DRUKUJ

 

Podróż

Publikacja:

 21-01-17

Autor:

 Zoja
Pandemia – pozbawiła nas wielu rzeczy, odcięła od pewnych zachowań, z których wiele stanowiło trzon naszej rzeczywistości, naszą codzienność. Jedną z takich rzeczy są podróże i związane z nimi szybkie, bezproblemowe przemieszczanie się, pokonywanie tysięcy kilometrów z dnia na dzień, z godziny na godzinę. Najsprawniej podróżującym w ostatnim czasie jest koronawirus. No ale… korona zobowiązuje. Nam natomiast korony z głów pospadały rozbijając się o puste terminale i zdezynfekowane autobusy ściągnięte z afisza. Jak więc żyć? Jak pandemić… jak pędem iść? Jak karmić facebookowych obserwatorów, dla których robiona jest lwia część podróżniczo-wypoczynkowych zdjęć? Radosny ten, który w trakcie wakacji nie opublikował zdjęć hurtem na instagramie. Szczęśliwy ten, który w czasie pandemii, sięgając tym razem do jednobarwnych, żółtych folderów wakacyjnych, może: rozpalać media społecznościowe widokiem gorącej plaży, chłodzić kwarantannowe nastroje lazurem morza, bądź opiekać na rozgrzanym ruszcie wieczornego grilla zazdrosne lajki znajomych. O zapobiegliwy! Przezorny, często wysoko ubezpieczony! Niechże mamy dzięki Tobie namiastkę podróży. Ileż takich skrolowanych wypraw przeżywaliśmy i bez pandemii!? Ale jakie czasy takie podróżowanie, a z pewnością podróżawianie codzienności.

Mimo wszystko podróżować lubię. Czy jestem więc podróżnikiem?, a raczej podróżniczką? A skąd! Maluje nie zawsze malarz, pisze nie zawsze pisarz i podróżuje niekoniecznie podróżnik. Według Doroszewskiego, aby być podróżnikiem musiałabym podróżowanie i dalekie wprawy uczynić celem mojego życia , dodatkowo (za Wielkim Słownikiem Języka Polskiego) w „celu zwiedzenia świata” . A wielkich wypraw w obce kraje u mnie jak na lekarstwo. Lokalnie i tubylczo nieco więcej, ale kogo interesują kadry z graniczącego z Czechami Boboszowa, czy zaspanych o poranku Kielc. Do tego wszystkiego zapominam o rzeczy podstawowej – robieniu zdjęć. Może dlatego, że z moim oczami to jest jak oglądanie świata przez podwójną szybkę? Trochę wstyd się przyznać, że w ogóle tam byłam, bo nawet lizanie lodów jest przez szybę a nie przez dwie. Tak się więc jakoś toczy to moje niepodróżowanie, czasem bliżej, czasem dalej, czasem nie potrafiąc się oprzeć pewnej dozie komercji. Tak!, …nie jestem w tej kwestii ideałem. Tych zresztą przecież nie ma, a życie uczy, że nawet kieszenie wypełnione po brzegi ideałami mają tendencję do naciągania się w kierunku bruku. Podróżuję więc zgoła nieidealnie i do lektury opisu takiej wyprawy zapraszam. Żeby było nieco klasycznie będzie to podróż w trzech aktach.

AKT PIERWSZY
„Akt stworzenia”

Żeby nie przedłużać… (zawsze próbowałam czytać didaskalia na jednym wdechu, ale w pobliżu Wyspiańskiego można było zemdleć, a przecież nie wypada mdleć na weselu („Weselu”), więc musiałam się oduczyć…, jak to w szkole bywa.) No więc zmieniając kursywę na Times New Roman chciałam powiedzieć, że tę podróż rozpoczęłam od biegu. Biegłam przez skoszone pole z umorusaną dżemem truskawkowym buzią. Biegłam trzymając w ręce kosz z naleśnikami, które już tego dżemu miały niewiele. Biegłam delektując się zapachem świeżo rozkopanej ziemi, z której przed chwilą wyciągnięto ziemniaki – takie nie za duże, nie za małe, takie akurat, które ugotowane w całości zamieniają środek tygodnia w uroczystą niedzielę dla podniebienia. Biegłam z aluminiowym kubkiem, który nigdy nie chciał całkiem napełnić się jagodami… Ale na szczęście nie odbijał na swojej matowej powierzchni, fioletowej przyczyny takiego stanu rzeczy. Biegłam: czasem obdzierając kolana, czasem gubiąc kozaki w ogromnej zaspie śniegu, czasem delektując się w biegu słodyczą posypanej cukrem śmietany na chlebie, albo zatapiając zęby w zapachu słońca i przemieszczającego się w kierunku łokcia malinowego pomidora.
Zdjęcie. Kadr. Obraz. Nawet rolka z aparatu. To tylko zapis. Moment. Chwila… wyciągnięta z życia jak z kontekstu. A żyjemy przecież z całym dobrodziejstwem inwentarza – czasu, historii, miejsca i ludzi, z dobrodziejstwem kontekstu – zależności i możliwości, wątpliwości i niepewności, kontekstu przypadków i mimochodów. Przypadek łatwiejszy jest do zaakceptowania niż premedytacja. Może dlatego szykując się do kolejnego etapu podróży spakowałam się chaotycznie i niechcący, zabierając ze sobą również: niewyjaśnione sytuacje, niedopowiedziane słowa, dozownik niepewności, kosmetyczkę pełną piegowatych kompleksów, dzienniczek braku pochwał i kilka miarek akuratnego zachowania, które gwarantowało bycie grzeczną dziewczynką. I tak… często zapominając języka w gębie ruszyłam prosto przed siebie do drugiego aktu.

AKT DRUGI
„Czarne akta”

Wszystkie rzeczy z walizki rozłożyłam więc w studenckiej szafie i jak to w życiu kobiety bywa bardzo często nie miałam co na siebie włożyć. Skomponowałam sobie zestaw uniwersalny dla przyszłej studentki: długie notatki i piątki nosiły się dobrze, nie przeszkadzały współlokatorom. Język krawieckiej przesady nie zbezcześcił ani małomiasteczkowych ubrań ani przywiezionej na Alma mater życiowej ostrożności. W weekend zamiast małej czarnej z szafy wyskakiwał co najwyżej czarny humor i spadał jak nastrój, gdy ktoś żartuje ze łzawego zakończenia ulubionego filmu. A to właśnie film zaraz po książce wciągał w świat, w którym nie trzeba zaprzątać sobie głowy przeszłością, teraźniejszością ani przyszłością. Po prostu wskakujesz do środka i obiecujesz sobie wyjść przed drugą w nocy. Tylko po co? By zastanawiać się gdzie po humanie dają jeść i czy z czasem można liczyć na większe porcje? Fajne życie musi przecież kosztować. Fajne, czyli jakie – może tak samo niedookreślone jak ten przymiotnik? I tak potykam się o wszystko co jeszcze wczoraj naznaczone krzywiznami i trójwymiarem dziś wydaje mi się płaskie i linearne. Bladością twarzy wtapiam się w biel uniwersyteckich korytarzy niezauważalnie i nieuważnie. Idę…, rzadko biegam. Dziewczynkom nie wypada biegać, skakać po drzewach i zdzierać czubki w nowych pantoflach. Podróżuję poprawnie, ale trochę na pół gwizdka. Czasem tylko smutno-szare litery przewodnika błysną kolorem, milionem tonów pośrednich zarażając na krótki moment wszystko dookoła. Jak dotknięta wodą bibuła chciałabym je przekazać, pozwolić przepłynąć im dalej, by stworzyły kontury mojego dnia. Przystaję, po cichu, w bezruchu, wypatruję, w którą stronę za nimi podążyć. Kurtyna.

AKT TRZECI
„Akt miłosny”

Omijając kilka rozdziałów słuchania siebie ląduję w trzecim akcie. Wykształcona, duże miasto – w końcu Kraków, nawet z jakąś pracą i z opinią człowieka szczęśliwego. Zewnętrzne definicje bywają nam czasem bardzo na rękę. Ten akt miłosny w literaturze zaczynałby się zapewne od słów – mamo, mamusiu, a w życiu zaczął się od pampersów. Zaczynam znów biec, bo inaczej się nie da. No więc biegnę i patrzę na umorusaną dżemem buzię, biegnę i już wiem, czego nie pokazał mi aluminiowy kubeczek z jagodami. Widzę ten fiolet, mieni się od granatu aż po róż. W różu zakochuje się ze wzajemnością. Sięgając pewnego dnia do szafy dostrzegam, że moja poczciwa walizka podróżna wcale nie jest szara. Środek wyściełany jest solidnym materiałem w różnobarwne kwiaty. Przyglądam mu się dokładnie, z bliska i z daleka, nad ranem, a później znów wieczorem. Jak mogłam tego nie zauważyć? A może to czułam? Może nie wypadało wyjść na szary peron z walizką w kwiaty? Zamknęłam je w środku, a teraz każdy oglądam pod odpowiednim kątem, aby mogły nabrać kształtów niedostępnych dla nikogo, kto im tej chwili nie poświęcił. Z nową-starą walizką jest mi do twarzy i do serca.


EPILOG

Opowiedzenie kiedyś sobie tej podróży wraz z dokładnym studiowaniem didaskaliów sprawiło, że teraz zawsze podróżuję all inclusive, co każdemu polecam, zwłaszcza w tak niepewnych czasach, siebie warto być pewnym. Bez względu więc czy wybieram się do Turcji, jadę do Chorwacji, czy lecę… po pekińską do warzywniaka podróżuje wyłącznie all inclusive – dosłownie rzecz ujmując - wszystko wliczone w cenę. Co więcej zawsze ze spakowanym kilka lat temu emocjonalnym bagażem podręcznym, dzięki któremu wiem, że nawet jak ściągną mi z afisza samolot, albo co gorsza warzywniak, to wszystko. i tak. będzie ok!

Podróż – cel mojego życia. Może jednak Doroszewski pozwoliłby mi być podróżnikiem…?

Data:

 maj 2020

Podpis:

 Zoja

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=81445

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl