DRUKUJ

 

Pragnienie

Publikacja:

 20-08-18

Autor:

 Brenin
PRAGNIENIE

Zrazu nie wiedziałem, gdzie jestem. Przebudziłem się nagle, wyrwany z objęć snu gwałtownym szarpnięciem złych przeczuć. Przez długi czas resztki groteskowych i fantasmagorycznych majaków cienkimi niteczkami oplatały mój umysł, nie pozwalając mi odnaleźć swego miejsca w czasie i przestrzeni.
Ostatnim niejasnym wspomnieniem – obrazem majaczącym jakby zza zwiewnej woalki, która zniekształca kontury i kształty – był moment powrotu do domu i położenia się w łóżku. Zmogło mnie wówczas nagłe znużenie i osłabienie, a później nastała ciemność, która zdawała się trwać aż do teraz.
W tej chwili wiedziałem jednak, że nie śnię. Moja świadomość zrzuciła okowy mirażu i przywiodła mnie do realnego świata. W przeświadczeniu tym utwierdziło mnie uczucie paraliżującego chłodu, który spływał po moich plecach razem z kilkoma kroplami potu. W tej samej chwili uświadomiłem sobie, jak ciężkie, bezwładne i obolałe jest moje ciało.
Krzyknąłbym z trwogi i przerażenia, jednak moje gardło wyschło na wiór. Trawiło mnie nieznośne pragnienie.
Byłem jak ołowiana figura zawieszona pośród cieni. Każdy skrawek mojego ciała zdawał się odsączony ze wszelkich sił życiowych. Nawet powieki, delikatne i lekkie z pozoru, teraz przesłaniały moje oczy niczym żelazne klapy, których nie mogłem unieść żadną siłą.
Zatracony w ciężarze własnego istnienia czułem, jak zapadam się w miękkim łóżku. Sprężyny materaca bez słowa skargi przyjmowały mój ciężar, jednak ja obawiałem się, że w pewnym momencie, napięte do granic swoich możliwości, strzelą wściekle, a ja wpadnę w powstałą lukę i będę spadać bez końca.
I wtedy, gdy uleciały ze mnie resztki wszelkiej nadziei, na krótką chwilę poczułem się lepiej. Na ułamek sekundy zdało mi się, że ciało moje poczęło odtajać z tej lodowo-ołowianej skorupy, a płomyki życia przetoczyły się przez moje żyły. Krew uderzyła mi do głowy i wróciła przyjemna świadomość istnienia.
Korzystając z tego nagłego daru od losu uniosłem delikatnie powieki. Suchość moich oczu ubodła mnie nagle i jedynie przez mgłę mogłem zlustrować otaczający mnie świat. Ktoś podał mi do spierzchniętych ust szklankę z wodą, a ja przyjąłem ją z westchnieniem ulgi. Życiodajny płyn wydał mi się najsłodszym pośród tych jakie dane było mi kiedykolwiek spożyć. Ktoś inny siedział przy moim łóżku. Dostrzegłem jedynie, że ręka tej postaci porusza się raz szybciej, raz wolniej i wydało mi się, że ma to jakiś związek z tym jak poruszają się moje usta. Pośród ogólnie panującej ciszy dało się słyszeć jedynie szorstki i chrobotliwy dźwięk, jednak tak znajomy i swojski, że niemal przyjemny. Uświadomiłem sobie, że to dźwięk pióra przesuwanego po papierze kancelaryjnym, którego grube stosy zalegały w moim biurze. Papierze, którego jedynie mnie wolno było używać.
Myśl ta napełniła mnie nagłą złością i byłbym pewnie wybuchł gniewem, gdyby nie to, że w tej samej chwili uderzyła we mnie kolejna fala gorąca, a moje ciało ponownie stało się nieznośnie ciężkie. Powieki przykryły moje zmęczone oczy i pogrążyły mnie w drgającej ciemności.
I wtedy ją poczułem.
Nagle uświadomiłem sobie jej istnienie. Zdaje się, że zsunęła się przez cienką woalkę oddzielającą jej świat od mojego. Lekko jak piórko opadła u mojego boku. Jej gorące ciało coraz śmielej zaczęło przylegać do mojego. Swoją rozpaloną dłonią wodziła po mojej piersi, a każdy jej, nawet najlżejszy dotyk, pobudzał trawiący mnie ogień i odbierał oddech. Wtulona w mój bok, oplotła mnie swoimi nogami i po chwili przesiąknięty jej bliskością odniosłem wrażenie, że stapiamy się w jedno.
Każdy pojedynczy włos jej bujnej czupryny ognistą pręgą znaczył moją twarz. Ich intensywny, słodki zapach sprawiał, że odpływać poczęły resztki świadomości, którą tak pieczołowicie próbowałem przy sobie utrzymać.
Powieki moje nadal ściśle zakrywały oczy, skazując mnie na łaskę ciemności, jednak pomimo tego dostrzegałem ją wyraźnie. Jej ciało było rozpalone niczym hutniczy piec i żarzyło się czerwienią rozpalonych węgli. Rozrzucone włosy niczym warkocze jaśniejących komet okalały jej twarz i otulały takim blaskiem, że nie mogłem dostrzec jej rysów. Pomimo tego wiedziałem, że jest piękna. Tak piękna, że samo słońce mogłoby czuć się zawstydzone stając przed jej obliczem.
I gdy patrzyłem w jej rozjaśnioną twarz zniknęły wszelkie dzielące nas bariery, a ona poczęła obsypywać moją twarz i szyję tysiącem rozpalonych pocałunków, a każdy z nich wypalał trwałe piętno na mojej skórze.
W ciszy panującej między nami, wypełnionej ciemnością i czerwienią jej ciała, nagle rozległ się szept. Każde ze słów niczym ciężko opadający kamień, przed którym nie ma drogi ucieczki, trafiał wprost do mojej świadomości. I wystarczyła chwila by pojąć, że słów jej nie można zbyć milczeniem, udać, że nigdy nie padły.
- Czego pragniesz? – usłyszałem jej płomienisty głos.
Pytanie to sprawiło, że wpadłem w popłoch. Nie mogąc sobie przypomnieć kim jestem, nie byłem w stanie udzielić żadnej odpowiedzi.
- Nie wiem – odparłem w końcu, lecz mówiłem bardziej do siebie niż do niej.
I gdy tylko przyznałem się do swojej niewiedzy, gorąc wypełniający moje ciało zdawał się buchnąć ze zdwojoną siłą. Tak mocno, że przyjąłem go z jękiem.
- Niczego nie pragnę – rzuciłem pospiesznie, licząc, że to przyniesie mi ulgę.
- Głuptas! Dlaczego wstydzisz się swoich pragnień?
Zmieszałem się usłyszawszy jej uwagę i pewnie dostrzegłaby to zaraz, gdyby moje ciało nie było tak ciężki i drętwe, gdyby nie trawił mnie żywy ogień, gdyby mojej skóry nie znaczyły już szkarłatne wypieki po jej pocałunkach.
- Chciałbym być bogaty! – krzyknąłem, przekonany, że tego pragną wszyscy.
- Już jesteś – odparła.
- Pragnę wody! – wrzasnąłem, uczuwszy dotkliwe pragnienie.
- Wody pragnie twoje ciało, a czego pragnie twoja dusza?
Spróbowałem wzruszyć ramionami, żeby okazać swoją bezradność, jednak bezskutecznie.
- Nie wiem, zupełnie nie wiem czego chcę! – pożaliłem się, nie mogąc nawet ukryć rozpaczy, która pojawiła się w moim głosie.
Westchnęła głośno.
- Przede mną nie musisz udawać. Pragnąłeś tego całe życie. Gdy byłeś sam i nikt nie patrzył, klękałeś i błagałeś, by do ciebie przyszła. Nie będę cię osądzać, nie będę cię odwodzić od twoich pragnień. Nie bój się jej imienia, nie bój się ponownie poprosić o jej przyjście. Błagaj w swych myślach, żeby się pojawiła, a ona ulituje się i w końcu cię wysłucha.
Pierwszy raz w życiu poczułem się kompletnie nagi. Zupełnie jakby obdarto mnie nie tylko z ubrań, ale i myśli. Jakby ktoś postawił moje jestestwo na przeszklonej wystawie, tak by każdy mógł je obejrzeć.
Poczułem jak serce moje drży ze strachu i podniecenia. Od lat przecież chciałem, żeby mnie zabrała, żebym nie musiał już cierpieć na tym świecie, na którym nigdy nie było dla mnie miejsca. Miała wziąć mnie w swoje ramiona i unieść ku nieznanym i niezbadanym krainom.
- Jesteś nią? – zapytałem drżącym głosem.
Zaśmiała się w odpowiedzi. A gdy się śmiała czerwień jej ciała wypełniły pomarańczowe przebłyski.
- Nie, nie jestem nią. Ale to ona mnie do ciebie przysłała.
- Zabierzesz mnie do niej?
Pokręciła głową, a jej płomieniste włosy połaskotały mnie po twarzy.
- Nie taka jest moja rola. Pomogę ci jedynie usłyszeć jej głos. Ona sama cię zabierze, odejdziesz z nią.
- Głos? – zdziwiłem się.
- Nie słyszysz go?
I wtedy do moich uszu dobiegła smętna, powolna pieśń. Intonował ją głos łagodny i delikatny, dobiegający gdzieś zza otaczającej mnie ciemności.
- Pozwól się jej ponieść – pouczyła mnie.
Dźwięk zaczął narastać i dało się rozpoznać pojedyncze słowa, jednak artykułowane w języku, którego nigdy wcześniej nie słyszałem. Poczułem lekkie drżenie w okolicy serca, a po chwili ciężar, który przykuwał mnie do łóżka, zniknął zupełnie. Choć nie ruszyłem ani ręką, ani nogą, zacząłem zbliżać się w kierunku, z którego dochodziła powolna melodia.
Kątem oka zerknąłem przez plecy. W rozmywającym się coraz bardziej obrazie zobaczyłem zalegającą na łóżku woskową figurę, której twarz do złudzenia przypominała tą, jaką wielokrotnie obserwowałem w lustrzanym odbiciu. Niczym ciężka kłoda zalegała w pościeli i zdawało się, że coraz bardziej się zapada. Pokryta kropelkami potu twarz tej figury zdawała się pozbawiona życia i tylko delikatnie poruszające się usta zdradzały, że tlą się w niej jeszcze ostatnie iskry istnienia.
Ktoś pochylił się nad figurą, przyłożył rękę do jej czoła, jednak cofnął ją pospiesznie, jak oparzony. Zwrócił się do osoby z piórem siedzącej przy łóżku i bezradnie rozkładając ręce pokręcił głową.
- Tylko nie mów nikomu, że pomogłam wam się spotkać – usłyszałem jeszcze płomienisty głos. – Każdy, kto dowie się o moim udziale, będzie musiał podzielić twój los.
Ledwie wypowiedziała te słowa, a osoba siedząca przy łóżku upuściła swoje pióro i jestem niemal pewny, że dostrzegłem wyraz głębokiego przerażenia w jej zielonych oczach. Wtedy usta woskowej figury przestały się poruszać, a ja rozpłynąłem się w smętnej, powolnej melodii, która dobiegała spoza ciemności.

Data:

 2018

Podpis:

 Brenin

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=81389

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl