie, wspomniał on twoje imię… Po zwolnieniu z „wieczystej służby” chciał odnaleźć ukochaną...
- Szuka mnie? – Spytała z nadzieją.
W niczym już nie przypominał demona, jej długie, czarne loki opadały co i rusz figlarnie
na twarz, ciemne oczy wyrażały tęsknotę. Co ciekawe błękitna moc miecza zdawała się w tym momencie wcale jej nie szkodzić. Lilith przesłoniła jedną ręką biust, drugą zakryła łono.
Wierzbicki zerwał się z podłogi, chwycił jeden z poniewierających się kałasznikowów ochroniarzy
i wymierzył do dziewczyny. To samo zrobił de La Pena. Dovlencraft wziął miecz i stanął u boku komtura.
- Nie zabiję was – powiedziała Lilith dźwięcznym kobiecym głosem. – Powiedzcie tylko gdzie
są te „Karpaty”!
Zakonnicy już szykowali się do ataku, kiedy gestem ręki powstrzymał ich Vallenvart.
- W Europie Środkowej – powiedział. – Ale tam już go nie znajdziesz…
Dziewczyna wyraźnie się zmartwiła. Nie wyglądała już groźnie. Mimo to komtur kurczowo zaciskał dłonie na gotowym do zadania ciosu mieczu. Rozsądek nakazywał mu ostrożność. Kobiece demony świetnie potrafiły zagrać uczucia, tak, by wzbudzać u mężczyzn litość i chęć pomocy. Intuicja jednak podpowiadała Vallenvartovi, że to co widzi jest szczere. Dlatego postanowił podzielić
się tym co wie.
- Hetman otrzymał od an’hariel koordynaty miejsca, gdzie widziano cię po raz ostatni…
To wszystko, co wiem…
Lilith obejrzała się. Z tyłu dostrzegła biurko, przy którym stał wieszak z zimowym habitem pomocnika oficera dyżurnego. Za nim były schody do góry i stalowe drzwi.
Kobieta błyskawicznie skoczyła w głąb korytarza. Vallenvart nawet nie widział jak dobiegła
do biurka. Z wieszaka zdjęła okrycie i założyła na nagie ciało.
Następnie w sposób niezauważalny dla ludzkiego oka przeniosła się pod drzwi, prowadzące
na zewnątrz kompleksu. Jej twarz stała się na powrót szara a oczy zblakły i błysnęły złowrogo.
Położyła dłonie na pancernych drzwiach i rozsadziła tak, jak poprzednio wrota w ambulatorium. Potem zniknęła wśród śniegów Antarktydy.
Konrad z Zygfrydem jeszcze dłuższą chwilę pilnowali zniszczonego wejścia. Dopiero,kiedy Almeryt przestał lśnić odetchnęli z ulgą.
Komtur opuścił miecz. Odwrócił się i rozejrzał. W korytarzu było trochę zniszczeń. Rozpruta gródź wyrwana szafka uszkodzony filar. Balotelli, de La Pena i Wierzbicki sprawdzili stan powalonych wartowników.
- Żyją – zameldował Fabio. – Nie doznali poważniejszych urazów. Kilka stłuczeń, wstrząśnienia mózgu w dwóch przypadkach możliwe złamanie.
- Dlaczego jej nie zabiłeś, kiedy okazała słabość? – Spytał Dovlencraft.
- Ponieważ w wojnie pomiędzy światłością Eden a mrokiem Pandemonium zdarzają się odcienie szarości – stwierdził komtur. – Zdaje się, że Lilith może być jednym z nich…
- Tak, ja też to dostrzegłem – wtrącił Fabio. – Widzieliście co się działo kiedy mówiła
o tym… hetmanie.
- Wygląda na to, że Lilith została przeklęta i jest ktoś, kto może tę klątwę usunąć – powiedział w zamyśleniu Konrad. – Połączcie mnie z archiwum w Valletcie – dodał po chwili. – Może Totti w starodrukach znajdzie coś więcej…


Koniec

Data:

 03.2017

Podpis:

 Artur Danilczuk

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80614

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl