DRUKUJ

 

Zderzenie Światów - prolog i rozdział 1 części 1

Publikacja:

 17-12-23

Autor:

 AgnieszkaQ
"Każdy Twój wyrok przyjmę twardy
Przed mocą Twoją się ukorzę..."

Natan Tenenbaum

PROLOG

Byłam w PUP-ie... Tak, w przenośni i dosłownie. Powiatowy Urząd Pracy to takie samo czarne miejsce jak ZUS, Urząd Skarbowy, czy jakikolwiek inny podobny twór. Upokarzający. Traktujący człowieka jak zbędnego natręta, ewentualnie składową statystyki.
Siedziałam tam, wypełniając wnioski o rejestrację z prawem do zasiłku. Przyniosłam zaświadczenia o dochodach brutto za każdy przepracowany miesiąc i jakaś niewidzialna siła ściskała mi gardło. Urzędniczki najpierw przerzucały mnie między sobą jak parzący lub trujący materiał, aż w końcu przerzucać się dalej już nie dało, więc jedna z nich, z miną osoby niezwykle niezadowolonej z powierzonego jej zadania, zaczęła wklepywać moje dane do systemu. Była wręcz zniesmaczona, gdy musiała dojść do ładu z moimi świadectwami pracy, a zwłaszcza z tymi śmiesznymi 5/18 etatu, 18/18 etatu, czy w końcu 11/18 etatu. Tak, praca w moim zawodzie to wyzwanie, jak się okazuje - również dla ludzi pracujących na zupełnie innych stanowiskach. Najwyższy czas, by się po prostu przekwalifikować. Po żmudnych kilku minutach, okraszonych obrażonymi minami urzędniczki, dowiedziałam się, że prawo do zasiłku mi przysługuje. Alleluja, całe sześćset parę złotych przez pół roku. Chce mi się płakać... Ja - na zasiłku... Pierwszy raz w życiu. To jest cios, który ciężko przyjąć na klatę.
Pamiętaj, młody człowieku: jesteś przyszłością tego kraju, przyszłością narodu. Słyszysz te bajki dopóty, dopóki jesteś poddawany procesowi edukacji. Kadzą ci rodzice, nauczyciele i różne autorytety. Ministrowie wymyślają coraz to radośniejsze pomysły, które mają za zadanie uświadomić ci, jaki jesteś ważny i potrzebny. Aż dnia pewnego pięknego kończysz edukację i nagle, nie wiedzieć czemu, dowiadujesz się, że jako osoba, która odniosła sukces i znalazła dobrą pracę, jesteś najprawdopodobniej synem, córką, bratankiem, bratanicą, siostrzeńcem, siostrzenicą, kochankiem, kochanką, zięciem lub synową właściciela interesu, a więc oszustem i lawirantem. Jeśli, nie daj Boże, nie możesz znaleźć pracy i pobierasz jakiekolwiek świadczenia, to jesteś złodziejem, leniem i zakałą tego kraju. Jeśli zachorujesz i pozwalasz innym wspaniałomyślnie się tobą opiekować, to jesteś nieudacznikiem, zbędnym chorym ogniwem, którego najlepiej byłoby się pozbyć. I tak wymieniać można jeszcze długo. Cokolwiek byś nie zrobił, i tak będziesz tym złym, o moja przyszłości narodu!
Pamiętam, jak lata temu po raz pierwszy rejestrowałam się w urzędzie. Zorganizowali wtedy spotkanie, na którym miła pani próbowała nas przekonywać, jak bardzo urząd jest potrzebny. Przytaczała liczne sytuacje, w których możemy zgłosić się do urzędu, a on nam pomoże, bo jest taki dobry. Bujda i łgarstwo! Od jakiegoś czasu znam osobiście kilka osób pracujących w różnych urzędach i powiedzą ci jedno: jak potrzebujesz pomocy, nie przychodź do nich. Bo oni są od statystyk. A ty? Cóż tam - taki ty....




CZĘŚĆ PIERWSZA

CHRZEST ŚNIEGU



ROZDZIAŁ 1
NIETYPOWA ZNAJOMOŚĆ


Wojtek biegł przez park. Wakacje właśnie się skończyły. Był pierwszy września, wtorkowe popołudnie, już po rozpoczęciu roku szkolnego. Ostatnie dni nastrajały melancholijnie. Głównie dlatego, że laba miała skończyć się już od jutra i znów trzeba będzie wrócić do szkolnej ławy. Ale na szczęście to już ostatni rok i matura. To będzie ciężki rok. W oddali dał się słyszeć odgłos syreny wozu strażackiego; tegoroczna susza zbierała ponure żniwo. Znowu gdzieś coś się pali, pomyślał mimochodem. Wyciągnął bidon z resztką napoju izotonicznego, zamocowany do specjalnego paska, który oplatał chłopaka w talii. Dopił płyn, włożył pusty bidon na swoje miejsce i skupił swoją uwagę z powrotem na biegu.
Nastolatek poruszał się stałym tempem, kontrolując oddech. Lubił ten rodzaj aktywności fizycznej. Zawsze okrążał cały park trzykrotnie. Biegał codziennie, za wyjątkiem niedziel. Nauczył się już parku na pamięć. Obserwował zmieniające się otoczenie w zależności od pory dnia. Rozróżniał również innych biegaczy, ludzi uprawiających nordic walking lub rowerzystów, a także wędkarzy oraz pewną kobietę, która zawsze czytała książkę, leżąc na kocu rozłożonym w pobliżu jeziora. Hmm, prawie zawsze. W dni deszczowe Wojtek nie rezygnował z treningów, lecz wtedy wiedział, że park się wyludnia. Nie było nikogo oprócz niektórych wytrwałych wędkarzy. Deszcz nie przeszkadzał chłopakowi - chciał zahartować organizm przed zimą, a poza tym chciał w pierwszych dniach września być w kwitnącej formie. W końcu, po dwóch miesiącach, dziś znów zobaczył się z kolegami ze szkoły, towarzyszami niedoli i wielu nieodpowiedzialnych, szczeniackich wybryków. I, oczywiście, z dziewczynami.
Jeszcze przed wakacjami zazdrościł niektórym kolegom, którzy wyrywali laski na pęczki. Na niego rzadko która koleżanka zwracała uwagę. Był dość przeciętny: w miarę wysoki, długie włosy koloru ciemny blond związane w kucyk, duże niebieskie oczy, ubrany schludnie, ale nie w jakieś wyszukane firmowe ubranka. Czyli chłopak, jakich wielu. Jego najlepszy przyjaciel, Paweł, doradził mu, żeby spróbował szpanować ciałem skoro nie może, lub nie chce, szpanować ciuchami. Wojtek przez pierwsze dni gapił się w lustro i rozważał zakup całej gamy kosmetyków pielęgnacyjnych, ale Paweł wybił mu to z głowy. "Bracie! Facjata może być różna, lecz ciało można rzeźbić dowolnie". Wziąwszy sobie to do serca, Wojtek podjął decyzję: idziemy na siłownię. Za namową trenera, Arka, dodatkowo włączył do treningu bieganie. Paweł wprawdzie kibicował Wojtkowi, lecz sam nie wykazał się na tyle silną wolą, by samemu wytrwać na siłowni dłużej niż dwie wizyty. Odpuścił po pierwszych niepowodzeniach. Wojtek natomiast się uparł. Zaczynał swoją treningową przygodę na początku maja, więc pod koniec sierpnia efekty powoli zaczynały być widoczne. Był z siebie zadowolony. Wiedział, że już niebawem będzie mógł chodzić z podniesioną głową mężczyzny - zdobywcy.
Za każdym razem kiedy biegał obserwował wszystkich stałych bywalców. Dziś zdziwił się; pomimo pięknej pogody nie było dwóch biegających zawsze razem dziewczyn, jednego wędkarza oraz kobiety czytającej książkę opodal jeziora. Zaczął się zastanawiać kim trzeba być, żeby prawie dzień w dzień czytać książki. Sam stronił od szkolnych lektur. Kto je wybierał?! Są tak nudne i nieżyciowe, że szkoda tracić czas na ten szajs. I nieważne, że ich nie czytał i tak naprawdę nie wiedział, co w nich jest. Wiedział pobieżnie o czym są, bo wiedzieć musiał, lecz czasu na czytanie tych bzdur marnować nie chciał. Dlatego właśnie nie rozumiał ludzi czytających dla przyjemności. To tak się da? Poważnie?
Nie, to nie mój świat.
Przebiegłszy całą zaplanowaną trasę, wykonał jeszcze kilka ćwiczeń rozciągająco - relaksacyjnych. Zawsze je robił na koniec, by zmniejszyć ryzyko kontuzji i zakwasów dnia następnego. Szczęśliwy i pełen buzujących w swoim organizmie endorfin udał się do domu.

Chłopak mieszkał z rodzicami w zadbanej dzielnicy domków jednorodzinnych. Szybkim krokiem zbliżył się do swojej rodzinnej posesji. Była otoczona drewnianym płotem z furtką, w której tego lata popsuł się domofon. Otwierając furtkę, spojrzał mimochodem na swój niewielki, piętrowy domek, z zewnątrz pomalowany na zielono. Przeszedł chodnikiem, przecinającym zaniedbany trawnik, który prowadził do drzwi frontowych. Otwarłszy drzwi, wszedł do przedpokoju. Znajdował się tu wieszak na kurtki i płaszcze, na którym zawiesił swój pas sportowy, oraz szafka na buty. Wyciągnął z niej jakieś domowe kapcie. Zdjął obuwie do biegania i schował je do szafki. Trzymając kapcie w jednej dłoni, a pusty bidon w drugiej, wszedł do jasnego salonu, pośrodku którego znajdował się ogromny dębowy stół z kompletem sześciu krzeseł. Szybko omiótł wzrokiem ściany przyozdobione regałami, uginającymi się pod ciężarem literatury farmaceutycznej. Wszedł na chwilę do kuchni - nowoczesnego pomieszczenia utrzymanego w beżowych odcieniach. Bidon wylądował w zlewie. Chłopak nalał sobie szklankę wody mineralnej i wypił ją duszkiem. Puste naczynie również odstawił do zlewu, po czym wycofał się z kuchni, by wbiec krętymi schodkami na piętro. Mieściły się tu pokoje Wojtka i jego rodziców, a także oddzielna łazienka i ubikacja.
Wojtek wziął szybki prysznic, ubrał się w czyste ciuchy i władował sportowe spodenki i koszulkę do kosza na brudy. Miał kilka kompletów stroju do ćwiczeń i prał je hurtem dopiero wtedy, gdy wszystkie już były przepocone. Z mokrą głową, zjadł obiad, który na szybko sobie przygotował. Nie było to nic wykwintnego, lecz skomponował posiłek w taki sposób, aby wszystko było zgodne z zasadami zdrowego odżywiania. Otrzymał całą listę przykazań od trenera z siłowni. Uprzedził on Wojtka, że nawet jeśli da z siebie na treningu dwieście procent, a jednocześnie będzie utrzymywał nieprawidłową dietę, to cały wysiłek pójdzie się gwizdać. Chłopak nie lubił marnować czasu, więc do wskazówek trenera również postanowił się zastosować. W krótkim czasie stał się mistrzem komponowania zbilansowanych dań.

Środowy poranek. Alarm, ustawiony w komórce poprzedniego wieczoru, obudził Wojtka natarczywym dzwonieniem. Chłopak przeciągnął się mocno, wyłączył irytujące dźwięki i wstał z łóżka. Lubił swój pokój. Ściany były pomalowane na stonowany odcień fioletu. Łóżko chłopaka znajdowało się po prawej stronie od wejścia. Po lewej natomiast postawiona była spora szafa. Naprzeciw drzwi wejściowych było duże okno, a przy nim biurko i pojedyncze obrotowe krzesło. Na biurku leżał laptop oraz podłączona do niego drukarka. Książki przeważnie były pochowane w zakamarkach biurka.
Wojtek szybko zorientował się, że rodzice już dawno wyszli do pracy. Własne przygotowanie się do wyjścia zajęło mu dziś, w jego własnym mniemaniu, zbyt dużo czasu. To już nie były wakacje, kiedy mógł dowolnie dysponować swoim dniem. Ledwie ze wszystkim zdążył, nim wyszedł do szkoły. Postanowił sobie, że od dnia dzisiejszego będzie szykował rzeczy już wieczorem zamiast zostawiać wszystko na rano.

Szedł raźnym krokiem. Nie chciał się spóźnić na pierwszy w tym roku WF. Gdy jego oczom ukazał się szkolny budynek, opanowały go sprzeczne emocje. Z jednej strony, cieszył się, że spotka kumpli i będzie mógł się lepiej zaprezentować przed dziewczynami; z drugiej natomiast, szkoła oznaczała naukę. Dużo nauki.
Jego liceum, jak na jego oko, nie zajmowało jakiejś bardzo dużej powierzchni, nie licząc terenu boiska, a raczej trzech mniejszych boisk, i terenów przyszkolnych ogółem. Budynek wyglądał całkiem przyzwoicie. Jeszcze przed wakacjami Szef Wszystkich Szefów, czyli pan dyrektor, zapowiedział generalny remont i malowanie. Słowa dotrzymał; odnowiona placówka prezentowała się elegancko w stonowanych brzoskwiniowych barwach na zewnątrz oraz pastelowych zieleniach i błękitach wewnątrz. Jedynie aulę i salę gimnastyczną przemalowano na ciepłe odcienie kawy z mlekiem.
Pierwszy dzień szkolny minął Wojtkowi bardzo leniwie. Wedle planu miał mieć dzisiaj sześć godzin. W ich trakcie licealiści byli zaznajamiani z wszelkimi kwestiami organizacyjnymi. Niektórzy nauczyciele po raz kolejny straszyli zbliżającą się nieuchronnie maturą. Jakby nie znudziło im się to w ubiegłym roku... Po pierwszym dniu jedyne, co Wojtek zapamiętał z lekcji to to, że czeka go egzamin dojrzałości, na który wcale nie czuł się przygotowany.
Przerwy były lepsze. Kumple zauważyli zmianę zawartości procentowej mięśni i tłuszczu w organizmie Wojtka i poklepywali go po plecach.
- No, no! - piał z zachwytu Dawid, klasowe emo, wysoki i szczupły, z czarną grzywą zachodzącą na przyćpane oczy. - Nasz Wojtek postanowił przerobić się na Conana!
- Będziesz jak Arnold - przyłączył się Michał, średniego wzrostu, dokładnie ogolony szatyn, który słynął z bycia szkolnym zgrywusem.
- Nasz słodki Wojtuś powoli zaczyna przypominać człowieka - zażartowała Paulina, elegancka, długowłosa blond piękność. Jej siostra bliźniaczka, Ewelina, równie wytworna i pociągająca, uzupełniła komentarz:
- Jesteś jak DiCaprio, ładniejesz z wiekiem!
- I pomyśleć, że gdybym wtedy nie zrezygnował z treningów, mógłbym robić ci teraz konkurencję - Paweł, niewysoki i chuderlawy ciemnooki brunet, z przerzedzoną, niegoloną bródką, szturchnął Wojtka po przyjacielsku i cała szóstka ryknęła śmiechem.
Wojtek, Paweł, Michał, Dawid, Paulina i Ewelina trzymali się razem od pierwszej klasy liceum. Tworzyli, jak to sami określali - Towarzystwo. Nie wchodzili w bliższe interakcje z resztą klasy, uważając pozostałych za jednostki poślednie. Najbardziej na izolację grupy nalegały siostry; były córkami bogatego biznesmena i nie chciały być kojarzone z resztą plebsu. Akceptowały Michała ze względu na jego poczucie humoru i urok osobisty, natomiast Dawida potrzebowały, kiedy chciały się oderwać od przyziemnej rzeczywistości tego świata. Wojtek i Paweł stanowili inteligencję i źródło ściąg i podpowiedzi na kartkówkach i sprawdzianach z przedmiotów ścisłych. W zamian za korzyści płynące z przyjaźni z chłopcami, bliźniaczki niejednokrotnie odwdzięczały się jakimś gadżetem, bonem podarunkowym, czy innym wysublimowanym prezentem. W końcu - było je stać.
Paweł, w przeciwieństwie do dziewczyn, dopuszczał mieszanie się grupy z innymi osobami. Warunkiem było to, że z takiego osobnika musiała płynąć jakaś wymierna korzyść dla Towarzystwa lub niego samego. Imprezy odbywały się przede wszystkim u Pawła w domu, więc to on miał przywilej dobierania ekipy.
Wojtek spostrzegł dziś nieskromnie, że niektóre dziewczyny ze szkoły przyglądały mu się z zainteresowaniem i coś między sobą szeptały. Nawet wychowawczyni klasy, pani Barbara, nauczycielka biologii, którą uczniowie zwykli nazywać Napoleonią ze względu na jej wzrost i despotyczny charakter, zmierzyła Wojtka wzrokiem od stóp do głów i pokiwała głową z uznaniem. Chłopak wiedział, że odniósł taki efekt, na jakim mu zależało. Wiedział również, że absolutnie nie może odpuścić sobie treningów. Jego poczucie własnej atrakcyjności podniosło się o kilka poziomów, a obecnie to właśnie było jego celem. Było też furtką do osiągnięcia poważniejszych przedwakacyjnych założeń.

Po lekcjach chłopak zjadł przygotowany przez siebie rano posiłek na szkolnej stołówce, po czym udał się do domu. Nie chciał biegać od razu po jedzeniu, więc w ten sposób dał sobie czas na przetrawienie obiadu przed wyruszeniem do parku. Środy były dla niego dniem bez treningu na siłowni, jednakże nie rezygnował wtedy z ćwiczeń aerobowych. W domu przebrał się w odpowiedni strój, w talii zapiął sobie pas, w którym umieścił bidon z napojem izotonicznym oraz klucze i komórkę, po czym wybył w trasę.

Wrześniowe słońce ogrzewało jeszcze zielone drzewa, odbijało migoczące promienie w jeziorze i rozjaśniało twarze spacerowiczów. Wojtek mijał znane mu postacie i odnotowywał je w pamięci. Już po pierwszym okrążeniu spostrzegł, że dziś brakowało jednego rowerzysty, starszego pana uprawiającego nordic walking oraz kobiety z książką. Znowu jej nie było. Zastanowiło to Wojtka. Przecież jeszcze do niedawna była tu codziennie. Co się mogło z nią stać? Pogoda przecież dopisuje. Może się rozchorowała? Niemożliwe... Zresztą, co go to mogło obchodzić. W głębi duszy czuł podniecenie, że Magda z II klasy patrzyła w jego kierunku na każdej przerwie. Dziewczyna idealna, pomyślał rozmarzony. Na jej ukradkowych spojrzeniach zyskiwało jego poczucie własnej wartości, co przekładało się na jego dzisiejszy wyśmienity humor. Madzia zaczęła mnie zauważać..., pomyślał z satysfakcją godną Juliusza Cezara.

Kolejny dzień był zapowiedzią tego, co czekało uczniów przez następnych kilka miesięcy. Nauczyciele od przedmiotów maturalnych się rozszaleli i zaczęli zadawać wielostronicowy materiał powtórzeniowy na mające się odbyć niebawem testy sprawdzające wiadomości z ubiegłych lat. Atmosfera stawała się powoli przytłaczająca, choć wciąż jeszcze dało się wyczuć beztroski powiew minionych wakacji, a Magda z II klasy gapiła się na Wojtka przez wszystkie przerwy. Nie miał szczególnej śmiałości do dziewczyn, lecz mimochodem zaczął układać sobie w głowie dialogi z nią. Cześć, jestem Wojtek - A ja Magda - Widzę, że od jakiegoś czasu mi się przyglądasz. - Oh, wiesz, nie mogę od ciebie oderwać wzroku, przystojniaku... - Madziu, jaka ty jesteś ładna... A jaka kochana... - Wiem. A mogę dotknąć twojego bicepsa? - Jasne - Jaki on twardy, musiałeś poświęcić wiele godzin ćwiczeń, by osiągnąć taki efekt! - Zgadza się. Mądra z ciebie dziewczyna... Zastanawiał się, jak zadziałać, by ze spojrzeń na odległość przejść w końcu do jakiejś konkretnej znajomości. Nie miał bogatego doświadczenia w kontaktach damsko-męskich, a poziom jego hormonów w ostatnim czasie tak często zmuszał go do wyszukiwania w Internecie coraz bardziej nieszablonowych filmików dla osób 18+, że uznał, iż najwyższy czas zacząć testować swoją świeżo nabytą atrakcyjność.

Od razu po szkole zjadł przygotowany przez siebie wczoraj wieczorem obiad na szkolnej stołówce i udał się na siłownię. Lubił to miejsce. Gdy wszedł do budynku, skierował się do recepcji. Uprzejmie przywitał się ze stojącą za elegancką, ciemną ladą Edytą - niewysoką, szczupłą, młodą kobietą, która lubiła nosić swoje długie rude włosy splątane w uroczy warkoczyk. Podał jej karnet w zamian za kluczyk do szafki w szatni. Przeważnie, tak jak dziś, recepcjonistka była uśmiechnięta i zadbana. Lubił czasem na nią patrzeć, gdy chodziła po siłowni w legginsach, kołysząc biodrami, i doglądała ćwiczących. Trzymając już kluczyk w ręku, poszedł do szatni. Przebrał się, skorzystał z ubikacji i wyszedł na główną salę. Miał w zwyczaju robić swoisty obchód, by przywitać się ze znajomymi ludźmi, z którymi w ciągu tych czterech miesięcy zdążył się skumplować.
Sala główna zajmowała dużą prostokątną przestrzeń. Wszystkie ściany były pomalowane na intensywny pomarańczowy kolor. Chłopak szybko przejrzał się w jednym z luster wiszących na ścianach. Dzięki nim bywalcy mogli kontrolować, czy wykonują ćwiczenia poprawnie pod względem technicznym. Na niektórych ścianach, oprócz luster, wisiały także telewizory, umilające wykonywanie ćwiczeń.
Poszukując znajomych twarzy, Wojtek spojrzał w prawo; przy oknach mieściła się strefa cardio z rowerkami poziomymi i pionowymi, bieżniami, orbitrekami, a nawet ruchomymi schodami. Po jednej z bieżni toczyła się Malwina - brunetka po czterdziestce. Była matką dwójki dzieci, która zaniedbała swój wygląd na rzecz wychowania pociech najlepiej, jak umiała. Teraz przyszedł czas, by w końcu pomyślała również i o sobie. Wojtek pomachał jej przyjaźnie. Odwzajemniła się tym samym, po czym z powrotem skupiła na własnym ćwiczeniu.
Chłopak powiódł wzrokiem w lewą stronę sali, w której ustawione zostały różne ławeczki, hantle i odważniki, gryfy i sztangi z obciążeniami. Pośrodku tych sprzętów znajdował się Arek - trener, który był dla Wojtka poniekąd wzorem. Nastolatek marzył o tym, by pewnego dnia móc się pochwalić taką muskulaturą jak trener. Mężczyzna, na oko dwudziestokilkuletni, był wysokim blondynem o niebieskich oczach, lubiący nosić swoje włosy krótko ścięte. Jego twarz zdobiła doskonale zadbana, zawadiacka bródka.
Arek nie był sam. Towarzyszyły mu dwie panie, Sandra i Nicole, które płaciły dodatkowo za trening personalny. Przez ostatnie miesiące Wojtek zdążył się już napatrzeć na przeróżne metody, za pomocą których kobiety usiłowały zwrócić na siebie uwagę trenera. Sandra - trzydziestokilkulatka, wysoka, szczupła i ruda, z włosami zawsze spiętymi gumką w koński ogonek, miała tendencję do nadmiernego komplementowania swojego obiektu westchnień. Nicole, w tym samym wieku co koleżanka, lecz niższa od niej, bardziej przysadzista i o czarnych, krótkich, nastroszonych włosach, miała raczej w nawyku kuszenie wyzywającym strojem. Wojtek wiedział, że obie mają bogatych mężów i nie pracują, a na siłownię przychodzą dlatego, że im się nudzi i czują się zaniedbywane w małżeństwie. Arek również świetnie zdawał sobie z tego sprawę. Był dla klientek uprzejmy, ale na większe poufałości nie pozwalał; był profesjonalistą. Wojtek wierzył, że gdyby jego własne mięśnie były tak rozbudowanie, jak u Arka, to wszystkie kobiety kokietowałyby i jego w taki sam sposób. Podszedł do trenera i wymienił z nim solidny uścisk dłoni, życząc mu cierpliwości. Obaj się roześmiali. Sandra i Nicole popatrzyły jedna na drugą zdezorientowane.
Wojtek ruszył do najdalszej części sali, w której ustawione zostały maszyny do ćwiczeń wybiórczych partii mięśni. Na każdej z maszyn widniała instrukcja obsługi, łącznie z naklejką z hologramem prezentującym jak prawidłowo wykonywać ćwiczenie. Znajdowały się na nich również poglądowe rysunki, opisane łacińskimi nazwami tych mięśni, które brały udział w ćwiczeniach na danej maszynie. Dzięki tym napisom Wojtek poznał inną łacinę niż te najbardziej popularne określenia. Przy jednej z maszyn zgromadzili się kolejni bywalcy, z którymi udało mu się wejść w bardziej przyjazne relacje. Była to ekipa poczciwych kibiców lokalnej drużyny futbolowej, która zawsze trzymała się razem, czyli Jaro, Zbychu i Łuki. Żaden z nich nie mógł mieć więcej niż trzydzieści lat. Panowie byli do siebie dość podobni. Wszyscy nosili koszulki z logo ich ukochanej drużyny piłkarskiej, byli ogoleni na łyso i przepięknie napakowani. Z każdym z nich Wojtek wymienił uścisk dłoni. Panowie lubili też poklepać go czasem po plecach, co także i dzisiaj miało miejsce. Będąc w świetnym nastroju, chłopak dostrzegł jeszcze przy innej maszynie, oddalonego od reszty towarzystwa, samotnego okularnika, ciemnowłosego studenta Artura, który przygotowywał się do wzięcia udziału w konkursie dla kulturystów. Wojtek skinął mu głową na powitanie. Artur grzecznie się odkłonił i wrócił do swojej treningowej rutyny. Wojtek oceniał jego szanse w wymarzonym konkursie na znaczne. Może nawet na podium.
Codzienny trening Wojtka przebiegał w zasadzie podobnie. Najpierw rozgrzewka na bieżni, rowerku lub orbitreku. W jej trakcie lubił gapić się w ekran któregoś z telewizorów. Mógł na nich zobaczyć albo jakiś mecz, o którym później dyskutował z fanami futbolu, albo teledyski do disco, pop lub pokrewnego gatunku. Teledyski kręciły go bardziej. Prawie na wszystkich półnagie babeczki wdzięczyły się do kamery i pokazywały, jak bardzo są gorące. Taki widok motywował go do ćwiczeń. Chłopakowi zdarzało się czasem przedłużyć rozgrzewkę, by obejrzeć do końca któryś ciekawszy teledysk. Po rozgrzewce zawsze był czas na ćwiczenia siłowe. Dziś padło na barki.
Wojtek miał trening rozpisany na pięć dni. Dowiedział się od trenera, że to jest maks. Gdyby ćwiczył sześć lub siedem dni w tygodniu, nie przyniosłoby to wcale lepszego efektu. Niemniej jednak, zdawał sobie sprawę, że te godziny spędzone w pocie czoła właśnie tutaj pozwolą mu wcześniej czy później uspokoić wariujące hormony.
W czasie treningu ćwiczący często dzielili się maszynami, w trakcie czego panowie mogli spokojnie konwersować i czasem również pomagać sobie wzajemnie. Gdy na sali nie było Arka, jego obowiązki instruktorskie z pasją przejmowali Jaro, Zbychu i Łuki. Dużą część treningu Wojtek jednak spędzał samotnie. Automatycznie odliczając powtórzenia, błądził dziś myślami po szkolnych salach.Tyle godzin siedzenia w ławce, mniej ruchu niż w czasie wakacji i jeszcze perspektywa uczenia się tego całego badziewia na nowo tylko po to, by dobrze potem wyglądało na jakimś zakichanym papierku. Niesprawiedliwe. Dlaczego młodzi ludzie przez tyle lat są zmuszani do robienia czegoś, co tak naprawdę ich nie interesuje? Rozumiem, chemia czy biologia na przykład. Tego się można uczyć, bo jest potrzebne, daje rozwój i tak dalej. Rodzice od dziecka mi o tym trują. Ale taki polski albo historia? Strata czasu! Kogo interesuje coś, co miało miejsce ponad tysiąc lat temu?! I po co mam czytać wiersze?! Ok, i tak ich nie czytam, chyba, że na lekcji, ale czemu aż tyle godzin się poświęca na takie bzdury? Przecież to mi się w życiu do niczego nie przyda... Tak rozmyślając i biadoląc nad życiem maturzysty, chłopak przebrnął przez trening siłowy, po którym zawsze był czas aerobów. W przypadku Wojtka była to właśnie przebieżka po parku. Wprawdzie zaczynając przygodę z treningiem, próbował swoich sił na bieżni, lecz ostatecznie opcja naturalna zwyciężyła. Jeszcze będąc na siłowni, przebierał buty na swoje biegowe adasie. Truchtał do domu, by zostawić zbędne rzeczy i uzupełnić izotonik w bidonie, a stamtąd biegł prosto do parku.

Słońce dziś dopisywało. Wojtek czuł znużenie szkołą, toteż narzucił sobie średnie tempo. Biegnąc, mijał znajome osoby. "Każdy z nich inaczej pachnie... Ciekawe, że kiedy po prostu idę, to tego aż tak nie zauważam. A kiedy biegnę, to jestem w stanie rozpoznać nawet markę mydła, którym się myją".
Pierwsze okrążenie już prawie zrobione. Ze stałych bywalców byli niemal wszyscy. Wojtek biegł, wpatrzony w taflę jeziora, gdy nagle jego wzrok napotkał rozłożony koc i kobietę czytającą książkę. Jest!, ucieszył się. Nie wiedział czemu, ale aż mimowolnie się uśmiechnął na jej widok. To był impuls. Ona akurat przewracała stronę, spostrzegła biegacza i odwzajemniła uśmiech. Wojtek patrzył na nią przez krótką chwilę, gdy ją mijał. Około trzydziestki, przeciętnej budowy, ani wysoka, ani niska, ubrana w wygodne czarne spodnie i ciemnozieloną bluzkę z krótkim rękawkiem. Kasztanowe loki spływające w artystycznym nieładzie na ramiona. Sympatyczna twarz z ciepłym uśmiechem. Oczy koloru jeziora. Zero makijażu. Mało brakowało, a Wojtek zaliczyłby popisowe potknięcie na nierównej ścieżce. Biegł dalej, lecz teraz jego myśli zaczęły uporczywie krążyć wokół czytelniczki. Zaintrygowała go. Próbował zgadnąć, kim może być, jaka jest, jak brzmi jej głos. Znów zaczął się zastanawiać, gdzie zniknęła ostatnio. Nim się obejrzał, zrobił kolejne okrążenie i znów kierował się w stronę jeziora. Była tam. Leżała na brzuchu i czytała. Wydawała się być tak spokojna i łagodna. Przebiegł obok, lecz tym razem na niego nie spojrzała, pochłonięta lekturą. Musiał sam przed sobą przyznać, że poczuł się nieco zawiedziony. Liczył na to, że może i tym razem się do niego uśmiechnie, albo będzie się w niego wgapiać tak jak Magda, a ona po prostu czytała. Czytała... Co może w tym być aż tak wciągające, że teraz się na mnie nie patrzy? Uśmiechnęła się przecież wtedy... Czemu teraz bardziej interesuje ją jakaś badziewiasta książka? Biegł i rozmyślał. I coraz bardziej zaczynał się irytować. Jego irytacja wycisnęła z niego potężne pokłady energii tak, że biegł teraz jak w transie, zatopiony we własnych myślach. Kończył to okrążenie wcześniej niż zwykle. Zbliżając się do jeziora, spostrzegł, że kobieta wstała i właśnie przeciąga się po długim leżeniu na kocu. Wewnętrzne przeczucie mu mówiło, że musi koniecznie jakoś do niej zagadać. Czuł się lekko zagubiony; nie potrafił porównać tego przeczucia z niczym innym, co by znał. Nigdy wcześniej nie czuł czegoś podobnego tak wyraźnie, jak w tej chwili. Wojtek, decyduj! Teraz, albo nigdy... Podbiegł do niej i, zdyszany, usłyszał swoje własne słowa:
- Dzień dobry! Co pani tak czyta?
- Dzień dobry! - odwzajemniła powitanie lekko zachrypniętym, lecz przyjemnym głosem. Uśmiechnęła się przyjaźnie, po czym się roześmiała. - A na co to wygląda? Przecież to książka.
Patrzył na nią przez kilka chwil, czerwony na twarzy, łapiąc oddech i nie wiedząc, czy to taki żart, czy po prostu bezczelnie się z niego nabija. Najwyraźniej zdała sobie sprawę z konsternacji, jaką wywołał ten spontaniczny dowcip, więc dodała, prezentując książkę:
- Pozycja obowiązkowa każdego fana historii: Norman Davies, Serce Europy.
Widząc najwyraźniej, że nic to rozmówcy nie mówi, dodała:
- Poza takimi książkami, lubię też coś lżejszego typu fantasy, kryminał, thriller, czy komedię.
Wojtek spojrzał na nią zdziwiony, otarł dłonią pot z czoła i odpowiedział:
- Ja w zasadzie nie lubię czytać. Zastanawiałem się więc, widząc panią za każdym razem, co takiego dają pani te godziny spędzone na czytaniu. Jest to coś, czego nie potrafię zrozumieć.
Pomyślał sobie mimochodem, że był może trochę bezczelny. Nie dość, że zaczepia obcą osobę, to jeszcze najprawdopodobniej ją krytykuje. Ona jednak, zacząwszy pakować koc do wielkiej torby, odpowiedziała ze spokojem:
- Mnie daje to wiele. Ale nie dziwię ci się, młody człowieku. Będąc w twoim wieku też nie lubiłam czytać. Robiłam wszystko, by wymigać się od szkolnych lektur, a o książkach spoza tego kanonu nie było nawet mowy. Cóż, do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć, a poza tym, ludzie są różni. Nie ma przecież obowiązku lubić w życiu wszystkiego.
Wojtek uniósł brwi w pytającym geście. Już trochę ochłonął i nie dyszał tak ciężko jak przed chwilą, choć pot wciąż perlił się na jego twarzy.
- Ja chyba nigdy do tego nie dorosnę. Nie lubię tego, dla mnie to strata czasu - odparł prowokacyjnie i czekał na jej reakcję.
- I jak najbardziej masz do tego prawo. A w ogóle, to może porozciągaj się trochę, jeśli kończysz już trening. Swoją drogą, podziwiam twoją determinację. Przez ostatnie dwa miesiące odwaliłeś kawał dobrej treningowej roboty.
Wojtek uśmiechnął się promiennie. Uzmysłowił sobie, że rzeczywiście zaczął odnotowywać w pamięci jej obecność dopiero wtedy, kiedy zaczęły się wakacje. Pomyślało mu się, że nie tylko on sam obserwował, ale że również był obserwowany. Zrobiło mu się tak dziwnie przyjemnie. Zaczął ćwiczenia rozciągające i odparł:
- Ma pani słuszność, i jest mi bardzo miło coś takiego usłyszeć, zwłaszcza od nieznajomej osoby. Ależ ta sytuacja jest dziwna. To ja może się przedstawię. Wojtek jestem.
Przerwał ćwiczenia i wyciągnął do niej wilgotną dłoń. Uśmiechnął się z zakłopotaniem. Ona również się uśmiechnęła, uścisnęła jego dłoń i odparła:
- Ja jestem Anna. Miło cię poznać, Wojtek. W końcu przez wakacje widzieliśmy się prawie codziennie. To trochę tak, jakbyśmy się nawet znali. Kibicowałam ci przez ten czas. Wiesz, żebyś nie zrezygnował po pierwszych sukcesach.
Wojtek na te słowa zrobił wielkie oczy. Mógł z czystym sumieniem stwierdzić, że go zatkało. Rozciągał się jeszcze chwilę w milczeniu i patrzył, jak Anna kończy pakowanie swoich rzeczy.
- Czy mogę zadać niedyskretne pytanie? - spytał, będąc na fali odwagi - Gdzie pani... to znaczy, gdzie byłaś przez ostatnie dni? Nie dawało mi to spokoju...
Spojrzała na niego z miną, jakby pytała, czy naprawdę go to obchodzi. Na jego twarzy malowało się szczere zainteresowanie. Wahała się chwilę, jakby oceniając, czy może mu się zwierzyć, czy może choć trochę zaufać. W końcu położyła siatkę z rzeczami na trawie, założyła niesforny kosmyk włosów za ucho, wzięła głęboki wdech i wyznała, że była w Powiatowym Urzędzie Pracy. Opisała dość szczegółowo to wydarzenie, uzupełniając je o garść przemyśleń własnych. Wojtek skończył się rozciągać i słuchał, nie mając odwagi jej przerwać. Dopiero po słowach - A zresztą, nie będę cię zanudzać takimi prozaicznymi detalami, w sumie to muszę już iść... - spytał, jaki wykonuje zawód.
- Tylko się nie przestrasz - ostrzegła go. - Jestem, a raczej byłam, nauczycielką.

Data:

 2015/2016

Podpis:

 Agnieszka Q

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80846

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl