DRUKUJ

 

Zderzenie Światów - rozdział 7 części 2

Publikacja:

 18-04-14

Autor:

 AgnieszkaQ
ROZDZIAŁ 7
AGENT


Wojtek obudził się z nosem w Piastach. Usiadł na łóżku i, przecierając zaspane oczy, zdał sobie sprawę, że skończył czytać na stronie dwieście dziesiątej. Rany Julek!, pomyślał podekscytowany. Czuł się jak kawaler, który właśnie stracił dziewictwo.
Spojrzał na zegarek w swojej komórce i stwierdził, że godzina jest jeszcze wczesna. Postanowił zjeść śniadanie i wziąć prysznic. Rodziców już nie było, więc mógł zachowywać się całkiem swobodnie.
Odrobiwszy się w kuchni i łazience, uznał, że czas najwyższy, by odezwać się do Pawła. Wyszukał więc jego numer w kontaktach i czekał na połączenie. Przyjaciel odebrał po drugim sygnale i najwidoczniej uznał, że najlepiej będzie rozpocząć rozmowę z grubej rury.
- Czemu żeś się, do cholery, nie odzywał?! - wściekał się. - Nie widziałeś, ile razy próbowałem się z tobą skontaktować?!
- Zewrzyj japę - wycedził Wojtek przez zęby. - Nie mam nastroju na twoje darcie ryja.
- Cały dzień wczoraj nie ruszyłeś dupy, żeby nawiązać kontakt z pokraką - wyrzucił mu przyjaciel. - W tym tempie to będziemy czekać do wiosny!
- Zamknij twarz, jak cię proszę - powtórzył Wojtek. - Widzę się z nią dzisiaj.
- Co?! - wydyszał do słuchawki. - Powtórz!
- Oliwia przychodzi do mnie dziś wieczorem - odparł Wojtek spokojnie.
- Jak i kiedy żeś tego dokonał? - chciał wiedzieć. - Mów!
- Po prostu. - Wojtek bezwiednie wzruszył ramionami. - Tak się złożyło.
- Tak się złożyło?! - wykrzyknął Paweł, demonstrując swoje niedowierzanie. - Skromny jesteś, bracie! Nic nie podejrzewa?
- A skąd mogę wiedzieć? - Chłopak zaczął się irytować. - Nie siedzę w jej głowie, nie czytam w myślach.
- Dobrze już - uspokajał go Paweł. - Najważniejsze, to żebyś zdobył dla nas te informacje.
- Najważniejsze, żebyście potem odwołali te wszystkie brednie na mój temat, które rozpuściliście w necie i w szkole - odparł Wojtek.
- Jeszcze tego samego dnia - obiecał Paweł żarliwie.
- No ja myślę. Bo jak nie, to czeka cię los, jaki przytrafił się duchownemu Bernardowi na Pomorzu.
- Czyli jaki?
- Poczytaj historię, to będziesz wiedział - odparł, szczerząc zęby do telefonu, i zakończył rozmowę.
Uśmiechając się sam do siebie, postanowił przed wyjściem na trening przeczytać jeszcze kilka stron. Nie przypuszczał nigdy wcześniej, że czytanie samo w sobie może sprawić tyle radości. Każdą anegdotę lub fragment napisany w humorystyczny sposób witał jak prawdziwe objawienie. Jego zachowanie przejawiało wszelkie oznaki zauroczenia.
Gdy nadszedł czas opuszczenia domu, rozstawał się ze swoją książką z nieukrywanym żalem. Jeszcze jedna strona..., powtarzał po raz kolejny, aż godzina zrobiła się naprawdę późna. Jeśli chciał spędzić więcej czasu z Anną, musiał się spieszyć.

Przekraczając próg siłowni, przywitał się z Edytą, a otrzymawszy od niej kluczyk do szafki, poszedł się przebrać. Wyszedł z szatni nieziemsko podekscytowany. Przywitał się z obecnymi kibicami, Arturem, Arkiem i Malwiną. Arek wciąż sprawiał wrażenie zdystansowanego. Wojtek postanowił więc wyjaśnić sprawę. Wziął trenera na stronę i spytał:
- Masz coś do mnie, że tak dziwnie się ostatnio zachowujesz?
- Osobiście nie - odrzekł Arek niechętnie.
- A nieosobiście? - drążył Wojtek. - Nie przypominam sobie, żebym dał ci powód do takiego unikania mnie.
- Ale dałeś taki powód mojej Madzi - wyznał trener, zaciskając pięści.
- Ej no, hello! - Wojtek przewrócił oczami. - Zechciej sobie przypomnieć, że to ja ją tu przyprowadziłem. Beze mnie byście się nie znali.
- Podobno razem z chłopakami ubliżaliście jej.
Arek spojrzał na Wojtka, jakby rzucał mu wyzwanie. Żyły na jego rękach stawały się coraz bardziej widoczne.
- Że co?! - Chłopak o mały włos by się zakrztusił. - Panowie tylko ją grzecznie poprosili, żeby zostawiła nas w spokoju, nic więcej.
- Sugerujesz, że moja kobieta kłamie?
Arek zdradzał oznaki coraz większej irytacji.
- Ależ skąd! - Wojtek uniósł dłonie o obronnym geście. - Musiała źle zrozumieć nasze intencje, to chyba o to chodzi. Po prostu źle się zrozumieliśmy.
- Jakoś ciężko mi w to uwierzyć - nie dawał się przekonać.
- Spytaj chłopaków, powiedzą ci to samo.
Uznał, że na dziś się poddaje. Co też głupia baba potrafi zrobić z porządnym facetem...
Rozważając i analizując negatywny wpływ płci żeńskiej na męską, Wojtek oddał się rozgrzewce. Następnie zaciekle trenował na maszynach biceps i triceps. Czas mu szybko płynął, zwłaszcza, że unosił się na fali swojej najnowszej fascynacji. Odtwarzał w pamięci treść książki, z którą spędził tę cudowną noc. W jego głowie wirowały fakty, zabawne opowiastki i ilustracje. Wielokrotnie przyłapał się na tym, że uśmiecha się sam do siebie.
- A tobie co? Zakochany? - spytał znienacka Zbychu.
- Co?
Wojtek był zupełnie nieprzygotowany i zaskoczony.
- Wodzisz maślanym wzrokiem i szczerzysz się jak głupi do sera - sprecyzował Zbychu.
- Zacząłem wczoraj czytać książkę - wyjaśnił Wojtek.
- Jakąś o miłości? - dopytywał kumpel.
- Nie, o historii Polski - odparł chłopak.
- Żartujesz?
- Nie, mówię jak najbardziej poważnie.
Wojtek zrobił rozmarzoną minę, a Zbychu machnął ręką, komentując krótko:
- Co za pojeb.
Wojtek czuł wszechogarniającą go ekscytację. Nie miał takiej fazy nawet po najlepszym towarze Dawida. Kończył dzisiejszy trening z szerokim uśmiechem na ustach. Tak, zwracał na siebie uwagę.

Założywszy buty do biegania i odniósłszy rzeczy do domu, wyruszył do parku. Jaki cudny dzień..., myślał, wystawiając twarz do słońca. Biegł równym, acz szybkim tempem. Miał wrażenie, że drga wewnętrznie, a szybkość pozwalała mu nad tymi drganiami jakoś zapanować. Kończąc pierwsze okrążenie parku, wypatrzył opodal jeziora swoją Annę. I poczuł się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Przywitał się z nią wstępnie szybkim Cześć! i kontynuował trening. Ona jak zwykle odpowiedziała również serdecznym Witaj! i kontynuowała czytanie. Jego świat był przez chwilę w stanie równowagi absolutnej.
Będąc na finiszu ostatniego okrążenia, podbiegł do Anny. Rozpoczął fazę rozciągania i zagaił rozmowę:
- Widzę, że jakaś kolejna książka.
- Owszem - potwierdziła, kończąc czytać. - Jedna z licznych powieści Kinga. Są bardzo wciągające.
- Zaczynam to rozumieć - odparł i posłał jej porozumiewawcze spojrzenie człowieka, który wie.
- Rozumieć... co? - dopytywała.
- Twoją fascynację literaturą - skonkretyzował.
Spojrzała na niego wyczekująco, jakby prosząc: No, mów dalej! Nie umiał opanować emocji. Ciągnął więc łamiącym się głosem:
- Wczoraj wypożyczyłem moją pierwszą książkę. Rozumiesz? Pierwszą! Zacząłem czytać... Zasnąłem z nią! Od rana nie myślę o niczym innym... To jest coś takiego, co nie daje mi spokoju. Czuję się taki... nie wiem sam, jak to nazwać! Może, że... oświecony? Bardziej świadomy? Jakbym się przebudził po latach jakiegoś okropnego snu i czuł, że muszę, ale to muszę, ponadrabiać te wszystkie straty.
- Wyhamuj, Wojtek! - poradziła rozbawiona, siadając na swoim kocu. - Wszystko z umiarem. Pamiętaj, że masz jeszcze naukę, a w tym roku matura.
- No i co z tego - lekceważył jej przypomnienie. Skończył się rozciągać i usiadł na kocu obok niej. - Odkąd tydzień temu obejrzałem pierwszy filmik na necie, historia po prostu stała się moją obsesją.
- Czyli to jakaś książka na temat historii? - spytała Anna, ciesząc się szczęściem Wojtka.
- Tak, o dynastii Piastów. - Wyszczerzył zęby i znów zaczął się zachwycać. - Poleciła mi ją koleżanka. Nigdy nie sądziłem, że coś może mnie aż tak wciągnąć! Nawet siłownia i bieganie nie dają mi tyle satysfakcji! Boże, Aniu, sam nie wierzę w to, co ci teraz mówię...
- Już dobrze, uspokój się.
Radowała się, widząc jak jej towarzysz ekscytuje się świeżo odkrytą pasją. Wdzięczność i uwielbienie w jego oczach były dobitnym świadectwem tego, że chłopak mówi prawdę. Dodała:
- Przecież ci wierzę.
Przez chwilę patrzeli na siebie w milczeniu, szczęśliwi. Wojtek czuł ogarniającą go harmonię z całym wszechświatem oraz silną więź emocjonalną z Anną.
- Dlaczego ja cię nie słuchałem od samego początku? - Myślał na głos. - Dlaczego tak długo zwlekałem?
- Do wszystkiego trzeba dojrzeć, mój drogi - wyjaśniła mu. - Może się okazać, że jakaś książka, wzięta do ręki zbyt wcześnie, wywoła efekt odwrotny do zamierzonego. Wtedy już nie będzie fascynacji i zachwytu, tylko rozczarowanie i zniechęcenie.
- Też tego doznałaś? - spytał.
- Oczywiście - odrzekła z błyskiem w oku. - I to wielokrotnie. Dlatego też wiem, że wszystko w swoim czasie. Nie żałuj tego, że dopiero teraz się za to wziąłeś. Najprawdopodobniej właśnie teraz nastał dla ciebie najbardziej odpowiedni do tego czas.
- Tak myślisz?
- Wiesz przecież, że gdybym tak nie myślała, to bym tego nie mówiła.
Posłała mu znaczące spojrzenie. Wojtek rzekł:
- Jesteś taka... niesamowita.
- Dziękuję za komplement.
Skinęła głową, a on mówił dalej.
- Nie rozumiem tego wszystkiego, ale wiem, coś mi mówi, że pisane mi było cię poznać.
- Wojtek...
Najwidoczniej chciała mu przerwać, lecz jej nie pozwolił.
- Odkąd widuję cię tu i z tobą rozmawiam, to mam wrażenie, a nawet pewność, że mnie to zmienia. Staję się innym człowiekiem.
- Naprawdę, nie musisz... - spróbowała jeszcze raz, lecz znów jej przerwał.
- Jestem sobie w stanie wyobrazić, dlaczego ci wszyscy twoi uczniowie wcześniej czy później rzucali ci się na szyję. Jesteś po prostu uosobieniem dobra i mądrości.
- Przesadzasz - wtrąciła, najwyraźniej chcąc zakończyć tę jego tyradę. - Bardzo mi schlebia to, co mówisz. Dziękuję ci za te miłe słowa. Naprawdę. Ale zapominasz, lub nie wiesz, o wielu rzeczach.
- Że sobie nie radziłaś na początku? - spytał, lekko sprowadzony na ziemię jej słowami.
- Między innymi.
- Że ta durna dyrektorka cię tępiła? Że próbowała ci wmówić, że się nie nadajesz?
Poczuł ukłucie irytacji. Ja jej takie rzeczy wyznaję, a ona...
- Miała wiele podstaw do krytyki - stwierdziła Anna. - A to, że krytyka przeważnie bywa nieprzyjemna, jest sprawą chyba niewymagającą wyjaśnień.
- Czy ty teraz jej bronisz? - spytał ze zdziwieniem.
- Nikogo nie bronię. Staram się też nikogo nie osądzać. Co najwyżej próbuję postawić się na jej miejscu.
- Ale po co? - nie ustępował.
- Żeby zrozumieć motywy, którymi się kierowała - wyjaśniła Anna spokojnie. - Czy słowo empatia coś ci mówi?
- No, nie za wiele - przyznał.
- To umiejętność postawienia się w sytuacji innego człowieka - tłumaczyła mu cierpliwie. - Czasem to jedyny sposób, by dojść z kimś do porozumienia. Jeśli uda ci się zrozumieć pobudki kogoś, kto na przykład cię irytuje, i jesteś w stanie spojrzeć na świat jego oczami, dużo łatwiej osiągnąć wam wtedy kompromis.
- A jakie były pobudki dyrektorki? - zapytał od niechcenia, uderzając palcami o koc w rytm jakiejś niespokojnej melodii.
- Chyba chciała mieć porządek w szkole - powiedziała Anna po chwili namysłu. - Mogła chcieć, by szkoła cieszyła się dobrą opinią w okolicy. Nauczyciel, któremu dzieciaki wchodziły na głowę, nie prezentował się najlepiej. Jeden niezadowolony rodzic powie następnemu i w ten sposób pójdzie fama po dzielnicy, że dyrektorka zatrudnia niekompetentnych nauczycieli. Patrząc w ten sposób, zdajesz sobie sprawę, że nad wieloma rzeczami trzeba popracować. Ze względu na dobro swoje i innych.
- Jak tak to przedstawiasz, to rzeczywiście może i jest w tym jakiś sens - zgodził się niechętnie. - Poważnie, aż tak bardzo wchodzili ci na głowę?
- Było kilka pamiętnych przypadków - przyznała. - Miałam w klasie chłopaka, który lubił dopiekać nauczycielom. Raz przyszła do mnie matematyczka z płaczem, że na lekcji nagle położył się na podłodze. Gdy spytała, co robi, to odparł, że zniża się do jej poziomu.
- Poważnie?!
Wojtek aż potrząsnął głową z niedowierzania. Przestał wygrywać palcami melodyjkę.
- Jak najbardziej - przyznała. - Jak widzisz, byłam uprzedzona, co może mnie spotkać. Nie czekałam długo. Spróbował swojej sztuczki już wkrótce na mnie. Położył się i stwierdził, że zniża się do mojego poziomu.
- A ty co zrobiłaś? - spytał zaciekawiony.
- Odparłam, że skoro to jest mój poziom, to jego znajduje się kilka metrów pod ziemią. Nauczyłam się pyskować.
- A on co na to?
- Kiedy już klasa przestała się śmiać, wrócił do ławki, złorzecząc, ale już innym nauczycielom takich numerów nie robił.
- Dobra, ale mówiłaś o kilku przypadkach - zachęcał ją do dalszej opowieści.
- Pamiętam jednego ucznia klasy pierwszej. Już na lekcji organizacyjnej stwierdził, że nie lubi angielskiego, a ja jestem głupia. Było to dziecko niezwykle agresywne. Nie mnie jedyną skopał, pobił, opluł, wytargał za włosy, czy zwyzywał. Łaził po krzesłach, skakał po ławkach i zrzucał innym uczniom ich piórniki i książki na podłogę.
- Jakiś psychopata - ocenił Wojtek.
- Mieliśmy z nim wesoło - potwierdziła. - Raz nawet wywinął dyrektorce z liścia w twarz. Lubił się odgrażać, że nas wszystkich do sądu poda i że go popamiętamy. Oh, co on nam chciał zrobić! Nie zliczę tych gróźb. Biegał po korytarzu i klął tak, że niejeden szewc by spąsowiał. Czasem żartowałam sobie, że moje życie bez niego straci sens.
- Ale czemu taki był?
- Okazało się, że ma piekło w domu - wyjaśniła Anna, zakładając za ucho kosmyk nieposłusznych włosów. - Niepracująca, zależna od faceta matka, a mężulek dawał synowi świadectwo, jak należy traktować kobietę. To, co mały widział i słyszał w domu, przenosił potem na szkolny grunt. Choć kiedy już matka zabrała go na badania, a psychiatra dostosował leki, to dało się z nim nawet współpracować bez większych problemów.
- I ty to mówisz tak spokojnie... - dziwił się.
- Było to dwa lata temu. - Spojrzała na niego, smutniejąc. - Nie wiem, co się teraz z nim dzieje. Mam nadzieję, że nic złego, choć intuicja mi podpowiada coś zupełnie przeciwnego.
- To był taki jedyny egzemplarz na całą szkołę? - zaciekawił się Wojtek.
- Taki był jedyny - potwierdziła kobieta. - Ale inni też nie pozostawali daleko z tyłu. W mojej własnej klasie doszło raz do kradzieży. Przyznaję, byłam niedoświadczona i nie wiedziałam, jak prawidłowo zareagować. Wszyscy wiedzieli, kto to zrobił, ale osoba podejrzana nie została ukarana.
- Czemu? - dopytywał.
- Z braku dowodów - wyjaśniła. - Nikt nie złapał go za rękę na gorącym uczynku, a potem było już za późno. Czuję się winna do tej pory.
- A kto był złodziejem?
- Uczeń, którego ojciec był kryminalistą - odrzekła. - Jego matka wierzyła, że miłość może zmienić jej wybranka i sprowadzić na dobrą drogę. Nie ona pierwsza chciała ocalić łobuza. I nie ona pierwsza gorzko się rozczarowała. Facet oczywiście nie zmienił się, a syn z tego związku chciał podążać w ślady tatusia. Ostatecznie mój uczeń wylądował w ośrodku wychowawczym. A inteligentny chłopak był. Niezwykle inteligentny.
- Podziwiasz go? - spytał zaskoczony.
- Na swój sposób tak - przyznała. - To on wtedy podczas powrotu z kręgli prowadził nas skrótami. Nie wszyscy byli tak sprytni jak on. - Anna westchnęła i odgrzebała kolejne wspomnienie. - Raz na szkolnej dyskotece przyłapaliśmy innego ucznia, również z mojej klasy, na posiadaniu e-papierosa. Od razu była akcja: telefon do rodzica oraz wstępne przesłuchanie ofiary. Chłopak plątał się w zeznaniach. Raz mówił, że znalazł tę faję na ulicy w drodze na dyskotekę, innym razem, że pożyczył od rodziców, albo znowu, że koledzy mu dali. Kłamał w żywe oczy. Skonfiskowaliśmy mu tego papierosa, mamusia zabrała go do domu i tak jakoś sytuacja rozeszła się po kościach.
- Widzę, że problemy były z samymi chłopakami - skomentował Wojtek.
- Ależ nie - zaprzeczyła. - Oczywiście, że nie. Chcesz historię z dziewczynami? Proszę bardzo!
Anna uśmiechnęła się porozumiewawczo, a on wychwycił aluzję i aż się rozpromienił. Ona ciągnęła opowieść:
- Miałam w klasie jedną nielubianą dziewczynę i grupkę koleżanek, które prowadziły z nią regularną wojnę. Od wyzwisk, które tam leciały, więdły uszy. Dodatkowo dziewczynki wylewały swoje żale i obnosiły się ze swoimi antypatiami na fejsie. Musiałam poinformować o tym rodziców i poprosić ich o kontrolowanie tego, co ich księżniczki wrzucały do Internetu.
- Syf na fejsie to problem nie tylko dziewczynek z podstawówki - zauważył ponuro.
- Oczywiście - zgodziła się z nim. - Dlatego też im szybciej zaczniesz to tępić, tym lepiej. Eh, pamiętam też jedną legendarną akademię. - Kobieta uśmiechnęła się zagadkowo. - Występowała dziewczyna z mojej klasy, w pierwszym rzędzie siedziała dyrekcja i w ogóle, wiesz, panowała podniosła atmosfera. W pewnym momencie dziewczyna zapomniała tekstu i zaklęła siarczyście do mikrofonu. Cała aula w śmiech, co prawdopodobnie zagłuszyło odbiór dyrektorce. Na szczęście dla mojej uczennicy, dyrektorka chyba nie słuchała tego, co dzieci mówiły na scenie, więc i tej jednej łacińskiej wstawki też nie wychwyciła. Tak powstał powód do wymieniania się półuśmieszkami na długie tygodnie.
- Czyli nie miałaś tam chyba ani jednego nudnego dnia.
- Masz rację, nie miałam - potwierdziła. - A tak mimochodem, chciałam ci przypomnieć, że nie dalej jak wczoraj martwiłeś się poniedziałkowym sprawdzianem.
Wojtek sprawdził godzinę na swojej komórce i szybko doszedł do wniosku, że czas najwyższy się zbierać. Posłał Annie przepraszające spojrzenie.
- Muszę iść. Skąd ty wiesz, kiedy wypalić z takim tekstem?
- Intuicja. - odparła przekornie.
On wstał z koca i na odchodnym jeszcze spytał:
- To jak, do poniedziałku?
- Nie wiem - odpowiedziała.
- Ale jak to?
Zaniepokoił się. Miał wrażenie, że robi mu się słabo.
- Jadę na rozmowę o pracę - wyjaśniła mu. - Nie wiem, o której się skończy. A tym samym nie wiem, czy uda mi się tu przyjść.
- Postaraj się, proszę. - Obrzucił ją błagalnym spojrzeniem. - Mam w poniedziałek osiem lekcji, więc i tak będę późno. Do szóstej chyba się odrobisz?
- Nie mogę ci nic obiecać - postawiła sprawę jasno. - Ale, jeśli pogoda będzie się utrzymywać, to we wtorek nie powinno być problemu.
- Choć tyle dobrze.
Odetchnął z ulgą. Był przekonany, że park bez Anny straciłby dla niego sens.
- No to najpóźniej do wtorku! Powodzenia na rozmowie!
- Dzięki! Miłej nauki, cześć!
Wojtek pogrążony w myślach truchtał do domu. Był zaskoczony własną reakcją na wieść, że może nie zobaczyć Anny w poniedziałek. Przecież to tylko jeden dzień, a ja zaczynam świrować!

Zanim odrobił się z prysznicem, praniem, jedzeniem i wysprzątaniem swojego pokoju, zostało mu niewiele czasu na przygotowanie się psychiczne i chemiczne przed wizytą Oliwii. Chciał powtórzyć sobie cały materiał, by nie wyjść przed nią na buca kłamiącego, że jest z chemii wcale nie gorszy od Kamila fajtłapy. Dwukrotnie przeczytał notatki, przewertował też podręcznik i podkreślił najważniejsze informacje. Denerwował się; od powodzenia jego dzisiejszej misji zależeć miała jego reputacja i pozycja aż do końca liceum, do matury. Wiedział, że nie może tego schrzanić.
Oliwia przyszła punktualnie. Tak, jak ją o to prosił, puściła mu sygnał, gdy już była w pobliżu. Sprawiała wrażenie niepewnej, czy rzeczywiście może wejść do jego domu.
- Cześć, widzę, że trafiłaś bez problemu - zagaił rozmowę.
- Znam te okolice. Mieszkam całkiem niedaleko - odparła beznamiętnie.
- Wejdź - zaprosił ją, otwierając jej bramkę.
Poprowadził ją chodnikiem do drzwi frontowych, wpuścił do środka i zaprowadził do swojego pokoju. Idąc, rozglądała się ciekawie po jego domu.
- Napijesz się czegoś, zjesz coś? - spytał.
Chciał uchodzić za gościnnego.
- Masz może wodę? - zapytała.
- Jasne. Rozgość się, a ja za chwilę przyniosę - odrzekł i wybył do kuchni, zostawiając ją samą w swojej twierdzy.
Będąc w kuchni, postawił na tacy nie tylko dwie szklanki i butelkę z wodą, lecz także sok pomarańczowy i paczkę ciastek w czekoladzie. Wprawdzie sam nie miał zamiaru ich jeść, lecz gdzieś kiedyś usłyszał, że dziewczyny kochają czekoladę, więc za pomocą ciastek miał zamiar zmiękczyć Oliwię. Wziął tacę do prawej ręki, a do lewej taboret z kuchni, i powędrował do swojego pokoju.
Gdy otworzył drzwi, zastał dziewczynę przy własnym biurku, trzymającą w dłoni jego Piastów. Czytała, a spokojny uśmiech zdobił jej twarz.
- Chyba cię wciągnęła - powiedziała, podnosząc na niego wzrok.
- Spałem z nią. - Uśmiechnął się głupkowato i położył tacę na biurku. - Dzięki za podpowiedź, bardzo mi się podoba.
- Cieszę się. - Oliwia odłożyła książkę. - To co z tą chemią?
- Jak widzisz, wszystko przygotowane.
Wskazał na rozłożone notatki i podręcznik. Usiadł obok dziewczyny na przyniesionym z kuchni taborecie i zaczął dzielić się z nią swoją wiedzą. Powtórzyli kluczowe definicje i wzory, przejrzeli zrobione na lekcjach zadania, analizując sposób ich rozwiązywania, i próbowali poradzić sobie z zadaniami dodatkowymi, sprawdzając odpowiedzi w kluczu. W czasie nauki ani razu nie poruszyli kwestii wykraczających poza obszar chemii. Oliwia była pojętną dziewczyną, zdeterminowaną i pracowitą. Wojtek doszedł do wniosku, że całkiem dobrze mu się z nią współpracuje. Kiedy ostatecznie doszli do momentu, że mają dość chemii na dzień dzisiejszy, Wojtek zdał sobie sprawę, że musi z nią porozmawiać. Wyznał spontanicznie:
- Wiesz, nie lubiłem cię na początku.
- Dzięki za komplement - odparła, czekając, co powie dalej.
- Byłaś taka irytująca, przemądrzała, wtrącałaś się tam, gdzie nikt cię nie pytał o zdanie - kontynuował.
- Byłam i jestem nadal - uściśliła. - Słyszałam już podobne opinie na swój temat od wielu osób, nie są więc dla mnie nowością.
- Ale zauważyłem - nie zrażał się - że to, co mówiłaś czy robiłaś, nie było ani z założenia złośliwe, ani nie miało na celu wyrządzić nikomu krzywdy. Wręcz odwrotnie.
- Gratuluję spostrzegawczości - skomentowała sarkastycznie i obdarowała go gestem uniesionego kciuka.
- Byłem dla ciebie wredny, przepraszam cię za wszystko - wydusił z siebie cicho.
Obserwował jej reakcję. Ona siedziała nieruchomo i najwyraźniej potrzebowała czasu na przetrawienie w myślach tego, co jej powiedział. W końcu powiedziała:
- Zaskakujesz mnie.
Zrobiło się poważnie, pomyślał mimochodem. Ona dodała:
- Wiedziałam wprawdzie, że nie jesteś taki, jak ONI, ale to, co sobą zaprezentowałeś wczoraj i dzisiaj, każe mi się zastanowić, czy ja również nie myliłam się co do ciebie.
- Dzięki za komplement - odparł z niedowierzaniem.
Oliwia... Znienawidzona przez moje Towarzystwo Oliwia uważa, że nie jestem taki, jak oni. Nie wiem, czy mam to traktować jak dobrą, czy złą nowinę. Ona dokończyła myśl:
- Jeśli twoje zachowanie nie jest oczywiście tylko następstwem tego, jakie świństwo ci zrobili.
- W pewnym stopniu na pewno - potwierdził.
Wojtek wiedział, że jeśli całkowicie zaprzeczy, to straci w jej oczach jakąkolwiek wiarygodność.
- Może teraz wyrwany spod ich wpływu będziesz bardziej sobą - zaryzykowała tezę.
- A uważasz, że nie byłem? - spytał, marszcząc brwi.
- Przyznaj sam przed sobą, ile rzeczy zrobiłeś tylko dlatego, że namówił cię do tego ten patafian Paweł - próbowała wyjaśnić. - I powiedz, ile z tego tak naprawdę sam zrobić chciałeś.
Wojtek zamyślił się. Ona może mieć rację... Nic z tego, co wydarzyło się w ciągu ostatnich dwóch tygodni, nie było moim pomysłem. Zostałem wciągnięty w ten cały syf bez pytania mnie o opinię czy zgodę. Ale mimo wszystko Paweł działa przecież z myślą o dobru całego Towarzystwa. Trzymamy się razem i wspieramy się. Cóż ja znaczę bez nich? Mam próbkę od kilku dni...{}/i
- Ziemia do Wojtka. - Oliwia pomachała mu przed oczami, by się ocknął z zadumy. - Muszę już się zbierać.
A ja jeszcze nie zdobyłem informacji..., uświadomił sobie chłopak. Wpadł na pewien pomysł.
- Możemy zrobić tak: pożyczę ci ten zbiór zadań, a ty spróbuj dokończyć dział - zaproponował. - Jeśli masz jutro czas, to możemy się znowu pouczyć, a ja sprawdzę, jak ci idzie rozwiązywanie tych zadań samodzielnie. Co ty na to?
- W sumie...
Oliwia się wahała. W końcu jednak ambicja zwyciężyła. Stwierdziła:
- Ma to sens. Zgoda. O której?
- Tak, jak dzisiaj?
- OK - przystała na propozycję. - Dzięki za wszystko, odwdzięczę się.
- Nie musisz - odparł. Wskazał wzrokiem na Piastów. - Już się odwdzięczyłaś.
Skomentowała jego słowa zagadkowym uśmiechem. Pozwoliła odprowadzić się do bramki i ruszyła w kierunku swojego domu. Wojtek został sam.
Wróciwszy do własnego pokoju, położył się na łóżku i zaczął rozmyślać o swoim położeniu. Może wyrwany spod ich wpływu będę bardziej sobą...? Chyba przesadza. A jeśli nie? Nie czuł się na siłach, by poddać się dogłębnej analizie. Postanowił więc sięgnąć po swoją książkę i poświęcić się jej całkowicie. Otwierając ją na ostatnio czytanej stronie, poczuł jak powraca jego poranny ekstatyczny nastrój.

Data:

 2015/2016

Podpis:

 Agnieszka Q

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80964

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl