https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
80

Sprawca (fragment III)

Autor płaci:
100

  Fragment III.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W styczniu nagrodą jest książka
Upiory
Jo Nesbo
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Taedium vitae

Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?

Klejnocik

Od tej pory miałam inne życie. Nie jest ono warte opowiadania, bo to już historia. Poza faktem, że mając niespełna 21 lat, postawiona przez życie pod ścianą...

Trudna miłość

Początkowo wszystkie myśli skupiają się na miłości. Później miłość skupia się na myślach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1392
użytkowników.

Gości:
1392
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 22276

22276

To był piękny wieczór

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
06-01-25

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Rodzina/Wakacje/Inne
Rozmiar
21 kb
Czytane
2544
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
06-01-25

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Millllka Podpis: Mila S.
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Kurczę, ja chyba przez całe życie będę wspominać ten pobyt na wsi!

Opublikowany w:

To był piękny wieczór

To był piękny wieczór. Niebo miało różowawy kolor, przez linię drzew widoczną na horyzoncie prześwitywała ciemnoczerwona kula słoneczna. Siedziałam na "deskach", jak nazywałam stosik drew tuż obok domku, i czytałam "Wielki jarmark". Martyna bawiła się z lady Sabcią – nazwałam tak króliczka, który przez cały pobyt na Kleszczówce miał należeć do mnie. Lekki wiaterek chłodził mi twarz, w trawach odważnie cykały świerszcze, było cicho, miło i spokojnie.
Warkot motoru, jaki nagle usłyszałam, brutalnie przerwał tę ciszę. Uniosłam brwi i wymieniłam spojrzenia z Gancą. Zamknęłam książkę, zsunęłam się z desek i podeszłam do niej, siedzącej na drabinie opartej o ścianę obórki, bo z tego miejsca miałam widok na wejście do domu; tylko stamtąd mógł dobiegać warkot.
Ujrzałam jakiegoś nieznanego mi faceta. Natychmiast rzuciły się do niego Punia i Pikuś, czyli dwa psy należące do Michała - które nasz dom traktowały jak swój własny. Facet był dość chudy, ubrany w dżinsy i bawełnianą koszulę, lat 20-30. Miał ciemną karnację i krótkie, czarne włosy. Wzrostu nie mogłam określić, bo Punia i Pikuś przewróciły go do pozycji siedzącej.
Dość długo witał się z psami, ale w końcu podniósł się z trawy i wszedł do domu. Jeszcze raz wymieniłyśmy z Gancą spojrzenia, lecz obie podążyłyśmy za nim.
Z kuchni (w której znajdowali się mama z ciocią, no i ten dziwny typ) dobiegały teraz, jak łatwo się domyśleć, odgłosy charakterystyczne dla ludzi, którzy witają się, jakby się widzieli ostatni raz wieki temu. Po chwili wahania weszłyśmy tam. Ja skierowałam się do sąsiadującego pokoju, bo, ku mojej wielkiej radości, ujrzałam tam Mrunię (kotkę, także należącą do Michała i także traktującą nasz dom jak swój, po prawie całym dniu samotnikowania wśród łanów zbóż) i zamierzałam ją trochę pomolestować; Ganca jednak została w kuchni.
- Pokaż, co czytasz? - dobiegł mnie stamtąd obcy głos, należący z pewnością do dziwnego typa. - Harlequin?
Zerknęłam przez szparę w drzwiach. Ganca pokręciła głową.
- "Westchnienia jak morskie huragany"? Hmm... - Oglądał okładkę przez krótką chwilę, później odłożył książkę na tapczan. - Nie znam. A co, pewnie jakiś Harlequin?
Jak można pomylić Martę Fox z Harlequinem? Jak można, pytam?! Bardzo, bardzo dziwny typ...
Pokusa wygrała. Weszłam do kuchni.
- Monisiu, to jest twój kuzyn, Jakubek - uświadomiła mi mama. No, zawsze coś. Przynajmniej ten typ nie jest obcy... - Jesteście oboje czwarte pokolenie. Wasze prababki były siostrami.
- Moja babka-pra Janina? - ożywiłam się; moja babka-pra Janina to była właśnie ta, która ożeniła się dwa razy.
- Jaka babka-pra? Prababka, po prostu prababka. Tak, Janina.
Spojrzałam na dziwnego typa Jakubka jeszcze raz. Uśmiechał się. Miał taki dziwny uśmiech, nikt nie ma takiego, jak on. Uśmiechnęłam się także.
- Długo tu jesteście? - zagadał do mnie.
- Drugi dzień.
- A długo będziecie?
Wzruszyłam ramionami.
- Te, coś taka małomówna?
Ano, taka moja natura, że jestem małomówna. Zresztą, jak chcę, to mogę gadać jak najęta - o czym miały okazję przekonać się Dino i Muchasa, czyli Diana i Michasia, pewnego, słonecznego dnia, kiedy to wybrałyśmy się z panią Cekierą do Koźla... Ale to już całkiem odrębna historia.
No więc (...) wtedy jakoś mi się zebrało na gadanie, i z moich ust zaczął się wylewać urodzajny potok słów:
- Nie wiem, czy na długo, ale mam nadzieję, że tak. Planujemy tylko tydzień, ale jak nam się spodoba, to może dłużej. Mnie tam się podoba, nie wiem, jak mamie i Martynie, ale mnie tak, więc jeśli im też się podoba, to może zostaniemy na dłużej... Ja bym chciała, jak już zresztą mówiłam. Tu jest strasznie fajnie, jesteśmy tu dopiero drugi dzień, a już jest fajnie, co nie, Ganca? No, ja myślę. Normalnie, widziałyśmy krasulkę...
- Krasulkę?
- Tak, krasulkę, nie przerywaj. No więc...
- Nie zaczyna się zdania od "no więc"...
- ...no więc widziałyśmy krasulkę, i to z bliska! Całkiem z bliska, co nie, Ganca? Ja z nią nawet gadałam, ale ona była jakaś taka małomówna...
- Czego nie można powiedzieć o tobie...
- ...taka małomówna, a szkoda, bo fajnie by było, gdyby raczyła się odezwać. Naprawdę, te jej czarne łaty wyglądały zachęcająco...
- Czarne łaty? A więc krasulka to krowa, tak?
- Tak, krowa, ale nie przerywaj! No więc... Tak, wiem, nie zaczyna się, ale nic nie mów. No więc oprócz gadania z krasulką mam jeszcze mnóstwo innych zajęć. Ostatnio interesuję się genealogią i poznaję swoje korzenie. Jestem już przy babci-pra Janinie, wiem, że miała dwie córki i dwóch synów. Jeden zmarł w wieku siedemnastu lat, drugi żyje do tej pory i ma trójkę dzieci, z czego poznałam osobiście już dwójkę...
- Tak?
- Jak jeszcze raz przerwiesz, to nie wiem, co ci zrobię. Tak, Ulę i Kazika poznałam, jeszcze tylko ta Marysia... Ale wróćmy do babci-pra Janiny, która miała dwie córki. No więc jedna to moja ciocia, a właściwie ciocia mojej mamy - o, ta - wskazałam głową ciocię Miecię, posyłając jej uśmiech - a druga to moja babcia Basia, która przyjeżdża w poniedziałek ze swoją koleżanką Wandzią. A ta koleżanka Wandzia to podobno do wszystkiego się wtrąca, do gotowania, do wszystkiego...
- Monisiu! - przerwała mi z wyrzutem mama.
- Oj, mamo, przecież sama tak mówiłaś, słyszałam na własne uszy, jak mówiłaś, że Wandzia...
- Pani Wandzia...
- Oj, mamo, nie bądź nudna. No więc słyszałam, jak mówiłaś, że Wandzia się do wszystkiego wtrąca, sama tak mówiłaś, nie wypieraj się tego teraz, to będzie kłamstwo, a czytałam, że kłamstwo ma krótkie nogi.
- Bo ma - wtrącił się Jakubek i nagle zaczął się śmiać. - Jak mogłem myśleć, że jesteś małomówna!
Wyszczerzyłam do niego zęby.
- No jak, no jak... proszę pana.
Jakubek spoważniał.
- O, nie! Tylko nie proszę pana, nie proszę pana! Nikt nie może do mnie mówić per pan! To mnie postarza.
- W takim razie ile ma pan lat? - spytałam z figlarnym uśmieszkiem.
- Te, mała! - W tym zdaniu nie wyczułam ani wyrzutu, ani żalu, ani urazy. Raczej rozbawienie, czy nawet ironię. - Jak jeszcze raz powiesz pan, to...
- Och, nie bądź pan nudny - mruknęłam, a Ganca zachichotała. - No, to ile ma pan wiosenek?
- No, powiedzcie sami, czyż to nie jest diabeł wcielony? - i znów rozbawienie.
- Okay, proszę Kuby. Ile Kuba ma lat?
Dziwny Jakubek złapał się za głowę.
- Słońce ty moje! Żadne proszę Kuby, żadne proszę Kuby! Po prostu: ty!
- Ty, ile zim przeżyłeś?
- No, nie, ona jest niemożliwa... - po raz kolejny rozbawienie, tym razem także w bursztynowo-piwnych oczach.
- Jeżeli czymś Kubę obraziłam, to z całego serca przepraszam.
Pomyślałam z ulgą, że Jakubek ma poczucie humoru.
- Ech, z nią to się nie dogadasz! - westchnął Kuba machając ręką.
- Więc ile Kuba ma lat?
Spojrzał na mnie przeciągle, w oczach wciąż miał to rozbawienie.
- Dużo.
- Ile?
- Dużo, mówię przecież.
- Ale ile to jest dużo?
- Dużo to jest... dużo! - roześmiał się. - A na jak dużo wyglądam?
- Na... - spojrzałam na niego uważnie. Na ile wyglądał? Nie siwiał, uśmiech miał taki młody, głos zresztą też. No i to poczucie humoru... Starzy zazwyczaj go nie mają. Czy rzeczywiście ma tak dużo lat? Mnie to on wygląda na dwadzieścia. Czyżby tylko żartował? - Na pięćdziesiąt. Albo coś koło tego - uśmiechnęłam się filuternie.
- Słońce ty moje najdroższe, nie bądź słośliwa!
- Nie jestem! Pytał się mnie Kuba, na ile wygląda - to ja mu odpowiedziałam. Nawet mój okropnie pobożny kolega, przyszły kardynał i jak dobrze pójdzie to nawet papież - nawet on nie dopatrzyłby się tu złośliwości.
- Czy ona zawsze jest taka? - zapytał, rozbawiony, moją mamę.
- Nie zawsze - mama uśmiechnęła się. - Charakterek to ma, ale jest zdolna, inteligentna. Dobrze się uczy, umie robić na drutach, gotuje, dużo czyta...
- Gotuje? - ożywił się Kuba i spojrzał na mnie z szacunkiem. - No, to super! Robimy naleśniki? - zapalił się, zacierając dłonie.
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Naleśniki? Teraz? Tylko dlatego, że mama powiedziała, że umiem gotować? Bardzo, bardzo dziwny typ...
- Możemy. Ale ja robię, a ty patrzysz. :D
- Okay. To dawaj.
Podeszłam do piecyka, który pełnił rolę półki na garnki, wzięłam z niego jeden, średniej wielkości, i postawiłam na stole. Wyciągnęłam z lodówki karton mleka i chciałam je wlać, ale powstrzymała mnie dłoń Kuby.
- Nie. Ja robię ciasto z wody.
Istotnie, w jego cieście (w jego cieście?! Przecież to ja miałam robić!) nie było ani kropelki mleka. Wlał do garnka z pięć szklanek wody, dodał trochę mąki (moim zdaniem stanowczo za mało; ciasto miało konsystencję całkowicie rzadką), rozbił jedno jajko i wręczył mi trzepaczkę z nakazem:
- Le mehdaj.
Nie merdałam.
- A cukier?
- A cukier, słońce ty moje, będzie w nadzieniu.
- A w cieście?
- A w cieście nie będzie.
- Dlaczego?
- Przed chwilą ci powiedziałem.
- Dlaczego? - powtórzyłam.
- Bo będzie w nadzieniu!
Wzruszyłam ramionami i przemyciłam dwie łyżeczki cukru.
- Słońce ty moje złote, mówiłem, że cukier będzie w nadzieniu! - jęknął Kuba, zabierając cukiernicę ze stołu.
- To ja robię, czy ty?! - zdenerwowałam się.
- Złotko, nie denerwuj się. Robimy razem. No, mehdaj, mehdaj. Le mehdaj.
- A dlaczego nie "la", tylko "le"? - zainteresowałam się, posłusznie zabierając się do merdania.
- Bo tak mi jest wygodnie. Mehdasz? Dobrze, dobrze. Mehdaj.
Kiedy ciasto było już porządnie "wymerdane", zapaliłam jeden palnik (kuchnia wyposażona była i w piec kaflowy, i w kuchenkę gazową), wzięłam z piecyka patelnię, położyłam ją na kuchence i wylałam nań ciutkę oleju. Dalej stery przejął Jakub.
Po chwili talerz napełnił się naleśnikami, a ja, czując ciche, na razie, burczenie w brzuchu, wyciągnęłam twarożek z lodówki, by później utrzeć go z cukrem.
- Ale zostaw trochę - poprosił Kuba - to przyjdę jutro i zrobimy pierogi. Odkrój najlepiej gdzieś tak jedną czwartą.
- Nie możesz zrobić nadzienia z pieczarek? – zdziwiłam się.
Uśmiechnął się.
- Ser mi jest potrzebny do ciasta. Chciałbym zrobić pierogi według mojego własnego przepisu. No, zostaw trochę. Odkrój jedną czwartą.
Wtedy właśnie w mojej głowie powstał nagły konflikt. Rozsądek spierał się z głupotą - głupota twierdziła, że Jakub żałuje mi twarogu, a rozsądek - że głupota jest głupia i że na pewno mi nie żałuje, tylko chciałby jutro zrobić pierogi i grzecznie prosi o to, żeby zostawić trochę sera. Głupota wygrała, w wyniku czego schowałam twarożek do lodówki i usiadłam przed nią, blokując otoczeniu dostęp do niej.
- Słońce, a ty co?
- A ja nic. Chcesz, to rób te swoje serowe pierogi. Ja popilnuję, żeby nikt się nie skusił na pyszny serek.
- Kochanie, przestań! Przecież ci nie żałuję, weź sobie serek jak chcesz, jutro też jest dzień, możemy kupić nowy do pierogów!
Nie odpowiedziałam.
Pomiędzy mną a Kubą, w tym właśnie momencie, zaczęła rozgrywać się dziwna i bardzo głupia gra. Nie wiem, czy on to dostrzegł, ja w każdym razie tak. On wygrałby, jeśli odeszłabym od lodówki, a przegrałby - jeśli bym została. Rozsądek, zasłonięty przez głupotę, nie mógł mi nakazać, żebym odeszła i nie robiła z siebie idiotki, więc głupota miała większe pole do popisu. Wkrótce dołączył do niej upór, a te dwie cechy nie powinny iść z sobą w parze. Wtedy jednak były sojusznikami i dzięki nim wiedziałam, że nie mogę, po prostu nie mogę się poddać i przegrać. Toczyłam więc tę bezsensowną grę, dzięki uporowi nie przerywając jej, i Kuba także ją toczył. Moja rola była znacznie prostsza od jego: siedzieć, gapić się w kąt i nie słuchać jego paplaniny. Jego zadaniem natomiast było, za pomocą dobrze wyszukanych argumentów lub, w ostateczności, przemocy fizycznej - zmusić mnie do spasowania.
- Najdroższe, najukochańsze słoneczko, odejdź od tej lodówki, twój upór jest jak najbardziej bezsensowny!
Oczywiście, że był bezsensowny, najbezsensowniejszy na świecie i w dodatku najgłupszy, wiedziałam o tym doskonale - ale jeszcze doskonalej wiedziałam, że jeśli już ta bezczelna głupota wysłała mnie pod lodówkę, to rozsądek, nie szczędząc mi słów nagany, będzie mógł odesłać mnie stamtąd dopiero wtedy, kiedy Kuba się podda i pójdzie do domu. To była moja dewiza, mój cel - bezsensowny, ale konieczny do zrealizowania.
- Nie jest bezsensowny - mruknęłam niechętnie. - Po prostu chcę mieć jutro pierogi na obiad.
- Ty chcesz pierogi, a twoja mama chce naleśniki z serem. I co teraz? Toczysz beznadziejną walkę ze swoją mamą.
Nie toczyłam walki ze swoją mamą. Zastanawiam się do dziś, czy Jakub wiedział, z kim ją toczyłam. Podchwyciłam wzrok mamy; patrzyła na mnie z wyrzutem.
- I nic teraz. Mama może zjeść z dżemem.
Spojrzał na mnie bez wyrazu, zbliżył się i przykucnął naprzeciw. Spojrzał mi w oczy, ale nie mogłam znieść jego spojrzenia i odwróciłam wzrok.
- Skarbie mój, najzłotszy, najdroższy, czy ja cię czymś obraziłem?
Nie odpowiedziałam.
- Cóżem ci uczynił?
Milczałam.
- Czymże zasmucił, albo czym zawinił?
Nic.
- No, powiedz!
Zero reakcji. Przecież nie mogłam mu wszystkiego wyjaśnić.
- Cukiereczku mój, powiedz, jak ja mam cię przekonać, żebyś odstąpiła ten nieszczęsny ser?
- Nijak - wycedziłam.
Patrzył na mnie jeszcze chwilę, czułam jego wzrok na sobie, mimo że ja swój zatrzymałam na rogu stołu.
- I znów małomówna - westchnął. - Obraziłaś się, tak?
Nic. Cisza.
- Co ja mam zrobić? - jęknął, zrozpaczony, w stronę mamy.
- Zacytuj coś - podsunęła ciocia. - Najlepiej Mickiewicza. Monika chyba lubi Mickiewicza...

- Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie;
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.
Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem...

Mówił to wszystko bardzo szybko, jakby uczył się pierwszych stron "Pana Tadeusza" na pamięć. Ja, szczerze mówiąc, znam tylko dwa i pół wersa; kiedyś próbowałam czytać i dobrnęłam do bodajże dziesiątej strony. Strasznie mnie to nudziło.
Nie miałam pojęcia, po kiego grzyba Kuba miał mi to cytować. Co z tego, że lubię Mickiewicza? Czy to miało pomóc rozsądkowi w odesłaniu mnie spod lodówki? Ależ ta ciocia ma pomysły...
Siedziałam spokojnie, gapiąc się w róg stołu, i traktując Kubę jak powietrze. Nawet nie drgnęłam, chociaż w środku wszystko we mnie wrzało.
- Nie pomaga! - zauważył ponuro. - Może jakiś inny sposób?
Ciocia wzruszyła ramionami, a na jej ustach dostrzegłam leciutki, ledwo zauważalny uśmiech. Ganca, jak podejrzewam, z nudów - czytała "Westchnienia jak morskie huragany", mama natomiast sięgnęła po "Bezpieczne miejsce" i zaczęła udawać, że cała akcja nic a nic ją nie obchodzi.
Kuba westchnął, wziął w palce kosmyk moich włosów i zaczął pleść warkoczyk. Plótł i plótł, a kiedy zauważył, że wiercę wzrokiem dziurę w stole i nie zwracam na niego najmniejszej uwagi, spytał z rozpaczą:
- Słońce, czy to ci nie przeszkadza?
Spojrzałam na niego.
- Niby co? - warknęłam.
- No, to, że robię ci warkoczyka.
- To miało mi przeszkadzać?
- Myślałem, że będzie.
- Myliłeś się - burknęłam i zaczęłam bezmyślnie gapić się w muchę, ugrzęzłą w lepie zawieszonym na lampie.
A mojemu inteligentnemu kuzynowi chyba wpadła do głowy jakaś złota myśl, bo zaczął od nowa:
- Czy wiesz, że to jest złośliwość?
Nie wiedziałam. I nie wierzyłam. Albo udawał, albo naprawdę nie wiedział, co to jest...
- Naprawdę, to jest złośliwość - ciągnął. - Jesteś teraz złośliwa, i dla mnie, i dla twojej mamy, i nawet dla siebie. Twój czyn nie jest niczym uzasadniony ani usprawiedliwiony, ale jest negatywny. Robisz mi teraz na złość. Mi, mamie i sobie samej...
Filozof się znalazł! Nie jest uzasadniony? Jest! Może to głupie i bezsensowne uzasadnienie, ten upór, który mnie prześladował - ale jest, więc filozof niestety się myli. Jemu na złość nie robię, tym bardziej mamie, jeśli już, to samej sobie - i tylko tu, w tym jednym stwierdzeniu, filozof może i miał rację. Tylko tu!
Uparcie wpatrywałam się w muchę, jeszcze żywą, obserwowałam jej rozpaczliwe wysiłki; chciała się uwolnić z tej pułapki, ja też chciałam, prawdę mówiąc – ale nie mogłam. Upór i głupota za żadne skarby nie pozwoliłyby mi na to.
Usta zaciskałam w cienką linijkę, milczałam.
Filozof patrzył na mnie wyczekująco, jakby w nadziei, że skomentuję jego arcymądrą wypowiedź, a kiedy stwierdził, że się nie doczeka - wzruszył ramionami i znów zaczął bawić się moimi włosami; tym razem robił mi coś, co przypominało bocianie gniazdo, które widziałam z Gancą pierwszego dnia pobytu tutaj.
- Zawsze jesteś taka uparta? - poinformował się, szorując dłonią po mojej głowie.
- Nie.
- Więc dlaczego jesteś uparta teraz, w tak bezsensownej sprawie?
Ha, dobre pytanie. Tu nasz filozof trafił w dziesiątkę, bo sama zadawałam sobie to pytanie, zwymyślając od idiotek. Wiedziałam, już wtedy, kiedy dotykałam plecami białych drzwi lodówki, już wtedy wiedziałam, że za kilka lat, miesięcy, tygodni... że już jutro będę się z tego śmiać, że będę z uśmiechem pobłażania wspominać swoją głupotę (i nie myliłam się). A jednak nie wiedziałam, dlaczego byłam taka uparta wtedy, w tak bezsensownej sprawie.
Nie odpowiedziałam, studiując uważnie lep na muchy.
Zostawił w spokoju moje włosy, podniósł się i zabrał się do pałaszowania naleśników - suchych, bez nadzienia.
- Szkoda zachodu - stwierdził, machając ręką. - Uparta jak osioł, będzie siedzieć. Niech siedzi.
Czułam, że ciężki będzie ten wieczór - ciężki i nudny.
- Chcesz Sabcię? - spytała nagle Ganca, odrywając się od Marty Fox.
- Po co? - spytałam obojętnie.
- Ot, tak. Żeby ci nie było nudno, jeśli naprawdę masz zamiar siedzieć tu do jutra.
- I tak będzie nudno - mruknęłam. - Ale tak, mam zamiar siedzieć tu do jutra. Możesz dać.
Podeszła do mnie i położyła mi królika na kolanach. Głaskałam delikatnie puszyste, szare futerko i było mi jakoś raźniej. I cieplej.
Filozof patrzył na to z nieskrywaną ironią. Żuł naleśnika ze smakiem, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że jemu na serze nie zależy.
W jego wzroku powoli odczytywałam wyczekiwanie. Jeśli czekasz na to, aż się odezwę – pomyślałam – to raczej się nie doczekasz. Lep na muchy miał już sporą dziurę, którą starannie i czasochłonnie wierciłam wzrokiem, więc teraz przeniosłam go na stary, biały kredens, stojący prawie naprzeciwko mnie.
A Kuba musiał poczuć znów przypływ chęci negocjowania, bo zbliżył się do mnie ponownie, przykucnął i powiedział oficjalne:
- Spróbujemy jeszcze raz, skarbie mój najdroższy. Czy fakt, że jestem w stanie błagać cię o odstąpienie lodówki na kolanach, zmniejszy choć o ciupkę twój upór?
Ciocia zachichotała, negocjator patrzył na mnie wyczekująco, a ja gapiłam się na kredens.
- Nie – stwierdziłam po chwili.
Negocjator westchnął, ale negocjował dalej:
- Proponuję kompromis, czyli tak zwane obustronne porozumienie, jeśli nie wiesz... – Znów ironia w spojrzeniu. - Ty oddajesz kawałek sera mamie, a z resztą robisz, co chcesz, a ja jutro przychodzę tu z własnym.
No, tak. Tego tylko brakowało. Teraz wszyscy, ciocia, mama i Ganca, wszyscy pomyślą, że moim celem jest zrobić na złość mamie. „...oddajesz kawałek sera mamie” – dobre sobie! Zrozum, Mamuś, że ja chciałam, ja bym Ci oddała ten nieszczęsny, ach jakże nieszczęsny! – ser z przyjemnością, ale zrozum, błagam, zrozum, że nie mogłam...
- Odpada – burknęłam.
Zgadnijcie, co zrobił? Westchnął! Który to już raz dzisiaj?
Nieważne.
Westchnął i próbował mnie podnieść. Ha! Taka lekka znowuż nie jestem, jak bardzo się wtedy z tego cieszyłam! Szarpałam się, zaparłam, ale w końcu mnie złapał, podniósł i, wciąż mnie trzymając, stanął koło pieca.
Co byście zrobili na moim miejscu? Zaznaczę: na moim miejscu. Na moim miejscu, czyli na miejscu głupoty i uporu, które jeszcze mnie nie opuszczały. No więc? Co byście zrobili? Padlibyście na kolana i zaczęlibyście się podlizywać, przepraszać? Wątpię.
Ja w każdym razie nie postąpiłabym tak nawet, jeśli głupota i upór zabrałyby się i poszły (tak zawsze mówi moja babcia Marysia), a przypomnę, że wcale się nie zabrały i wcale nie poszły. Dyktowały mi, co mam robić, wskutek czego już po ułamku sekundy znalazłam się znów przy lodówce.
Po prostu mu się wyrwałam. Szarpnęłam się i wyrwałam, i pognałam – wiadomo gdzie. (Wyglądało to bardzo śmiesznie, o czym dowiedziałam się z późniejszej relacji Gancy. Że niby ja go wywaliłam na ten piecyk... Ja wiem? Możliwe, że go wywaliłam, myślicie, że zwracałam wtedy uwagę na to, czy go wywalę, czy nie?).
Spojrzał na mnie tak dziwnie, prawie bez wyrazu, ale jakiś wyraz jednak miało to jego spojrzenie – tylko nie rozszyfrowałam, jaki. W każdym razie spojrzał na mnie dziwnie, a ja uśmiechnęłam się tryumfująco do kredensu; białego, starego kredensu, należącego niegdyś (jak reszta mebli w tym domu) do mojej babki-pra Janiny.

***

Upór spisał się doskonale. Wygrałam. Rozsądek (nie szczędząc mi słów nagany) odesłał mnie spod lodówki o godzinie 22.40.
Nie powiem, żebym wtedy, opierając się plecami o zimne drzwi – żebym wtedy czuła się szczęśliwa. Wprost przeciwnie: czułam się okropnie! Palił mnie wstyd i złość – nie na Kubę, ale na upór i na głupotę. Gdyby nie one...!
Nie było mi do śmiechu. Ale teraz? „Wiedziałam, już wtedy, kiedy dotykałam plecami białych drzwi lodówki, już wtedy wiedziałam, że za kilka lat, miesięcy, tygodni... że już jutro będę się z tego śmiać, że będę z uśmiechem pobłażania wspominać swoją głupotę (i nie myliłam się)” Nie myliłam się! Teraz chce mi się śmiać z własnej głupoty! I, co ciekawe, już wtedy chciało mi się śmiać... Wyobrażacie to sobie?

Podsumowanie: może jednak powinnam być wdzięczna głupocie? Przynajmniej jest się z czego pośmiać :)

Podpis: 

Mila S. sierpień 2005
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sprawca (fragment II) Sprawca (fragment) Taedium vitae
Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?
Sponsorowane: 75Sponsorowane: 70Sponsorowane: 65
Auto płaci: 65

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2021 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.