DRUKUJ

 

Requiem/Warszawa

Publikacja:

 17-08-03

Autor:

 Kiki255
Siedzę na dachu i piję różowe wino prosto z gwinta. Jest wytrawne, cierpkie, ale lekkie, jak każde różowe. Chciałam kupić porto, ale umówmy się, że urżnęłabym się nim natychmiast, a nie na tym mi zależało. Niech będzie przeklęta moja słaba głowa do alkoholu. Jest upalny, duszny wieczór w samym centrum Warszawy. W moim nagrzanym słońcem mieszkaniu na Jasnej stoi spakowana walizka. Jutro z samego rana wyruszam na południe. Za to dziś jest rocznica. Zaledwie kilka godzin wcześniej cała stolica Polski zatrzymała się na minutę. Szłam akurat po to cholerne wino i też stanęłam na baczność, wpatrzona bezmyślnie w wyremontowaną kamienicę naprzeciwko mnie. Z oddali dobiegały mnie krzyki ludzi, którzy szli przez miasto odpalając race. Poczułam żółć w ustach, włożyłam słuchawki w uszy i ruszyłam dalej. Syreny ucichły. Magiczny moment minął. Wskrzeszone miasto żyło dalej. Ktoś w końcu musiał.

Zapalam cienkiego papierosa i wdycham cuchnące spalinami powietrze. Wiem, że to mój ostatni dzień w Warszawie. Nie ostatni w tygodniu, w miesiącu, nawet w roku. Prawdopodobnie w ogóle ostatni. Będzie mi cię brakować, Warszawo. Jest w tobie melancholia, którą też odczuwam. Jest mi autentycznie przykro, że nie mogę zostać. Nie mogę. To po prostu niemożliwe. Jak do tego doszło? Dlaczego stało się to, co się stało? Nie wiem. Myślę, że ta nienawiść tkwi w nas tak głęboko, że nie da się stwierdzić, kiedy się narodziła. W nas, w ludziach. Nie potrafimy żyć razem. Musimy nienawidzić. Musimy niszczyć i dzielić. Nie jestem święta, też robiłam złe rzeczy. Bardzo złe. Cholernie upiorne. Nie umiem patrzeć na tę eskalację. Nie chcę walczyć. Po co? Nie mogę zmienić tego, co nie chce być zmienione. Im jest tu dobrze, to niech sobie są.

Nie dam rady zostać, Warszawo, sorry. Nie będę patrzeć na to, jak miesza się z błotem to, o co walczyli ci młodzi ludzie, których dziś wspominają. Nie będę słuchać tego, co mają mi do powiedzenia ci, w których nienawiść aż się gotuje, gotowa do erupcji w każdym momencie. Kocham cię, Warszawo, ale to za mało. To już nie wystarczy. Jak oni wszyscy patrzą w lustra? Nie wiem. Ja sama często odwracam wzrok, bo ile można patrzeć na własne napuchnięte od łez oczy? Nie jestem święta, ani trochę. Ale przy nich można mnie nazwać przyzwoitym człowiekiem.
Muszę się z tobą pożegnać, Warszawo. Z każdą ulicą, po której chodziłam w letnie i zimowe dni. Z Żoliborzem, pełnym bieli i zieleni. Z Muranowem i każdym jego duchem. Ze Starym Miastem, barwnym i klimatycznym. Ze Śródmieściem i jego kontrastami. Z Powiślem, mieszanką biedy i bogactwa. Będzie mi was brakować, kochane dzielnice. Nie mogę zostać. Przykro mi. Znowu płaczę, pieprzona sentymentalna idiotka.

Palce mi drżą, kiedy gaszę niedopałek. Wstaję i kończę wino. Lekko kręci mi się w głowie. Obrzucam spojrzeniem panoramę rozciągającą się przede mną. Nie byłam stąd, ale wrosłam w to niezwykłe miasto tak szybko, że sama nie byłam w stanie w to uwierzyć. Prawie miałam nadzieję, że będę mogła zostać tu na zawsze. Kolejne złudzenie, miraż. Moja siostra mówi, że pora spierdalać. Boi się, tak samo jak ja. Boi się piekła, które się rozpętało. Nie tylko tutaj, to jasne. W wielu miejscach. Odradza się coś złego, coś, co miało być tylko wspomnieniem, koszmarnym snem, który już się nie powtórzy. Słowa, słowa... to zło jest w nas, uśpione. Czeka na moment, w którym nie będziemy umieli poradzić sobie z własnym nieszczęściem. Właśnie wtedy dobrze jest wyrzucić z siebie cały żal i ból, oskarżyć kogoś, przerzucić winę, zemścić się. Na koniec wszyscy za to płacimy, ale przez chwilę jest nam lepiej. To ich wina, wszystko ich wina. Trzeba ich ukarać i zacznie się nam żyć lepiej. To bullshit, rzecz jasna. Ale historia zna to błędne koło aż za dobrze.

Schodzę po schodach i wychodzę na ulicę. Widzę porzucone flaszki, zmięte ulotki. Mija mnie kilka policyjnych samochodów. Potrafię już tylko gorzko się uśmiechać. Wszystko można wypaczyć, każdego wciągnąć w bagno. Muszę się stąd wyrwać i czuję się jak tchórz. Jakbym opuszczała śmiertelnie chorego człowieka przykutego do łóżka. Nie mogę mu pomóc, a już tym bardziej patrzeć, jak umiera. Wszystko mnie boli.

Wpadam do domu i biorę szybki prysznic. Zimna woda trochę mnie otrzeźwia. Wyłączam telefon. Rzucam się na łóżko, ale nie mogę zasnąć. Leżę w ciemnościach. Bombardują mnie setki myśli. Wspomnienia dobrych dni, kiedy byłam tu tak szczęśliwa, kiedy wszyscy zmierzaliśmy w dobrym kierunku. Nie było idealnie, ale dobrze. Było wiadomo, że to musi kiedyś ostro pierdolnąć. No i pierdolnęło.

Poranek. Stoję przy ekspresie i parzę kawę. Piję ją szybko i porzucam kubek w zlewie. Nie mam zamiaru go umyć. Znoszę walizki na dwór i zatrzymuję się na chodniku. Patrzę na ludzi zmierzających do pracy. Czy wiedzą, jak blisko nieuniknionej tragedii wszyscy się znajdujemy? Czy o tym myślą? Pewnie nie. Nie mogę ich winić. Zerkam na błękitne niebo. Kolejny gorący dzień już nadchodzi. Schodzę do metra, zanurzam się pod ziemię. Nie zobaczę już moich ulubionych miejsc. Jadę prosto na dworzec autobusowy.

Wsiadam do autokaru, opieram czoło o szybę i zamykam oczy. Żegnaj, Warszawo. Może kiedyś się zobaczymy, w innych, lepszych czasach. Kiedy oni znów ukryją zło głęboko w sobie, rzucą przepraszam, przysięgną, że tym razem zrozumieli swój błąd. Kiedy znów (na krótko) zapanuje pokój.

Data:

 sierpień 2017

Podpis:

 Carola

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80670

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl