DRUKUJ

 

Sekret życia

Publikacja:

 19-06-14

Autor:

 Kemilk
I

Zniewolenie atakujące zmysły osacza ze wszystkich stron, a ja przeciskam się, skacząc i klucząc. Szukam ukojenia w zbyt rzadko nadchodzącym śnie. Baletnice wyginające się w rytm majestatycznie poruszających się skrzydeł motyla, uśmiechają się martwymi ustami. Nienadchodzący sen, zastąpiony przez wielobarwny, wirujący świat zaprasza do pląsów.

Umykający taniec śmierci, wraz z jednorożcem szuka serpentyny, porwanej przez delikatny powiew. Wiatr będący samoistną inspiracją dla tańczących i uginających się gałęzi, przyozdobionych kwiatami, ukazuje swoje piękne, wielokolorowe wnętrze. Wabi pszczoły będące cichym bohaterem fauny. Walczące z powiewami noszą w rączkach ukradkiem ukradzione pyłki, dając w zamian zalążek owoców.

Zrywam jabłko i wgryzam się z lubością w pyszny kwaśny miąższ, wracając do wyłaniającego się zza mgły dzieciństwa. Okresu, w którym byłem i żyłem połączony ze światem. Wesoły i radosny uśmiech pojawiał się niewymuszenie, odsłaniając wnętrze. Czystość myśli niezauważalnie została odebrana przez upływający czas. Oplatająca sieć powiązań ostatecznie zmieniała mnie w sztuczny twór, udający człowieka i oszukujący duszę.

W tym świecie wciąż chowam twarz za maską wyniosłości, ignorując wszelkie objawy życzliwości. Jestem chodzącą lalką przyozdobioną szerokim uśmiechem. Mocny uścisk, spoglądanie prosto w oczy, parę miłych słów na przywitanie, pochwalenie rozmówcy oraz wsłuchiwanie się w potok wyrzucanych słów, fałszywie zmniejszało dystans. Techniki wzorowo przyswojone okazywały się wyśmienitą maszynką do robienia pieniędzy, a właściwie zapisków na rachunku, pozwalających na otaczanie się zbytkami.

A kobiety, wyrzucające nic nieznaczący potok głupkowatych słów, uśmiech i milczenie traktowały jak zaproszenie do jedności cielesnej. Fałszywa bliskość, imitująca prawdziwą więź, w mistycznym akcie spełnienia, pozwala rozbudzić nieświadomą duszę. Ekstaza wędrująca i odwiedzająca każdy zakamarek ciała, nieraz pozostawiała budzące się do życia nowe istnienie.

Dziecię przynoszące nieprzespane noce jak też ucieczkę od odpowiedzialności i otwierające szerokie i niekończące się pole do wymówek. Czymże się różnię od nieistnienia, gdy istnienie umyka w pogoni za... Właśnie, za czym? Gonienie przysłowiowego króliczka, zamieniające się w jazdę Mercedesem i pławienie się w prywatnym basenie.

Jestem wciąż i wciąż poza zasięgiem prawdziwości i obserwuję konie jeżdżące na kołach. Przyglądam się martwym maskom, które tak jak i ja uśmiechają się radośnie, odsłaniając równe, białe zęby. Żongluję życiem, mijając czas i cierpienie.

Coś umyka i bezpowrotnie przemija, zostawiając i gruntując sztuczność. Smartfon będący przedłużeniem ręki, usłużnie zastępuje myślenie, częstując ułudą bogactwa myśli i doznań.
Wyczarowałem siebie samego i wstyd mi przed sobą z dzieciństwa. Pajęcza sieć oplotła i zniewoliła entuzjazm, bezinteresowność i nieskrępowaną radość. Kalkulacja, realizm i twarde stąpanie po ziemi to właśnie ja.

Ja i nie ja podążający do ostatnich dni, które kiedyś nadejdą. Czy robię różnicę w świecie wielości podobnych tworów? Otumaniony bezdusznym światem, nie mam szans na wyrwanie się i przełamanie. Tylko po co mi ta szansa, z której nigdy nie skorzystam?

II

Siedząc na skraju życia, delektuję się teraźniejszością, niczym najlepszym daniem. Teraz, oglądając głęboko wyryte zmarszczki na mojej twarzy, spoglądając na oczy zapadnięte w oczodołach, poznaję tajemnicę życia, które przeminęło, nie oczekując na zgodę.
Czekanie.

Najbardziej podstępny wróg życia, zatruwa umysł słodkimi przyrzeczeniami. Teraźniejszość odsunięta na drugi plan, nieuchronnie umyka, stawiając nas na progu jestestwa. Fale przyszłości zabierają każdego dnia kawałek nas, nawet nie pytając, czy wolno.

Obserwuję zachód słońca i zachowuję w sercu ten wyjątkowy moment. Wielkie pomarańczowe słońce oświetla chmury, tworzące wielobarwną paletę kształtów. Wyobraźnia podsuwała obrazy i utracone marzenia, a ja widzę jedynie piękno. A takich momentów w ciągu życia jest wiele i przemykają niezauważalnie.

Co będzie, co się zdarzy? Nierozpoznana nieuchronność trawi myśli, zatruwając organizm niepewnością jutra. Czy podołam? Czy jestem na tyle silny, by zwyciężyć? Nastawiam się na ciągłą walkę, bojąc się porażki i przeżywając ją, jakby miała już miejsce. Obawa, czarne myśli oddzierające nas z życia i wysysające ograniczone siły, których nie wykorzystamy właściwie. Kolejne potyczki i upragnione zwycięstwo. Kilka minut satysfakcji, okupione wieloma miesiącami życia. Czy utracony czas, zostanie nam zwrócony?

Prostą radę odrzucamy w obawie przed jej trywialnością. To niemożliwe, by można było tak łatwo, bez wysiłku, płynąć z prądem przeznaczania. Przecież dobre rozwiązanie jest skomplikowane, wymagające wiele wysiłku i potu, świadczącego o naszym zaangażowaniu i inteligencji. I tym sposobem kluczymy, szukamy, mając rozwiązanie dosłownie przed nosem.
Umęczona jaźń nie dostrzega piękna, wypływającego z wnętrza i otoczenia.

Mistyczna siła przyciągania kobiety i mężczyzny okazuje się niewystarczająca. Zakłócona przez wątpliwości i pytania nie jest na tyle silna, by obdarować szczęściem. Dwoje traci, nikt nie zyskuje.

Ślepe przeznaczenie pcha nas w wyznaczonym kierunku, a my wierzgamy nogami, wykłócamy się i walczymy, nie mając świadomości, że to wszystko na darmo. Ostatecznie i tak staniemy w tym samym miejscu, o podobnej porze, a od nas zależy jedynie postawa. Znajdujemy się w jednym wielkim teatrze, wypełnionym po brzegi aktorami niezadowolonymi ze swoich ról. A wystarczyłaby akceptacja.

Najbiedniejszy i najbogatszy ma to samo nieskończenie trudne wyzwanie – sprostać sobie. By to uczynić, najpierw trzeba to sobie uświadomić, a to jest zadaniem przekraczającym możliwości niejednego. Ostatecznie pierwszy etap przechodzi niewielu, a przemijanie na szczęśliwcach odciska piętno czasu. Znając cel łatwiej go osiągnąć. Tym sposobem kolejny etap nie jest już tak trudny i meldujemy się u celu, nie przejmując się, iż to samo mogliśmy zrobić kilkadziesiąt lat wcześniej.

Z przymkniętymi oczami siedzę na ławce przed domem spokojnej starości i napawam się chwilą. Żyję tu i teraz szczęśliwy i pogodzony ze sobą. Uśmiecham się do świata i w zamian otrzymuję przepiękny śpiew ptaków, zwiastujących koniec dnia.

Kroczę wyposażony w zużyte ciało i uśmiecham się zadowolony z dotarcia do celu. Jestem jednym z niewielu nieczekających i zatopionych w teraźniejszości.

Data:

 03.2019

Podpis:

 Józef Kemilk

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=81190

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl