DRUKUJ

 

Co może pójść nie tak?

Publikacja:

 19-08-26

Autor:

 DoktorUboot
Są takie dni, kiedy wszystko musi pójść nie tak. I zwykle wszystko na to wskazuje, wystarczy tylko uważnie obserwować – znaki na niebie i ziemi biją po oczach z każdej możliwej strony.

Pogoda była ciężka, parna. Jak to często bywa pod koniec czerwca. Gdyby spadł deszcz, byłoby dużo lepiej, jednak deszcz spaść nie chciał. Gdzieś daleko niby coś błysnęło na sinym nieboskłonie, ale nawet nie rozległ się grzmot.

Zanim w końcu udało się Radkowi wyjść z mieszkania, w którym w ogóle nie było już tlenu, zdążył zerwać sznurówkę w bucie, dwa razy zmienić koszulę – każda wcześniejsza wydała mu się nieadekwatna wobec mających nastąpić wkrótce okoliczności – oraz wyjąć z szafy czekający tam „na wszelki wypadek” parasol i na powrót go tam włożyć, bo i tak w końcu uznał, że pojedzie samochodem. Przed wyjściem stanął jeszcze w przedpokoju, ponownie przyjrzał się swoim kątom. Jeśli skończy się tak, jak przewidywał, czyli „u niego”, to w żadnym razie nie może tu być żadnego bajzlu. Sprzątał cały dzień. Wszystko grało.

Zszedł na dół klatką schodową, minąwszy się po drodze z wracającą z pieskiem sąsiadką. Ogarnęła go mało dyskretnym spojrzeniem, nasączonym słabo skrywaną dezaprobatą. Nic nie powiedziała, ale gdyby się odważyła, to z pewnością byłoby to coś w rodzaju: „Ale się sąsiad odstawił”. Faktycznie, miała prawo tak pomyśleć, w ogóle by się z nią na ten temat nie sprzeczał. Wypełnił całą klatkę chmurą drogiego kosmetyku nabytego ledwie kilka dni wcześniej.

Już dobrą godzinę wstecz ogarnął go nieokreślony niepokój. „Coś jest nie tak” – pomyślał. „Chyba powinienem wrócić do domu, napisać jej smsa, że coś mi wypadło i zakończyć całą tę awanturę”. Zdławił szybko wątpliwości, tym bardziej, że na zewnątrz było jeszcze bardziej duszno niż w mieszkaniu.

Niezdrowo zamyślony dobrnął do drugiej z kolei kwiaciarni, pierwsza jak na złość była nieczynna. Gdy wchodził do środka spadła na niego pierwsza maleńka kropla. Wtedy też przypomniał sobie, że przecież miał jechać samochodem. „Uspokój się chłopie, weź się w garść” – zganił sam siebie. Aż do przesady wesoła pani za ladą przesłuchała go lepiej niż agenci z guantanamo. A jakie kwiaty, a z jakiej okazji, a jaka płeć? A to znajoma, koleżanka, czy żona? Aaa, pan kawaler, to chyba randka, prawda? A narzeczona jakie lubi kwiaty? Aaaa, to pierwsze spotkanie. To koniecznie musi być coś niezobowiązującego, prostego a zarazem finezyjnego. Ale wie pan co? Kwiaty na pierwszą randkę, to kiepski pomysł. Niech pan lepiej kupi coś na koniec, jeśli sprawy się dobrze ułożą.

Gdy opuszczał kwiaciarnię, zaczęło już solidnie kropić. Wracać się po parasol, a w ostateczności i być może po samochód, nie było już sensu. Limit czasowy nieubłaganie się kurczył. Pozostawało naiwnie liczyć, że natura będzie łaskawa. Zdążył zapomnieć, że przecież w tak dużym mieście istnieje coś takiego jak komunikacja miejska. Sto lat nie jechał tramwajem. Musiał pytać ludzi na przystanku, którym najszybciej do centrum. Chwilę później znalazł się w straszliwym ścisku. Gdzie ci wszyscy ludzie jeżdżą w niedzielę w południe?

W szyby uderzyły strugi deszczu, niebo zrobiło się niemal czarne. Ulice śródmieścia gdzieś zniknęły, migały tylko tu i tam surrealistyczne zamglone sylwetki przechodniów uciekających bezładnie we wszystkie strony, poprzykrywanych marynarkami, kurtkami i czym tam popadło. Wtedy pożałował, że jednak nie wrócił po parasol.

Ulewa ucięła się nagle akurat wtedy, gdy musiał już wysiadać. Niebo z prawej strony przetarło się, chmury zostały podziurawione przez kąśliwe promienie słońca. Wtedy Radek poczuł się lepiej, jakiś euforyczny entuzjazm wdarł się do jego duszy. Pożałował, że nie kupił jednak tych kwiatów, tylko nabrał się na tanie psychologizowanie pani z kwiaciarni. Dziś trzeba pokazywać, że ma się gdzieś konwenanse. Zwłaszcza jak idzie się na spotkanie z piękną, nowoczesną kobietą. Co może pójść nie tak? Przecież zapytał otwarcie, czy spotka się z nim w jakiejś fajnej knajpce. Ona odpowiedziała dosyć pewnym głosem, bez cienia zawahania, że jasne, czemu nie. A jednak mimo tego słońca, mimo tej cudownej poprawy pogody, mimo tego optymistycznego zrywu, niepokój który przyplątał się do niego jeszcze w mieszkaniu wciąż mu towarzyszył. Usadowił się gdzieś w tyle jego głowy i przypatrywał mu się z szyderczą miną.

Nie był dawno w śródmieściu. Nie znał tych wszystkich modnych knajp i kawiarni z przeszklonymi wejściami, z klimatyzacją i wyborem win z całego świata. W środku siedzieli młodzi i uśmiechnięci ludzie, zajęci swoimi sprawami, rozmawiający i gestykulujący, jakby od tego gestykulowania zależał los świata. Sprawdził w telefonie, która to miała być kawiarnia, bo z nerwów zapomniał nazwy. Jest. Oczywiście szklane wejście, chudy kelner-hipster, klimatyzacja i brzęk kieliszków z winem. Która godzina? Idealnie. Dosłownie pięć minut przed czasem. Nie było jej. I wcale go to nie zdziwiło. Miał praktykę w takich działaniach i przewidywał, że zjawi się tu mniej więcej dziesięć minut po umówionej godzinie. Mógłby się o to założyć.

Chudy kelner-hipster nawet nie zdążył dojść do jego stolika. Telefon w kieszeni zawibrował niepokojąco. Przyszedł sms.

„Przepraszam, ale jednak coś mi wypadło. Może następnym razem? Pozdrawiam. Ania”

Kelner-hipster spojrzał mu głęboko w oczy i od razu się wycofał. Bo każdy facet rozpozna kopniętego w tyłek na kilometr. I nigdy nie jest to miły widok.

Wyszedł z knajpy z jakimś dziwacznym poczuciem ulgi przemieszanym z wściekłością. Co poszło nie tak? Właściwie wszystko. Przecież ona nie była dla niego, nie ta liga. Zgodziła się, bo kobiety często szybciej działają niż myślą. Zalał go też cierpki wstyd. Trzeba będzie jeszcze się pochwalić kumplom z pracy całym tym wypadkiem, albo po prostu skłamać i rozproszyć niepowodzenie w legendach i domniemaniach. Nie trzeba było pokazywać im jej zdjęcia w telefonie i gadać o tym spotkaniu przez kilka dni z rzędu. Jeszcze tylko do sklepu. Trzeba kupić piwo. Trzy, czy cztery? Sześciopak. Najwyżej zostanie.

---

Sączył ostatnie piwo z sześciopaku, leżąc wygodnie na swoim zawiedzionym łóżku. Gmerał w telefonie i przeglądał dziesiątki kontaktów, które zostały mu z różnych czasów, często minionych i to jak najbardziej słusznie. Omijał handlowców z pracy, rodzinę i kolegów. Analizował jedynie abonentów płci przeciwnej i segregował je do przegródek. Warto, czy nie warto. Grono z każdą minutą nieubłaganie się kurczyło. Zjechał w dół listy już chyba szósty raz. Już miał odłożyć telefon i włączyć telewizor. Jednak powstrzymał się, podjechał jeszcze raz w górę. Pod literę I. Iwona. Dlaczego Iwona została zapomniana? Kiedyś dawno temu poznali się na szkoleniu. Potem widzieli się kilkukrotnie przy jakichś okazjach. Zawsze miło go witała, uśmiechała się, może nawet delikatnie kokietowała, co wówczas skutecznie neutralizował, brał w cudzysłów, żeby się zbytnio nie rozkręciła. Nie była najładniejsza, ale też nie była najbrzydsza. Właściwie jakby teraz pomyśleć, to nie było z nią całkiem źle. Czas zejść poziom niżej. Jak życie wyraźnie wskazało, te najładniejsze są przeznaczone dla innych. Piwo uruchomiło pokłady odwagi oraz tupetu, bo przecież to co miał zamiar zrobić, to był czysty tupet, na granicy bezczelności i chamstwa.

Dzwonić nie miał odwagi. Ale napisać smsa, to co innego. Niczym to nie grozi. Jak coś pójdzie nie tak, to napisze że się pomylił.

„Cześć, tu Radek z działu marketingu. Pamiętasz mnie? Co u ciebie słychać?”.

Minął prawie kwadrans. Telefon milczał. Pożałował, że wysłał takie coś, do prawie obcej kobiety. Zachciało mu się spać.

Pik. Złapał za aparat. Odpisała.

„Oczywiście, że pamiętam. Jakbym mogła nie pamiętać. U mnie różnie, ale ogólnie w porządku. A u ciebie?”.

Wymieniali smsy przez dobrą godzinę. Sam nie wiedział jak to mu się udało, ale wymusił od niej spotkanie. Napisała, że w tej chwili mieszka u rodziców, pod miastem, i że nie za bardzo może ruszać się po okolicy, więc jeśli on chce się spotkać, to ona musi go zaprosić do siebie. Zastrzegła jednak, żeby to poważnie przemyślał. Sam nie wiedział jak właściwie powinien się czuć. Jak zwycięzca, czy jak kompletny osioł. Na pewno czuł się jak stuprocentowy desperat, to nie ulegało wątpliwości. Dopił ostatnie piwo i stwierdził, że zastanowi się nad tym wszystkim już rano. Spał dobrze, jak już to dawno mu się nie zdarzyło. Nic też mu się śniło. Wstał przed szóstą, właściwie bez kaca.

---

Zastanawiał się prawie całą noc poprzedzającą wyjazd do Iwony, czy powinien. Brakowało mu odwagi, a jednocześnie kusiła przygoda i ryzyko. Rano napisał do niej jeszcze, czy aby na pewno wszystko jest w porządku, i czy powinien na pewno ją odwiedzać.

„Jeśli masz wątpliwości, to powtarzam: przemyśl to dobrze, ale ja nie widzę żadnego powodu żebyśmy się nie spotkali”.

Poczuł się ostatecznie uwiarygodniony. Postanowił też już przesadnie nie kombinować. Ubrał się najzwyczajniej w świecie, w koszulę i dżinsy. Zabrał ze sobą kurtkę z kapturem i „na wszelki wypadek” parasol, choć dzień zapowiadał się znakomicie. Słońce bezpretensjonalnie wypełniało mieszkanie i nie przynosiło ze sobą żadnych niepotrzebnych komplikacji.

Dawno nie opuszczał miasta. Pomyślał, że mała wycieczka nikomu jeszcze nie mogła zaszkodzić. Co bowiem mogło pójść nie tak? Samochód zostawił, przecież być może czegoś się napiją dla rozluźnienia spiętej atmosfery. Wróci pociągiem podmiejskim.

---

Szedł spokojnym i pewnym krokiem przez nieznane mu uliczki. Sprawdzał co chwilę na mapie w telefonie, czy nie gubi tropu. Mieścina rzedła z każdym krokiem, w końcu zamieniła się w przedmieście z domkami jednorodzinnymi pamiętającymi czasy poprzedniego ustroju. Za bramami szczekały pieski, biegały za nim dysząc, bardziej dla zabawy niż po to by go odstraszyć.

W końcu znalazł się na miejscu. Szary dom, nijaki właściwie, jeden z wielu, nie do zapamiętania, anonimowy. Stalowa furtka, ogrodzenie z siatki. Psa brak. Domofon. Nacisnął guzik.

–Słucham? – rozległ się głos. Niby mu znany. To ona. Ale jednak brzmiąca troszkę inaczej.

Zamek furtki ustąpił, wszedł na podwórze. Przeszedł starym chodnikiem wśród rabatek z kwiatami. Szybko znalazł się na ganku podniesionym w górę o trzy wyszczerbione już lekko schodki. Zapukał do drzwi.

–Proszę. Proszę wejść, otwarte – usłyszał ją przez drzwi.

Nacisnął klamkę. Wniknął do małego przedsionka z niewielkim okienkiem, stamtąd już tylko krok dzielił go od przedpokoju obłożonego boazerią.

Wszystko w nim momentalnie stężało, krew zabulgotała mu w skroniach.

To była ona. Ale jakby nie ona. Zamiast elegancko ubranej przeciętnej dziewczyny, którą całkiem nieźle pamiętał, zobaczył całkowicie odmienioną istotę, siedzącą na wózku inwalidzkim w karykaturalnej pozie królowej na tronie. Była ubrana w tani dres, dłonie trzymała na uchwytach przy kółkach. Głowę miała przekrzywioną w bok. Patrzyło na niego tylko jedno oko, prawe. Lewe było pół-przymknięte, spod powieki błyszczała źrenica, ta wyglądała na niezainteresowaną światem. Usta miała wykrzywione w grymasie. To z pewnością musiał być uśmiech. Związane w nieco tłusty kok kasztanowe włosy, na skroniach odstawały siwymi cieniutkimi kosmykami.

–Cześć – powiedziała, pokonując wyraźną wadę wymowy.
–Co się stało? – wybełkotał niegrzecznie, ale przynajmniej szczerze.
–Miło że mnie odwiedziłeś, już dawno nikt tu nie wpadł.

Zaprosiła go do środka. Zaproponowała herbatę. Pomagał jej wyjąć szklanki z szafek. W międzyczasie przekazała mu raport ze stanu rzeczywistego. Pół roku temu spadła ze schodów na piętro. Nie chciało jej się zdjąć pantofli na obcasie, a zostawiła na górze parasol. Śpieszyła się na pociąg. Przekoziołkowała na sam dół. Bieg schodów na górze był czystym betonem, ojciec nie skończył jeszcze remontu. Pogotowie, utrata przytomności, szpital, operacja. Częściowy paraliż. Wypowiadała mechanicznie liczne medyczne terminy, które zlewały mu się w jedną całość, nic mu nie mówiąc a jedynie potęgując szok.

W pewnej chwili zastygła z niepewną miną. Potem uśmiechnęła się tym samym grymasem i przypomniała sobie, że nie ma cukru, a nikt w jej domu nie używa cukru do słodzenia. Powiedział, że to nie szkodzi. Ona jednak uparła się, że powinien być cukier. On zaprzeczał, ale coraz mniej żywiołowo. Poprosiła żeby jednak poszedł do sklepu, który jest na końcu ulicy i kupił cukier oraz może jakieś wino.

Wyszedł z jej domu i ruszył w kierunku, który mu zaleciła. Sklep rzeczywiście był tam, gdzie być powinien. Nie wszedł jednak do środka. Postał przed nim chwilę, dwóch miejscowych siedzących z piwem na murku zaczęło mu się nawet z ciekawością przyglądać. Potem poszedł dalej, Zrobił kółko wokół kwartału, w którym ona mieszkała i okrężną drogą doszedł do stacji kolejowej.

Usiadł na ławce i próbował się uspokoić. Nic z tego nie wyszło. Pomyślał że może chociaż powinien napisać smsa, że jednak musiał wracać, bo coś mu wypadło, ale ostatecznie się nie zdecydował. Ona też nic nie napisała, bo co mogła napisać? Zapytać, czy pojechał po cukier do cukrowni?

Siedział na tej ławce tak długo, aż w końcu nadszedł wieczór. Puścił niezliczoną ilość kolejnych pociągów. W końcu wreszcie wsiadł. Nikt już nie wybierał się o tej porze do jego miasta. Tak mu się przynajmniej wydawało, bo kilka stacji przejechał sam w pustym przedziale. Ale w końcu zjawili się współpasażerowie. Dokładnie było ich czterech. Podpitych i ewidentnie szukających wrażeń. Usiedli kilka foteli dalej. Gadali głośno, bluzgali i o coś się spierali. Potem jednak nagle bez słowa wstali, podeszli do niego szybkim krokiem i bez żadnego ostrzeżenia zaczęli okładać go pięściami, jakby coś im konkretnego zawinił.

Data:

 06.2019

Podpis:

 Doktor U-boot

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=81219

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl