DRUKUJ

 

Zbieg okoliczności

Publikacja:

 17-08-21

Autor:

 in500
... mojej mamie...




Droga życia.

Wyobraźmy sobie, że nasze życie to droga, po której wędrujemy.
Zazwyczaj wędrujemy samotnie.
Często jednak spotykamy na naszej drodze innych ludzi. Jakiś czas z nimi wędrujemy... i poznajemy ich czasami... pozostajemy z nimi dłuższy okres czasu lub krótszy, a czasami się tylko mijamy.
Ale tylko sporadycznie spotykamy kogoś, kto ma na nas bardzo pozytywny wpływ...
Oto jedno z takich spotkań, które zostawia ślad na całe życie i sprawia że stajemy się lepszymi ludźmi.



Zbieg okoliczności.


Jeśli sprawa dotyczy tylko samochodów to niespotykany zbieg okoliczności jest zakończony i mogę go już opisać.
Obawiam się, że sprawa jest jednak innego rodzaju. Jeśli tak to wtedy wrócę do tematu w późniejszym terminie.

Mam marzenie - to słowa wypowiadane przez miliony amerykanów codziennie. Ale to właśnie jest sedno życia ludzi, którzy wiedzą jak marzenie urzeczywistnić.

Czy moim marzeniem był akurat nowy samochód? Chyba nie dokładnie.
Nie mniej jednak przy moim starym zdezelowanym samochodzie Seicento Brush z 2002 r. myślałam o czymś nowym, które nie sprawiałoby mi problemów z eksploatacją. Gdzie miałabym tylko mu lać paliwo i jeździć. Lecz akurat ten samochód wymagał więcej mojej uwagi niż mu poświęcałam.
Kwestia: zrobię to później, kiedy już mnie będzie na to stać - stała się mottem moim i mojego samochodu.
Niestety, samochód już nie chciał czekać. Po prostu jak to bywa - zużywał się coraz bardziej, a brak prawidłowych napraw i przeglądów zrobił swoje.
Pewnego dnia zapytałam mojego zięcia, czy zna jakiegoś mechanika samochodowego, który mógłby zaopiekować się moim samochodem.
Po drodze, wcześniej, korzystałam z przypadkowych osób, które mieniły się mechanikami samochodowymi. Były to naprawy i przeglądy sporadyczne. Nigdy kompleksowe.
- No, znam - brzmiała odpowiedź.
-Taki mój kumpel otworzył właśnie warsztat samochodowy i szuka klientów.
No więc umówiłam się i podjechałam. Miałam przed sobą przegląd rejestracyjny i chciałam go zaliczyć pozytywnie.
Mechanik Adam zajrzał do samochodu i zrobił co jego zdaniem potrzeba.
Wyjechałam z warsztatu... a tu coś trze w kole lewym przednim. Tarło do tego stopnia, że śmierdziało paloną gumą i widać było lekki dymek.
No więc znów do mechanika Adama. Do domku na piechotkę. A to jesień - robi się zimno i ciemno.
- Jak ja będę funkcjonować bez samochodu? - przeleciało mi przez głowę. To raczej niemożliwe.
No ale samochód trzeba było zostawić w warsztacie i czekać na opinię mechanika Adama.
I wieczorem telefon: - mam dla Pani złe wiadomości. Poszła skrzynia biegów i trzeba ją wymienić. Koszt naprawy skrzyni biegów to ponad 1.000 zł. za używaną skrzynię wraz z naprawą.
W telefonie nastąpiła cisza z mojej strony, i pytanie mechanika Adama - co mam robić? Naprawiamy?
Ok, trzeba poszukać skrzyni...- odparłam
Minął dzień, jeden drugi... i następne.
Skrzynia się znalazła, ale okazało się, że nie do tego modelu. Oddaliśmy. Poszukiwania trwały nadal. Było trudno, bo takich modeli Seicento Brush wyprodukowano niewiele i części na rynku wtórnym też było niewiele. A czas uciekał, następne dni bez samochodu. Było ciężko.
I znów znalazła się skrzynia biegów - tym razem do tego modelu. Zamówiłam... przyszła.
- No teraz już będzie z górki...
I znów telefon od mechanika Adama - i znów złe wieści. Ta skrzynia jest uszkodzona...
Ręce mi opadły... minęły już dwa tygodnie, a ja wciąż miałam problem. Okazało się, że nie tylko z autem, ale z mechanikiem Adamem również. Facet okazał się osobą mocno pijącą. Jakoś nie umiem sobie wyobrazić porządnej pracy w takim stanie.
Znając te realia, nie mogłam już dłużej czekać. Postanowiłam kupić nowe auto. Zaczęłam szukać w internecie samochodu dla mnie dostępnego finansowo.
Kroki poszukiwań uzgadniałam z moim zięciem Marcinem.
Wybór padł na Forda Ka - dostępny finansowo oraz możliwość zakupu w pobliżu.
Nie miałam jednak czym dojechać, aby pooglądać. Byłam w stałym kontakcie ze sprzedającym. Zaoferował swój transport. Zgodziłam się i właśnie obejrzałam trzy egzemplarze Forda Ka do kupienia.
Byłam sama. Nie specjalnie wiedziałam na co muszę zwrócić uwagę przy kupnie samochodu. Co sprawdzić, gdzie zajrzeć...
Umówiłam się ze sprzedającym na następny dzień. A była to niedziela i miałam podjechać do Auto-Handlu z zięciem Marcinem.
Okazało się jednak, że ten Ford Ka upatrzony przeze mnie był już zadatkowany i nie mogłam go kupić.
Stał tam taki szaro-zielony, z bardzo bogatym i niespotykanym wyposażeniem. Moje pierwsze wrażenie nie było zachwycające. Ot.. taki tam samochód.
Ale prowadził się dość dobrze.
Szybka decyzja... i samochód Ford Ka stał się moją własnością.

Już miałam czym jeździć. Czy aby na pewno?... miałam czym jeździć?
Mojego poprzedniego Seicento przeznaczyłam do sprzedaży w takim stanie w jakim był, z uszkodzoną skrzynią biegów, aby więcej nie inwestować w coś co już dla mnie nie spełniało swojego zadania.
Kiedy mechanik Adam pokazywał mi moją „uszkodzoną” skrzynię biegów to miałam wrażenie, że wystarczyło wymienić tylko gumowe przeguby... Ale ja niestety zawierzyłam mechanikowi, który w późniejszym czasie okazał się niegodny mojego zaufania. A później również okazało się, że niegodny zaufania również i innych osób.

Podsumujmy - bo chodzi tu o zbiegi okoliczności:
1. Popsuł się mój samochód Seicento Brush
2. Oddałam go do naprawy mechanikowi poleconemu przez mojego zięcia
3. Zakupione skrzynie biegów do Seicento - to był niewypał
4. Zakupiłam nowy samochód Ford Ka, który mnie nie oczarował

Chyba jednak zakupiony Ford Ka nie za bardzo mnie lubił. Nie czułam satysfakcji, kiedy do niego wsiadałam.
Ogromnie brakowało mi kontrolki rezerwy paliwa. Okazało się, że „ten typ tak ma”.
Ale okazało się również, że bardzo szybko zużywa paliwo. Musiałam to sprawdzić... No tak... około 12 litrów/100km. Zgroza, przecież on mnie zje z kopytami... Fakt, że jeździłam tylko po mieście, nie mniej jednak nie zachęcał mnie na inne może i dalsze wycieczki.
I jakoś dziwnie mi się do niego wsiadało i wysiadało. Miałam wrażenie, że coraz niżej ma podwozie. Taki sobie sportowy egzemplarz...
Aż pewnego pięknego i mroźnego lutowego przedpołudnia, kiedy pojechałam na zakupy do Tesco - coś mi zaczęło się tłuc w bagażniku. Zajrzałam... nic. Nic co mogłoby dawać takie odgłosy. Lecz były one bardzo niepokojące.
Szybka decyzja - trzeba jechać do mechanika Adama. Niech zajrzy co tam się tak strasznie tłucze.
Zajeżdżam pod warsztat. Zamknięte na wszystkie spusty. Żadnej żywej duszy. Nikogusieńko.
Co robić - krzyczy głowa, co tu robić. Przecież do domu mogę nie dojechać. A nawet jak dojadę - to co dalej?
Wyciągam telefon, wykręcam numer do mechanika Adama... nikt nie odbiera. Wykręcam po raz drugi i trzeci. Nic. Wykręcam drugi numer... i znów nic.
I głośno - do siebie: co dalej? Co mam zrobić?
Stałam tam i zastanawiałam się co jeszcze mogę zrobić. Nic sensownego mi nie przychodziło do głowy.
I w tym momencie pojawił się jakiś granatowy lub czarny Ford combi. Wjechał na plac, na którym ja stałam z niewyraźną pewnie zagubioną miną.
Ten Ford się zatrzymał obok mnie. Wysiadł z niego jakiś facet. Spojrzał na zamknięty warsztat Adama, wyciągną swój telefon i pewnie wykręcił numer do właściciela zamkniętego warsztatu, tj. do Adama. No, tak mi się przynajmniej zdawało.
I jego telefon też nie został odebrany...
- Ja też dzwonię do Adama, i też nikt nie odbiera...- powiedziałam do osoby, która znajdowała się obok mnie. Zresztą nikogo więcej oprócz nas na tym placu przed drzwiami warsztatu nie było.
I tak sobie między nami nawiązała się rozmowa.
- Co się stało? - zapytał facet.
- Proszę spojrzeć - ten mój samochód za chwilę będzie szorował podwoziem po ziemi. I coś w nim się strasznie tłucze. Boję się jechać, bo coś mi się wydaje, że zaraz zgubię podłogę i będę musiała odpychać się nogami...

O dziwo! Facet się nachylił i zajrzał pod tylne prawe koło.
Dla mnie to był dziwny gest: nieznany facet klęczy przy moim samochodzie. Co tam jest takiego ciekawego do oglądania - zastanawiałam się. A jednocześnie bałam się, że jak ten samochód spadnie na twarz tego faceta, to go zmiażdży...
Ja nawet gdybym tam zaglądnęła, to i tak bym nic ciekawego tam nie zauważyła...

- Amortyzator...połamany...
- Nic mi to nie mówi... i co teraz?

Facet wyciągnął znów telefon i znów gdzieś zadzwonił. Tym razem uzyskał połączenie, i chyba nie był to Adam.
- Amortyzator kosztuje 150 zł. i mogę to zrobić - takie słowa usłyszałam.

I w tym momencie Adam już przestał istnieć, a właściwie nieobecność Adama przestała istnieć...

To prawda, jeśli się jedne drzwi zatrzaskują to otwierają się inne. Powinnam w to zawsze wierzyć i o tym pamiętać.

I zdałam sobie wtedy sprawę, że znalazłam nowego mechanika. Wcale nie byłam tego pewna, tak mi się po prostu wydawało. Lecz uczepiłam się tej myśli jak ostatniej deski ratunku.
- Czy mam na tyle szczęścia...? - przeleciało mi znów przez myśl.
- Czy ten facet istnieje naprawdę? I zaoferował mi właśnie swoją pomoc? Szok!

- A teraz proszę wsiąść do samochodu i powolutku jechać za mną... będę asekurował...
I się udało. Jakoś się dotoczyłam do garażu przy Bema. To tuż obok mnie,
- Będę miała blisko do domu - pomyślałam.

- No tak, ale jeśli wymienimy mu tylko prawy tylny amortyzator, to samochód będzie kulawy... - usłyszałam głos faceta.
- Logiczniej byłoby wymienić oba.

I w tym momencie zdałam sobie sprawę z kosztów. Przecież trzeba doliczyć jeszcze robociznę.
Przecież dopiero co wydałam kasę na zakup tego nabytku Forda Ka.
I przestraszyłam się.
Pewnie wyglądałam dość dziwnie bo facet - mechanik powiedział:
- Za robotę wezmę 150 zł.
- Za wymianę jednego amortyzatora?
- Nie, za dwa! No chyba, że wyskoczy coś niespodziewanego. To wtedy dam znać.

Zgodziłam się. I tak nie miałam innego wyjścia. Ostatecznie mogłam zostać bez samochodu. A to absolutnie nie wchodziło w rachubę. Nie mogłam przyjąć takiej negatywnej opcji.
Nie pamiętam jak długo czekałam na naprawę samochodu. Ale chyba niedługo, bo nie pamiętam abym narzekała na brak transportu.
I jak już dostałam telefon od nowego mechanika, a na imię miał Marcin, to sobie poszłam „na piechotkę”.

Zaskoczył mnie widok mojego Forda Ka. Jakoś dziwnie urosła mu dupka i plecy. Różnica w wysokości była bardzo znaczna.
Okazało się jednak, że tym razem bardzo niski jest przód. I zdałam sobie sprawę, że logicznie byłoby wymienić i przednie amortyzator. Lecz ta decyzja musiała poczekać ze względów finansowych.

- Przejrzałem samochód... i muszę powiedzieć co w nim trzeba robić - to głos mojego nowego mechanika.
- Najważniejsze to wymienić olej i filtry. Oleju jest zbyt mało i jest czarny. Filtr powietrza bardzo zanieczyszczony. Bez tego długo samochód nie pojeździ.
- To co ważniejsze - olej czy amortyzatory przednie? - pytam.
- Olej i filtry - od zaraz.
- Nie tak szybko, bo nie mam teraz na to kasy. Muszę poczekać do marca.
I w tym momencie mechanik Marcin (no - obcy jednak facet) wziął swoją butlę oleju i nalał mi nieco do mojego samochodu.
- Tyle do marca starczy.
I znów doznałam szoku. Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy to ktokolwiek zrobił coś dla mnie i to z własnej inicjatywy. Nie mówiąc już o zupełnie obcym człowieku. Nie mówiąc już, że taką propozycję usłyszałam z ust fachowca mechanika samochodowego. Pewnie gębę otworzyłam lecz nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Po prostu zamurowało mnie .
Nie pamiętam, czy choć podziękowałam. Tak byłam zaskoczona.

Wtedy zdałam sobie sprawę, że zakup Forda Ka to był niewypał. Taki laik jak ja w tym zakresie nie powinien sam kupować takiego sprzętu, na którym się zupełnie nie zna. Raz po raz okazywało się więcej podzespołów do remontu - naprawy. Co chwilę coś nowego.
Nie dość, że bardzo trudno było mi wsiadać i wysiadać z samochodu to jeszcze przerażało mnie to zużycie paliwa.
Już nie byłam zachwycona moim Fordem Ka. Z informacji jakie uzyskałam z ust mojego mechanika wynikało, że jeszcze kupę kasy muszę w niego włożyć, abym mogła nim bezpiecznie i bezproblemowo jeździć. Niestety, nie przewidziałam tego, więc coraz bardziej byłam „zniesmaczona”.
Wymieniłam olej i filtry. Myślałam, że to poprawi nieco zużycie paliwa. Ale znów się rozczarowałam.

Następny etap to wymiana amortyzatorów przednich. Samochód po wymianie tylnych wyglądał nieco śmiesznie. Przód siadał coraz bardziej a tył wznosił się coraz wyżej.
- No - pomyślałam sobie. Teraz jak już zrobię te przednie amortyzatory, to może jednak go sobie zostawię i będę nim jeździć. Była to jednak przykra dla mnie wiadomość. A z drugiej strony - tyle już w niego włożyłam...
No i nadszedł czas na konsultację u mechanika Marcina w sprawie wymiany tych przednich amortyzatorów.
- Nie, Panie Marcinie - nie stać mnie na nowe części do starego grata - odpowiedziałam po usłyszeniu ceny naprawy - Nie jestem pewna, czy chcę tym samochodem dalej jeździć. Czy nie będę chciała go sprzedać i kupić coś innego.
Uzgodniliśmy, że poszukam używanych części w internecie.
Po minie i rozmowie z mechanikiem Marcinem wiedziałam, że jest niezadowolony.
- Można, owszem założyć używane amortyzatory - lecz wiąże się to z mniejszym bezpieczeństwem jazdy - to opinia mechanika.
- A nie myślała Pani o sprowadzeniu auta z Niemiec?
Ciekawe, jak niby miałabym to zrobić? - Było to poza moim zasięgiem.
Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że pojechałabym do Niemiec, poszukała tam odpowiedniego autka i sprowadziłabym sobie go do domku. To jakiś żart. Niemoc sprawcza.
- Nie, takiego rozwiązania nie brałam pod uwagę.
I powiedziałam o moich obawach. Zawsze w takich momentach mojej niemocy siadała mi psychika. Tym razem było to samo.

- Pomyślimy - takie słowa padły z ust mechanika Marcina.
Popatrzyłam na mojego rozmówcę i potraktowałam te słowa jak wiele innych obietnic bez pokrycia. I zapomniałam o tym.

Wiedziałam z doświadczenia życiowego, że mogę liczyć tylko na siebie. Więc wybierałam takie rozwiązania abym mogła sobie z nimi poradzić.
Ale próba pomocy z innej strony...? To zupełnie coś nowego. Jakoś nie mieściło mi się to w głowie.
No chyba, że moja głowa była zbyt mała...!

Znalazłam amortyzatory przednie w internecie. Ciągły kontakt z mechanikiem Marcinem pozwalał mi dokonać prawidłowego wyboru.
Muszę przyznać, że coraz bardziej podobała mi się współpraca z tym mechanikiem. Było w tych kontaktach coś zupełnie naturalnego. Ot, owocna i miła współpraca. Opinia fachowca - tego mi było potrzeba.
Słuchałam i dyskutowałam, i znowu słuchałam.
Miałam wrażenie, że mogę się oprzeć na jego słowach i opiniach.
Rzadko kiedy ufałam ludziom. Tym razem zaufałam - nie umiem powiedzieć dlaczego. Pewnie impuls.
Zamówiłam amortyzatory przednie do Forda Ka... przyszły... tylne!?!
Ha... ha... ha...
No i miałam tylne zamontowane oraz luzem...!
A przód dalej siedział na asfalcie...
Zanim jednak mechanik Marcin odpakował te niewłaściwe amortyzatory, to odkręcił przednie koła. I się okazało...sprężyna była pęknięta. Jak niebezpieczna była jazda w takim stanie to uświadomił mi właśnie Pan Marcin.
- Proszę omijając wszelkie dziury podjechać do domku, postawić samochód i czekać na nowe amortyzatory. Zakaz poruszania się tym pojazdem. - to ostrzeżenie mechanika.
Aj tam, aj tam... - pomyślałam.
I następnego dnia wyjechałam, jak zwykle w stronę Zalewu. Omijałam tylko dziury w jezdni, co wcale nie było łatwe.
- Mówiłem przecież - zakaz poruszania się tym samochodem. To niebezpieczne - grzmiały słowa mechanika Marcina przez telefon.
I nagle się przestraszyłam. Może on ma rację?
Tylko dlaczego tak się troszczy o moje bezpieczeństwo? Ta myśl była jakaś nierealna.
Co to za troska, skąd i dlaczego? Przecież to zupełnie obcy facet. Co on robi? I dlaczego?
To było zupełnie obce mi uczucie. Ktoś się o mnie martwi...?!?
Do tej pory to było zadanie tylko dla mnie. To ja się martwiłam o innych. To ja innym próbowałam zapewnić poczucie bezpieczeństwa.
Ale, żeby ktoś się o mnie martwił? To tylko sen... taki miły... ale sen. To nie może być prawdziwe...

Następnego dnia rano zadzwonił telefon z firmy Złomowanie pojazdów w Świdnicy. Tam też zostawiłam wiadomość, że szukam amortyzatorów przednich do Forda Ka.
- Jeśli jest Pani dalej zainteresowana, to właśnie są... - Proszę sobie odebrać. - to informacja ze szrota.
Ha, ha... łatwo powiedzieć... mam przecież zakaz poruszania się samochodem.
- Panie Marcinie - są amortyzatory i trzeba je odebrać - poinformowałam telefonicznie mojego mechanika.
- Jestem poza Świdnicą, będę wieczorkiem.- oznajmił głos w telefonie.
- Ale oni pracują do 16 lub 17. Myślę, że muszę je odebrać dziś, a mam zakaz wsiadania do mojego forda - to moje słowa.
- Ok, proszę jednak wsiąść i omijając wszystkie dziury w jezdni, powolutku dojechać do firmy i odebrać części. Ostrożnie, powinno się udać - zapewnił mechanik.

Wsiadłam, dojechałam, odebrałam... miałam je w samochodzie i czekałam na informację od mechanika, kiedy będę mogła podjechać.
W tym samym czasie miał przyjechać kurier i zabrać te tylne amortyzatory i przywieźć przednie.

- Proszę podjechać i zostawić samochód do naprawy - to głos mechanika Marcina w telefonie.
- Ok.
Było już późne popołudnie kiedy zadzwonił kurier do domofonu.
- Już schodzę - poinformowałam.
- Musimy podjechać jakieś 100 m, bo tam w moim samochodzie właśnie naprawianym znajduje się przesyłka.
Załatwiłam wszystko z kurierem i już zamierzałam iść do domu. Nie chciałam przeszkadzać w naprawie mojego samochodu. Widziałam go na kanale - pewnie akurat mechanik go robił.
- Tak na piechotkę do domu? - zapytał mechanik - a ja mam złe wieści.
- Proszę mnie nie załamywać - wyszeptałam - proszę mnie nie załamywać...
Już się przestraszyłam i byłam w skrajnej rozpaczy. Jeszcze chwilkę i znów się rozsypię na tysiące drobnych kawałeczków...
- Wyjadę z garażu - proszę patrzeć co się dzieje - to słowa mechanika Marcina.
I stoję tak jak słup soli: przestraszona i spanikowana...
Powolutku z garażu wyjeżdża mój Ford Ka...
- Co z nim jest nie tak? - pomyślałam.
Już widziałam... to była taka podpucha mechanika. Samochód podniósł się z przodu o jakieś 7 cm. Czyli wszystko było ok. Naprawiony.
A to niespodzianka. I w tym momencie na mojej twarzy zagościł uśmiech i ulga. Tego właśnie chyba oczekiwał mój mechanik.
Już wiedziałam, że lubi mi sprawiać niespodzianki. Udało mu się to doskonale.
Byłam wdzięczna, że znów mogę wsiąść do swojego autka i jechać.
Znowu komuś sprawiało przyjemność robić mi miłe niespodzianki.

Niestety, nie jestem przyzwyczajona do takiego zachowania w stosunku do mnie. Zaskoczyło mnie to zupełnie. Pewnie widać to było na mojej twarzy, bo mechanik Marcin aż się zaśmiał.
Wsiadłam więc do mojego Forda Ka i odjechałam cały czas uśmiechając się do siebie.
Problem tkwił gdzie indziej. Mechanik Marcin naprawił mi auto wkładając używane amortyzatory przednie tylko pod warunkiem, że pomyślę jednak o zakupie innego samochodu, który będzie gwarantował mi bezpieczeństwo. Określił czas możliwie bezpiecznej jazdy tym samochodem na około pół roku.
- No dobrze, to się zastanowię nad tą zapomnianą propozycją sprowadzenia samochodu z Niemiec. Tylko, proszę w tym mi pomóc i sobie na tej transakcji zarobić -Taki był mój warunek.
Od tego momentu wydarzenia znacznie przyspieszyły. Dość dużo rozmawialiśmy nad marką, ceną, wyposażeniem, kolorem - ogólnie o moim wyobrażeniu takiego samochodu.
Dla mnie ważne były następujące czynniki: trzydrzwiowy, ekonomiczny, siedzenia na odpowiednim poziomie, abym nie musiała się gramolić z wysiadaniem - wsiadaniem oraz określiłam kolor - koniecznie jasny.
- To pani chce samochód czy kolor - pytał rozbawiony mechanik.
- Oczywiście, że chcę samochód... - odpowiadałam - ale żeby był jasny kolor...
Nie byłam jednak pewna jakiego samochodu poszukuję, nie umiałam się sprecyzować ponieważ tak naprawdę to niewieloma samochodami jeździłam i nie specjalnie się na tym znałam. Nie umiałam powiedzieć jaki będzie mi pasować.
- Musimy coś z tym zrobić, bo nie będę wiedział za jakim mam się oglądać w Niemczech - powiedział mechanik.
A ponieważ bacznie mnie obserwował - wiedział, że jestem w rozterce.
- Ok, to jak znajdę chwilkę czasu to podjedziemy do komisu i zobaczymy...co będzie pasować.

Nie pamiętam, aby w moim życiu ktoś, kiedyś poświęcił mi tyle swojego czasu. Czułam się zażenowana i nie wiedziałam co o tym wszystkim myśleć. Wiedziałam, że nie będę w stanie się odwdzięczyć i ta myśl była dla mnie przykra. Nie potrafiłam tego racjonalnie wytłumaczyć.
- Co powoduje tym człowiekiem, że tak się mną zajmuje? - to pytanie często pojawiało się w mojej głowie. Dlaczego i po co?
Czyżby robił to typowo hobbistycznie? Nie potrafiłam znaleźć żadnego racjonalnego uzasadnienia, dlaczego akurat zajmował się moją osobą. A może to taki typ... Sam proponuje i stara się realizować te propozycje.
Tylko wcale nie było mi z tym lekko. Byłam mu bardzo wdzięczna za pomoc, a jednocześnie całkiem rozbita swoją bezsilnością.

I pytałam samą siebie i innych moich znajomych: czy znają jakiegoś mechanika samochodowego, który w taki sposób byłby się zajmował swoim klientem? Babą, którą poznał dopiero co... a właściwie to jej nie znał? Poświęcał swój czas - tylko po co i dla kogo?

I pojechaliśmy pewnego popołudnia do komisu... Poprzymierzałam się do różnych modeli samochodów. Kątem oka widziałam jak mechanik Marcin obserwował moje odczucia widoczne na mojej twarzy. Chyba potrafił to odczytać. I pewnie dobrze się przy tym bawił.
A mnie wprawiało w ogromne zdziwienie i zażenowanie, że zupełnie obcy facet poświęca mi tak dużo swojego cennego czasu.
I wtedy zadecydowaliśmy, że pod uwagę możemy wziąć... e... już nie pamiętam... co to miało być...?
- A może Toyota Yaris starszego typu? - to głos mechanika - zmieścimy się w niewielkim budżecie, a to samochody raczej bezawaryjne, ekonomiczne i bezpieczne.
- Może być i Toyota Yaris - ale Pan go sprawdzi i oceni - dobrze? - pytałam.

Od tego czasu szukałam takiego samochodu w internecie. Co znalazłam to dzieliłam się opinią z moim mechanikiem, który chyba za cel wziął sobie zakup samochodu dla mnie. Lecz ciągle nie było nic godnego uwagi.
Pewnego dnia Pan Marcin miał wyjazd do Niemiec po zamówiony przez kogoś samochód.
Jeszcze z trasy wykonał do mnie telefon.
- Na granicy stoi srebrna Toyota Yaris, lecz powyżej założonego budżetu. Jeśli się Pani zdecyduje, to trzeba będzie nieco dołożyć i mogę go przywieźć.
Pokazał mi zdjęcia tej Toyoty.
- Zastanowię się i dam odpowiedź następnego dnia - odpowiedziałam.
Zastanowiłam się, rozważyłam wszystkie za i przeciw... i następnego dnia dałam negatywną odpowiedź ze względu na zbyt wysoką cenę. Nie zmieściłam się w budżecie, a nie chciałam znów popaść w długi. Zbyt dobrze znałam ten stan.

Przez telefon wyczułam stan niechęci i chyba rozczarowania mechanika Marcina. Było mi głupio. To on się starał...
Nastąpiła cisza w naszych kontaktach. Ja oglądałam dalej strony z ofertami samochodów. Lecz nic z tego nie wynikało.
Któregoś dnia znów telefon od mechanika.
- Jeśli ma Pani chwilkę czasu to proszę zejść na dół, coś Pani pokażę.
- Czy mam się jakoś ubrać, będziemy gdzieś chodzić? - zapytałam
- Tak, proszę się ubrać... - odpowiedział mechanik.
Było zimno, coś siąpiło. I nagle klakson samochodu. Popatrzyłam... stoi coś srebrnego na rogu ... otwierają się drzwi samochodu...
- Zapraszam do środka - mechanik Marcin zrobił gest zapraszający - przejedziemy się kawałek.
Wsiadłam, ruszyliśmy...
- I jak się podoba samochód?- zapytał Marcin - jest nieco brudny, ale już zamówiłem czyszczenie i będzie ok.
Chyba trafił... nie powinien mnie zabrać na przejażdżkę tym samochodem przed czyszczeniem.
Nie byłam nim zachwycona. Ot samochód jak samochód, nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Był to Nissan Micra, mieścił się w wyznaczonym budżecie, był w miarę w dobrym stanie no i był jasny (srebrny). Niby spełniał wszystkie moje oczekiwania.
Nie oczarował mnie jednak. I do tego coś było z tym siedzeniem kierowcy nie tak, bo czułam jak blokuje mi krążenie krwi w nogach.
Z rozmowy wynikało, że Pan Marcin kupił go od kogoś z myślą o mnie. Był w stanie go doprowadzić do możliwej świetności, no i mieścił się w moim określonym budżecie.
Następnego dnia moja odpowiedź była znowu negatywna, co wyraźnie popsuło relacje miedzy nami. Wcale się nie dziwię, że mechanik Marcin był chyba bardziej niż nieco rozczarowany...
- Myślę, że i ten samochód nie jest przeznaczony dla mnie - powiedziałam.
- Jak będziemy tak podchodzić to może żaden nie będzie dla Pani - odparł chyba już nieco zły na mnie mechanik Marcin.

- A może by tak odpuścić kupno nowego samochodu i jeździć jednak swoim już częściowo doinwestowanym Fordem Ka? - przeleciało mi przez myśl.
Oj, chyba w złą godzinę przeleciała mi ta myśl...
I w tym właśnie momencie coś się stało z układem kierowniczym... nie mogłam wykonać manewru skręcania, kierownica zaczęła bardzo ciężko się obracać... Co się dzieje?
Udało mi się zrobić jeszcze kilka metrów i zatrzymać samochód pod moją bramą.
Oj, chyba ten Ford Ka wybitnie mnie nie lubi... Co w niego wsiądę to się psuje... Jak tylko pomyślałam, że będę nim jeździć nadal to znów odmówił posłuszeństwa...
Sięgnęłam za telefon i zadzwoniłam do mechanika Marcina. Opisałam objawy.
- Jeszcze przez 20 minut będę pod garażem. Proszę powolutku postarać się podjechać - to znany głos mechanika z instrukcją telefoniczną.
Diagnoza fachowca była dla mnie druzgocąca.
- Rozwalił się układ wspomagania kierownicy, wyciekł płyn. W takim stanie niebezpieczeństwo jazdy było ogromne. Szczęście, że nic się Pani nie stało - powiedział.

Po tym zdarzeniu przestałam już myśleć, że zatrzymam Forda Ka. To był koniec mojej przygody z Fordem. Powzięłam decyzje o sprzedaży, nie mogłam już na niego liczyć.
- Panie Marcinie, ja nie odstąpiłam od kupna innego samochodu. Proszę mi tylko
w tym pomóc. Chciałabym, aby to jednak Pan sobie na tej transakcji zarobił - to były moje słowa.
Jednocześnie wewnątrz byłam już całkowicie rozbita. Wiedziałam już, że mechanik niedługo będzie wyjeżdżał na kontrakt do Norwegii. Na dwa miesiące. I jeśli nic się pozytywnego nie wydarzy, to zostanę bez samochodu... bez mechanika... i bez jakiejkolwiek pomocy w tym temacie.
Nad ranem miałam koszmary co spotęgowało jeszcze wczorajsze rozbicie. Nie wiedziałam jak się posklejać aby funkcjonować.
Przekazałam mój stan Panu Marcinowi. Chyba się zmartwił...A może tylko mi się tak wydawało.

Po naprawie mojego Forda znów do niego wsiadłam. Pojechałam na zakupy do Tesco. Zatrzymałam się na parkingu... Tuż przede mną stał czerwony śliczny samochód Toyota Yaris.
Gapiłam się na niego długą chwilę... i zapomniałam po co przyjechałam w to miejsce... Zapomniałam... Widziałam tylko tą śliczną czerwoną Toyotę Yaris...

Następnego dnia rano telefon:
- Witam serdecznie. Do Berlina zbliża się transport samochodów. Jadą dwa Yarisy i VW Beetle. To był 24 kwiecień 2017 r. (Mechanik wyjeżdżał na kontrakt 3 maja, a w między czasie wisiało widmo długiego weekendu tj. 5 dni bez możliwości załatwienia czegokolwiek).
Niedługo będą na granicy. Jeśli jest Pani zainteresowana to możemy pogadać. - takie słowa mojego mechanika to miód na moje uszy. Wiedziałam, że jeśli nie teraz... to kiedy...?
- Proszę o więcej szczegółów - powiedziałam.
- Yarisy są dwa: niebieski i złoty. Ten niebieski ponoć w lepszym stanie. O złotym niewiele wiem - to słowa Pana Marcina - jest jeszcze kwestia ceny. Trzeba nieco zwiększyć budżet.
Zastanowiłam się nad tym i podjęłam szybką decyzje.
- Ok, zwiększam budżet. I jeśli jest Pan pewien co do zaufania sprzedających, to proszę jechać na granicę i zobaczyć czy są to sztuki ciekawe i czy dla mnie.

Musiałam się szybko postarać o gotówkę. Udało się to częściowo. W banku miałam trochę kłopotów i nie udało mi się zorganizować całej kwoty. Brakowało 1/3 potrzebnej sumy.
Pan Marcin pojechał następnego dnia tj. 25.04.2017 r. Wziął ze sobą moją część gotówki, a na resztę założył swoje. Oczywiście do zwrotu.

Skąd takie zaufanie jego do mnie i moje do niego? Przecież niewiele o sobie wiedzieliśmy... Poznaliśmy się dzięki nieobecności mojego poprzedniego mechanika Adama na początku lutego.

Od tego dnia okoliczności układały się tak, że następne zdarzenia opierały się na poprzednich. Wyglądało tak jakby z dnia wcześniejszego wypływał dzień następny, a zdarzenia następowały szybko. Wydawało się jakby wszystko płynęło.
- Panie Marcinie, jeśli nawet ta złota Yaris będzie w nieco gorszym stanie - to ja jednak proszę o złotą. Takiego koloru jeszcze nie miałam - to moje słowa do p. Marcina.
I już byłam podekscytowana samą myślą, że jednak uda mi się coś kupić.

- Jestem na granicy i testuję tą złotą. Wydaje się, że jest w lepszym stanie niż ta niebieska - to słowa mechanika przez telefon - wnętrze ma w miarę, ale serce tj. podzespoły pracują rewelacyjnie jak na ten rocznik. Jeździ w miarę dobrze, jest cichy i ekonomiczny. No i jest jasny kolor. Ma jednak nieco sfatygowaną karoserię - ale to można w miarę dobrze zrobić już na miejscu. Myślę, że sobie poradzimy.

No przecież nie kupuję auta z salonu. Ma prawo mieć oznaki zużycia - pomyślałam i tak też głośno powiedziałam.
- A ile ma drzwi - pytałam jeszcze.
- Trzy, ale gdyby miał 5 to zasznurujemy niepotrzebne - zażartował mechanik.
- A klimę ma?
- Nie, ale ma dobry nawiew. Ma jeszcze to..., i to..., i to..., i to... spore wyposażenie.
- Oj, to on spełnia 80 % moich oczekiwań - oznajmiłam.
- To jak, brać? - pytanie mojego rozmówcy.
- Brać, brać i wracać - śpiewały moje słowa.

Wieczorem Pan Marcin przywiózł mi papiery zakupu, a samochód wstawił do garażu.
- Proszę mi dać jeszcze z jeden dzień, abym mógł go nieco wyszykować zanim pokażę.
Problem może być tylko z załatwieniem wszystkich papierów ze względu na zbliżający się długi weekend. Zrobię jednak co tylko będę mógł zanim wyjadę z Polski (3 maja) - powiedział p. Marcin.

Zorganizowałam resztę pieniędzy i 27 kwietnia zostałam zaproszona, aby obejrzeć mój nowy nabytek.
Byłam bardzo podekscytowana. Wszystko we mnie śpiewało. Chciało mi się fruwać. A przecież jeszcze nie wiedziałam co zastanę...
Tył samochodu był zasłonięty jakimś białym workiem czy materiałem.
Mechanik otworzył drzwi samochodu i zaprosił mnie do środka. Uderzył mnie kolor karoserii... złoty, naprawdę złoty. Teraz znów będę widoczna już na odległość... Już mi się podobał...
I chyba widać to było na mojej twarzy, bo i twarz mechanika bardzo się rozświetliła. Wyglądał na uszczęśliwionego kiedy patrzył na moją pozytywną reakcje.
... i już widziałam, że to strzał w dziesiątkę... moja reakcja mówiła sama za siebie...
- Ojej, ten samochód spełnia moje 120% - taka była moja opinia po nowych instrukcjach mojego mechanika.
Widziałam, jak jego twarz się uśmiecha. Chyba moja reakcja przeszła i jego oczekiwania.

W taki oto sposób zostałam szczęśliwą właścicielką Toyoty Yaris - koloru złotego.
Nie mogłam jednak nim jeździć ze względu na długi weekend i niemożność załatwienia w tym okresie tablic rejestracyjnych.
Wszystkie sprawy związane z rejestracją załatwił Pan Marcin przed swoim wyjazdem do Norwegii. Tablice miałam odebrać już sama w dniu 4 maja.

Tak też się stało. Od 4 maja testowałam swój nowy nabytek i byłam coraz bardziej zachwycona tym samochodem.
W ramach testowania zabrałam moją mamę na wycieczkę do Zagórza, a nieco później na przełęcz Tąpadła pod Ślężą.
Była przeszczęśliwa, że może znów obejrzeć swoje ukochane strony. Była również bardzo zachwycona moim samochodem.
I ja byłam szczęśliwa, że mogłam jej sprawić choć nieco radości w tej końcówce życia...

Nie możemy zatrzymać śmierci... ale możemy choć trochę rozświetlić komuś ostatnie chwile...

Właśnie udało mi się to... a duży udział w tym wszystkim miał również mój nowy mechanik Marcin, który na krótko pojawił się na mojej drodze życia i zostawił swój pozytywny ślad.


I ciąg dalszy... http://opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80688

Data:

 lipiec-sierpień 2017 r.

Podpis:

 Iwona

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80686

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl