https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
200

Od gołębia do Gołębiewskiego

Autor płaci:
200

  Jeśli uwierzysz, że odchody gołębia mogą Ci przynieść szczęście, jak mówią , to zobacz co się może zdarzyć.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W lipcu nagrodą jest książka
Nawiedziny

Powodzenia.

SPONSOROWANE

Od gołębia do Gołębiewskiego

Jeśli uwierzysz, że odchody gołębia mogą Ci przynieść szczęście, jak mówią , to zobacz co się może zdarzyć.

Jadeitowy Pałac

Zwykły dzień stopniowo staje się coraz bardziej szalony i nieprawdopodobny. Political fiction.

Sprawca (fragment IV)

Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa.

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Noc wichrów

Fragment "Sycylijskiego pioruna"

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1087
użytkowników.

Gości:
1087
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 1957

1957

DAR [wersja 1.2]

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
03-10-16

Typ
P
-powieść
Kategoria
Fantasy/-/-
Rozmiar
38 kb
Czytane
4274
Głosy
4
Ocena
4.62

Zmiany
04-11-24

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
R-za zgodą rodziców

Autor: MaaDmaN Podpis: MaaDmaN
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Kawałek książki, nad która obecnie pracuje, może nie zachwycać, ale ciągle myślę, że warto byłoby go tu wrzucić. Postaram się ją rozwijać.

Opublikowany w:

narazie tylko tu

DAR [wersja 1.2]

Prolog

Na początku była myśl… a to co było myślą stało się przez nią i dzięki niej zaistniało, bowiem myśl była wszystkim i wszystko było myślą. Ale nie tylko myśl istniała. Istniał też Trathar, jedyny i wieczny, wszechmocny i wszechwiedzący. Do czasu. Lecz czasu też nie było. Był jedynie On i myśl. A z myśli zrodził się Element. A z niego powstały trzy inne. Elementy czasu, boskości i materii. I w owej chwili Jedyny użył ich wszystkich aby stworzyć uniwersum, Membrum, chciał uczynić ów świat innym niż wszystkie. W środku umieścił Elizję, siedzibę bogów będącą jednocześnie jądrem całego materialnego continuum. Zapalił dwa słońca obiegające ów plan aby zapewniły mu ciepło i światło. Powstały w owym czasie także elementy żywiołów powietrza, ziemi, ognia i wody. Na czterech krańcach stworzył Trathar góry, oblał świat morzem i wydarł mu ląd. Tak powstały: Empria, Chronomeria, Alchta, Domicilium Beatorum oraz Infernum. Emprie zamieszkała rasa ludzi, istot humanoidalnych. Na Chronomerii zaczęli rządzić starożytni, czyli Vetusowie. Rasa ta jest o wiele potężniejsza od ludzi, są nieśmiertelni, ale potrzebują ludzkiego lub innego śmiertelnego ciała, aby materialnie egzystować. Nie wiadomo naprawdę ilu ich jest, zapewne wielu wałęsa się gdzieś jako nadmateria bądź została uwięziona przez magów. Starożytni posiadają nadnaturalny dar wpływania bezdotykowego na wszelaką materię. Są bezpłodni, „rodzą się”, gdy dusza jednego z nich napotka podczas swojej wędrówki śmiertelną kobietę i wejdzie w płód.
Alchte objął obdarzony ogonami lud Sahnarów. Są utalentowanymi magikami i jako jedyni posiadają zdolność do nauczenia się zaklęć. Podobnie jak Vetusowie nie umierają ze starości, aczkolwiek w przeciwieństwie do nich mogą być zabici. Rasa z nich o tyle unikalna, iż składają się na nią kobiety, mężczyźni oraz Neherani, czyli magowie. Ci ostatni nie widzą dobrze świata materialnego, rozróżniają jedynie magię (widzą ją jak ludzie światło, w kolorach i ze szczegółami) oraz zwykłą materię (takie widzenie odbywa się w odcieniach niebieskiego). Neherani rzadko mają dzieci, przeważnie dlatego, iż są oddawani na szkolenie magiczne gdy tylko rodzice rozpoznają płeć malca, a potem raczej nie interesują ich materialne przyjemności. Aczkolwiek ich potomstwo, jeśli wystąpi, prawdopodobnie nie będzie miało ich zdolności. Gen Neheraństwa jest bowiem recesywny.
Domicilium beatorum zaludniła złotooka rasa zwana przez ludzi Vivillami. Te piękne i dobre istoty nie angażują się w żadne konflikty, żyją w pokoju. Wielu ludzi wierzy, iż ich dusze trafią do Domicilium po śmierci. Infernum zamieszkało całe plugastwo świata- demony, deminizmatycy (śmiertelnicy poddani demonicznej esencji, którzy powoli stają się demonami) oraz masa innych żądnych krwi, dusz bądź esencji stworzeń.
Historia Membrum nie obfituje w wielkie wydarzenia. Bogowie zawsze trzymali nad wszystkim pieczę. Aż do śmierci Trathara zabitego pod Helos’anu w Infernum. Zginął zdradzony przez demony, sprzymierzone ze starożytnymi. Obie rasy miały dość panowania samolubnego boga. Tysiąc lat potem na resztę bogów padł strach. Cały świat zadrżał w posadach. Pewien śmiertelnik o imieniu Anahir odnalazł artefakt pozostawiony przez Trathara w celu eliminacji pozostałych bogów w razie buntu. Zginął on jednak ugodzony przez klątwę ciążącą na tak potężnym przedmiocie. Wszyscy główni bogowie Membrum natychmiast zaczęli zastanawiać się nad możliwym rozwiązaniem. Co zrobić? Jeśli przedstawiciel innej rasy znajdzie ów przedmiot era bogów się skończy...
-Jedyną możliwością jest odnaleźć ów przedmiot i zniszczyć go - stwierdził Mohamaris, patron Emprii, główny bóg ludzki. Siedział na sporym tronie, nie tyle siedział, ile raczej egzystował na nim. Całe pomieszczenie, w którym znajdowały się owe świetliste istoty, było koliste, w centrum, przesunięty nieco na południe stał podest, prowadziły nań schody, na jego szczycie stał wielki, już od dawna pusty tron. Wokół, symetrycznie, były rozmieszczone inne trony, nad którymi unosiły się podobne byty.
-Cóż, jak planujesz to zrobić? Jedynym z nas, który mógłby go dotknąć, ba, przebywać w jego pobliżu był Trathar - odrzekła po namyśle Luvlia, bogini Chronomerii. Jej język ciała ograniczał się do rozglądania się dookoła z założonymi nogami.
-Nie możemy przecież siedzieć bezczynnie! - krzyknął Treros, odpowiedzialny za Alchtę.
-A cóż tu się zastanawiać? Trzeba kogoś wysłać po ten artefakt -odezwał się milczący do tej pory Lunus - przedstawiciel Domiclium, drapiąc się spokojnie w nieistniejącą brodę.
-Ależ kolego, jak zamierzasz przekonać jakąkolwiek istotę, aby dobrowolnie przyczyniła się do zapewnienia spokoju bogom? - zapytał Asteruth, śmierć we własnej osobie. Zajmował się sprawami zaświatów i był najpotężniejszym bogiem z panteonu Membrum. Przynajmniej obecnie.
-To idiotyczne! - zawołała Hator, bogini Infernum, przecież trzeba po prostu obstawić miejsce i wybić wszystkich, którym przeszłoby przez myśl zbliżenie się tam.
-Cicho, Lunus ma rację, trzeba kogoś wysłać po ten przedmiot, ma ktoś jakieś propozycje? - zapytał Treros.
Zapadła cisza, jedynie Asteruth i Luvlia wymienili spojrzenia, po czym nachylili się do siebie i bogini szepnęła mu kilka słów.
-Zaiste, Saragoth, twój kapłan - odpowiedział bez namysłu Asteruth.
-Że jak? Przecież to tylko pomniejszy…
-Może i, ale jeden z nielicznych lojalnych, jakich posiadasz – mruknął Asteruth z gorzkim sarkazmem.
-Jak śmiesz?!
-Uspokójcie się obaj - zdenerwował się Lunus.
-Przecież on jest śmiertelnikiem, w dodatku wcale nie takim potężnym – stwierdziła ze znudzeniem Hator, przecież Treros posiada wielu potężniejszych wyznawców, którzy nie rekrutują się spośród ludzi, w ogóle co to za pomysł, człowiek nie wyznający ludzkiego boga, żałosne.
-Jak się nadaje, to rasa nie ma znaczenia – mruknęła Luvlia.
-Co sugerujesz? – odpowiedzieli wszyscy naraz.
-Zmianę ciała.
-Nie przejdzie, ma przecież śmiertelną duszę – kręcąc głową wtrącił Mohamaris, wierzcie mi, o ile ja znam się na ludziach kombinujecie za daleko.
-Deminizm – rzucił Asteruth.
-Nie zrobicie tego mojemu wyznawcy! – Treros był wyraźnie zdenerwowany.
-Bo stracisz ostatniego? – zapytała z ironią Hator.
-Nie, to znaczy ja mam przecież wielu wyznawców, lojalniejszych niż on, Sahnarów, nie jakiś tam.. ludzi.. – z niepokojem wybąkał Treros.
-No więc jeden pomniejszy kapłan ludzki nie będzie problemem, kto się nim zajmie?
-Ja – stwierdził grobowym tonem Asteruth poczym wstał z tronu i szybkim krokiem wyszedł z pomieszczenia.
-Ciągle nie rozumiem czemu akurat on, ale cóż… To chyba koniec, nie? – zapytał Lunus, zdziwiony, że wszystko rozwiązało się tak szybko, i to bez ani jednej wojny. Bogowie byli wyjątkowo zgodni jeśli chodziło o ich własne przetrwanie. O dziwo, byli też w stanie współpracować. Albo to tylko on uległ tej iluzji.
-Czas zająć się swoimi sprawami – powiedział Mohamaris i także wyszedł. Żal mu trochę było człowieka. Ale w końcu to nie był jego wyznawca. Saragoth, tak miał na imię? Odwrócił się od ludzkiego boga, więc Mohamaris nie uważał za słuszne ingerować, zwłaszcza, gdy sprawy przybrały taki obrót.
Reszta także zniknęła z pola widzenia i sala została pusta. Jej kryształowe ściany przestały błyszczeć a trony odsunęły się od środka pomieszczenia.

***

-To już chyba ostatni – rzucił Saragoth wydobywając poświęcony miecz z ożywionego ciała. Miecz miał około 120cm, rękojeść mistrzowsko wyważona, wykładana rogiem jakiegoś zwierzęcia, zwieńczona rzeźbionym drewnem, obita skórą i nitowana, jelec miał regularny kształt, był rozszerzony na samym końcu. Głownia była wąska na początku, rozszerzała się by osiągnąć największą szerokość na środku, i zwęzić się na końcu. Klinga była obosieczna, miała wyryte runy, w których błyszczał biały proszek. Garda przedstawiała motyw anioła.
-Tia, byliby to już ostatni chalirny krwiożłop – odpowiedział Amar.
Obaj towarzysze znajdowali się w sporym korytarzu któregoś z większych zamków na południe od Anas’nathyr, ludzkiego miasta na południu kontynentu. Mieli misję zabicia kolejnego wynaturzenia zamieszkującego tę twierdzę. Saragoth był dużym, wysokim i barczystym mężczyzną koło dwudziestki, ubrany zwykle w kolczugę przepasaną kilkoma skórzanymi pasami, w których tkwiły przeróżne akcesoria przydatne przy egzorcyzmach. Miał sięgające ramion blond włosy i zielone, głębokie oczy. Jego przyjaciel, Amar, niezbyt wyedukowany paladyn był opasany masą najróżniejszych części wszelakich zbroi, z wielką pochwą na oburęczny miecz na plecach. Czarna czupryna wystawała spod metalowego, prostego hełmu zakrywając nieco ciemne oczy. Ich właściciel był średniego wzrostu człowiekiem, dość młodym. Obaj znali się już od dawna, nawet szkolenia przechodzili razem, obecnie byli na usługach zakonu Trerosa. Zabijali demony i inne wynaturzenia.
-I szli my dalej? – zapytał Amar.
-Tak, chodźmy.
Kroki odbiły się echem w korytarzu. Szli dość długo rozglądając się na boki w poszukiwaniu kolejnego strażnika tego miejsca. Napotykając dziwny spokój i wręcz nienaturalną ciszę zastanawiali się nad tym, kiedy spotkają deminizmatyka którego szukają.
-Czemu zawsze my musimy to robić? Nie moglibyśmy dostać jakiegoś spokojnego okręgu żeby się ustatkować i głosić wiarę? Ale to nie, idźcie do zamku, zabijcie kolejne wynaturzenie, ile można, czy my jakimiś herosami jesteśmy? – zaczął się żalić Saragoth by jakoś rozładować adrenalinę buzującą w swoich żyłach od strachu.
-Tia, liż kiś musi ich zarżnąć, ni?
-Racja.
Podczas dalszej eksploracji zamku rozmowa jakoś się nie kleiła. Było po prostu zbyt spokojnie. Doszli w końcu do katakumb, które przeszli bez spotkania czegokolwiek. Idąc w kierunku północnym przez czarne, ciemne i niskie korytarze wręcz sapali ze strachu. Nigdy nie szło tak łatwo, nigdy nie było tak spokojnie. Przez cały zamek napotkali jedynie cztery wskrzeszone do pełnienia straży zwłoki. A to podobno był wyjątkowo potężny deminizmatyk.
-Nerwy mi powoli puszczają – stwierdził złamanym głosem Saragoth.
-Mnia tiż, dość, w końcu pokazać to bachlo, ubić i wracali – odburknął ledwo Amar.
-Chodźmy tędy – powiedział Saragoth wskazując na korytarz.
Oboje nie mieli zielonego pojęcia, dlaczego było spokojnie.
Asteruth lubił, gdy robota idzie po jego myśli, nie chciał żeby Saragoth przypadkiem zginął. Podsuwał mu myśli dotyczące drogi, prowadził go w leże wynaturzenia, które miało zarazić go deminizmem, nic nie mogło pójść nie tak, wszystko przygotował perfekcyjnie. Spojrzał raz jeszcze na swą kosę, uśmiechnął się lekko i zniknął.
Po chwili obaj wysłannicy doszli do wielkiej komnaty, jasno oświetlonej, po prostu wymarzona siedziba dla stwora. Nie mogło go tu nie być, to jest ta naturalna tendencja celów do fortyfikowania się w długich, jasno oświetlonych pomieszczeniach.
-Ach to wy, proszę, proszę, spodziewałem się was wcześniej – powiedział spokojnie pół-demon stojący przodem do tronu i stołu przed nim, opierał się na krzesłach stojących z jego strony.
-Siadajcie – dodał, poczym obszedł stół wodząc po nim ręką i usiadł.
-Paczwaro ni owijaj ino walcz i zdechnij – rzekł Amar.
-Znamy twoje sztuczki istoto, wyjmij broń i zgiń z honorem – rzucił Saragoth.
-Wy, ludzie, nie macie naprawdę za grosz wyczucia, wiem, że przyszliście mnie zabić i wy wiecie, że się nie poddam, ale przynajmniej moglibyśmy usiąść i porozmawiać trochę prawda?
-Nie – padła odpowiedz.
-Och, od razu do walki tak? Po was można było się tego spodziewać – odpowiedziała niechętnie istota.
Saragoth dobył poświęconego miecza, Amar, który dotychczas trzymał swój w prawej ręce, ujął go oburącz i przymierzał się do zadania ciosu. Jego klinga była sporo większa niż Saragotha, miała olbrzymie, ponad półtora metrowe ostrze, osadzone na długiej rękojeści, stworzonej w celu trzymania oburącz. Sam miecz miał dość prostą budowę, rowek idący przez oś symetrii ostrza, rękojeść zdobiona motywami gwiazd i skrzydlatych aniołów, powielone w inkrustacjach na ostrzu. Wynaturzenie podniosło rękę, z której powoli wydobył się, krwawiąc obficie, kościsty szpon. W tym momencie ciało potwora zadrżało. Dusza niewidziana przez nikogo prócz Asterutha ulotniła się. Sam bóg przejął kontrolę nad ciałem i bez ogródek rzucił się na kapłana gryząc go w rękę i przelewając swą esencję w jego. Saragoth żachnął się i zrzucił silnym ruchem istotę z siebie, z trudem utrzymując równowagę. Amar podbiegł do pół-demona i profesjonalnym cięciem pozbawił go głowy. Asteruth uśmiechnął się, tak miało być, poszło nawet łatwiej niż się spodziewał, jednak nie docenił tych ludzi, poradziliby sobie i bez jego pomocy, ale musiał się upewnić, że Saragoth zostanie zarażony. Ulotnił się szybko, wciąż pozostając niewidzialny.
-Tio tile? Tile walki? Toż to słabe jako chalira – ze smutkiem stwierdził Amar.
-Ale pogryzł mnie, ależ mnie boli ręka – wycedził przez zęby Saragoth.
-Aj, bidny, boli mówisz, to znaczy ze cię nie zaraził – z ulga powiedział Amar.
-Ruszajmy, nie mam zamiaru dłużej tu siedzieć, przeciwnik na pewno nie był tego wart.


Rozdział I

-Ciągle boli – stwierdził Saragoth, gdy medyk opatrzył mu rękę.
-To się ciesz – lekarz wycedził przez zęby starając się nie wypuścić z nich bandaża.
-Ale skoro wiadomo, że nic mi nie jest, to chyba ma się goić?
-Jak nic nie boli, znaczy, że człowiek nie żyje – lekarz zdawał się być poirytowany podejściem Saragotha, myślisz, że co, opatrzę i z głowy? Nie trzeba było się tak wystawiać.
Saragoth nie odpowiedział, nie było po co, przyglądał się za to ciągle medykowi usilnie próbującemu zatamować krwawienie z ugryzienia. Wiedział, ze rany kłute zawsze są o wiele bardziej niebezpieczne niż się wydaje, ponieważ skóra zasklepia się, ale rana powodowała narastający się z każdą chwilą niepokój, coś było nie tak. Czuł to.
-Na pewno mnie nie zaraził? – zapytał niechętnie.
-Taki to z Ciebie kapłan? Jedno ukłucie i już trwoga? Nie wykrywam tu obecności demonicznej esencji, więc nic złego Ci nie jest, wyglądasz na zdrowego, o, zatamowałem krwawienie, teraz powinieneś trochę poleżeć i wracasz do roboty – uśmiechnął się lekarz.
-Dzięki.
-Do usług.
Saragoth wstał, co przyszło mu z trudem przez dość sporą utratę krwi. Przykuśtykał przez jasno oświetlony, wyłożony marmurem korytarz, aż do schodów. Zszedł w dół powoli. Wyjrzał przez okno umieszczone we wnęce muru. Na dworze było jasno, świeciło słońce, na trawie ćwiczyli młodzi adepci. Ruszył spokojnie przed siebie trzymając się za ramię. Doszedł do swojego pokoju, pchnął drzwi. Ustąpiły. Wszedł do środka. Na ścianie wisiał miecz, pod nim była szafka, po prawej łóżko, na wprost umieszczone było okno. Światło słoneczne oblewało cały pokój. Położył się.

***

Nie mógł zasnąć. Coś ciągle go dręczyło. Nie wiedział, co to, takie dziwne przeczucie mówiące: „Saragoth, wstawaj, coś jest nie tak”. Nie wiedział, o co może chodzić. W końcu zasnął, nie był to sen pozwalający wypocząć, raczej alternatywa dla zwijania się w bólach na łóżku...
Rano wstał, może raczej stoczył się z łóżka na ziemię, poczym podniósł się z niej. Bandaż leżał na podłodze. Ręka nie wyglądała na poharataną. Rana zabliźniła się, lecz mimo to czuł się źle. Był cały spocony. Wyjrzał przez okno. Ledwo świtało. Wgramolił się na łóżko, otarł pot o rękaw togi poczym spróbował ponownie zasnąć. Bezskutecznie. Nie był zdolny myśleć, trudno było mu nawet skupić się na oddychaniu. Był niemal pewien, że jeżeli odsunie swoją uwagę od ciągu wdechów i wydechów to z pewnością się udusi. Siadł. Wstał. Siadł znowu. Z wycięczenia osunął się na łóżko. Nie spał, stracił przytomność. Obudziło go pukanie do drzwi.
-Proszę – wydukał.
-Saragoth, sis ty tam? – zapytał głos.
-Tak, wejdź.
Amar wszedł do pokoju i zamknął drzwi za sobą.
-Jak ci tam?
-Kiepsko się czuję.
-Biły gorzej.
-No nie wiem.
-Pymita jak mi ryke prawie odcwopało?
-To nie to, dobija mnie fakt, że ta rana właściwie nic nie znaczy, była bardzo lekka, a mimo to czuję się fatalnie.
-Zakyżynie?
-Sprawdzali, nic mi nie jest, ani z magicznych, ani ze zwykłych chorób.
-Deminizm tyż?
-To wymagający dużo mocy rytuał, a deminizm można wykryć od tak, rana nie boli, świeci, tutaj nie ma niczego takiego.
-Tio odpoczywaj.
Amar wyszedł cicho z pomieszczenia. Przeszedł się kawałek do swojego pokoju, zdjął ze ściany miecz poczym wyszedł z budynku na dziedziniec. Podszedł kawałek brukowaną ścieżką do pól treningowych poczym dobył broni i zaczął bez litości siekać manekiny treningowe. Jeśli miał coś robić w życiu, chciał być w tym dobry.
Saragoth tymczasem dalej w bólach zwijał się na łóżku. Czuł się coraz gorzej.

***

-Oczekujemy dobrych wiadomości Asteruth – odezwała się Hator.
-Cóż stało się z tym człowiekiem? – zapytał Mohamaris.
-Wszystko załatwione, nikt się nie zorientował, zarażony deminizmem, zmutuje się za kilka dni – odrzekł spokojnie Asteruth.
-Argh – wydał z siebie cichy dźwięk Treros.
-Do czego to musi dojść abyśmy my mieli spokój, jaką masz gwarancję, że wypełni zadanie? – kiwając głową spytał Lunus.
-Żadną, coś wymyślimy – odparł Asteruth.
-Magiczny przymus? – zasugerowała Hator.
-Odpada – Mohamaris rzucił tę odpowiedź zanim Hator skończyła pytanie.
-Czemu? – zapytała demoniczna bogini.
-On musi to zrobić z własnej woli, pamiętaj, że przedmiot jest potężny, jak przymus z boskiej mocy przestanie przy nim działać to on po prostu odejdzie – odparł.
-Zdaje mi się, że bronisz tego śmiertelnika Mohamaris, to przecież nie twój wyznawca – powiedział Lunus.
-Nie, mam wręcz powody by być wobec niego nieprzyjazny, to w końcu człowiek, to kogo on powinien wyznawać? –bronił się władca Emprii.
-Może są po prostu lepsi bogowie do wyznawania niż Ty? – stwierdziła Hator, po czym dodała: Ale bez wątpienia Treros nie jest jednym z nich.
Asteruth głośno odchrząknął: Wrócimy do tematu?
-Dobrze się spisałeś Asteruth, warto by było jednak abyś upewnił się, że ten śmiertelnik nie zginie. Wiesz, że większość deminizmatyków ginie z własnej ręki. No i ktoś musi go przekonać, aby odnalazł artefakt – stwierdził Lunus nie zwracając uwagi na kłótnię.
-Ja to zrobię. To w końcu mój wyznawca, prawda? – rzucił Treros.
-Jeden z niewielu – mruknęła pod nosem Hator.
-Asteruth, jesteś specjalistą, upewnij się, że Saragoth nie zginie, dobrze? – powiedziała Luvlia, milcząca jak zwykle.
-Tak pani – Asteruth ukłonił się jedynemu bóstwu, do którego czuł szacunek. Po chwili pojawił się w swojej fizycznej formie, wszystkie bóstwa bowiem w naturalnej formie są jedynie jasnym światłem swojego koloru o humanoidalnych kształtach, poczym zatoczył kosą elipsę w powietrzu i rzucił się w nią. Wszyscy obecni usłyszeli jedynie trzepot jego płaszcza.
-Czas i na mnie – rzucił Treros.
-Odejdźcie w takim razie – powiedziała Luvlia. Gdy wszyscy opuścili salę ruszyła ręką. Asteruth pojawił się przy niej.
-Upewnij się, że Treros niczego nie kombinuje, mam nadzieje, iż wszystko idzie zgodnie z planem?
-Tak, mam nadzieje, że Saragoth za dzień lub dwa będzie skłonny z nami współpracować.
-Jak skłonisz go do oddania elementu, gdy go już znajdzie?
-Obiecam mu powrót do śmiertelnej formy – Asteruth uśmiechnął się.
-Żadne z nich o niczym nie wie, nawet Hator się nie domyśla.
-Tak, knują przeciwko sobie, myślą, że któreś chciałoby wykorzystać okazję do przejęcia władzy.
-A nie jest tak? – Luvlia rozejrzała się spokojnie po komnacie. Jej wzrok spoczął na łukowym sklepieniu. Śmigały po nim łańcuszki energii.
-Lunus nic nie kombinuje, Treros jest na to za tępy a Mohamaris ma już wystarczająco dużo władzy.
-Hator? – odparła.
-Nie ma dość sił, chociaż ma dostęp do wielu deminizmatyków, może spróbować przeciągnąć Saragotha na swoją stronę.
-Nie sądzę, aby wpadła na coś takiego, ale uważaj – Luvlia ponownie oparła wzrok na wysokiej postaci materialnej formy Asterutha.
-Tak. Przyjrzę się, co porabia nasz kapłan.
Luvlia bez słowa zmaterializowała się, poczym jej forma zadrżała i znikła. Asteruth błyskawicznie przeniósł się do zakonu gdzie Saragoth przeżywał coraz większą mękę.

***

-Boli, boli, boli – bardzo powoli mówił Saragoth sam do siebie.
-Boli – dodał.
Od kiedy wrócił od medyka nie opuścił swojego pokoju. Zamknął się na klucz, zastawił drzwi szafką. Ledwo żywy taczał się w rozrzuconym po pokoju posłaniu. Zasłonił okno, zdawało mu się, że w ciemności zaśnie. Gdyby widział siebie, byłby w stanie zauważyć kości powoli wyłaniające się ze swoich ramion. Były ledwo centymetr poza ciałem, krwawiły obficie. Saragoth w tym momencie był ślepy. Kiedy deminizmatyk przeżywa pierwsze stadium mutacji, (po którym można poznać jak się zmutuje później) ślepnie na kilka dni. Ślepota jest wynikiem procesu przystosowującego oczy do widzenia esencji, pożywienia demonów. Asteruth pilnował drzwi w formie lekarza, którego dusza wałęsała się obecnie gdzieś po planie astralnym. Nie pozwalał nikomu wejść, mówił, że Saragoth stracił mięsień w ręce i obecnie przy pomocy magii jest on mu przywracany. Dlatego nie wolno mu przeszkadzać. Nie chciał, aby ktoś zobaczył kapłana podczas mutacji. Jeszcze by go uleczyli. Wiedział, że gdy skończy się pierwsze stadium, deminizmatykowi nie można już pomóc. Po kilkunastu godzinach obserwowania przez drzwi mutacji Saragotha był już spokojny. Po dwóch dniach na straży wszedł do pokoju. Leżące na ziemi ciało podniosło oczy.
-To pan, co mi się stało, uratujecie mnie? – wydusiło.
-Saragoth...
-Aż tak źle? Powiedz, co się ze mną stało – zapytał poczym runął na ziemię.
Asteruth ponownie zamknął drzwi. Pstryknął palcami. Cała krew ze ścian i podłogi zniknęła. Pokój wyglądał jak dawniej. Położył Saragotha na posłaniu. Nie było po nim widać mutacji, ujawni się potem. Poczekał aż kapłan odzyska przytomność.
-Żyjesz?
-Och, co mi się stało?
-Straciłeś mięsień, musiał ci odrosnąć.
-Mięsień?
-Tak, ugryzienie spowodowało klątwę, która pozbawiła cię mięśnia przedramienia, musieliśmy użyć magii.
-Ach, długo byłem nieprzytomny?
-Około dwóch dni.
-Muszę wracać do pracy – Saragoth chciał się podnieść, ale Asteruth powstrzymał go ręką.
-Odpoczywaj. Musisz się przyzwyczaić.
-Chcę stąd wyjść.
-Dobrze, zjedz coś najpierw – Asteruth podał mu talerz z jedzeniem i bukłak z wodą, wcześniej przyniesione przez diakonów. Kapłan usiadł na łóżku. Zabrał się do jedzenia. Bóg śmierci z zadowoleniem przyglądał się jak kapłan odkrywa, że takie jedzenie nie jest mu potrzebne.
-Jakoś tak, dziwnie – powiedział z lękiem Saragoth.
-Wyjdźmy na dwór.
Wyszli. Asteruth ciągle w ciele lekarza prowadził kapłana przez ziemie zakonu. Saragoth czuł się dziwnie. Zdawało mu się, że widzi wokół ludzi światło. Różne odcienie niebieskiej aury świeciły mu przed oczyma. Jedynym, który takowej aury nie posiadał był jego towarzysz. Podeszli dalej.
-Coś zauważyłeś Saragoth?
-Dziwnie mi, coś stało się z moimi oczami – odpowiedział kapłan nerwowo rozglądając się po otoczeniu, nie zauważył jednak nic, na czym mógłby oprzeć wzrok na dłużej. Jedynie ludzie wydawali się jacyś inni. Każdy miał lekko niebieskawy krąg światła wokół ciała.
-Wiesz co widzisz wokół tych ludzi?
-Skąd wiesz, że coś widzę?
-Wiesz jaki kolor ma twoja aura? Fioletowy, wiesz, co to oznacza? – Asteruth zignorował pytanie.
-Ni.. nie...
-Wkrótce się dowiesz.
-Ale.. ty nie masz aury?
-Ja nie podchodzę pod ten rodzaj klasyfikacji Saragoth, przekonasz się dlaczego.
-Co się ze mną stało, dlaczego? Kim.. kim ty jesteś?
-Wszystko w swoim czasie Saragoth, bądź cierpliwy, a póki co wyjedź z zakonu. Spotkamy się w Anas’nathyr.
-Ale... – kapłan nie zdążył powiedzieć słowa, gdy ciało lekarza osunęło się na ziemię a jego dusza spokojnie wróciła do ciała. Saragoth już wiedział, że nie rozmawiał z lekarzem. Nic mu nie mówił, na pytania medyka odpowiadał szybko zmyślając. Nigdy w życiu nie kłamał... do teraz. Udał się do swojego pokoju. Ze ściany zdjął swoją broń, założył zbroję, miecz przypasał do boku, szybko się spakował i wyszedł z pokoju. Natknął się na Amara.
-A gdziż ty si wybirasz? Medyk mówił, iż zostać musisz.
-Muszę szybko stąd wyjechać, dokończyć kurację. Będzie tam ktoś, kto upewni się, że ze mną wszystko dobrze, jadę do.. do.. Anas’nathyr – Saragoth nie mógł okłamać przyjaciela, nie w ten sposób.
-Ach, tio dobrze, ydź – Amar odparł niepewnie. Podał Saragothowi rękę. Zauważył, że jest zimna. Uśmiechnął się i odprowadził przyjaciela do bram zakonu.



Rozdział II

Saragoth czuł się głodny. Ciągle widział niebieskie kręgi wokół ludzi. Nie wiedział co się z nim dzieje. Nie wiedział czemu słucha się kogoś, kto przemawiał przez lekarza. Nie miał zielonego pojęcia, jak zaspokoić głód. Pił, jadł, ale nie przynosiło to efektu. Jechał obecnie na koniu w kierunku Anas’nathyr, droga prowadziła przez lasek. Był w drodze już od ładnych kilkunastu godzin. Nie czuł się zmęczony, był tylko głodny.
Wtem zauważył trzech uzbrojonych ludzi, małą rodzinę i wóz.
-Typowe – pomyślał. Podjechał, zsiadł z konia, końce niebieskiej aury bandytów były czerwone.
-Czegoż chcecie od tych ludzi panowie? – zapytał spokojnie.
-Nie twój biznes kapłanie, idź zbieraj na kościół – wyburknął największy ze zbirów. Saragoth nie czuł gniewu, nie czuł adrenaliny. Nie czuł nic.
-Przykro mi więc – powiedział błyskawicznym ruchem wyciągając miecz. Schylił się, obrócił i wykonał szybki sztych prosto w plecy zbira. Miecz lekko wszedł w skórę. Dwie kobiety, matka i córka, zauważając co się dzieje natychmiast odciągnęły pobitego chłopa za wóz. Jeden ze zbirów dobył maczugi i zaatakował nią kapłana, jego cios został jednak błyskawicznie sparowany. Drugi nie zdążył nawet pisnąć, gdy miecz runął na niego z góry z całą siłą. Brzeszczot wszedł w ciało aż po klatkę piersiową, Saragoth zepchnął ciało nogą. Obaj bandyci osunęli się na ziemie jednocześnie. Trzeci rzucił się do ucieczki. Niestety, Saragoth był szybszy, błyskawicznym cięciem z półobrotu powalił go na kolana. Zbir zasłonił się maczugą, która pod impetem następnego ciosu Saragotha rozbiła się w drzazgi. Kapłan wykonał kolejne cięcie, tym razem perfekcyjne i odprowadził zbira wzrokiem do ziemi. Zaatakowanych już dawno już nie było, uciekli gdzieś do lasu. Saragoth włożył miecz do pochwy i już chciał odjechać, gdy wtem coś zaczęło go dręczyć.
-Esencja, esencja, pożyw się, pożyw – mówił głos w jego głowie.
-Co? Czym?
-Esencją Saragoth, esencją, ich esencją, podejdź i zabierz im esencję.
Saragoth nie mógł przeciwstawić się głosowi, podszedł bliżej i nachylił się nad ciałem.
-Nie.. – jąknął, poczym podświadomie, całkiem wbrew sobie przyłożył usta do ciała i zobaczył jak niebieska energia przepływa w jego kierunku. Pożywiał się...
-Nie.. ja.. jestem... deminizmatykiem.. nie.. – Saragoth zdał sobie natychmiast sprawę z tego co się stało. On, kapłan Trerosa. On, człowiek walczący z wynaturzeniami od dziecka. On, tarcza nadziei, stał się teraz tym, co tępił, co miał w największej pogardzie... Podniósł miecz... Skierował go ostrzem w swoją stronę...
Asteruth ciął oburącz swoją kosą. Saragoth zwalił się na ziemie.
-Cholera, cóż za niewdzięcznik, nie przyjąć takiego daru? – mruknął sam do siebie poczym przywrócił Saragothowi przytomność. Jego broń jedynie ogłuszała ludzi, chyba, że Asteruth akurat zabierał duszę, zdarzało się to jednak niezwykle rzadko, jako iż od żniw miał podwładnych. Uderzył Saragotha w twarz.
-Au – wydobył z siebie kapłan, to boli.
-A coś ty myślał, że będzie łaskotać?
-Nie musiałeś mnie bić.
-Owszem, a ty nie musiałeś próbować się zabić – ton którym mówił Asteruth wskazywał na poirytowanie.
-Ale... ty nie rozumiesz...
-Rozumiem, aż za dobrze.
-Nie!! Ty nic nie wiesz!! Nie wiesz jak to jest!! Nie wiesz!! Nie wiesz!! – Saragoth wyraźnie nad sobą nie panował, rzucił się do ucieczki w najbliższe chaszcze, do lasu. Bóg śmierci westchnął. Gdyby miał jakiekolwiek gruczoły, na pewno czułby się teraz bardzo zdenerwowany. Ale nie miał. Nie mniej jednak, spodziewał się, że pójdzie łatwiej.
Obok Asterutha pojawiła się Luvlia.
-I jak?
-Nie idzie łatwo, próbował się zabić.
-To logiczne, postaw się na jego miejscu.
-Zostawiam go tobie, naucz go podstaw, niech się oswoi, nie mam do tego cierpliwości.
-Zaiste – Luvlia uśmiechnęła się, poczym skinęła na konia. Zwierzę podeszło do niej.
-Ja odchodzę, powodzenia.
-Tobie także życzę owocnej pracy Asteruth – odparła bogini poczym wsiadła na konia. Pognała za uciekającym deminizmatykiem.
Las był dość gęsty. Saragoth biegł, nie oddychał. Zapomniał. Nie wiedział, co zrobi. Nie chciał nic robić. Nie miał już sił z tym walczyć. Nie był człowiekiem. Nie miał ludzkich potrzeb. Uczuć. Nic. Chciał. Nie mógł żyć dalej. Żyć? Tego nie można było nazwać życiem. Nie tak. Nie w ten sposób. To nie życie. Udręka. Ból. Cierpienie. Głód. Narastający głód. Tylko głód. To nie było uczucie, raczej instynkt.
-Pożyw się.
-Nie!!!
-Musisz.
-Zostaw mnie!!!
-Nigdy cię nie zostawię.
-Idź! Wynoś się! To ja, nie ty! Odejdź!!!
-Mylisz się Saragoth, my jesteśmy jednym.
-Nie!!!
-Och, Saragoth, daj spokój, wiesz, że to niczego nie zmieni. Nie rób źle samemu sobie.
-Nie jestem sobą! Odejdź!
-Saragoth, Saragoth, proszę, nie rób z siebie bardziej żałosnego niż jesteś.
-To ty jesteś żałosne!
-Saragoth, naprawdę, czy ty musisz wszystko komplikować? I tak niczego nie zmienisz.
Saragoth nie słuchał. Nie miał sił. Nie mógł znieść tej świadomości. To, to miało rację. Przecież nie mógł nic zmienić. Nie miał wyboru. Dopiero teraz przypomniała mu się wolna wola. Nigdy jej nie zauważał. Aż do teraz. Tak...
-Hm – mruknęła Luvlia przyglądając się ciału leżącemu na ziemi. Koń podszedł do drzewa i zaczął skubać trawę. Bogini zastanawiała się jeszcze przez chwilę, poczym zniknęła gdzieś między wymiarami. Pojawiła się powtórnie po kilku minutach. Zrzuciła nieprzytomnego plebejusza na ziemię. Spojrzała na siebie. Machnęła ręką. Natychmiast zamiast prostego wieśniaczego ubioru pojawiła się na niej błyszcząca zbroja. Nagolenice były srebrne, ozdobione motywem księżyca i gwiazd. Nad nimi luźno zwisał kawałek szaty, ukrytej pod nachodzącymi na siebie srebrnymi łuskami zbroi. Mniej więcej na wysokości brzucha, łuskowa ochrona przechodziła w bogato zdobiony, pięknie wykonany napierśnik, który uwypuklał fizyczne atrybuty jej ciała. Naramienniki imitowały rybie łby. Na szyi widać było medalion w kształcie księżyca. Ręce miała pozostawione bez osłon, nie licząc skórzanych rękawiczek. Włosy, długie i brązowe, rozpuszczone sięgały jej niemal do pasa. Twarz miała gładką, z nieco wypukłymi kośćmi policzkowymi, grzywka niemal zakrywała jej błękitne oczy. Do pasa miała przypiętą pochwę miecza, sama klinga miała rękojeść tak piękną, iż każdy stwierdziłby, że oręż jest ozdobą. Prawdopodobnie uświadomiłby sobie pomyłkę dopiero po śmierci.
-Tak powinna prezentować się bogini – pomyślała, poczym zabrała się do budzenia nieprzytomnego deminizmatyka. Z początku lekko nim potrząsała. Potem mocniej. I mocniej. W końcu zamachnęła się i walnęła go na odlew w twarz. Bez skutku.
-Asteruth! – zawołała złamanym głosem, przepełnionym zarówno zdenerwowaniem jak i strachem, lecz jedynie duchy lasu mogły ją usłyszeć. Jeśli istota boska mogła stracić cierpliwość, to właśnie w takiej chwili. Nikt nie odpowiedział. Zawołała ponownie. I tym razem usłyszała ciszę. Siadła na ziemi zrezygnowana. Bogowie w śmiertelnym ciele byli dość mocno ograniczeni jeśli chodzi o zmysły. Nie czuli wiele więcej niż to, do czego czucia ciało było przystosowane. Luvlia czuła niepokój. Wiedziała, że coś skrada się między drzewami, nie był to Asteruth.
-Kto to? – krzyknęła. Obróciła się w tył. Za nią były jedynie liściaste drzewa i dróżka, która przyjechała. Polanka, na której się zatrzymała była dość szczelnie otoczona lasem. Przez drzewa nie było nic widać.
-Kto to? – zapytała ponownie. Wtem na lewo rozległ się szelest. Ujrzała kobietę z dzieckiem, które ciągnęły nieprzytomnego chłopa, prawdopodobnie głowę rodziny. Córeczka, gdy tylko zobaczyła nieprzytomnego Saragotha oraz plebejusza, którego Luvlia przygotowała mu na pokarm, schowała się za spódnice matki.
-Pani, mogłabyś pomóc nam? My proste ludzie, jechali na jarmark do miasta – wyjąkała przyglądając się Saragothowi.
-Tak dobra kobieto, usiądź, a ty malutka, nie bój się, nic ci się nie stanie – odparła z uśmiechem Luvlia.
-Niemowa ona jest pani, wybaczy, iż nie odpowie. Od urodzenia taka. A ten, to nas uratował, co mu, a tiż jego szkapa.
Luvlia podeszła do konia, odsznurowała bukłak od siodła, podała go kobiecie, poczym zabrała się za układanie kapłana, tak, aby wydawało się, iż opatrza mu ranę.
-Ach, tak, natknął się na nas, mnie i służbę, tylko jeden nie uciekł, ale ze strachu padł przed stworem, który nas zaatakował. Ten dzielny człowiek pomógł nam, ale jest ranny – skłamała Luvlia, z miną słodką niczym miód, a córeczka, biedna, ale cóż, zdarzają się nieszczęścia, próby boskie – dodała.
-Tak pani mądra, my nie wiemy, czemu ona niemowa, tak od urodzenia – odpowiedziała wieśniaczka niezbyt rozumiejąc to co bogini do niej mówi.
-Tak, tak, podejdź dziecko.
Dziewczynka wstała, poczym niepewnie podeszła do oparzającej Saragotha.
-Pokaż się no tu z bliska – po wstępnych oględzinach władczyni Chronomerii domyślała się, iż dziewczynka umie mówić. Tylko że coś sprawiło, iż nie może.
-Stało się coś jej w młodym wieku? Coś ważnego? Gaworzyła może? – słowa Luvlii wprowadziły wieśniaczkę w zakłopotanie, widać było, że się zastanawia. Po kilku minutach odpowiedziała: Tak pani, znaczy kiedyś taki mag przejeżdżał, leczył ludzi, bo my prosta wieś mamy, no i ona zawsze była dobry dzieciak, tak, zawsze, no ale on mówił, że coś nie tak jej jest, no to my pytali co on zrobi, to on mówi, że jak zboża damy to on naleczy, no i naleczył, ale nie mówi.
-Miał leczyć ją z tego?
-Nie, on mówił, że coś ma w nodze.
-Taki to mag, pewno człowiek?
-Ta, a kiż inny.
Luvlia westchnęła. Przyjrzała się dziewczynce, poczym podniosła jedną rękę i położyła dziewczynce na czole. Mała wystraszyła się, ale siedziała spokojnie. Wieśniaczka dziwnie patrzyła się na boginię.
-Nie martwi się, zdejmę czar z dziecka – powiedziała Luvlia zauważywszy reakcję matki.
-Czarodziejka pani?
-Coś w tym rodzaju – odparła bogini, poczym z kieszeni, której nigdy nie miała wyjęła troszkę proszku syjanowego, szczyptę nacharemu, posypała nimi głowę dziewczynki, poczym zaczęła spokojnie intonować mantrę. Z ziemi wydobywały się drobne cząsteczki, formowały one runy dookoła dziecka.
-Eto magia, pani – przestraszona powiedziała wieśniaczka. Bogini zignorowała to stwierdzenie, i dalej czyniła znaki na głowie dziewczynki. Władanie magią było trudne w ludzkim ciele, nawet dla bogini, ta subtelna energia wymagała bardzo dużej siły woli i mocnego umysłu, którego ludzie nie posiadali. Gdy pełno świecących znaków unosiło się wokół zafascynowanej nimi latorośli, Luvlia dokończyła zaklęcie, które rozbłysnęło bladoniebieską aurą wokół leczonej. Dziewczynce zafalowały długie, rude włosy. Zaczęła się krztusić. Po chwili wypluła na ziemię lekko iskrzącą, brudną, podłamaną runę, efekt źle rzuconego zaklęcia.
-Mmmm, maaammmo? – wydukała dziewczynka.
-Pani, dzięki ci wielkie, dzięki.
-Nie ma za co – stwierdziła Luvlia. Dzieci były chyba jedyną słabością jaką miała, szczególnie te niewinne, małe i pokrzywdzone. Spojrzała na chłopa. Leżał bez ducha. Zmarł od pobicia. Żal się jej zrobiło, gdy pomyślała o małej bez ojca.
-Manhos – szepnęła, Manhos chodź tu.
-Na rozkazy milady – odpowiedział cicho głos.
-Przywróć życie temu chłopowi.
-W jakim celu milady?
-Co cię to obchodzi?
-Ciekawość milady, z tego żyję.
-Żal mi jego małej, musiałaby żyć bez ojca.
-Żal? To do ciebie nie podobne milady.
-Siedź cicho. Wiesz, że w tym ciele nie mogę czarować, zrób co każę.
-Tak jest milady.
Luvlia zobaczyła, że ojciec dziewczynki zaczyna oddychać.
-Możesz odejść Manhos.
-Dobrze milady – odparł głos. Manhos jest służącym bogów, nie faworyzuje żadnego, chociaż do niektórych czuje większy respekt niż do innych. Mieszkańcy Membrum czczą go jako bóstewko podróży, handlu i dróg. Przeważnie manifestuje się jako młody chłopak, ubrany w strój gońca, z krótkimi włosami sterczącymi do góry znad przepaski. Luvlia lubiła korzystać z jego usług, był przydatny, ponieważ w przeciwieństwie do innych bogów, słyszał gdy się ktoś do niego zwraca, nawet jeśli był poza materialnym uniwersum, szczególnie jeśli nie była to istota śmiertelna. Nie był potężny, ale też, co dziwne, ciało nie ograniczało go, jako jedynemu bóstwu pozwolono mu nosić przy sobie element, artefakt, który kontroluje jakiś aspekt działania Membrum. Jest to szarfa szybkości, stworzona jako jeden z pierwszych elementów, zaraz po boskości, czasie i materii. Odpowiada ona za tępo zachodzenia wszystkich procesów w Membrum.
Luvlia zaczęła cucić chłopa. Otworzył oczy. Rozejrzał się po sytuacji. Wstał. Podszedł do żony. Dyskutował z nią chwilkę, wskazując na boginię, która zmieniła obiekt zainteresowania na nieprzytomnego Saragotha. Gdy skończył, podszedł kawałek do przodu i odchrząknął. Luvlia to zignorowała.
-Ehm, pani, dzięki wielkie składam ja, że tyś mą córeczkę uzdrowiła i mnie do przytomności doprowadziła – rzekł.
-Nie musisz dziękować. Odejdźcie już.
Chłop zerknął na rodzinę, poczym kiwnął głową, podziękował jeszcze raz, wziął córkę na barana i odszedł. Jego żona podreptała za nim.
-No, w końcu spokój – mruknęła do siebie bogini, poczym uderzyła Saragotha w twarz. Nie poskutkowało. Spróbowała znowu. Tym razem deminizmatyk zakrztusił się, poczym otworzył oczy.
-Na Trerosa – powiedział, jestem w Domicilium, a więc to prawda.
-Nie dziś Saragoth.
-O, anioły, znacie me imię.
-Anioły?
-Wszystkie piękne, o Trerosie, dzięki ci, już myślałem, że ten koszmar się nie skoń... – urwał gdy Luvlia przywaliła mu na odlew pięścią.
-Uch, to trudniejsze niż myślałam – Luvlia ponownie odezwała się do powietrza. Rozejrzała się ponownie po polance, podeszła do konia, odwiązała worek, którego zawartość wytrząsnęła na ziemię. Pogrzebała w tak powstałej kupce przez kilka chwil, poczym uśmiechnęła się. Dobyła siekiery, którą znalazła. Podeszła do drzewa, wzięła rozmach i z całej siły rąbnęła w pień. Powtarzała ten proceder aż do chwili, gdy drzewo opadło na ziemię. Zabrała się do rąbania go na mniejsze kawałki, z których ułożyła stosik. Ułożyła Saragotha naprzeciw niego. Pstryknęła palcami. Ze zdenerwowaniem zaobserwowała kompletny brak reakcji ogniska. Wskazała prowizoryczną piramidkę palcem. Zaczęła mruczeć szybko mantrę zaklęcia. Bezskutecznie. Była mocno zdenerwowana ograniczeniem mocy w tej fizycznej formie. Prychnęła. Wycelowała w ognisko obie dłonie, rozłożone, dotykające się nawzajem jedynie palcami wskazującymi. Krzyknęła: „IGNITO FLAMMUS NERTAIRO”. Z jej rąk buchnęły płomienie. Efekt był jednak trochę inny od zamierzonego. Zamiast ogniska podpaliła pół polany. Jej frustracja przekroczyła już wszelkie granice. Natychmiast opuściła śmiertelne ciało. Próbowała. Próbowała. Ale nie mogła już dłużej wytrzymać takich ograniczeń. Poczeka do jutra, aby znów móc przyjąć fizyczną formę. Pstryknęła palcami. Polana zgasła. Ognisko paliło się z przyjemnym dla uszu trzaskiem. Saragoth leżał nie na podróżnej macie, a na łóżku. Dookoła pełno zrobiło się kolorowych cząsteczek, które wyrównywały magiczną akcję. Bowiem należy wam wiedzieć, że magia także podlega prawom fizyki. Większość oczywiście o tym nie wie. Jednak aby na przykład podnieść szklankę magicznie, trzeba wykonać ciałem taką samą pracę, jaką wykonałoby ono, podchodząc do szklanki, biorąc ją, i przenosząc na miejsce. Boska magia była wyjątkiem. To energia elizji służyła w tym wypadku do wykonywania pracy, którą bogowie ułatwiali sobie przy pomocy magii. Luvlia niezbyt sobie jednak zaprzątała tym głowę. Teraz musiała się zregenerować, przebywanie w materialnej formie kosztowało ją sporo wysiłku, a chciała jak najszybciej do niej powrócić. Przeniosła się do Elizji. Tymczasem Saragoth leżał na ziemi śpiąc, a nawet jeśli nie, to będąc w stanie zawieszenia. Ogłuszenie bronią boga śmierci trwa bowiem w porywach nawet do kilkunastu dni, z niewielkimi przerwami.

***

Amar właśnie wracał z treningu. Zastanawiał się, co się dzieje z Saragothem. Miał nadzieję, że osłabionemu brakiem mięśnia przyjacielowi nic się nie stanie. Nigdy nie słyszał o tym, aby ugryzienia deminizmatyka powodowały klątwę zaniku mięśnia. Ale skoro lekarz tak mówił. Wpadł na pomysł wybrania się do niego po bardziej szczegółowe informacje. Ruszył dróżką w stronę najbliższego wejścia do budynku. Było już ciemno. Księżyc krył się za murami otaczającymi zakon. Jedynym źródłem światła był symbol Trerosa nad łukiem stanowiącym wejście. Całość konstrukcji była wykonana z białej cegły. Amar spojrzał na symbol, poczym wszedł. Skręcił w prawo, wszedł cicho po schodach, nie chcąc nikogo zbudzić. Ujrzał zamknięte drzwi pokoju medyka.
-Rano – pomyślał.
Tej nocy nie spał dobrze. Jego myśli były zogniskowane wokół przyjaciela. Amar martwił się o Saragotha, ostatnio wyglądał on jakoś blado, był zimny, potem ta historia z wyruszeniem do Anas’nathyr. I pojechał tam zupełnie sam, a co jeśli go ktoś napadnie? Przecież stracił mięsień. Zaraz, moment, skoro stracił mięsień, to jak może jechać na koniu? Trzeba to sprawdzić rano, porozmawiać z lekarzem o co chodzi, i pomóc.
Nie mógł zasnąć, ciekawość nie dawała mu spokoju, postanowił obudzić medyka. Wyszedł z pokoju ubrany, narzucił miecz na plecy, zapukał do pokoju obok, po chwili zza drzwi wyjrzała zaspana twarz jakiegoś młodego giermka, był pryszczaty, a jego włosy były niezgrabnie zaczesane do tyłu i utrzymane pomarańczową opaską.
-Kunia szczyniku, tryraz, cły zaekwipowanie paladyna Amara, mażli być gotowe za chwily – powiedział stanowczo. Giermek niezbyt rozumiejąc o co chodzi wyszedł z pomieszczenia i podreptał w kierunku stajni pod nosem mrucząc rozkazy aby nie zapomnieć. Amar z krzywym uśmiechem poszedł pod drzwi medyka, starając się nie hałasować pancerzem. Podszedł do drzwi, rąbnął w nie pięścią. Odczekał chwilę. Uderzył raz drugi. Otworzył mu medyk.
-Kto do cholery śmie umierać o tej godzinie!? – wrzasnął.
-Amar panie, żli ja musze o Saragotha pytać, eno on pojechał a mówił mi, da pan jemuś kazał. – stwierdził Amar.
-Kogo? Dziecko, ja nikomu nigdzie nie kazałem jechać, a z Saragothem ostatni raz rozmawiałem gdy znalazł mnie bez ducha na ścieżce obok zakonu, dobranoc.
-Liżli nie pan to ki?
-Wybacz młodzieńcze, chcę spać, nikt nie umiera? Saragothowi nie kazałem jechać, nikt mu nie kazał, nigdzie nie jechał, dobranoc.
-Ę.. – Amar nie zdążył dokończyć gdy medyk zatrzasnął za nim drzwi. Wyjrzał za balustradę, na dole giermek kończył przywiązywać konia do bramy, Amar miał sześćdziesiąt metrów do przejścia krużgankiem, aby zejść w dół po schodach i kolejne sześćdziesiąt dołem, więc wyszedł za balustradę, odbił się od ściany i z głośnym hukiem upadł na ziemię, szybko wstał, odwiązał konia i zignorował twarze pojawiające się w drzwiach, sprawdzające co się dzieje. Mieczem rozciął linę, spiął konia, tak, że zwierzę kopytami otworzyło bramę, poczym kłusem pognał w kierunku bram posesji Zakonu. Strażnik zbudzony z drzemki nad halabardą spokojnie zagrodził mu drogę.
-Gdzież to się wybieramy drogi paladynie o tej później godzinie? – spytał antypatycznie.
-Otwiraj waść brymę odliż ja ją zaraz wywalę – odparł Amar. Strażnik zdziwił się, szybko otworzył bramę, i nawet nie zdążył wypowiedzieć słowa gdy usłyszał trzepot płaszcza i regularny stuk kopyt o brukowaną drogę. Amar co chwila popędzał konia, szybko dojechał do lasku, gdzie zauważył wóz i trzy trupy. Przy wozie majstrował chłop, a obok kobieta zgarniała ciała w krzaki, ich córeczka zadowolona nuciła piosenkę tak, jakby pierwszy raz mogła śpiewać. Stała z drugiej strony wozu, postawiona tam widocznie, aby nie zobaczyła ciał. Amar zatrzymał się. Podszedł do ciał, jedno było dość wysuszone, dwa pozostałe jeszcze niedawno były pewnie ciepłe.
-Pyni, kiżli tych byndytyrię życia pozbawił? – zapytał.
-A kapłan Trerosa dobry człowiek, na koniu jechał i potem w lesie jakaś kobieta mu ranę opatrzyła, bowiem ranny został w walce.
-Z nimi?
-Nie, w innej panie, bowiem on i jej pomógł, pognał do lasu.
-Cyś mi tym śmirdzi, łot tako do lasu pognył?
-A ta pani wielka czarodziejka, moją córeczkę uzdrowiła, bo mała od wieku małego mówić nie umiała, nie jej wina, dobre to dziecko..
-Dybra, kobito, mów mi liż gdzi oni som.
-A tam panie – kobieta wskazała na krzaki.
Amar wsiadł na konia i pognał w chaszcze. Po kilku chwilach zobaczył polanę, wyglądała jak marzenie, a na jej środku leżał Saragoth. Obok płonęło ognisko. Kapłan nie wyglądał na rannego, a jego koń był przywiązany do drzewa. Amar szybko podczepił swego rumaka do najbliższego drzewa, a był to sporej wielkości dąb. Spróbował zbliżyć się do przyjaciela. Jednak nie mógł, uderzył w jakąś barierę, w powietrzu ukazała się fala, jak na zmąconej wodzie. Ruszył ją palcem, bez efektu, rąbnął w nią, jego ręka jakby weszła w gumę, po chwili została wypchnięta. Rozbiegł się i spróbował wskoczyć, przebył w substancji kilkadziesiąt centymetrów poczym z impetem niewidzialna siła wyrzuciła go z bariery. Trafił w drzewo. Wydał cichy jęk, po czym podniósł się z trudem. Dychał ciężko. Podszedł do konia. Dobył narzędzi służących do egzorcyzmów. Zawsze to Saragoth bawił się w magię i zdejmowanie czarów, cóż, teraz on jest tym, kogo trzeba uwolnić spod zaklęcia. Nie trzeba było być przesadnie bystrym, a Amar był mimo swojej przeciętnej inteligencji bardzo spostrzegawczy, na pewno na tyle, by zauważyć, że Saragoth nie oddycha, ale żył. Na logikę paladyna, musiał być pod wpływem czaru, kobieta mówiła, iż jest tu jakaś czarodziejka, pewnie rzuciła na niego jakiś czar wcześniej, a obecnie chroni zdobycz. Nie wiedział, że pole jest efektem boskiej magii, dość osłabionej, o czym też nie wiedział, nie wiedział także, iż zostało stworzone przez boginie, która użyła już limitu mocy na ten dzień. Otóż tylko bogowie wiedzą, że czerpać moc z Elizji można tylko do pewnych dziennych granic, takich, aby cała pula nie ucierpiała na tym, i mogła się zregenerować, a Luvlia wykorzystała bardzo dużą część aby przyjąć śmiertelne ciało, wskrzesić chłopa (bowiem czary, których używa Manhos „liczą się” do limitu bóstwa, gdyż on sam z siebie nie może czarować) i już tylko resztkami stworzyła zasłonę. Amar spokojnie rozłożył zestaw, wyciągnął kadzidła, wyrysował rogiem kilkanaście run dokoła swojej osoby, rozsypał proszek po barierze, spokojnie wyrysował runy także na niej, w środku spokojnie naszkicował znak Trerosa, zapalił kadzidła, wbił pofalowany kindżał ceremonialny w ziemię, ostrze wykonane z opalu zaświeciło się bladym blaskiem. Spokojny wietrzyk zaczął okrążać paladyna gdy ten pogrążał się w modlitwie. Spokojna mantra rozbrzmiewała wokół drzew, gdy w barierze formowało się przejście, paladyn spokojnie wstał, podniósł miecz, złożył zestaw, schował go do juków i przeszedł. Wyciągnął ostrze z pochwy, ujął rękojeść oburącz spodziewając się ataku, i starając się nie oddychać głośno zbliżył się do przyjaciela. Ruszył go nogą, Saragoth leżał nieprzytomny.
-Chalira – pomyślał. Rozejrzał się po polanie. Zauważył, że drewno, które zostało użyte do rozpalenia ogniska już dawno zwęgliło się, przy czym ogień dalej swobodnie lizał spalone polana.
-Magyia, hm – mruknął rozgrzebując mieczem popiół.
Świtało. Saragoth musiał leżeć tu jakieś cztery, może pięć godzin. Spokojnie usiadł przy przyjacielu i czekał.
Tymczasem Luvlia zyskawszy od Asterutha dodatkową ilość mocy na ten dzień spokojnie zmierzała w kierunku obozowiska w śmiertelnym ciele. Jej włosy rozwiewał wietrzyk. Weszła na polanę i podniosła powiekę, gdy zobaczyła Amara.
-Ty! – krzyknęła zdziwiona, co tu robisz do groma?
-Liżliy tyś czarodziejka, ki mygo przyjacila wyczarywała, zdyjmij z nigo czyr!
-A kim ty jesteś, by mi rozkazywać człeku, lepiej bierz nogi za pas pókim dobra, i od Saragotha wara, już nic ci do niego.
-Ali? Myślisz, ży twy magyia mi zagrozi zdziro? Utnę ci łeb kiżli każdej innej poczwarze.
-Stul pysk psie, jeśli chcesz go zachować.
-Tia? Ło co mi zrobi wasza cherlawa mać?
Luvlia miała dość, wyciągnęła piękny miecz z pochwy, adamantynowe ostrze błysnęło i roztoczyło ciemną poświatę wokół siebie. Była to piękna klinga, zdobiona bardzo bogato, jej rękojeść była wysadzana kamieniami, w kształcie ryby, zwieńczona na górze gardą inkrustowaną we wzór łusek, a ostrze przypominało kształtem bardzo wydłużoną elipsę, było obosieczne, zdobione runami. Amar podniósł swój miecz.
-Chcesz pojedynkować się ze mną?! Ty… ty… ty nędzna, nędzna nic nie warta skorupo, jak śmiesz!?! Spalisz się w infernum za tą zniewagę. Amar nie odpowiedział, spokojnie, przestępując z nogi na nogę, rytmicznie kręcąc koła mieczem poruszał się dookoła Luvlii. Bogini nie miała zamiaru się oszczędzać, Amar wzbudził jej boski gniew. Gdyby sytuacja nie wyglądała w ten sposób pewnie opuściłaby to ciało i spaliła go ogniem bądź poraziła czymkolwiek, co byłoby pod ręką, teraz jednak nie miała wyboru. Musiała walczyć. Natychmiast natarła na paladyna wywijając młynek w powietrzu, skoczyła do przodu tnąc z dołu w górę, jej cięcie zostało sparowane, Amar puścił ją bokiem, poczym wymierzył potężny cios z zamachu prosto w jej plecy. Luvlia obróciła się w oka mgnieniu i sparowała cięcie, z trudem łapiąc równowagę, schyliła się i zaatakowała od dołu. Paladyn odskoczył odbijając się jedną ręką od podłoża, robiąc salto i tnąc w powietrze, chybił. Luvlia natychmiast wyprowadziła grad ciosów mieczem, ostatni sztych prawie trafił jej cel pod żebro, jednak zewnętrzna strona pięści Amara odsuwającego się od ataku trafiła ją w twarz. Bogini żachnęła się poczym cięła oburącz. Amar w odpowiedzi wymierzył śmiertelny cios z góry, który odbiła ochraniającą rękę bransoletą. Luvlia pod impetem ciosu wywaliła się na ziemię poczym odturlała się odbijając kolejny atak Amara. Paladyn był dla niej niesamowitym przeciwnikiem, nie spotkała człowieka, który był w stanie wymierzać oburęcznym mieczem ciosy tak szybkie i celne, jak gdyby ów broń była lżejsza niż piórko, a szybsza niż myśl. Dobyła sztyletu, którym cisnęła w paladyna. Ten parował go zasłaniając się rękojeścią swojej broni. Pocisk trafił w gardę. Amar wykonał dwa obroty poczym młynkiem zaatakował ją wymijając zręcznie jej ciosy i atakując z zamachu z dołu w górę. Cios trafił, na pancerzu bogini ukazała się pokaźna rysa. Zdziwiona Luvlia zrobiła unik, kończąc go fikołkiem do przodu, wstała błyskawicznie i zamachnęła się, chcąc wbić paladynowi miecz w plecy. Ten jednak obrócił się, uderzając ją w twarz rękojeścią miecza.
-Wiedźma nie kobieta – pomyślał.
Nie działał na niego jej urok, nie chciała spokojnie oddać Saragotha, musiała ponieść karę. Gdyby wiedział, z kim walczy, pewnie padłby na kolana. Ale nie wiedział. Natychmiast wymierzył jej cios kolanem w żebra, którego Luvlia nie zdołała uniknąć. Splunęła krwią. Podniosła się i trzymając swą klingę oburącz wykonała fintę, na którą Amar jednak nie dał się nabrać, po czym próbując zadać cios sama otrzymała kolejny: tym razem w ramię. Szerokie ostrze miecza paladyna wbiło się w nie niemal do połowy. Twarz Amara przedstawiała grobowe skupienie i nadnaturalny spokój, walka w obronie przyjaciela zdawała się nie wpływać na produkcję adrenaliny w jego organizmie. Obrócił się i potężnym zamachem zrzucił ją z ostrza w drzewo. Luvlia uderzyła w nie z takim impetem, że z korony spadła chmura liści i kilka konarów, z hukiem rozbijających się o twarde podłoże. Podniosła się, poczym wystawiła jedną rękę, wykrzyczała kilka słów, których nikt prócz niej nie był w stanie zrozumieć, z jej otwartej dłoni wystrzeliła biała smuga energii, która uderzyła paladyna w klatkę piersiową, jednak ten jedynie zacisnął zęby i ruszył się lekko do tyłu. Już kompletnie zdesperowana, Luvlia wzięła potężny zamach, poczym rzuciła ostrzem w Amara. Smuga czarnego półświatła zawirowała poczym przebiła miecz paladyna, rozszczepiając go na dwa i wbiła się w jego tors na wysokości pępka, po lewej stronie. Amar syknął z bólu, poczym uklęknął pod wpływem omdlenia nogi, która straciła chwilowo kontakt z resztą ciała. Luvlia myśląc, że wygrała walkę, podeszła do niego, aby wygłosić kilka słów. O jakież było jej zdziwienie, gdy Amar podniósł się i bez słowa pozostałością miecza wymierzył jej cios prosto w serce. Klinga weszła weń dość szybko. Bogini ujrzała czerwień. Jej śmiertelna forma została zabita, a ona sama udała się przymusowo do Elizji aby się zregenerować. Była wściekła. Nikt nigdy jej jeszcze nie pokonał, owszem, nigdy nie walczyła w śmiertelnym ciele, ale to wciąż była porażka, którą musiała zmyć krwią tego bezczelnego człowieka. Amar nic nie wiedząc o tym wszystkim szybko opatrzył swoją ranę i zaczął kopać w ziemi rów, który po godzinie był gotowy, przeszukał ciało, myśląc, że znajdzie coś, co odczyni czar, który ta wiedźma musiała rzucić na Saragotha. Ku jego zdziwieniu zbroja i całe jej wyposażenie rozwiały się w powietrzu, jedynym co zostało był miecz, który obecnie wisiał wbity w drzewo. Amar pochował ciało, przysypał je ziemią, poczym wbił w ziemię resztkę swojej klingi. Sam podszedł do miecza Luvlii. Wziął go do rąk.
-Eno by dłuższa była nico – pomyślał. W tym momencie klinga wydłużyła się znacznie, osiągając grubo ponad metr długości ostrza, rękojeść także wydłużyła się znacznie.
-Łoto, kalijna magyia? Eno dobrze, bom miecza dibrego potrzebował – stwierdził uśmiechając się pod nosem, ważąc klingę w dłoni, była lekka, wyglądała niewinnie niczym uśmiech młodej dziewczyny w lesie, gdy wszystkie młódki zbierają jagody. O dziwo, klinga pasowała idealnie do pochwy na plecach Amara. Ten, zadowolony ze zdobyczy rzucił na nią jeszcze raz okiem poczym schował. Poszedł po swojego konia. Wyjął zestaw z materiałami do egzorcyzmów, nałożył koniowi worek z paszą, a sam zabrał się do układania Saragotha w odpowiedniej pozycji. Gdy już jego towarzysz leżał na wznak począł rysować runy. Naszkicował wszystko co było mu potrzebne, lecz jego wzrok przykuło ciało, które leżało w krzakach. Był to jakiś plebejusz. Podszedł. Zarośnięty, pomarszczony, ze związanymi rękoma człowiek sprawiał wrażenie ofiary. Prawdopodobnie nią był. Oddychał. Amar ułożył go przy ognisku. Sam zaś wrócił do rytuałów. Po kilku minutach srebrne smugi unosiły się w powietrzu, w oparach kadzideł. Amar podniósł do góry sztylet, poczym spokojnie przejechał końcem ostrza po ręce Saragotha, jego oczom ukazała się krew. Ewidentny znak, iż ciało nie jest w stanie zawieszenia funkcji życiowych, inaczej krew by nie płynęła. Zdziwiło to paladyna, aczkolwiek kontynuował on całą operację. Wtem zauważył, ze krew Saragotha w oparach świeci się na fioletowo, co nie było dobrym znakiem. Esencja zwykłych ludzi ma kolor niebieski. Fiolet odpowiada za esencję demoniczną.
-Łożesz do jasnego groma Trerosa – krzyknął przestraszony Amar. Próbował odczynić deminizm zaklinaniem, lecz krew była już zarażona, a całe ciało przybierało fioletową barwę w oparach kadzidła.
-Nie… - wybąknął tonem przerażonego, skrzywdzonego i bezsilnego dziecka.
-To niemożliwe… - stwierdził, nie on, proszę, Trerosie, nie on. Amar załamał się, nie zauważył nawet, iż jego mowa zmieniła się. Nigdy nie znajdował się w odczyniających oparach. Nagle poczuł dziwne mrowienie w głowie.
-Nie lękaj się człeku, jam przybył tu, aby Ci pomóc. Jam Twym bogiem i przyjacielem – powiedział głos.
-Jak to możliwe, jestem inny, zmieniłem się.
-Tak Amarze, to prawda, odczyniłem klątwę, jaka miała udział w twoim życiu od urodzenia. Jesteś owszem, dzieckiem z nieprawego łoża, ale odkupiłeś swoje urodzenie czynami, nie będziesz już dłużej cierpiał.
-Ale… ale to Saragoth, on jest pokrzywdzony, nie ja – do Amara nie dotarł fakt, że nagle w takich okolicznościach usłyszał o swoim pochodzeniu, wersja jaką dotąd znał była taka, że urodził się w zakonie, ale matka zmarła przy porodzie. Nie miał rodziny.
-Saragothowi nie pomogę przyjacielu, on jest już poza moją łaską, padł ofiarą deminizmu, nie mam już na niego wpływu.
-Jesteś bogiem!
-Tak, ale nie wszechmogącym! W tym uniwersum są inne bóstwa, są też zasady, raz przeklętego krwią demonów, deminizmatyka można uleczyć do 3 dni po zarażeniu, ale potem jest to już niemożliwe.
-3 dni? Więc on został zarażony wtedy, gdy walczyliśmy z tym potworem?
-Tak.
-Ale przecież rana się nie świeciła! Bolała!
-To sprawka magii mój drogi, nic nie mogłem zrobić. To nie było zależne ode mnie.
-Ale to twój wyznawca do cholery! Powinieneś o niego dbać!
-Zważ swój ton paladynie, mówisz do boga!
-No i do błota z bogiem, który tak oddanego wyznawcę porzuca i daje na pożarcie demonom!
-Zrozum, nie mogłem mu pomóc. Gdybym mógł, zrobiłbym to.
-Tak?! A co wy do groma możecie, co macie robić, jak nie pomagać wyznawcom?!
-Zrozum.
-Co?! Co mam zrozumieć, to, że pokazujesz się mi, gdy już jest za późno? To, że walczyliśmy za Twoje parszywe imię całe nasze grom warte życie, aby teraz usłyszeć, że nic nie mogłeś zrobić?!
-Bogowie nie mają obowiązku pomagać!
-To ja nie mam obowiązku wyznawać takiego boga, skoro nie macie żadnych obowiązków, my też, odejdź.
-Tak? Nie chcesz dziecię usłyszeć tego, co mam ci do powiedzenia? Wiem, że jesteś zdenerwowany, ale mówisz do boga, którego czciłeś całe swoje życie szczeniaku, uważaj.
-Dobrze, mów.
-Zabiłeś boginię, która przyczyniła się do takiej doli Twojego towarzysza, ona będzie chciała pomsty. Gdy masz jej miecz, nie może Cię skrzywdzić boską mocą, ale jeśli go stracisz, kop sobie grób. Będzie pewnie wysyłać na Ciebie swoich sługusów, i sama nie raz spróbuje odzyskać honor, uważaj.
-Po co mi to mówisz?
-Bo zabrała mi wyznawcę, nie mam zamiaru tracić kolejnego.
-Dobrze, będę uważał.
-Zabierz Saragotha w bezpieczne miejsce, tylko niech Ci przez myśl nie przejdzie skracanie mu męki, nie dawaj mu się zabić, ja postaram się wam jakoś pomóc. Cała ta sprawa nie jest tego warta, bogini, której ciało pozbawiłeś życia mści się na mnie, to mój wyznawca ją pokonał, nie mam zamiaru tego tolerować. Będziecie musieli mi pomóc. Jest pewien artefakt, który musi być odnaleziony, z nim uda mi się ją pokonać, a Twojemu towarzyszowi przywrócić ludzką formę.
-Mówisz o zgubie Anahira? Słyszałem te legendy. Coś, co zdoła pokonać bogów.
-Tak, tak, podobno znajduje się gdzieś pod wodą na morzu między Empyreą a Domicilium.
-I my mamy tam dotrzeć?
-Tak szybko jak możecie. Z Anas’nathyr nad wybrzeże są 3 dni drogi.
-Nie możesz nam pomóc?
-Nie, bogowie nie pozwalają się nikomu pchać w tą sprawę, każdy chce na własną rękę odzyskać artefakt, ale nikt nie może zrobić tego jawnie, gdyż inaczej reszta by go zabiła za spisek.
-Dobrze, niech i tak będzie.
-Czyli zrobicie to dla mnie?
-Tak. Nie mamy chyba wyboru.
-Pół dnia drogi na zachód znajduje się zamek pewnego starego mnicha, tam możesz przeczekać z przyjacielem najgorsze fazy mutacji. Potem musicie ruszać. A, i noś zawsze przy ciele miecz, inaczej padniesz niechybnie.
-Zapamiętam, żegnaj.
-Do zobaczenia. Głos ucichł, a polana znów wydała się spokojna. Amar wrzucił Saragotha na siodło, poczym odwiązał oba konie, na drugim położył plebejusza, który leżał obok. Szybko ruszył w kierunku zamku, o którym wspominał Treros.


***

Po kilku godzinach drogi Amar postanowił zatrzymać się na postój. Konie były wykończone, on także. Rana, która nie wydawała mu się groźna zaczęła krwawić przez opatrunek. Przywiązał konie do drzewa, Saragotha położył na ziemi. Plebejusza już jakiś czas temu zostawił po drodze. Sam zabrał się za rozdzieranie koca podróżnego, poczym znalazł nieopodal liście kilku roślin leczniczych. Zagotował z trudem wodę, wymoczył w niej liście, aż odszedł sok poczym zamoczył bandaże w tej cieczy. Przyłożył je do rany, syknął z bólu poczym zaczął przewiązywać opatrunek kocem tak aby się trzymał. Po chwili, gdy stwierdził, że krwawienie zostało zatamowane rozkulbaczył konie i położył głowę na siodle i zaczął kroić sztyletem chleb i mięso. Pożywił się, napił, napoił nieprzytomnego spokojnie wlewając mu trochę wody do gardła. Gdy stwierdził, ze konie wypoczęły i najadły się, podprowadził je kawałek do strumyka, który zauważył podczas zbierania ziół. Po chwili wszystko było gotowe do drogi.
Trzecia godzina mijała gdy Amar dotarł na dziedziniec zamku. Była to wielka budowla na planie pięcioboku foremnego, na złączeniu ścian muru były baszty, olbrzymie drewniane, obite stalą wrota stały otwarte. Mur zrobiony z jakiegoś rodzaju szarego kamienia straszył swoją wysokością, miał bowiem ponad sześć metrów. Ogromne baszty potęgowały wrażenie, iż ten zamek został stworzony przez kogoś, kto znał się na rzeczy. Trudno było Amarowi odetchnąć, gdyż przeraził go ogrom całej budowli. A dzięki iluzji optycznej tworzonej przez obniżenie poziomu reszty otoczenia, zamek sprawiał wrażenie jeszcze większego niż był.
Spokojnie wjechał do środka. Odgłos kopyt rozległ się potężnym echem. Amar zsiadł z konia. Przywiązał oba rumaki do służącej w tym celu konstrukcji na prawo, poczym spokojnie podjął poszukiwania jakiejkolwiek żyjącej istoty, która mogła doprowadzić go do owego starego mnicha. Spokojnie przeszedł jakiś kawałek, ale gdy stwierdził, że nie ma tu nikogo postanowił, że jeśli do poszukiwań użyje konia, pójdą znacznie szybciej. Zdjął Saragotha ze swojego rumaka, poczym posadził go przed sobą. Ruszył szybko w drogę dookoła konstrukcji. Gdy objechał całe przedzamcze, nie znalazł nikogo. Nie było tu domów. Odnalazł jednak wrota zamku. Gdy spróbował je otworzyć ustąpiły. Szybko wjechał do środka. Był w sporym korytarzu. Ruszył do przodu, sprawdzając po drodze każdą salę. Wszystkie wyglądały na zamieszkane, lecz nikogo tam nie było. Gdy w końcu był prawie przy końcu korytarza, przy wejściu do wielkiej sali zauważył pokryte runami drzwi na prawo. Postanowił je także sprawdzić. Nie chciały jednak ustąpić. Pomyślał chwilę, wyjął miecz, poczym spokojnie włożył go w zamek. Przekręcił rękojeść. Rozległ się odgłos niszczonej magii. Wyjął klingę, poczym spokojnie, jeszcze trzymając ją w ręce wszedł do środka. I oto jego oczom ukazał się dziwny widok. Dwóch sahnarów z podniesionymi rękami stało w piktogramach, a wokół nich błyszczały runy. Jeden z nich był bez wątpienia Neheranem, ubranym w lazurowe szaty, na które składała się ciasna, sięgająca kostek toga, dość luźne, ale nie obwisłe rękawy, które kończyły się na bransoletach zdobiących przedramię. Miał krótkie, fioletowe włosy, niesamowicie kręcone. Były podniesione do góry niebieską opaską, tak, aby nie przeszkadzały. Na każdej dłoni, wewnątrz i na zewnątrz miał runy, na każdej inną, aczkolwiek kształt w środku zgadzał się z tym, który był na dłoni, jakby przebito nimi ją na wylot. Jego ogon spokojnie i nieruchomo spoczywał w powietrzu, kończąc się nakładką w kształcie runy, na wysokości jego ramienia. Drugi być może także był Neheranem, ale raczej na to nie wyglądał. Trzymał w obu rękach dziwną broń, z wyglądu przypominającą kuszę. Jego szaty były bardziej zbroją, niż ubraniem, aczkolwiek pozbawioną jakichkolwiek metalowych elementów. Twarz sprawiała wrażenie trójkątnej, co było dość dziwne, gdyż sahnarzy zwykle mieli dość regularne rysy. Jego długie, sięgające ramion niebieskie włosy związano dosłownie tuż przed końcem. Jego zbroja składała się ze skórzanego, niebieskiego naramiennika, osłony torsu, prawdopodobnie utwardzanej w oleju oraz miękkich łączeń na stawach. Jedynym, czym owa zbroja różniła się od skórzanej był spory kołnierz, od strony pleców sięgający prawie połowy czaszki. Jego ogon spokojnie sięgał ziemi, nie był bowiem tak długi, by na niej leżeć. Zdobiony był tatuażem, a na samym końcu przyczepione były do niego dwa bełty do kuszy, krzyżujące się. Obaj mieli niebieskawą skórę. Wyglądali na skupionych i nieświadomych obecności paladyna. Mag nucił mantrę, podczas gdy ten drugi spokojnie klęczał. Paladyn zrobił kilka kroków do przodu. Długowłosy sahnar z niesamowitą szybkością wstał, zrobił dwa fikołki i zanim paladyn zdążył się obejrzeć oba kuszo-podobne twory były wycelowane prosto w niego.
-Czegoż potrzebuje twa osoba w murach tego zamku człeku? – zapytał tonem przywodzącym na myśl krzyki zabijanych wrogów, płacz ofiar i niesamowite cierpienie.
-Mam sprawę do właściciela tego zamku o niebieski, jeśli byłbyś skłonny odłożyć broń…
-Brzmisz jak ktoś, kogo uwolniono od klątwy, hm, owszem, odłożę swą broń, jeśli ty schowasz swoją i pozwolisz zablokować sobie ręce. Ktoś mógł zażądać od ciebie przysługi za tą magię, którą jesteś nasączony. Bardzo potężną, nie chce ryzykować.
-Dobrze więc – Amar spokojnie schował miecz, poczym wystawił ręce. Sahnar spętał go, poczym wskazał mu krzesło. Sam także usiadł. Mag wyglądał na kompletnie nieświadomego całej sytuacji, dalej nucił coś spokojnie z podniesionymi rękami.
-Co mu się stało?
-Utrzymuje zaklęcie.
-Jakie?
-Moment. Najpierw powiedz mi o klątwie, której zdjęcie spowodowało, że pachniesz magią jakbyś przebywał w niej miesiącami.
-To była klątwa umysłu, boskie przekleństwo z urodzenia, zdjęte przez bardzo potężną istotę.
-Jaką?
-Nie znam jej natury.
-Dobrze, uwierzę ci, zresztą nie ma to obecnie wymiernego wpływu na twoje i moje istnienie. Powiedz więc, jak mam ci mówić człeku?
-Amar.
-Amarze, ja jestem Yalueth…
-Miło mi – przerwał mu Amar z uśmiechem.
-Tak… jaką więc sprawę masz do wielkiego mnicha?
-Chodzi o mojego przyjaciela, jest nieprzytomny i chory, nie wiem co z nim zrobić, mnich mógłby mi chyba pomóc.
-Mógłby… hm, lecz mnich wyruszył na pielgrzymkę. Wróci dopiero za kilka dni. My jesteśmy strażą zamku.
-We dwóch?
-Magia, człeku, jest czymś, czego raczej nie dane ci będzie zrozumieć. Może się mylę? Tym, co mnie dziwi, jest fakt, iż przebyłeś naszą osłonę zamku niezauważony. Jest to niemożliwe, gdyż nie istnieje coś, czym można by zagłuszyć magię. Stąd moje podejrzenia, aczkolwiek jeśli byłeś w stanie to zrobić, to pewnie i tak pętanie twych kończyn i odbieranie ci broni nie zrobiłoby różnicy. A teraz do rzeczy: kim jesteś?
-Paladynem Trerosa, rycerzem sprawiedliwości i zabójcą demonów, z podstawowym szkoleniem w zakresie egzorcyzmów i przeciwdziałania magii.
-Czyżby wasze ludzkie podstawowe szkolenie obejmowało przemykanie się niezauważonym przez najpotężniejszą barierę jaką jest w stanie stworzyć Neheran, łamanie pieczęć śmierci na drzwiach i jakby nigdy nic wchodzenie do pokoju tak przesiąkniętego magią, iż człowiek straciłby w nim przytomność?
-Najwidoczniej.
-Łżesz, zabiłbym cię już dawno, gdyby nie ten fakt…
-Fakt?
-Nie ważne.
-Boisz się mnie, prawda Yalueth?
-Nie, oczywiście, że nie – stwierdził szybko sahnar, ale paladyna nie łatwo było oszukać.
-Dobrze więc – Amar udał, iż nie przejrzał kłamstwa.
-Nie możesz być człowiekiem.
-No cóż, jestem.
-W takim razie jak zrobiłeś coś, z czym oddział uderzeniowy sahnarskich magów miałby problem, którego pokonanie zajęłoby ponad tydzień? Jeszcze rano patrolowałem cały teren, nie było tam żywej duszy, chyba, że także przed moim wzrokiem udało ci się uciec.
-Nie, przyjechałem tu przed chwilą, musicie pomóc mojemu przyjacielowi, on dalej leży nieprzytomny.
-No cóż, skoro tak, chodźmy – sahnar wstał z krzesła, poczym podszedł do stołu, skąd wziął amulet, wyposażony w spory, pokryty runami talerz. Nałożył go na szyję. Amar spokojnie przeszedł przez drzwi i obejrzał się do tyłu. Yalueth spokojnie, małymi kroczkami, trzymając talerz przed sobą, przemierzał drzwi, na jego twarzy pojawił się nieprzyjemny grymas, gdy przechodził przez portal framuga zabłysnęła na czarno, przyjmując postać pola energii, przez które udało mu się przejść. Amar zdziwił się, dlaczego nic się nie stało, gdy on próbował przejść? Sahnar podszedł do Saragotha.
-Deminizmatyk – stwierdził, nic mu już nie pomoże, ogłuszony jakąś niesamowicie potężną bronią, będzie się pewnie budził co jakiś czas, za kilka dni pewnie wyjdzie się pożywić, i znajdą nas bez esencji.
-Potężną bronią – pomyślał Amar, spoglądając lekko przez ramię, z nią magia boska na mnie nie działa, a jeśli nie boska, to tym bardziej śmiertelna, doszło do niego, że to dzięki mieczowi jeszcze żyje.
-Możesz coś zrobić, by przywrócić mu przytomność? – spytał już głośno.
-Nie – odpowiedział grobowym tonem sahnar, musisz poczekać na mnicha, póki co gościnny pokój będzie do twojej dyspozycji, jego radzę zamknąć póki co, nikt tutaj nie zawaha się go zabić jeśli się na kogoś rzuci.
-Jest tu jeszcze ktoś?
-Tak, myślisz, że jeden Neheran byłby w stanie bronić całego zamku i stać tak w nieskończoność? Jest nas tu dwudziestu jeden, ja jedyny nie-mag. Ale jestem dowódcą.
-I przewodzisz magami?
-Tak, zrozum, magowie poza sprawami magii nie są najostrzejszymi narzędziami w zanadrzu, jeśli wiesz o czym mówię.
-Hm?
-Mam na myśli fakt, iż oprócz magii niezbyt łapią cokolwiek. Ciężko jest z nimi nawet gadać. Ktoś tu musi trzymać wszystko tak, żeby się nie rozleciało, wiesz, umysł taktyczny.
-Rozumiem.
-Cieszy mnie to niezmiernie – stwierdził z lekkim sarkazmem Yalueth, musisz więc zamknąć swojego towarzysza, są tu takie pomieszczenia, dla jego własnego dobra.
-Zgoda, pokaż mi gdzie mogę go ulokować, aby był bezpieczny.
-Tędy – powiedział sahnar, poczym spokojnie ruszył na lewo, Amar chwycił za uzdę konia i poszedł za nim. Teraz dopiero dojrzał znak na jego płaszczu. Znak był dość charakterystyczny: dwie kusze, różdżka i topór ułożone na kształt gwiazdy, symbol Imperialnej Armii Alchty.



Rozdział III

Nastał ranek. Amar spokojnie podniósł się z łóżka. Saragoth leżał w jakimś odizolowanym pomieszczeniu w piwnicach zamkowych. Amar słyszał w nocy jego wycie. Niczym wilcze. Tylko z większą nutą głodu. Głodu i cierpienia. Wiedział, że gdyby go wypuścił, były kapłan zabiłby każdego, nawet własną matkę aby się pożywić. W jego umyśle kiełkowały dziwne myśli. A może deminizm wypacza umysł? Nie miał pewności, że Saragoth dalej ma swoją duszę i rozum. Nie wiedział, czy to dalej jego przyjaciel, a może to już zupełnie inna istota, w jego ciele. Musiał zaufać, że nawet jeśli, to da się to odwrócić. Nigdy nie odczuwał takiego zwątpienia jak teraz. Było mu bardzo źle i niczego nie mógł z tym zrobić. Wstał i ubrał się. Spał z mieczem na piersi, nawet teraz trzymał na nim rękę. Wiedział, że bez niego zginie niechybnie. Miecz go uspokajał. Umieścił pochwę na pasku i założył ją na plecy. Otworzył okno. Ciepło i oczyszczające słoneczne światło oblało komnatę. Było to spore pomieszczenie gościnne z dwoma łożami opatrzonymi baldachimami oraz gustownie dekorowanymi ścianami. Wszystkie były udekorowane gobelinami bądź obrazami. Amar podszedł do drzwi, pchnął je. Bez reakcji. Rozejrzał się w poszukiwaniu klamki. Znalazł ją w dość nietypowym miejscu, mianowicie po lewej stronie prawie na samym dole drzwi. Po chwili jednak zorientował się, że klamkę naciska się nogą. Jednak nawet po tym drzwi nie chciały się otworzyć. Spokojnie rozważył sytuację, poczym jął szukać zamka na drzwiach. Nie znalazł go jednak. Jego ręka odruchowo powędrowała do brody. Usiadł spokojnie oglądając drzwi drapiąc się. Po chwili stwierdził, że przejście jest zablokowane od zewnątrz. Spokojnie wziął miecz i wsadził go między deski. Droga nie była niczym zastawiona. Cofnął się i z całej siły kopnął w drzwi. Wyleciały z głośnym hukiem uderzając o przeciwległą ścianę. Rozejrzał się. Dopiero teraz spostrzegł, że drzwi otwierały się do wewnątrz. Westchnął ciężko. Podniósł drzwi i włożył je na miejsce. Spokojnie ruszył na poszukiwanie Yaluetha i czegoś do jedzenia.

Podpis: 

MaaDmaN Ciągle w rozwoju od 2001 roku
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Jadeitowy Pałac Sprawca (fragment IV) Sprawca (fragment III)
Zwykły dzień stopniowo staje się coraz bardziej szalony i nieprawdopodobny. Political fiction. Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa. Fragment III.
Sponsorowane: 150Sponsorowane: 85Sponsorowane: 80
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2022 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.