https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
80

Sprawca (fragment III)

Autor płaci:
100

  Fragment III.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W listopadzie nagrodą jest książka
Córka łowcy demonów
Jana Oliver
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Taedium vitae

Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?

Tatuś cię kocha

Na balkonie, tym pod mieszkaniem Olgi, dostrzegłam jakąś parę, ale nie byłam w stanie ich rozpoznać. Kłócili się. Nagle usłyszałam PLASK.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Bliskie spotkania

Chodźmy...

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1280
użytkowników.

Gości:
1279
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 22274

22274

Jarnołtówek 2005

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
06-01-25

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Przyjaźń/Podróże/Dla dzieci
Rozmiar
23 kb
Czytane
2521
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
06-01-25

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Millllka Podpis: Mila S.
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Pamiętnik z zielonej szkoły. Nic specjalnego, ale jakby ktoś chciał poczytać...

Opublikowany w:

Jarnołtówek 2005

17.05.05, wtorek

W odległym Kędzierzynie-Koźlu, wśród spalin samochodowych i kurzu, pod sklepieniem nieba stale pokrytego szarością chmur i prawie bez przerwy moczonym przez deszcz - stała sobie Publiczna Szkoła Podstawowa nr 19. Jedną z jej klas była piąta "c" (nie była to wcale byle jaka klasa!).
Dnia 17.05.05 klasa ta wyjechała na zieloną szkołę do Jarnołtówka (ok. 60 km od Kędzierzyna-Koźla).
Podróż minęła bardzo wesoło. Wszyscy żartowali, śmiali się, opowiadali sobie kawały, plotkowali i chrupali różne przekąski, w które zaopatrzyli się przedtem, by umilić sobie dwie godziny nudnej jazdy – która nie okazała się wcale nudna.
Około godz. 11 dojechaliśmy na miejsce. „Leśnik” wyglądał jak Biały Dom. Niestety zostaliśmy przeprowadzeni do mniejszej części ośrodka, już nie tak łudząco podobnej do domu George’a Busha. Tam wprowadziliśmy się do pokoi. Wszyscy mieli około 45 minut, żeby się rozpakować i oswoić z nowym „domem”.
Następnie, aż do obiadu, spędzaliśmy czas na świeżym powietrzu. Huśtaliśmy się na wielkiej huśtawce, śpiewaliśmy piosenki i sprawdzaliśmy zasięg w komórkach.
Kiszki grały nam marsza, więc wszyscy po wejściu do stołówki, jak jeden mąż, zawołali: „Nareszcie!!!” na widok obiadu. Uraczono nas zupą pomidorową, a na drugie danie – kotletem schabowym, kapustką i ziemniakami z zieleniną.
Kiedy wreszcie Michasia przełknęła ostatni kęs, wybiegliśmy (nie dbając o takie szczegóły, jak ustawianie się w pary) ze stołówki, udając się do swoich pokoi.
Tam, kuszeni przez niedobrego diabełka, zamiast słuchać pani i siedzieć grzecznie w naszych gniazdkach – wariowaliśmy jak szaleni po korytarzu, odznaczając się „małpim rozumem”, jak to pięknie ujęła pani Cekiera.
Może dlatego, że panie miały tego dość, a może po prostu dla zdrowia – nie wiem – w każdym razie opuściliśmy „Leśnika” by odetchnąć świeżym (nie skażonym spalinami samochodowymi ani kurzem), górskim powietrzem i dostać się do miasta (składającego się głównie z jednej pizzerii). Tam, po zatrzymaniu się na dłuższy czas w owej pizzerii i po spożyciu pysznej (zdaniem niektórych...) Margeritty, udaliśmy się do małego kiosku, w celu zakupu pocztówek z widokami pięknego Jarnołtówka. I mogliśmy z czystym sumieniem wrócić do ośrodka.
Przed kolacją (na którą składały się kanapki z serem i pomidorem) zdążyliśmy jeszcze załatwić parę bardzo osobistych spraw. Natomiast po kolacji rozpętało się prawdziwe piekło: wszyscy chłopcy (z Szymonem S. i Sz., Patrykiem, Olkiem, Damianem, Robertem, Bartkiem, Danielem i Tomkiem na czele) z krzykiem prawdziwej paniki na ustach oraz wyrazem przerażenia na twarzach – biegali po korytarzu i pukali do drzwi pokoi dziewczyn, wyjaśniając powód swojego zachowania i proponując nam temat (całkiem niezły, swoją drogą) wieczornych ploteczek: włamywacze są wśród nas. Damian opowiadał każdemu, kto zechciał go słuchać, że słyszał skrzypienie na schodach, podczas gdy Diana przysięgała, że słyszała dziwny syk w pustej łazience.
Sprawy oficjalnie nie wyjaśniono, za to zrobiono to nieoficjalnie; po ostrzeżeniu pani Zamory, informującym, że jeśli zaraz nie znajdziemy się w swoich pokojach - otrzymamy punkty karne, po odbyciu wielu skomplikowanych narad, w których dominował bas Damiana („Ale kto wyłamał tą klamkę na parterze?!”) i alt Olka („Ludzie! To jakieś wariactwo!”), po wyśmianiu wszystkich panikarzy i panikarek – każdy (no, ja myślę) był przekonany, że alt Olka wyraża najsensowniejszą treść. Cała „rozruba” skończyła się pod hasłem: „Ludzie! To jakieś wariactwo!”.
Tak właśnie minął pierwszy wieczór, a co za tym idzie – pierwszy dzień na zielonej szkole.








18.05.05, środa

Pierwszy ranek minął jak każdy zwykły, normalny ranek. Każdy musiał każdego odwiedzić, coś schrupać, pośmiać się, popłakać. Każdemu jednak jakimś cudem (ale jakim – nikt nie wiedział) udało się wytrzymać do śniadania. Nasze żołądki wrzasnęły z radości, widząc świeży chleb, masło, twarożek i pomidory. Po zaspokojeniu pierwszego głodu udaliśmy się do pokoju – każdy do swojego – by doprowadzić nasze „mieszkanka” do stanu używalności – posprzątać – w obawie przed komisją czystości. Każdy pokój w napięciu oczekiwał pani Cekiery i Zamory, które miały pełnić rolę owej komisji, gorączkowo wygładzając pościel złożoną w idealnie równą kosteczkę na łóżku, robiąc jaką-taką ogładę na stoliku i zbierając papierki z podłogi. Kiedy już wszyscy otrzymali zasłużone plusy lub – co się zdarzało nierzadko... – minusy, to ci, którym nie chciało się tego robić wcześniej, zabrali się za malowanie loga na konkurs. A następnie wybraliśmy się na małą wycieczkę do Parku Krajobrazowego.
Podziwialiśmy wypchane borsuki, łasice, wiewiórki i gronostaje, sowy, zimorodki, sójki i kaczki, słuchaliśmy opowieści o zagrożonych gatunkach zwierząt i roślin. Na zakończenie oglądaliśmy arcyciekawe filmy o owadach i ptakach, po czym mogliśmy wreszcie się pożegnać i powrócić do „Leśnika” na coś, na co wszyscy czekali – obiad!!! Ziemniaki z mięsem mielonym i buraczkami wyglądały naprawdę apetycznie, a smakowały tak samo.
Po sycącym obiadku zostaliśmy poddani okropnym męczarniom: musieliśmy wykonać wiele skomplikowanych ćwiczeń z języka polskiego. Trochę trwało, zanim udało nam się z nimi uporać, a kiedy w końcu to nastąpiło – udaliśmy się na pocztę. Klasa 5c wędrowała niestrudzenie całymi godzinami, moknąc w bezlitosnej ulewie, jaka raczyła posłużyć nam za karę za wszystkie popełnione grzechy, zanim udało się jej osiągnąć cel i powrócić do ośrodka. Tam, nie słuchając pani Cekiery, która nakazywała moczyć stopy w gorącej wodzie – powróciliśmy do swoich spraw, które przerwał nam ten okropny spacer (może dlatego nazajutrz wszyscy byli chorzy...).
Cały okres czasu do kolacji minął nam w nerwowej atmosferze. Magda i Monika ni stąd, ni zowąd zapragnęły wracać do domu (do kurzu i spalin! Kto by chciał tam wracać?!). Magda, po zażyciu cudownego, zbawczego, odświeżającego prysznica – ostatecznie zrezygnowała ze swojego niedorzecznego pomysłu. Gorzej było z Moniką, która, cała we łzach, upierała się przy swojej decyzji i pakując się nie chciała słuchać, że podjęłyśmy ją za nią.
Jej sprawa ciągnęła się jeszcze jakiś czas po kolacji (spaghetti, chleb, masło, pomidory), kiedy to odbyło się wielkie telefonowanie. Ostatecznie Monika została w Jarnołtówku (nie ma to jak dobre koleżanki, zdolne do wszystkiego, byleby tylko powstrzymać ją od popełnienia największej głupoty, którą mogła popełnić w ciągu całej zielonej szkoły, i całkiem możliwe, że by ją popełniła, gdyby Diana nie zabrała jej walizki, a Michasia – plecaka), o czym dowiedział się cały ośrodek, kiedy to mieszkanki pokoju 12 powróciły do niego po odbyciu długiej rozmowy telefonicznej (w której to okazało się, że nie ma nikogo, kto mógłby przywieźć Monikę do Kędzierzyna), wykrzykując z radością: „Carpe diem!!!”



















19.05.05, czwartek

Kiedy już Maja, z pomocą swoich skrzypiec, zafundowała wszystkim (oprócz Michasi, która spała jak zabita) pobudkę i kiedy wreszcie doczekaliśmy się zapełnienia żołądków kanapkami z serkiem topionym i pomidorami – po raz drugi zostaliśmy poddani torturom, tyle że znacznie większym. Musieliśmy wykonać 6 stron ćwiczeń z j. polskiego i 4 z matematyki. Ledwie postawiliśmy ostatnią kropkę nad i – bez chwili wytchnienia, z zachrypniętymi głosami, zostaliśmy zmuszeni do odśpiewania kilku piosenek przy akompaniamencie gitary pani Zamory.
Po prześpiewaniu pięciu starych i czterech nowych czekał nas sprawdzian z przyrody, przygotowany przez panią Cekierę dla uczniów klas czwartych (kochana, chciała ułatwić nam życie).
Aby odetchnąć po wykonaniu tych ok. dwudziestu zadań o różnym stopniu trudności i aby skorzystać ze słonecznej pogody która nastąpiła po dwóch dniach ciągłego deszczu – wybraliśmy się na plac zabaw, w celu rozruszania naszej ulubionej, prześlicznej huśtawki, stojącej nieopodal krystalicznie czystej rzeczki.
Zajęło nam to bite pół godziny, po czym miało miejsce najważniejsze wydarzenie dnia w opinii Szymona Szwedzińskiego: zupa jarzynowa, ziemniaki z zieleniną, mięso wieprzowe duszone, mizeria i kompot – wszystko to podane na talerzu w postaci obiadu.
Kiedy już się nasyciliśmy, otrzymaliśmy chwilę czasu na takie rzeczy, jak zatelefonowanie do rodziców (od kiedy rodzice Damiana pracują na policji...?) i znów czekała nas wycieczka. Tym razem na Olszak - 453m.n.p.m., na którego zachodnim stoku położone jest Żabie Oczko (na zdjęciu), osłonięte całkowicie rzęsą wodną (o której będziemy się niedługo uczyć na przyrodzie, jeśli wierzyć zapewnieniom pani Cekiery).
Wróciliśmy na chwilę do ośrodka, by napełnić żołądki parówkami i kanapkami z ogórkiem kiszonym. Po kolacji, aby odpocząć, wyszliśmy znów na dwór, do naszego ukochanego ogródka. I znów poszła w ruch huśtawka. Niestety, na początku to nie my na niej siedziałyśmy. To Monika, Sandra, Karolina i Kasia, mieszkanki Jarnołtówka. Wkrótce ja, najodważniejsza z nas wszystkich (), jako przedstawicielka delegacji dziewczyn, nawiązałam z nimi kontakt. Po niedługim czasie każda każdą znała; wtedy właśnie zaczęłyśmy się z nimi kolegować.
Nikomu nie było spieszno do zbiórki, ale w końcu musiała nastąpić. Wróciliśmy do budynku, wzięliśmy śpiewniki i zeszliśmy na dół, do świetlicy. Tam odśpiewaliśmy nasze stare piosenki + jedną nową, po czym przygotowałyśmy (dziewczyny) teleturniej „Randka w ciemno”, składającego się z trzech odcinków, w których kandydat Patryk wybrał mnie (i wolą prowadzącej Mai otrzymał w nagrodę Szymona Szwedzińskiego), kandydatka Maja – Szymona Sahsa, a kandydat Tomek – Maję (czy to jej urok? Może to Maybeline? A może po prostu pieczone buraczki?). Nagrodą (dla wszystkich par oprócz pierwszej) miał być (ale nie był...) taniec.
Po skończonej zabawie dziewczyny z pokoju nr 12 długo jeszcze zdradzały sobie pewne sekrety o pewnych chłopaku, potajemnie wymykały się z pokoju i „wymiotowały miłością”. Długo trwało, nim wreszcie poszły spać.



















20.05.05, piątek

Obudziliśmy się tego poranka w bardzo złym nastroju. Po deszczowym spacerze Damian prawie nie mógł mówić, Magda twierdziła (jakże niesłusznie!), że jutro pojedzie do domu, a cała reszta mówiła okropną chrypą.
Śniadanie przesunięto na 7:15. Po zjedzeniu kanapek z dżemem, ogórkiem konserwowym i szynką, wybraliśmy się do miasta. Musieliśmy znaleźć jakąś dużą salę gimnastyczną. Z pomocą tubylców jakoś nam się to udało. Po przybyciu na miejsce okazało się, że trafiliśmy na III edycję konkursu plastycznego pod hasłem: „Mój ojciec – wilk, matka – Ziemia”.
Gdy już obejrzeliśmy prace uczniów szkół podstawowych z całego woj. opolskiego, wysłuchaliśmy przemówienia pewnej uśmiechniętej blondynki oraz ciekawie przygotowanego teatrzyka – opuściliśmy salę, kierując się do lasu, który okazał się kolejną górą. Przewodnik zatrzymywał wycieczkę co jakiś czas, wtrącając coś ciekawego o danej roślinie, albo opowiadał nam historię rezerwatu przyrody. Wspinaliśmy się po wąskim i prawie pionowym stoku, aż do Piekiełka. Była to malutka dolinka otoczona zewsząd małymi skałkami. Następnie wspięliśmy się jeszcze wyżej i dalej, dochodząc do kolejnej góry. Długo to trwało, ale w końcu las się rozrzedził i naszym oczom ukazała się szeroka dróżka asfaltowa. Zaprowadziła nas do Pokrzywnej. Wszyscy zgodnie krzyknęli z radością i z ulgą, gdy zobaczyli nasz ulubiony sklepik na skrzyżowaniu Pokrzywnej z Jarnołtówkiem. Wstąpiliśmy do niego na chwilę, ale nie wszyscy zdążyli dokonać zakupu, bo w chwilę potem zostali popędzeni przez zniecierpliwionego przewodnika.
Cieszyliśmy się, że już niedługo znajdziemy się w ośrodku i nie będziemy z niego wychodzić aż do obiadu - i bardzo się zawiedliśmy, gdy dowiedzieliśmy się, że nasze nadzieje są złudne. Wstąpiliśmy do warsztatów, by strugać i malować drewniane rzeźby. Właśnie wtedy powstała nasza śliczna Sarenka Opawska, nazywana przez panią Cekierę „Sarenką przecudnej urody”. Wtedy również Diana, Michasia, Olek i Patryk wystrugali rybę.
Wtedy również, na szczęście, nadszedł obiad. Również został on przesunięty – na 14:00. Ziemniakom z zieleniną, jajku sadzonemu i sałatce w śmietanie udało się zaspokoić nasz głód.
Kiedy nasze siły witalne i fizyczne się wzmocniły, pani Zamora przygotowała dla nas lekcję plastyki. Malowaliśmy pejzaż. W ogóle cały czas do kolacji spędziliśmy na świeżym powietrzu. Odwiedziły nas koleżanki - Karolina i Kasia. Przyglądały się naszym pracom, chwaliły je i prawiły komplementy. Kiedy już zostaliśmy obdarowani piątkami (w przypadku Damiana – szóstkami) – nasze koleżanki poszły na huśtawkę, a my graliśmy w różne gry, od siatkówki po ziemniaka. Zbieraliśmy również gałęzie na ognisko w niedzielę.
Zjedliśmy (pieczeń rzymska, papryka, chleb, masło) kolację, po czym zebraliśmy się w świetlicy, by napisać banalnie prostą kartkówkę z muzyki (konkretniej – z nut), za która połowa klasy dostała 2, żeby prześpiewać piosenki i porozmawiać o przyjaźni z panią Cekierą.
Po opuszczeniu sali wszyscy udali się do swoich pokoi. A później wskoczyli do łóżek i zapadadli w błogi sen.

















21.05.05, sobota

Również dzisiaj wszyscy wstali wcześniej. Śniadanie przesunięto na godz. 8:30. Po zjedzeniu mnóstwa kanapek z pomidorem wybraliśmy się na Kopię Biskupią. Najpierw uzupełniliśmy zapasy jedzenia i picia w naszym ulubionym sklepiku na rogu Jarnołtówka i Pokrzywnej, po czym żwawo ruszyliśmy przed siebie.
Szliśmy szlakami zielonym i żółtym. Dużo czasu minęło, zanim wspięliśmy się na wysokość schroniska dla turystów. Znajdowało się ono kilkadziesiąt m. poniżej wierzchołka góry i było wspaniałym miejscem na mały postój, w ciągu którego można było np. zatelefonować do rodziców i oznajmić im radośnie, że jest się już prawie w Czechach i że dochodzi się właśnie na szczyt „Biskupskiej Kupy”.
Kiedy Bartek przełknął ostatni kęs pizzy, a Diana ostatni łyk coli, ruszyliśmy naprzód. Na szczyt Kopy Biskupiej doszliśmy po ok. 20 minutach. Wspięliśmy się na szczyt wieży obserwacyjnej i mogliśmy podziwiać całkiem spory kawałek Polski i Czech. Widać było z niej m.in. Jarnołtowek i Kędzierzyn-Koźle.
Kiedy już skończyliśmy przypatrywać się rozległym polom rzepakowym, domkom jednorodzinnym wielkości mrówek i górom sięgającym nieba, trzeba było zejść z wieży, a następnie – z góry.
Zajęło nam to ok. 1,5 godz. Do ośrodka przybyliśmy o wpół do trzeciej, a więc gołąbki w sosie pomidorowym stygły na talerzach od pół godziny.
Po obiedzie wyszliśmy na dwór, by zaczerpnąć trochę świeżego powietrza i rozsiąść się wygodnie na naszych huśtawkach.
Nie wiem, co stało się później, bo rodzice przyjechali do mnie w odwiedziny i pojechaliśmy razem do centrum Jarnołtówka, gdzie zatrzymaliśmy się w niewielkiej restauracji. Usiedliśmy na świeżym powietrzu pod rozłożystym i przecudnie pachnącym krzakiem bzu. Zamówiliśmy sobie obiad i czekając na niego opowiadaliśmy sobie wszystkie przygody, jakie miały miejsce od czasu ostatniego rozstania we wtorek. Następnie wsiedliśmy do naszego niebieskiego DAEWOO i pojechaliśmy na małą wycieczkę do Głuchołaz. Spacerowaliśmy po ulicach, ale teren piął się pod górę, a ja, po dzisiejszym „zaliczeniu” Kopy miałam serdecznie dość spacerów, zatrzymaliśmy się więc na rynku i, usiadłszy na ławeczce, kontynuowaliśmy nasze opowiadania.
Ale niestety godz. 19:00 szybko się zbliżała, trzeba więc było powoli wracać do „Leśnika”. Rodzice odwieźli mnie do ośrodka i tam się pożegnaliśmy.
Przed kolacją (naleśniki z serem) pani Cekiera zdążyła jeszcze obdarować mnie kartą pracy z przyrody. Nawet nie zwróciła uwagi na to, że każdy od każdego ściągał.
Natomiast po kolacji zebraliśmy się wszyscy w świetlicy, aby odśpiewać wszystkie piosenki, jakich zdążyliśmy się nauczyć w ciągu całego pobytu na całej szkole (największą popularnością cieszyły się „Ballada o walizce” i „Jedenaście ton”, i nic dziwnego, bo lepszych piosenek w życiu nie słyszałam. A zresztą przekona się Pani sama, kiedy nagramy „zmory pani Zamory”! ).
Później wróciliśmy do swoich pokoi. Diana i Michasia odbywały tajną naradę z Olkiem (właściwie to było najciekawsze tego wieczora, nudnego ogólnie jak flaki z olejem, a może i nawet bez oleju, i właśnie dlatego o tym piszę). Obraził się na mnie, kiedy powiedziałam, że jego zachowanie (bo stał się jakiś agresywny, sztywny i nadęty) świadczy o tym, iż się zakochał. A ja wdarłam się (niezauważona przez nikogo? Wcale nie! Widzieli mnie, ale, o dziwo, nie zostałam wyproszona) na tajne posiedzenie Szymona Sz. i S., Patryka, Daniela i Bartka – ale i tak nie dowiedziałam się niczego konkretnego. Szkoda...






22.05.05, niedziela

Maja zdziwaczała. Po zbudzeniu się była dumna ze swej fryzury a la Frankestein. Po śniadaniu (prawie nie tknęła kanapek z kiełbasą zakopiańską, pomidorem i serem żółtym) złapała się za prawą stopę i zaczęła wrzeszczeć: „Ała! Moja gira! Moja biedna stópka! AUĆ!!!”. Następnie twierdziła, że zwymiotowała miłością.
W miarę normalnie zachowywała się w drodze do kościoła, w którym msza św. rozpoczęła się o godz. 11:00; udaliśmy się na nią wszyscy, by nie splamić swych w miarę czystych serduszek grzechem złamania 3. punktu dekalogu: „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił”.
Kiedy już się pomodliliśmy i wróciliśmy do ośrodka, okazało się, że zegar wskazuje dokładnie godz. 13:00 - czyli trafiliśmy akurat na obiad. Po długiej wędrówce kurczak z ziemniakami i sałatką dodały nam dużo sił, które były nam bardzo potrzebne, ponieważ...
Po obiedzie, z okazji Dnia Sportu, odbyły się – notabene, na świeżym powietrzu – zawody sportowe. W ośmiu konkurencjach (rzut szyszką na odległość, rzut do celu, rozhuśtanie się na huśtawce [nie na naszej ulubionej...], odbijanie piłki indywidualnie i z partnerem, przeciśnięcie się przez pręty drabinki, fikołki na niskiej rurce i zwis na wysokiej) można było zdobyć 0, 1, 2 lub 3 punkty. Najlepszym sportowcem okazał się Daniel (20 pkt.), Olek (19 pkt.) i ja  (12 pkt.).
Do kolacji (kanapki z szynką, serem żółtym i pomidorem) spędzaliśmy czas na dworze, dodając gałęzie do całkiem już sporej kupki, huśtając się na naszej huśtawce, grając w piłkę – czyli ciesząc się jednymi z ostatnich chwil spędzonych w Jarnołtówku, które uciekały powoli, nie zważając na nasze cichutkie prośby i wołania: „zostańcie...”
Po kolacji odbyło się pożegnalne ognisko. To było piękne: otoczony ławkami z pni drzew, roziskrzony pomarańczowo-złotymi językami ognia, szeroki krąg z poukładanymi w nim gałęziami. Na granatowe niebo wzlatywały rażące w oczy swą świetlistością iskierki, niczym małe ptaszki, ilekroć ktoś dorzucał drew. Śpiewaliśmy piosenki, których nauczyła nas pani Zamora (dziękujemy!!!), zajadaliśmy gorące kiełbaski, wdychaliśmy przyjemny zapach popiołu. Było nam dobrze i ciepło. Kiedy ognisko zaczęło przygasać, dobra atmosfera z czasem się ulotniła. Wszystkim zrobiło się przykro. Do każdego dotarło wyraźniej niż kiedykolwiek, że już jutro powrócimy do Kędzierzyna, do szkoły i zadań domowych, do spalin i kurzu – i że tam już nie będzie takich ognisk, jak tu. Że w ogóle nie będzie ognisk. Słowem: opętał nas urok gór – w przeddzień ich opuszczenia.
























23.05.05, poniedziałek

Skończyło się. Każdy obudził się dzisiaj z tą myślą w głowie. Nie będzie już Kopy Biskupiej. Nie będzie ognisk. Nie będzie mieszkania razem, w czwórkę*, w jednym pokoju, nie będzie nagrywania „Zielonych piosenek” na płycie „Zmory pani Zamory”. Nie będzie cudownego, czyściusieńkiego, górskiego powietrza, nie będzie krystalicznie czystych rzek ni strumyków, nie będzie tego ich szumu, do złudzenia przypominającego mi deszcz... nie będzie tego wszystkiego, czyli nie będzie nic, co czyniło ta zieloną szkołę niezwykłą, cudowną, i taką, do której chciałoby się wracać co rok – ba, częściej, niż co rok!
Nie pamiętam niestety, co było na śniadanie. Na pewno coś dobrego, jak zwykle. Pamiętam, przez pasma nieokiełznanego smutku zaprzątające mi głowę, że wybraliśmy się do galerii. Do tej samej, gdzie urzędował Samson, nasz kochany bernardyn, który po naszych codziennych (no, prawie) odwiedzinach znalazł sobie nowe hobby: gryzienie bluzki pani Cekiery. W galerii dokonaliśmy ostatnich zakupów przed powrotem do kurzu i spalin; niektórzy kupowali prezenty dla mam z okazji zbliżającego się ich święta, inni woleli zainwestować w pamiątki dla siebie. Jedni i drudzy potrafili jakoś zapomnieć o smutkach, podziwiając zegary słoneczne, kamienie szlachetne i minerały oraz prześliczne (ale i niestety strasznie srogie), drewniane figurki. Znajdowały się tam również nasze dzieła: sarenka i rybka. Z dumą wynosiliśmy je z galerii.
Powróciliśmy do „Leśnika”. Nastąpiły wyniki konkursu czystości, które dla nikogo nie były niespodzianką; wszyscy otrzymali takie miejsca, jakie spodziewali się otrzymać. Pokój nr 12 był ostatni, z czego jestem dumna.
Zebraliśmy się wszyscy w piętnastce, w pokoju pań, w którym zawsze brakowało tlenu, „studiu nagrań”, jak wielu z nas nazywało to pomieszczenie ze względu właśnie na nagrywanie „Zmor pani Zamory”. Polegało to na nagraniu na dyktafon Roberta wszystkich osiemnastu ”Zielonych piosenek”, czyli tych, których uczyliśmy się przez cały ostatni tydzień.
Nadszedł obiad, czyli gulasz wieprzowy z ziemniakami i mizerią (o ile moja pamięć nie zawodzi). Było pyszne.
Udaliśmy się z powrotem do pokoi, gdzie kończyliśmy pakowanie i dopinaliśmy wszystko na ostatni guzik. Na podwieczorek otrzymaliśmy po waniliowym serku homogenizowanym. I mieliśmy ostatnią okazję do pożegnania się z tym wszystkim, co dodawało temu turnusowi uroku i za czym będzie się tęsknić jeszcze długo, dłuuugo...
Wyszliśmy na dwór, do świeżego powietrza, do czystej rzeczki, do ukochanych huśtawek, do świergotu i świergolenia ptaków, do słońca, do nieba, do trawy – do wszystkiego, co już za chwilę mieliśmy opuścić. Współczuję Mai; pojechała do domu wczoraj (biedna, musiała ćwiczyć grę na skrzypcach, bo we wtorek ma jakiś egzamin) i nie miała tego szczęścia. Nie mogła być wtedy z nami i, leżąc przy brzegu owej czystej rzeczki, pogrążając się we własnych myślach – żegnać się, na swój sposób, z tym wszystkim.
Na autokar czekaliśmy właśnie na świeżym powietrzu, co było niezwykle wielkim plusem. Wytaszczyliśmy swoje bagaże na chodnik przed ośrodkiem i pobiegliśmy z powrotem do ogródka.
Autokar się spóźnił. Czekaliśmy na niego o niecałą godzinę dłużej, niż to było ustalone – lepiej dla nas. Mieliśmy więcej czasu na pożegnanie się z huśtawką.
Na szczęście nie sprawdziły się przypuszczenia Tomka: „Patrząc na kierowcę, nie mamy zbyt wielkich szans na przeżycie”. Podróż nie była smutna (chociaż teraz sama się zastanawiam, jak mogła nie być...). Umilaliśmy ją sobie śpiewem. „Ballada o walizce” potrafi wywołać uśmiech, a nawet śmiech, nawet na najsmutniejszej twarzy.


 - mój pokój, dwunastka, zamieszkiwały 4 osoby: ja, Maja, Magda i Monika Ch.

Podpis: 

Mila S. maj 2005
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sprawca (fragment II) Sprawca (fragment) Taedium vitae
Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?
Sponsorowane: 75Sponsorowane: 70Sponsorowane: 65
Auto płaci: 65

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2021 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.