DRUKUJ

 

Stara kamienica

Publikacja:

 17-12-02

Autor:

 Marzanna6
„Kiedy kobiety otwierają drzwi do swego życia (…) najczęściej odkrywają, że same godziły się na zabijanie najważniejszych marzeń, dążeń i nadziei. Odkrywają martwe myśli, uczucia i pragnienia, które niegdyś były tak pełne wdzięku i obiecujące, a teraz upłynęła z nich życiodajna krew.”
Clarissa Pinkola Estes: Biegnąca z wilkami.


Stanęłam przed kamienicą. Podniosłam głowę i zadziwiłam się jakbym widziała ją po raz pierwszy. Stare, mocno zakurzone mury, rzeźbione gzymsy i ogromne drewniane drzwi olśniły mnie jak nigdy wcześniej. Stałam wpatrzona jak podekscytowana turystka.

Ciężkie drzwi otworzyłam siłą własnych mięśni. Wnętrze klatki było ciemne i wąskie. Zatrzymałam się na krzywej podłodze, zaraz przy wejściu. Zagłębionej w tym miejscu, jakby udeptanej przez ludzi stawiających tu przez lata swoje stopy. Spojrzałam na popękane płytki i zachwyciłam się skrawkami niegdyś z pewnością przepięknej posadzki. Rozglądając się na boki dostrzegałam w brudnych i odrapanych ścianach fragmenty ich dawnej świetności. Weszłam na trzeszczące drewniane schody. Oparłam rękę na poręczy i zauważyłam, że jest błyszcząca. Świeciła się od milionów dotknięć ludzi wspinających się po schodach. Na pewno poręcz pamiętała jeszcze dłoń dziadka i babci a potem mojej mamy. Pewnie pamiętała też moją dłoń oraz Wojtka, który wracając po pracy dotykał jej pędząc zakochany, aby uściskać swoją żonę.

Otworzyłam drzwi mieszkania dużym, ciężkim kluczem, który bez problemu znalazłam z torebce. W środku panował zaduch, typowy dla pomieszczeń pozbawionych codziennej obecności żywych ludzi. Otworzyłam okno w największym pokoju wpuszczając mroźne powietrze. Wyjrzałam i bezmyślnie patrzyłam na spacerujących po staromiejskim deptaku ludzi. Trwałam w miłym dla mnie stanie nieistnienia. Jednak po jakimś czasie poczułam jak zimno porusza każdym moim mięśniem. Chciałam nadal stać nieruchomo, ale ciało kierowane wewnętrznym przymusem drżało, aby uniknąć samozagłady. Przymknęłam okno i instynktownie rozcierając zmarznięte dłonie przeszłam się po mieszkaniu zaglądając do każdego z pomieszczeń. W zasadzie wyglądało jak wtedy, gdy jeszcze tętniło życiem. W szafie wciąż wisiały babcine płaszcze, w kuchni były stare garnki i przypalona patelnia, we wszystkich pokojach, zostały stare meble.

Mieszkaliśmy tu razem przez siedem szczęśliwych lat. To tu został poczęty a potem przywieziony ze szpitala nasz mały Maciuś. To tu spędził pierwsze lata i uczył się tego, co najważniejsze. Potem wyprowadziliśmy się do naszego nowoczesnego i wygodnego świata za otwieraną pilotem bramę. Do miejsca gdzie wszystko jest jasne, przestronne i nie posiada żadnej przeszłości.
Wyprowadzając się zostawiliśmy prawie wszystko: meble, sprzęty, naczynia kuchenne, także część książek, rzeczy osobistych a nawet ubrań i zabawek Maćka. Do nowego mieszkania kupiliśmy wszystko nowe. Projektował je znany architekt wnętrz. Każdy detal i element był precyzyjnie przemyślany, aby pasował do całości. Moje porcelanowe aniołki, szklane wazoniki, drewniane szkatułki zostały i nadal tkwiły na półkach. Teraz zakurzone i smutne. W kacie leżały smętnie dziecięce zabawki Maćka.

Nigdy nie polubiłam nowego mieszkania. Ciągle jest mi tam zimno, nawet latem, może, dlatego większość czasu spędzam wegetując na kanapie pod kocem. Nie ma tam nic do zrobienia, obiady właściwie gotują się same dzięki nowoczesnym sprzętom. Sprzątanie jest tak banalnie proste, że nie zajmuje wiele czasu. Zresztą i tak raz w tygodniu przychodzi pani, która robi większe porządki.

Kiedyś było inaczej. Wojtek po powrocie z pracy pomagał mi w opiece nad Maćkiem i różnych domowych pracach. Razem sprzątaliśmy, gotowaliśmy, wieszaliśmy pranie a po wspólnej pracy siadaliśmy na starej kanapie i zmęczeni opieraliśmy głowy o siebie nawzajem, aby zaraz całować swoje słone od potu policzki, szyję i usta. Któregoś dnia Wojtek obiecał mi, że kiedyś nie będę musiała tego wszystkiego robić i dotrzymał słowa. Gdy pani Ala zaczęła wykonywać swoje obowiązki początkowe bardzo przeszkadzał mi fakt, że obca osoba plącze się po mieszkaniu i dotyka naszych osobistych rzeczy, ale ostatecznie przyzwyczaiłam się i przestałam zwracać na to uwagę. Czasami, wśród znajomych i koleżanek, tak mimochodem wspominam o pani Ali, która robiła wczoraj to lub tamto. Chwalę się czyś, co nawet nie daje mi radości. Wyjątkowa próżność – pomyślałam o sobie z niesmakiem.

Po śmierci babci, która po dwóch latach od naszej wyprowadzki po prostu zasnęła i nie obudziła się już nigdy więcej mieliśmy zamiar wynająć to mieszkanie. Jednak nie potrafiłam się za to zabrać. Wciąż wymyślałam jakieś wymówki. Tak naprawdę, to nie chciałam wpuścić tu obcych ludzi, chroniąc podświadomie ostatnie miejsce, w którym byłam szczęśliwa. Poza tym przed wynajmem trzeba by było posprzątać i usunąć rzeczy babci i nasze porzucone, niepotrzebne, w obecnym życiu. Nie chciałam tego robić. Nie wiem, czy bardziej z sentymentu, czy może z lenistwa. Wojciech nie naciskał, nie brakowało nam pieniędzy, więc stało samotne, opuszczone, zastygłe w przeszłości.

Zaparzyłam herbatę. Znalazłam trochę w blaszanej puszce. Tej, którą wiele lat temu przyniosłam ze sklepu razem z promocyjną ofertą herbaty „Saga”. Filiżankę bez spodka do kompletu umyłam w zlewie. Usiadłam w zakurzonym fotelu w pokoju babci i spojrzałam na skrzynię. Stała pod oknem. Ta sama, która była zawsze obiektem mojej wielkiej ciekawości. Teraz stała otwarta, a ja przez kilka lat nawet do niej nie zajrzałam. Co stało się z moją ciekawością? – pomyślałam. Gdy byłam dziewczynką zawsze marzyłam, aby zajrzeć do jej wnętrza. Byłam pewna, że babcia coś tam ukrywa. „Kobieta musi mieć jakąś tajemnicę” – tak do mnie czasami mówiła. Pamiętam, że jako dziewczynka zakradłam się kiedyś pchana nieopanowana ciekawością i zerknęłam ukradkiem do jej wnętrza. Zobaczyłam tylko nakrochmalone obrusy, bałam się sięgnąć głębiej, aby nie zostać przyłapaną i tym samym zawieść zaufanie babci. Do dziś pamiętam ich zapach.

Teraz skrzynia stała przede mną otwarta a babci nie było. Czy ona chciałaby abym do niej zajrzała, czy już czas? – zastanawiałam się dotykając delikatnie jej lakierowanej powierzchni i wtedy zadźwięczał dzwonek mojej komórki. Niepotrzebny, obcy, wręcz niestosowny w tej chwili a jednak przywołujący do rzeczywistości, do domu gdzie z podziemnego parkingu można windą dostać się do mieszkania nie zaczerpując choćby odrobiny świeżego powietrza. Do świata gdzie nawet śmietniki są zamykane pilotem, aby nikt obcy nie mógł skorzystać z naszych ekskluzywnych śmieci. Do miejsca gdzie ludzie zapatrzeni w czubki własnych nosów, odgrodzeni od świata słuchawkami na uszach nie słyszą, gdy mówię im dzień dobry.

Wstrzymując oddech wysłuchałam do końca jak wybrzmiała znana melodyjka. Odetchnęłam z ulgą, gdy mój telefon już zamilkł. Sięgnęłam po niego do torebki i zerkając na nieznany numer ostatniego połączenia wyłączyłam dźwięk.

Teraz mogłam spokojnie otworzyć starą drewnianą skrzynie w malowane przyblakłe już błękitne kwiatki. Poczułam się jak dziewczynka, która właśnie za chwilę ma spełnić swoje wielkie marzenie. Uniosłam delikatnie wieko.

Zapach krochmalu i dawnego mydła uniósł się w powietrzu. Na wierzchu leżały serwetki. Wszystkie haftowane i wykrochmalone. Zaczęłam je oglądać. Każda wyglądała nieco inaczej. Były większe i mniejsze a także obrus. Przypomniałam sobie wigilię. Naszą ostatnia w tym domu. To on wtedy leżał na stole. Wyjmowałam wszystko delikatnie i kładłam na stole. Pod spodem była pościel. Dziwne – pomyślałam, przecież babcia trzymała pościel na górze w szafie. Ta jednak była inna. Z grubego płótna w delikatne ręcznie haftowane jasnoróżowe kwiatki. Pod pościelą była stara damska torebka. Biała i sztywna z zepsutym zamkiem. W środku były wycinki z gazet, kilka starych już nieaktualnych dokumentów i świadectwa szkolne mojej mamy. Przeglądałam je z uśmiechem. Obok były albumy ze starymi zdjęciami. Takie, do których trzeba było wklejać zdjęcia. Przejrzałam pobieżnie, niewielu ludzi znałam. Postanowiłam, że później spróbuję zidentyfikować osoby z pomocą mamy. Na samym dnie skrzyni były trzy zeszyty. Pierwszy zawierał przepisy babci. Jej słynne faworki czy ciasto na pierogi. Dwa kolejne zawierały różne zapiski opatrzone datami. Jeden z nich rozpoczynał się od dnia siódmego października tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego szóstego roku. „Nie ma nic ważniejszego niż miłość” – tak brzmiało pierwsze zdanie. Drugi zeszyt zawierał jeszcze wcześniejsze zapiski.

Siedziałam z podwiniętymi nogami i z wypiekami na twarzy czytałam każde przesiąknięte mądrością słowo babci. Nie spostrzegłam się nawet, kiedy zrobiło się ciemno. Odłożyłam wszystko na miejsce. Zabranie czegokolwiek do zimnej złotej klatki, w której mieszkałam uznałam za świętokradztwo i wróciłam swoim najnowszy czerwonym mercedesem do pozornie szczęśliwego świata gier i pozorów.

Dziękuję za przeczytanie. Proszę o komentarz.

Data:

 02. 12. 2017

Podpis:

 Marzanna

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80826

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl