https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
162

Od gołębia do Gołębiewskiego

Autor płaci:
202

  Jeśli uwierzysz, że odchody gołębia mogą Ci przynieść szczęście, jak mówią , to zobacz co się może zdarzyć.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We wrześniu nagrodą jest książka
W kole stań dziewczyno
Nalo Hopkinson
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Od gołębia do Gołębiewskiego

Jeśli uwierzysz, że odchody gołębia mogą Ci przynieść szczęście, jak mówią , to zobacz co się może zdarzyć.

Sprawca (fragment IV)

Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa.

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Kraina Niekończącej się Bajki - cz.II. rozdział VI

Co za głupie psikusy? I to ma być element dobrej zabawy?!

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Bliskie spotkania

Chodźmy...

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
584
użytkowników.

Gości:
584
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 20980

20980

Zuzanna

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
05-12-09

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Thriller/Zbrodnia/Akcja
Rozmiar
28 kb
Czytane
1924
Głosy
3
Ocena
4.67

Zmiany
07-08-23

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: anonymous0987 Podpis: yourek
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Tamta księżycowa noc nieodwołalnie zdeterminowała jej życie. Nie potrafiła wymazać tego zdarzenia z pamięci. Lecz teraz powróciła, żeby rozprawić się z demonem przeszłości.

Opublikowany w:

Zuzanna

Gabinet burmistrza Bromstadt był niewielki i niezwykle prosto umeblowany. Na pierwszy rzut oka świadczył o zamiłowaniu gospodarza do nienagannego porządku i wielkiej dbałości o szczegóły. Tutaj wszystko było na właściwym, dokładnie przemyślanym miejscu. Nic nie mogło burzyć zaplanowanego porządku. Bo taki właśnie był zasiadający w tym miejscu, od prawie dziesięciu lat, burmistrz Erich Kassel.
Z wyglądu ten niewysoki, lekko szpakowaty i wątły fizycznie mężczyzna mógł raczej kojarzyć się z niepozornym, szeregowym urzędnikiem. Ale jakże było to mylne wrażenie. Bo Erich Kassel stanowił rzadki przypadek osoby u której wyjątkowa inteligencja, nieposkromiona ambicja i niewątpliwe talenty organizacyjno - dyplomatyczne łączyły się w jedną, zdecydowanie niezwykłą całość.
Od momentu, kiedy to piętnaście lat temu pojawił się, poszukując pracy, w Bromstadt, zdołał zrobić błyskawiczną karierę. Ze zwykłego urzędnika najniższego szczebla, nieznanego i ignorowanego przez miejskie elity w zaledwie pięć lat osiągnął najwyższe stanowisko w mieście. Wkupił się w łaskę elit, a dzięki posiadanym zdolnościom, jego wpływy bardzo szybko rosły. Nie minęło wiele czasu, aż stał się najpotężniejszą osobą w okolicy, z którą nawet ci, którzy wynieśli go do tak wysokiej pozycji, teraz musieli się liczyć.
Bo burmistrz Kassel równie łatwo zdołał zaskarbić sobie poważanie i szacunek społeczeństwa. Jak również i strach. To od jego opinii zależało powodzenie praktycznie każdego przedsięwzięcia w Bromstadt. I właściwie bez jego wiedzy, nic nie mogło się tutaj wydarzyć.
Ale Erich Kassel tak naprawdę stanowił dla wszystkich zagadkę.

Dochodziła właśnie 16, kiedy burmistrz poirytowany poderwał się zza swojego masywnego, obłożonego uporządkowanymi stertami dokumentów, biurka i klnąc w myślach na przeciągi i reumatyzm ruszył charakterystycznym, jakby śpiesznym i nerwowym krokiem do okna. Na dworze właśnie zaczynało się ściemniać. Pogoda była okropna, jak zazwyczaj pod koniec października. Wilgotne, chłodne powietrze oraz porywisty, mroźny wiatr powodowały, że nieliczni przechodnie przemykali spiesznie ulicą. Zanosiło się na deszcz.
- Pogoda pod psem. – mruknął.
Przyglądając się pogrążonej w kałużach i pokrytej warstewką spadłych liści Neuestrasse zaklął siarczyście i zdenerwowany trzasnął oknem. Po chwili zabrzmiało ciche pukanie.
- Proszę – zawołał Kassel próbując ukryć rozdrażnienie.
- Przepraszam panie burmistrzu – młodziutka sekretarka zaczerwieniła się uchylając drzwi – Czy wszystko w porządku? Bo usłyszałam...
- To tylko przeciąg, Helen. – mężczyzna przybrał dobrotliwy uśmiech – Ale dziękują za troskę. Przy okazji, czy masz już te dokumenty o które prosiłem?

Kobieta w czarnym płaszczu podeszła do szyby wystawowej. Udając zainteresowanie eksponowanymi ciuchami, zerknęła dyskretnie przez prawe ramię upewniając się, że nikt tutaj za nią nie przyszedł. Wszystko było w porządku.
Jednak nie była zadowolona Wiedziała, że za bardzo zwraca na siebie uwagę.
Wracając do stojącego obok dziecięcego wózka zaczęła sobie wyrzucać, że nie wzięła wcześniej pod uwagę pogody. Jakby spacerująca w takie popołudnie samotna kobieta jeszcze za mało wyróżniała się na ulicy.
Było już za późno, żeby się go pozbyć. Zaklęła pod nosem.
Spojrzała na ledwie widoczne, dokładnie opatulone dla ochrony przed zimnem dziecko, po czym obejrzała się ponownie.
Neuestrasse z każdą chwilą wyludniała się coraz bardziej. Ludzie przemykali pospiesznie z pracy do domów. Ale przynajmniej nikt nie zwracał na nią uwagi. Wszyscy za bardzo się spieszyli. Chociaż o tyle dobrze!
Zerknęła na zegarek: piętnaście po czwartej. Popchnęła delikatnie wózek i ruszyła wolnym krokiem w kierunku ratusza.

Kassel zapinał właśnie ostatni guzik swojego płaszcza, kiedy zza otwartych drzwi gabinetu dobiegł go dziewczęcy głosik sekretarki:
- Panie Burmistrzu, może wezwę panu taksówkę?
- Nie, nie trzeba Helen. – zlustrował wzrokiem, ukryte pod granatowym kostiumem, zgrabne ciało dziewczyny – Przejdę się jak zawsze.
- Ale na dworze jest tak nieprzyjemnie. I zaraz będzie padać – spojrzała na niego z autentyczną troską – Jeszcze się Pan przeziębi.
Była niezwykle piękną, młodą kobietą o regularnych, delikatnych rysach twarzy, błyszczących, brązowych oczach i wyjątkowo puszystych, ciemnych włosach.
Kassel spojrzał na nią z szelmowskim uśmiechem.
- Żałuję, że nie urodziłem się znacznie później. Powinienem mieć taką żonę jak ty, Helen – roześmiał się cicho – Nikt tak o mnie nie dba.
Dziewczyna poczerwieniała lekko.
- Przecież to moja praca, Panie Burmistrzu.
Skinął głową z uśmiechem.

Jak co dzień od niespełna dziesięciu lat minął pokój sekretarki i przechodząc po wyściełanym czerwonym chodnikiem korytarzu ratusza ukłonił się żartobliwie portretowi swojego poprzednika. Pogmerał w wewnętrznej kieszeni płaszcza, wyciągnął paczkę papierosów. Upewnił się, że zostało kilka sztuk. Przeszedł jeszcze parę kroków. Nagle zamarł!
Obrócił się na pięcie i mimo prawie pięćdziesiątki na karku, niczym nastolatek puścił się biegiem.
- Ech ta pamięć – siląc się na wesołość, rzucił mijając wyraźnie zaskoczoną sekretarkę.
Wpadł do gabinetu. Chociaż w pomieszczeniu panował półmrok, bez najmniejszych problemów znalazł w szufladzie to, czego szukał. Upewnił się ostrożnie, czy aby zdziwiona Helen nie przyszła tu za nim i szybko schował ciemny przedmiot do kieszeni. Metaliczny chłód pistoletu odrobinę go uspokoił.
Jednak stąpając ponownie po czerwonym dywanie, nie mógł sobie darować, że znów mu się to przydarzyło. Trzeci raz w miesiącu! Wyraźnie stawał się coraz bardziej nieostrożny. A Erich Kassel nie mógł sobie pozwolić na nieostrożność.
- Kurwa mać! – wykrzyknął w myślach.
Był na siebie wściekły.

Kobieta z wózkiem szła powoli chodnikiem. Przystanęła na chwilę, jakby dla poprawienia dziecku kołderki. Dyskretnie spojrzała na fluoroscencyjne wskazówki zegarka: dwadzieścia po czwartej.
Gdzie on jest do cholery?!
Wzięła głęboki oddech. Nie mogła być zdenerwowana. Nie teraz! W stresie popełnia się pomyłki.
Ponownie ruszyła wolnym krokiem. Budynek ratusza znajdował się po drugiej stronie ulicy. Zaledwie kilka metrów dalej. Nie mogła już się wycofać.
Gdzie on jest?!
Wiedziała, że Erich Kassel każdego piątku opuszczał budynek ratusza dwadzieścia po czwartej i wybierając jedną z kilku swoich stałych tras wędrował do, oddalonej o kilka-kilkanaście minut drogi, willi na Oststrasse. Niestety to, którą trasę obierze, było zawsze zagadką.
16.22! Nikt, oprócz podstarzałej kobiety od dłuższego czasu nie pojawił się na jasno oświetlonych schodach ratusza.
Dlaczego wciąż nie wychodził? Przecież nie mógł się zorientować.
Z każdą chwilą oczekiwania stawała się coraz bardziej zdenerwowana. I przerażona. W tym momencie z najwyższym trudem udawało jej się opanować emocje. To Była dla niej niezwykła sytuacja.
Wzięła następny głęboki oddech. Odgarniając kosmyk jasnych włosów po raz kolejny spojrzała na zegarek: 16.23.
Przestań zwracać na siebie uwagę! Rozluźnij się.

Kassel był wściekły.
- Nie! – pomyślał – Nie wściekły! To zdecydowanie zbyt słabe określenie.
Co ten impertynencki urzędniczyna sobie myślał zatrzymując jego, burmistrza Kassela, w piątek, po czwartej?! I to żeby podpisać jakieś cholerne papiery!
- Gówniarz jeden! Już ja dam mu popalić.
W zdenerwowaniu o mało nie uderzył głową w znajdującą się na wysokości jego czoła, klamkę ogromnych, ratuszowych drzwi.
- Scheise!

Jakby piorun przeszył jej ciało. Poczuła się jak sparaliżowana. Jednak nie było czasu na emocje.
To był on! Starszy, szczuplejszy i bardziej siwy. Ale to ten sam człowiek. Na niego czekała!
Jak gdyby nigdy nic upewniła się, czy nie nadjeżdża żaden pojazd, po czym pchnęła wózek w kierunku przejścia dla pieszych. Teraz już nie mógł jej uciec!

Mimo, że nic nie wskazywało na jakiekolwiek zagrożenie, przeczucie, że jest śledzony nie dawało mu spokoju. Zaciskając niemal odruchowo palce na ukrytym w kieszeni pistolecie, Kassel przystanął na krawężniku. Rozejrzał się pospiesznie.
Natychmiast odetchnął z ulgą. Oprócz drepczącej powoli staruszki i kobiety z wózkiem chodnik był zupełnie pusty. Nic niepokojącego. Żadnych powodów do obaw.
Sprawiając wrażenie niecierpliwiącego się przechodnia spojrzał uważnie w kierunku ogromnego Mercedesa. Auto sunęło powoli, wręcz majestatycznie, z charakterystycznym dla tego modelu pomrukiwaniem silnika. Było już zaledwie kilka metrów od burmistrza.
Kassel rzucił się naprzód! Długim susem przesadził kałużę. Ciszę wieczoru rozerwał donośny pisk hamujących opon. Mężczyzna potknął się! O mało nie przewrócił. Chociaż z wielkim trudem utrzymał jednak równowagę i pobiegł dalej. Masywne cielsko pojazdu minęło go zaledwie o parę centymetrów. Nie zważając na trąbienie i głośne wrzaski kierowcy, burmistrz dopadł parkowej bramy.
Niewidoczny w jej cieniu, przystanął, próbując uspokoić rozszalałe serce i opanować natłok myśli. Tak jak się spodziewał, kobieta z wózkiem i staruszka przyglądały się osłupiałe wciąż trąbiącemu i wrzeszczącemu kierowcy. Nikt za nim nie biegł. Zatem miał rację, nie był śledzony.

Nawet nie drgnęła, kiedy Kassel rzucił się w kierunku samochodu. O nie, nie było mowy, żeby dała się nabrać na tak amatorską sztuczkę. Lepiej, żeby miał uciec, niż ją zdemaskować.
Udając zainteresowanie spojrzała w kierunku przeklinającego kierowcy.
Musiała być jednak czujna, Kassel coś podejrzewał.

Rzadkie lampy nieznacznie tylko rozjaśniały panujący w parku mrok. Od kiedy zaszło słońce zrobiło się przeraźliwie zimno. Kobieta poprawiła kołnierz czarnego płaszcza. Przystając w najsłabiej oświetlonym miejscu alejki, rozejrzała się wokoło. Ledwie widoczna postać burmistrza majaczyła za drzewami, kilkadziesiąt kroków przed nią. Poza nim, nie było nikogo.
Teraz już nie było wątpliwości, którą drogę wybierze mężczyzna. Za około dwieście metrów, na rozwidleniu skręci w prawo, po czym meandrującą przez jakiś kilometr alejką, dotrze do Bramy Wschodniej. Zawsze, kiedy zmierzał na Oststrasse przez Park Goethego, wybierał dokładnie tą samą trasę. Miała nadzieję, że i tym razem nie zmieni zdania.
Dla pewności rozejrzała się ponownie. Nie dostrzegła, ani nie dosłyszała nic niepokojącego. Nachyliła się nad wózkiem. Liście zaszumiały cicho, kiedy błyskawicznym ruchem wepchnęła pojazd w zarośla. Wystarczająco głęboko, żeby w panującej ciemności nikt go nie zauważył.
Rano ktoś znajdzie wózek z lalką w środku. Ale wtedy nie będzie to miało już żadnego znaczenia.
Starając poruszać się jak najciszej, ruszyła biegiem pomiędzy drzewami. Miała nadzieję, że dokładnie zapamiętała skrót.

Nagle usłyszała trzask. Jej noga zawadziła o coś twardego. Straciła równowagę. Instynktownie wiedziała, że nie zdoła uniknąć uderzenia, więc odwróciła nieco głowę by chociaż zniwelować jego siłę. Fala straszliwego bólu zalała prawą stronę twarzy, kiedy upadła na ziemię. Była oszołomiona. Czuła jak powoli traci świadomość. Jednak musiała natychmiast się otrząsnąć. Od tego zależało jej życie. I powodzenie misji.
Z trudem podniosła się na kolana.
Ból pulsował w skroni. Policzek piekł nieznośnie.
Dopiero teraz zauważyła przyczynę upadku – niewielki korzeń, niewidoczny wcześniej pod warstewką liści. Ten błąd mógł ją drogo kosztować.
Otarła rękawem strużkę krwi sączącą się z ust. Nie mogąc dojrzeć zbyt wiele w panujących ciemnościach, zaczęła nasłuchiwać.
We wszechobecnym szumie drzew, nawet jej wyczulony słuch nie był w stanie nic wyłowić. Wiatr zagłuszał wszelkie dźwięki.
- Przynajmniej Kassel jest daleko – pomyślała i odetchnęła z ulgą – nie mógł nic słyszeć.
Musiała się pospieszyć. Straciła już i tak wystarczająco dużo czasu. Wciąż lekko chwiejnym krokiem, ruszyła dalej.
Po kilku minutach dotarła do upatrzonego miejsca. Spoglądając na doskonale widoczną, wysypaną białymi kamyczkami alejkę, upewniła się, że mężczyzna jeszcze nie nadszedł.
Zdjęła płaszcz, niepotrzebnie tylko ograniczał ruchy, i ukryła go za drzewem. Teraz miała na sobie tylko obcisły, brązowo – szary kombinezon, znakomicie wtapiający się w jesienną kolorystykę.
Powoli podczołgała się do przygotowanego wcześniej ukrycia. Żeby nie powodować niebezpiecznego szelestu, liście zostały tam odsunięte na bok. Do najbliższej latarni było ponad dwadzieścia metrów. Dojrzeć ją w tym miejscu stanowiło praktycznie niemożliwość.
Przyglądając się alejce, zaczęła nasłuchiwać. Chłodna, opanowana - teraz była po prostu zawodowcem.

Dwóch umundurowanych policjantów minęło właśnie Bramę Wschodnią. Udawali się na rutynowy, wieczorny patrol po parku. Bez wątpienia obaj nie znosili tych przymusowych, jesiennych spacerów. O tej porze roku park zawsze był pusty. Nie działo się tam zupełnie nic. Zresztą od kiedy pamiętali, nigdy nie musiano interweniować w parku.
- Czysty idiotyzm z tym patrolem – nieustępliwie powtarzali to przełożonemu. Ale zawsze bez skutku.
Tego dnia jednak właściwie zmierzali tam z zadowoleniem. Po kilku godzinach łażenia w mroźnym wietrze i zacinającym deszczu po mieście, byli już mocno przemarznięci. A parkowe drzewa przynajmniej stanowiły jako taką ochronę przed wiatrem.
- Jeszcze tylko godzina – mruknął rumiany sierżant. – I koniec tej cholernej zmiany.
Jego wysoki towarzysz, jak to miał w zwyczaju, wzruszył tylko ramionami. Najwyraźniej uznając ten gest za najbardziej stosowny komentarz.
Sierżant zaczął pogwizdywać jakąś wesołą, jednak zniekształconą nie do poznania melodię.

Starając się zachować ciszę, jak najostrożniej wyciągnęła pistolet z kieszeni. Sprawdziła zamocowanie tłumika i odbezpieczyła broń. Mechanizm działał bezgłośnie. Pistolet był perfekcyjnie przygotowany. Tutaj nie mogło być żadnego błędu.
W zasadzie nie miała zamiaru go użyć, jedynie w ostateczności, gdyby nie było innego wyjścia. Gdyby coś poszło niezgodnie z planem. Bo postrzał byłby dla Kassela o wiele za szybką i zbyt mało bolesną śmiercią. O nie! Nie mogła na to pozwolić! Śmierć, którą mu przygotowała miała być znacznie bardziej dotkliwa. Miała być torturą.
Pomyślała o niewielkiej strzykawce przyszytej we wnętrzu kieszeni w taki sposób, by można było ją bez problemów oderwać. I oczywiście doskonale zabezpieczonej. Nie mogła przecież ryzykować, że przez przypadek substancja przeniknie do jej organizmu.
Specyfik bowiem powodował najstraszliwszą śmierć jaką mogła sobie wyobrazić.
W ciągu kilku sekund paraliżował układ nerwowy, tak że całe ciało przeszywał nieznośny, nieustępliwy ból. Jednak jego natężenie nie było na tyle ogromne, by spowodować, że ofiara straci przytomność. Przez ponad 24 godziny osoba, której zaaplikowano substancję, wije się w konwulsjach, nie będąc w stanie ani błagać o litość, ani popełnić samobójstwa, żeby uwolnić się od cierpienia. Co najważniejsze, nie istnieje żadne antidotum. Jedyną ucieczką od bólu, jest śmierć, która dla ofiary zdaje się nigdy nie nadejść. Sekundy zamieniają się w minuty, a minuty w długie godziny. Straszliwa męka.
Chociaż widok śmierci, cierpienia i bólu stał się dla kobiety codziennością, wzdrygnęła się na samą myśl o działaniu środka. Wspomnienie tego jednego, jedynego razu, kiedy bezsilnie patrzyła na cierpienie ofiary specyfiku, teraz niemal przyprawiło ją o mdłości.
Ale nie miała wątpliwości, Kassel zasłużył na taką śmierć.
Najpierw usłyszała kroki, szeleszczące pod butami, spadłe liście. Po chwili w jasnym świetle latarni pojawiła się drobna postać burmistrza.
Gdy zobaczyła jego twarz, dreszcz przerażenia przeszył jej ciało. Poczuła przyspieszone bicie serca. Był jakieś dwadzieścia metrów od miejsca w którym się ukryła. Instynktownie sprawdziła, czy broń jest odbezpieczona. Dotknęła zimnego języka spustu. Tak na wszelki wypadek. Gdyby Kassel się zorientował.
- A może dla odwagi – przemknęło jej przez głowę.
Mężczyzna przeszedł jeszcze kilka kroków. Zwolnił i w końcu przystanął. Włożył do ust papierosa. W pomarańczowym świetle płomienia wydobywającego się z zapalniczki jeszcze dokładniej mogła dojrzeć jego twarz. Oblicze, którego przez lata, mimo usilnych starań, nie udało jej się wymazać z pamięci. Te małe, czarne, świdrujące podejrzliwie oczka. Zupełnie takie same, jak tamtej księżycowej nocy.

* * *

Błotnista, polna dróżka była skąpana w jasnym blasku księżyca. Na pobliskich polach zalegały resztki, topiącego się brudnego śniegu. Od czasu do czasu zrywał się mroźny wietrzyk.
Niecodzienna procesja sunęła w milczeniu. W powietrzu unosił się nieznośny odór, smród ludzkich spoconych ciał, odchodów i wymiocin. Przerażający zapach nie zwracał jednak niczyjej uwagi.
Pochód składał się z kilkuset wymęczonych, ludzkich wraków. Ich milczenie kontrastowało z odzywającym się z rzadka pokrzykiwaniem garstki uzbrojonych w karabiny strażników.
- Ruszać się! Szybko! – echo potęgowało wydawane po niemiecku komendy.
Ludzie jednak byli już zbyt słabi, zbyt obojętni, żeby zwracać na nie uwagi.
Gdzieś po środku kolumny, zapłakana, kilkuletnia dziewczynka z mozołem stawiała drobne kroczki. W pewnym momencie potknęła się. Trzymająca ją za rękę matka, nie była w stanie jej podtrzymać. Dziecko pośliznęło się, upadło na wznak w błoto, tamując na chwilę ruch. Powstało niewielkie zamieszanie.
- Nie ociągać się! – wykrzyknął strażnik i spokojnie zaciągnął się papierosem.
Jednak drugi, który dopiero zorientował się w sytuacji, natychmiast, rozpychając więźniów, wmieszał się w tłum. Z furią dopadł do dziewczynki.
Matka w ostatniej chwili zasłoniła sobą dziecko. Zirytowany mężczyzna, na oczach bezsilnego tłumu, uderzył kobietę w twarz. Kiedy upadła, brutalnie wywlekł ją z kolumny. Kobieta z przerażeniem w oczach spojrzała na oprawcę.
- Błagam, proszę nie robić krzywdy Zuzi – wyszeptała – Błagam!
Z obrzydzeniem malujących się w jego ciemnych oczach spojrzał na kobietę. Wyciągnął pistolet.

* * *

Koniec papierosa zajaśniał czerwonym żarem, co tylko ułatwiało jej sprawę. Mały, żarzący się punkcik sprawiał, że postać stawała się znakomitym celem w ciemnościach.
Kassel wolnym krokiem ruszył dalej.
W pewnym momencie znalazł się tuz obok jej kryjówki. Był tak blisko, że bez problemów słyszała jego świszczący cicho oddech. Gdyby nie panująca ciemność, mogła by dojrzeć nawet najdrobniejsze zmarszczki na jego twarzy. Nie podejrzewał, jak łatwy cel stanowił w tej chwili. Wystarczyło lekko nacisnąć spust, pistolet z prawie niesłyszalnym trzaskiem plunął by ogniem, a człowiek o nazwisku Kassel, przestałby istnieć.
Ucisk w żołądku przybrał na sile. Zaczęła odliczać kroki. Nagle któraś ze stóp burmistrza z głośnym pluskiem wylądowała w niewidocznej kałuży. Zamruczał coś zdenerwowany pod nosem.
To zagłuszyło szelest liści. Kobieta ruszyła biegiem. Kamyczki, którymi wysypano alejkę zachrzęściły pod jej stopami. Musiała trafić perfekcyjnie – dokładnie w siódmy krąg szyjny. I nie za mocno, żeby nie zabić od razu.
Zamachnęła się z wprawą pistoletem.
Dla Kassela było już za późno. Kiedy zorientował się w sytuacji, cios był nieuchronny. Papieros wypadł na ścieżkę.
Zdarzył tylko wydać z siebie rozpaczliwy, urwany krzyk.

Rumiany policjant zamarł momentalnie a niezidentyfikowana melodia uwięzła mu w gardle.
- Słyszałeś? - szturchnął kolegę.
- Ale co? – jego partner zareagował z właściwą sobie flegmatycznością.
- Jakby krzyk! Krótki, urwany.
Mimo, że przez chwilę obaj wytężali słuch, nie dobiegł ich żaden dźwięk. Tylko szum, głośny, potężny, ogłuszający.
- A może mi się wydawało? – pomyślał
- Lepiej to sprawdźmy – rzucił jednak do kolegi i ruszył truchtem. – No rusz się! – warknął.
Po chwili już dwie pary butów dudniły o kamienną alejkę. Jednak wiatr skutecznie zagłuszał ich dźwięki.

* * *

Mężczyzna z lśniącym lugerem w dłoni przez dłuższą chwilę przypatrywał się leżącej kobiecie. Ta drżącymi ustami szeptała bezgłośnie modlitwę. Nie bała się śmierci. Nie po tym co widziała do tej pory. Ten świat nie mógł już zaskoczyć jej żadnym okrucieństwem. Trzęsła się w przestrachu o córkę.
Płaczące, przestraszone dziecko próbowało przebić się przez upiorny tłum i dostać się do matki. Było już na skraju kolumny.
- Zuzia! Nie! – krzyknęła kobieta.
Jej krzyk był przerażający. Dziewczynka zamarła.

* * *

- Zuzia! Nie! – eksplodowało jej w głowie.
Ręka kobiety zadrżała. Wyuczony do perfekcji, obezwładniający cios nie trafił.
Rękojeść pistoletu zsunęła się po plecach ofiary.
Kassel nie miał chwili do stracenia. Postąpił krok do tyłu, odpychając kobietę swoim ciałem. Jej broń z metalicznym łoskotem uderzyła o kamienie. Na moment straciła równowagę. Mężczyzna kontratakował. Miał teraz przewagę.
Z trudem utrzymała się na nogach. Lewą ręką próbowała uchwycić go za szyję. Gdyby to się udało, w ułamku sekundy mógłby być nieprzytomny. A chwilę później martwy.
W zdenerwowani popełniła błąd. Unosząc rękę, odsłoniła tułów.
Kassel odwrócił się lekko przez lewe ramię, i uderzył w okolice splotu słonecznego.
Rozległ się odgłos wyrzucanego z płuc powietrza. Dojmujący ból zdawał się rozsadzać jej piersi. Z głośnym chlupotem, runęła w kałużę. Leżąc w lodowatej wodzie, próbowała rozpaczliwie złapać oddech, co jednak tylko potęgowało ból. Serce łomotało jej w piersi. Nie mogła się poruszyć.
Ciemna postać mężczyzny pochyliła się. Rozległ się trzask odbezpieczanej broni.
Poczuła jak łzy spłynęły jej po twarzy, Chciała tylko, żeby to wszystko już się skończyło. Raz na zawsze!

* * *

Dziecko wyrywało się i szlochało. Próbowało dobiec do matki. Jednak czyjaś dłoń przytrzymała je w tłumie. Ludzkie wraki, uczestnicy procesji przyglądali się biernie. Nawet bez większego zainteresowania. Przyzwyczaili się już do okrutnych widoków.
Na oczach dziewczynki, żołnierz wycelował w głowę leżącej kobiety.
Jej krzyk zamarł w powietrzu – rozległ się strzał.

* * *

Rozległ się strzał!
Ułamek sekundy wcześniej rzuciła się desperacko w lewo. Nie mogła pozwolić, żeby ON wygrał! Kopnęła mężczyznę.
Cios idealnie trafił w bok łokcia. Ręka burmistrza odskoczyła w górę. Kula minęła jej głowę zaledwie o centymetry i zniknęła gdzieś w zaroślach.
Broń uderzyła o alejkę.
Oszołomiony Kassel, zanim się zorientował, otrzymał uderzenie w piersi. Nie zdążył nawet poczuć bólu. Nieprzytomny osunął się na ziemię.
Dwaj zdyszani policjanci wybiegli zza zakrętu.
- Stać! Policja! – wykrzyknął rumiany funkcjonariusz wyszarpując broń z kabury.
Kobieta jednym susem doskoczyła do leżącego pistoletu. Złapała go szybko i przeturlała się spowrotem w kierunku burmistrza.
Broń policjanta plunęła dwoma głośnymi wystrzałami. Pociski przemknęły obok kobiety i rykoszetując ze świstem zniknęły w gałęziach drzew. Musiała się pospieszyć! Poderwała się na nogi i nie tracąc czasu na zatrzymywanie wycelowała w kierunku Kassela.
Nagle, instynktownie odskoczyła w prawo. Kolejna policyjna kula wbiła się w pień drzewa, tuż obok miejsca, gdzie stała przed chwilą.
Niestety, nie było czasu na użycie specyfiku. Wymierzyła ponownie w burmistrza. Dwa śmiercionośne wystrzały rozorały mu twarz. Teraz była już pewna, że mężczyzna nie przeżyje. Zanurkowała w zarośla.
Nagła fala bólu rozlała się po całym jej ciele. Upadła na trawę. Kula, prawdopodobnie rykoszet, utkwiła w prawym ramieniu. Otrząsnęła się błyskawicznie. Nic poważnego, stwierdziła.
Przerzucając pistolet do lewej ręki, podniosła się i pobiegła dalej. Kilka razy pośliznęła się, z trudem utrzymując równowagę na śliskim podłożu. Dobiegła jednak do, upatrzonego wcześniej, niewielkiego zagłębienia terenu. Przykucnęła.
Wiedziała, że w ciemności to właśnie biegnąc, jest łatwiejszym celem. Opanowała nierówny oddech nasłuchując odgłosów pościgu. Nie chciała zabijać policjantów. Ale gdyby pojawiła się taka konieczność, nie miała by wątpliwości. Nie zawahała by się.
Na szczęście nikt nie biegł w tym kierunku.
Policjanci najwyraźniej nie byli na tyle głupi, żeby ryzykować pościg w ciemnościach. Spojrzała na zegarek – minęło zaledwie kilka minut. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to zanim zdążą kogoś zaalarmować, będzie już daleko stąd, pomyślała.
Delikatnie dotknęła rany, na szczęście nie krwawiła zbyt mocno. Odnalazła pobliską ścieżkę i zaczęła się nią ostrożnie skradać.


Bromstadt Zeitung – 28.10.1964

BURMISTRZ KASSEL ZAMORDOWANY!
Dnia wczorajszego, w godzinach wieczornych nieznani sprawcy zaatakowali burmistrza Bromstadt – Ericha Kassel.
Do napadu doszło około godziny 16.30 w opustoszałym Parku Goethego. Sprawca, lub sprawcy przyczaili się wcześniej na ofiarę.
Zaskoczony mężczyzna został obezwładniony i pomimo interwencji dwóch policjantów, którzy zaalarmowani niepokojącymi odgłosami, natychmiast przybyli na miejsce, oddano do niego dwa strzały. Oba postrzały, pochodzące z niezidentyfikowanej jak do tej pory broni, były śmiertelne. Mężczyzna zmarł natychmiast.
Z ustaleń policji wynika, że jedną z osób biorących udział w napadzie mogła być kobieta w czarnym płaszczu, spacerująca wieczorem z niebieskim wózkiem dziecięcym. Wózek z lalką oraz płaszcz odnaleziono dziś rano w parku. Tożsamość kobiety jest nadal nieznana. Mimo trwających całą noc poszukiwań, nie udało jej się odnaleźć...


Concerneau – Francja. Kilka dni później.

Pokój w opustoszałym, podrzędnym moteliku był w opłakanym stanie. Na nie malowanych od lat, wyblakło – błękitnych ścianach porobiły się okropne, brązowe zacieki. Niewielkie, metalowe łóżko, z niewygodnym, poplamionym materacem, skrzypiało nieznośnie. Niemal dorównując głośnością chyboczącym się deskom podłogi.
Okno właściwie się nie domykało. Więc mroźne podmuchy ze świstem wdzierały się przez pozostałą w nim, sporą szparę, wypełniając pomieszczenie nieprzyjemnym chłodem, któremu nie mógł zaradzić buzujący w małym, blaszanym piecyku ogień.
Siedząca na łóżku kobieta drżącymi rękoma otarła obficie spływające jej po policzkach łzy. Z niewielkiej, podróżnej torby wyciągnęła małe, metalowe pudełeczko. Zawierało jedno, jedyne zdjęcie, przedstawiające uśmiechniętą, młodą dziewczynę w mundurku żeńskiego gimnazjum.
Na odwrocie widniała wykaligrafowana granatowym tuszem cyfra 1932. Jej matka miała wtedy niespełna szesnaście lat.
To było wszystko, co pozostało jej po matce. Wszystko co zostało po całej rodzinie.
Kolejna łza spłynęła po obliczu kobiety.
Nawet jedyne wspomnienie w którym pojawiała się matka, pochodziło z tamtej okrutnej, księżycowej nocy.
Nocy, która tak tragicznie zdeterminowała jej całe życie, której nie mogła zapomnieć.
Położyła delikatnie zdjęcie na łóżku. Nie odwracając od niego wzroku wyjęła z torby paszporty. Były cztery. Każdy z innego państwa. Wystawiony na różne, fałszywe nazwiska. Właściwie to nigdy nie wiedziała jak brzmi to prawdziwe.
Zostało jej tylko imię.
- Zuzia! Nie!
Zimny dreszcz przeszył jej ciało. Energicznym ruchem wrzuciła wszystkie paszporty do piecyka. Natychmiast zajęły się ogniem. Już nie miały być potrzebne.
Właśnie sięgała ponownie do torby, kiedy monotonną ciszę przerwało głośne łomotanie do drzwi.
- Proszę otworzyć. Policja.
Złapała pistolet, doskoczyła do stojącego w kącie krzesła i zablokowała nim klamkę.
- Otwierać! Policja – łomot jeszcze się wzmógł.
Podniosła leżącą na łóżku fotografię, spojrzała na nią przelotnie i skoczyła w kąt pokoju.

Żandarm właśnie przymierzył się do wyważenia drzwi, kiedy rozległ się strzał.
Gdy sforsowano drzwi, kobieta leżała martwa na podłodze. W jednej ręce ściskała dymiący wciąż pistolet, a w drugiej podniszczoną fotografię. Łzy jeszcze płynęły jej po twarzy.


* * *

Napis na marmurowym nagrobku w Alei Zasłużonych Cmentarza Miejskim w Bromstadt:

Tutaj spoczywa człowiek
mężnego ducha
i wielkiego serca.
Zasłużony dla miasta,
wieloletni burmistrz.
Zmarły tragicznie
ERICH KASSEL

Tymczasem na niezidentyfikowanej mogile spróchniały krzyż pochylił się smutno. Wiatr lamentował w konarach drzew...
________________________________________________
Jeśli ktoś był tak wytrwały i dotarł do tego momentu, to będę wdzięczny za wszelkie konstruktywne komentarze.

Z góry dzięki.

Podpis: 

yourek listopad - grudzień 2005
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sprawca (fragment IV) Sprawca (fragment III) Sprawca (fragment II)
Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa. Fragment III. Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e
Sponsorowane: 85Sponsorowane: 80
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 75

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2022 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.