https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
30

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 52

  Serce wewnątrz klatki cz.1  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W styczniu nagrodą jest książka
Piąta kobieta
Henning Mankell
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 52

Serce wewnątrz klatki cz.1

Kraina Niekończącej się Bajki -cz.II. rozdział VII

Pajacyk zagryzł wargi, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo Las Umarłych go zaskoczył. Gęsiej skórki na drewnianym grzbiecie nie brakowało.

Hagan - Wyjście w mrok

Pierwsze fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda.

Hagan - Ciało bez kości

Drugie fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Kolejne pojawi się niebawem. (Prolog w opowiadaniu Wyjście w mrok)

Kraina Niekończącej się Bajki - cz.II. roz. VIII

— Pajacu! Duchy! Krążą wokół nas, szukają dziury, by się tu dostać. Popatrz, jestem biały jak prześcieradło — wyszeptał bez tchu.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Bliskie spotkania

Chodźmy...

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
6145
użytkowników.

Gości:
6145
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 3803

3803

Natura Lucka cz.IV

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
03-12-13

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Psychologia/Rodzina/-
Rozmiar
15 kb
Czytane
2643
Głosy
7
Ocena
4.93

Zmiany
03-12-13

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P12-powyżej 12 lat

Autor: Zenon_Śmietana Podpis: Zenek Śmietana
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
A jedna, syn musi odejść. Do Ewentualnych czytelników - jak już to czytacie, to napiszcie chociaż co myślicie, proszę:)

Opublikowany w:

Natura Lucka cz.IV

Natura Lucka cz.IV - Pierwsza noc w lesie

Wieczór zastał Kazimierza rąbiącego drzewo w stodole. Ściemniło się nagle, wiatr się wzmógł i szarpał gniewnie nagimi gałęziami drzew. Zza pagórka dobiegała łuna różowego, ciepłego światła latarni elektrycznych ze wsi. Mrok, który wdarł się wraz wiatrem do stodoły przeszkodził Kazimierzowi w kontynuowaniu czynności. Mężczyzna pozbierał z klepiska kawałki drzazgi i załadował je do nosidła. Potem zamknął za sobą drzwi i wydeptaną w śniegu ścieżką podążył do domu. W kuchni paliła się świeca. Był w stanie dostrzec ślizgające się po ścianach wewnątrz echo płomienia.
Postanowili z Małgorzatą, że jednak dziś wieczór zaprowadzą Lucka do starej leśniczówki na skraju lasu. Kiedy Kazimierz wrócił ze sklepu sporo nawymyślali sobie z żoną. Kazimierz nie był w stanie uwierzyć, że i on, i Małgorzata są w stanie posunąć się tak daleko. Bali się jednak, oboje się bali, że ktoś mógłby zobaczyć ich syna. Dlatego postanowili zaprowadzić go do leśniczówki po zapadnięciu zmroku.
Kazimierz na początku nie zgodził się. Powiedział żonie wszystko co słyszał od Mańci i od Jędrka, i dodał, że po jego trupie dojdzie to do skutku. Wtedy Małgorzata się na dobre rozkrzyczała, zaczęła tłuc go na oślep po twarzy, drapać tak, że w końcu usiadł bezradny na krześle i załamał ręce.
- Słońce juz zasło, moze pora? - powiedział wchodząc do mieszkania.
Małgorzata siedziała odwrócona do niego plecami. Na nagich kuchennych ścianach pływały tajemnicze cienie. Nie odezwała się ani słowem.
- Spakowała go?
Spostrzegł, że kiwnęła głową, jakby nie mogła mówić.
- Powiedz co no...
- Co mam gadać - głos jej był rozedrgany. Kazimierz był pewien, że płakała.
- Nie ryc - usiadł obok niej - tak tseba, sama mówiłaś.
- Kiedy ja nie moge... - łzy błyszczały w jej oczach, co raz wycierała kawałkiem szmaty nos.
- A jak oni przyjdą, jak cała wioska się zejdzie, to będzie wstyd dopiero.
- Wstyd, kurwa, to twoja wina.
- Co moja, co moja ?
- Było latać i bałamucić...
- Młode bylim...
- Idź, weź go i zaprowadź, niech bedzie święty spokój.
Kazimierz zamilkł nie próbował jednak nawet wstać. Wiedział, że nogi odmówiłyby mu posłuszeństwa. Siedział dysząc ciężko i pokasłując od czasu do czasu, z wzrokiem wlepionym w ciemność za oknem. Przerażała go ona niezmiernie, zdawała się wkraczać w jego życie i wypełniać je po brzegi. Z odrętwienia ocknął się dopiero po kilku minutach. Przeszedł do sieni, założył kożuch i opatulił głowę szalem. Otworzył drzwi do piwnicy i krzyknął kilka razy imię syna.
- Lucek ! Lucek, chodź no pójdziemy do twego nowego domu - starał się nadać tonowi swego głosu wyraz jak najbardziej pewny i zdecydowany. Nie doczekał się jednak odpowiedzi.
- Chodź Lucek do ojca, no.
Cisza. Może jakiś szmer, ale nic się nie zmieniło. Kazimierz zdecydował się w końcu zejść do piwnicy.
- Lucek ,nie jestem w nastroju na zabawę w chowanego, wyłaź. - Kazimierz zszedł po schodach na dół. Czuł wokół zaduch jaki wydzielał grzyb, którym oblepione były drewniane części konstrukcji piwnicznego stropu.
- No chodź, bo dostaniesz kijem... - dopiero te słowa sprawiły, że spośród czerni pomieszczenia dobiegł do jego uszu bardzo wyraźny szmer - No Lucek, bądź grzeczny.
Chłopak leżał na swoim posłaniu z siana i szmat, cały opatulony w stary kożuch Kazimierza.
- YYYYYYY..... - rozległo się nagle w ciemności - yyyyaaaaannnn...
Kazimierz aż wzdrygnął się na wspomnienie tych odgłosów. Ostatnim razem, kiedy chłopak wydawał takie dźwięki, następnego ranka Kazimierz znalazł w lesie trupa dziewczyny.
- Chodź idziemy - podszedł bliżej i złapał leżącego za kołnierz. Tamten jednak ani drgnął.
- yyyyyyyyiiiiiiiiiiii.... - głos jego przeszedł w przenikliwy pisk.
- Ruszysz się, czy nie? - Kazimierz starał się nadać swojemu głosowi taki sam stanowczy ton.
O dziwo Lucek ruszył się bez większego oporu. Popiskiwał tylko cicho od czasu do czasu. Stanął na nogach. Chyba wyczuwał, że za chwilę stanie się coś, co raz na zawsze gruntownie zmieni jego życie. Niektórzy wierzą, że ludzie upośledzeni mają właśnie jakiś dodatkowy szósty zmysł, który rekompensuje w pewien sposób niedostatecznie poprawne funkcjonowanie innych. Kazimierz też w głębi duszy w to wierzył.
Przeszli kilka kroków znaleźli się na schodach. Tu Kazimierz musiał pomóc synowi wydostać się na górę. Po chwili znaleźli się w mrocznym korytarzu. Z kuchni dobiegał migotliwy blask płomienia. Kazimierz był dzięki niemu w stanie zobaczyć groteskową twarz Lucka. Wzdrygnął się jednak kiedy ujrzał ją kątem oka. Poczuł ogromny lęk płynący właściwie nie wiadomo skąd. Bał się syna, bał się tej strasznej, rozszczepionej wargi, tego spłaszczonego nosa, tych oczu błyskających w półmroku korytarza jak wilcze ślepia. Bał się nawet tego zapachu, którym przesiąkł jego stary kożuch, okrywający obecnie barki Lucjana.
Kazimierz nic nie mówił. Nie miał siły wypowiedzieć ani słowa. Zatrzymał się na chwilę w kuchennych drzwiach. Małgorzata nadal siedziała tyłem do wejścia z twarzą ukrytą w dłoniach. Od czasu do czasu jej ciałem targały konwulsje łkania. Nie wydawała jednak z siebie żadnych dźwięków. Kazimierz podniósł stojący w rogu obszerny tobołek i zarzucił go sobie na plecy. Zawiniątko było niezwykle ciężkie. Kazimierzowi wydawało się, że przygniata go do ziemi.
Bez słowa minął stojącego w przedpokoju Lucka i wyszedł na zewnątrz nie zamykając za sobą drzwi. Po kilku krokach przystanął i głęboko westchnął. Czekał.
Noc rozpostarła się przeraźliwie czarna już na dobre. Bardzo wyraźna łuna bijąca zza pagórków zbladła, osiadła leniwie na stojących wysoko nad ziemią ciemnych chmurach. W powietrzu czuć było powiew muskający twarz i włosy. Spośród zlewającego się w mroku świata, Kazimierz odróżniał jaśniejszą połać śniegu pod nogami i na wprost swoich oczu.
Postąpił jeszcze kilka kroków.
- Chodź Lucek... - rzucił cicho w przestrzeń. Głos jego zadrżał, zadzwonił jak szklane naczynie. Stłumiła go cisza nocy. Po chwili jednak ciężkie kroki Lucka zniszczyły tę ciszę złowrogą. Trzaśnięcie drzwi i Kazimierz ruszył przed siebie. Nie patrzył wstecz. Dopóki słyszał za sobą skrzypienie śniegu pod podeszwami butów syna.
Przypomniał sobie, jak chodzili kiedyś razem nad rzeczkę na ryby. W najszerszym i najgłębszym miejscu brały najlepiej. Któregoś dnia mały Lucek wpadł do tej rzeki. Kazimierzowi wydawało się wtedy, że cały świat się kończy. Bez namysłu skoczył mu na ratunek. Wszystko skończyło dobrze.
Tylko później Magorzata. W młodości nie była taka. Bardziej była milcząca. Kiedy urodziła Lucka płakała. Tyle płakała; i Kazimierz z nią. Nie wiedział, że można tyle płakać. Dzień w dzień i noc w noc. Tygodniami, miesiącami... Potem nagle zamilkła. I nic nie mówiła. Była z nim milcząca, krucha i twarda jednocześnie. Kazimierz starał się o nią i o syna jak mógł.
Potem się to wszystko zaczęło. Te nieszczęścia, to natrętne, gorsze od jakiegokolwiek zła ludzkie gadanie. Na początku Kazimierz jakby tego nie zauważał. Potem nagle wszystkie drobne detale nabrały monstrualnego znaczenia. Bolały jak źle zgojone rany.
Kierowali się na wschód, w stronę lasu. Od zagrody Kazimierza dzieliło go jakieś trzy kilometry przez pola. Żeby dość do starej leśniczówki, musieli przejść jeszcze ze dwa kilometry lasem. Leśniczówka znajdowała się głęboko w puszczy i była stara jak świat. Starsza od Kazimierza. Przed wojną urzędował tam leśniczy. Jak przyszli Niemcy to budynek podpalili. Dopiero po wojnie przyjechali jacyś ludzie i coś tam zaczęli odbudowywać. Mieszkali też trochę, ale któregoś lata przyszła wichura, zwiała im dach i zniszczyła większość posiadłości. Nie mieli pieniędzy, żeby odbudować, czy jakieś antypaństwowe interesy tam knuli, nie wiadomo. Grunt, że wyjechali i słuch o nich zaginął. Budynek natomiast stał i niszczał. Nikt w ogóle nie raczył się nim zająć. Tylko czasami jakiś włóczęga zatrzymywał się w ocalałej piwnicy na nocleg, albo dzieciaki z okolicznych wiosek urządzały sobie różne zabawy.
Piwnice leśniczówki były doskonale zachowane i suche. Kazimierz był pewien, że Lucek nie będzie miał przynajmniej wilgoci. Kiedyś już chodzili tam z Małgorzatą, żeby sprawdzić, czy aby nie jest to kompletna ruina. Ale mimo iż leśniczówka sprawiała takie wrażenie, miała jeszcze zakamarki całkiem użyteczne.
W miarę jak szli, nogi Kazimierza stawały się coraz bardziej oporne, a jego ciało i bagaż - cięższe. Po godzinie postanowił się zatrzymać. Zrzucił ciężar z pleców i przysiadł na nim dysząc ciężko. Lucek stał tuż za nim. Twarz miał owiniętą szalikiem, ale panowały takie ciemności, że Kazimierz nie zdołałby ujrzeć jego oblicza.
- Teraz ty będziesz niósł tobołek - powiedział.
Lucek przykucnął obok niego. Wydał się Kazimierzowi całkiem normalny w swoich ruchach. Jak zdrowy młody mężczyzna.
- Dlaczego ? - zapytał po chwili Kazimierz - Dlaczego tak musi być, nie wiesz ? - Odwrócił twarz chcąc spojrzeć synowi w oczy. Ujrzał ciemność. Był jednak pewien, że tamten jest tak samo bezradny jak on w tej chwili.
Ruszyli znowu po jakichś pięciu minutach. Od tej pory robili przerwy w zależności od zmęczenia. Niemniej jednak Lucek przez cały czas niósł swój tobołek i zawsze zatrzymywał się tylko wtedy, kiedy i Kazimierz przystawał. W oczach ojca Lucjan był przez cały ten czas tak przerażająco normalny, może dlatego, że było ciemno, może dlatego, że Kazimierz nie widział jego upośledzonych ruchów i wykrzywiającej się co raz w sposób bardzo groteskowy, twarzy. Był tak przerażająco normalny.
Las zamknął się za nimi dopiero po ośmiu przystankach. Mimo ciemności Kazimierz doskonale znał drogę. Wiła się białym szerokim traktem. Kazimierz pamiętał czasy kiedy wraz z przyjaciółmi ukrywali się w lesie podczas wojny. Najpierw przyszli Niemcy. Oni wtedy prawie od razu uciekli do lasu. Siedzieli tam przez parę lat, prawie w ogóle nie wychodząc. Włóczędzy dostarczali im wieści, czasem który z nich wyskoczył do wsi okolicznych zasięgnąć języka, kupić jedzenia. Las był wtedy potężną twierdzą. Bastionem nie do zdobycia.
Później, kiedy już wyszli z lasu i wrócili do swoich domostw, Kazimierz często jeszcze wracał w dawne miejsca. Las odcisnął na nim swoje piętno.
Siła to było coś czego Kazimierz w żaden sposób nie potrafił zidentyfikować w sobie. Nie chodziło o żadną męskość, o bycie mężczyzną, głową rodziny i gospodarzem. Chodziło o siłę do życia, którą kiedyś dawał mu las i która umarła wraz z zabliźnionymi ranami w jego duszy.
A Lucek? Kazimierzowi wydawało się kiedyś, że odmieniec to rzeczywiście klątwa. Tak jak wszystkim się wydawało. Ale go kochał.
Szli dość długo w milczeniu. W lesie Kazimierz czuł go jednak mniej niż na otwartej przestrzeni. Może dlatego, że wiatr ucichł zupełnie, a nad ich głowami błysnęło mgliście kilka gwiazd. Spokój ogromny wypełniał przyrodę. Bastion drzew wydawał się drzemać pod białą pierzyną. Zmrożony śnieg skrzypiał pod stopami.
Lucek doskonale wiedział, dokąd idą. Znał to miejsce, pamiętał wszystko doskonale z dzieciństwa. Było na wyciągnięcie ręki, tylko wyciągnąć dłoń i czerpać wspomnienia. Oddychał ciężko ze zmęczenia, lecz mimo to czuł się nadzwyczaj dobrze. Dzisiejszy ranek, kiedy to matka zbiła go kijem dudnił w pamięci echem uderzeń. Lucek nie miał jej jednak tego za złe. Nigdy nie miał. Tak po prostu musiało być.
Czuł strach, delikatny jak stąpnięcie kota. Mimo to czuł. Obawiał się tego nowego, które miało go spotkać. Zadziwiająco spokojnie przyjmował jednak to wszystko, co się działo. Chwile kiedy wychodził z piwnicy stały się ostatnimi czasy tak rzadkie, że cieszyła go ta noc i śnieg, cisza i odgłos kroków. To wszystko było piękne. Poza tym przy Kazimierzu czuł się bezpieczny. Widział, że zostanie sam. Kiedy to nastąpi? Za chwilę, może dwie? Ale wiedział też, że ma tych dwoje kochanych ludzi, którzy zamykali go w piwnicy, dawali miskę z jedzeniem, sprzątali kiedy napaskudził na posłaniu i czasami dotykali go, obejmowali i przytulali.
Gwiazdy znikły z nieba, kiedy znaleźli się przy leśniczówce. Kazimierz zapalił zapałkę i szmatę na kiju, którą wcześniej nasączył oliwą. Tak skonstruowana pochodnia oślepiła na chwilę ich obu. Kazimierz rzucił ukradkowe spojrzenie na syna, jakby chcąc sprawdzić, czy może ten odmienił się w ciągu tej ciemnej drogi. Wzdrygnął się jednak i natychmiast odwrócił wzrok. Przeszli bliżej budynku. Kazimierz odnalazł właz do piwnicy i odsunął go. Ze środka zionęło zapachem stęchlizny. Zszedł jednak na dół rzuciwszy uprzednio do środka pochodnię.
Piwnica była duża. Duża i ciemna, pełna pajęczyn. Na jednej ze ścian wisiała kolumna pustych półek. Kazimierz znalazł się w obszernym pomieszczeniu. Płomień pochodni oświetlił miejsce w sposób na tyle dobry, że mężczyzna dostrzegł drzwi w jednej ze ścian. Popatrzył w górę, ale płomienie oślepiły go i nie dojrzał nawet włazu.
- Lucek... Lucek, chodź do mnie - głos załamał mu się, co go zastanowiło.
Usłyszał ruch tuż nad sobą. Po chwili wyciągnął ręce do góry i złapał syna za nogi. Zaraz potem ramiona odmówiły mu posłuszeństwa i Lucek zwalił się na niego całym swoim ciężarem. Minęła minuta zanim ocknęli się z chwilowego szoku i Kazimierz podniósł pochodnię, która znacznie przez ten czas przygasła. Lucek zaraz stanął obok niego. Kazimierz otworzył zauważone wcześniej drzwi i weszli do izby znacznie obszerniejszej od poprzedniej. Stał tam niewielki stolik, a na podłodze walało się kilka desek. Kazimierz nie wiedział skąd to się tu wszystko wzięło; czy stało od dawnych czasów, czy może naznosili tego włóczędzy, lub dzieciaki. Nie wiedział. Mało go to obchodziło. Coraz bardziej natomiast nurtować go zaczęła kwestia ewentualnej konfrontacji, jego innego syna z przygodnym bezdomnym, albo chmarą dzieciaków. Uciekliby, na pewno by uciekli...
W innej ścianie Kazimierz dostrzegł następne drzwi, nie chciał jednak wchodzić do pomieszczenia za nimi. Rzucił w kąt tobołek, a pochodnię na ziemię. Wyjął koce i sporządził dla syna prowizoryczne posłanie. Stare kredki i papier położył tuż obok, tak samo kilka garnków, noży i widelców, trochę siana, jakieś ubrania, które zapakowała Małgorzata i kilka pokrojonych bochenków chleba. Jakieś puszki i mięso położył tuż obok w kącie.
Lucek cały czas spokojny, dopiero teraz zaczął ciężko dyszeć. Przy większym natężeniu światła, Kazimierz byłby w stanie dostrzec szklistość jego oczu i drżenie rąk. Nie widział tego jednak teraz i nie pomyślał nawet o tym, że ciałem syna może wstrząsnąć coś tak ludzkiego jak płacz.
Upewniwszy się, że wszystko jest już na swoim miejscu, a rozmaite szpary i bruzdy w ścianach nie kryją żadnego zagrożenia Kazimierz wyciągnął nóż i zrobił kilka kanapek. Usiedli razem z Luckiem na prowizorycznym posłaniu i zaczęli jeść. Pochodnia płonąca na ziemi otaczała ich ciała ciepłym poblaskiem ognia. Gdzieś dalej ustępował on jednak miejsca pełnej pyłu ciemności.
Wszystko to sprawiało, że struny głosowe Kazimierza zamarły mimo szczerego pragnienia wydania z siebie kilku dźwięków. Jego twarz wykrzywił grymas żalu. Dostrzegł w oczach Lucka coś co chwyciło go z ogromną siłą za serce. Te łzy może, ten smutek i ta cudowna dziecięca bezsilność, przeniknęły głęboko duszę Kazimierza. Nie wytrzymał dłużej. Rozpłakał się wiedząc, że nic nie może poradzić na całe to zło, w którym się znaleźli on i jego synek. Jego malutki synek - Lucjan. Wtulił się potem Kazimierz już bez żadnego obrzydzenia i bez żadnych skrupułów w synowski kożuch. Trwali tak przez długi czas płacząc. Mimo to pierwszy raz od początku świata czuli się razem tak cudownie dobrze, tak bezpiecznie, jak nigdy.

Podpis: 

Zenek Śmietana rok temu
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Kraina Niekończącej się Bajki -cz.II. rozdział VII Hagan - Wyjście w mrok Hagan - Ciało bez kości
Pajacyk zagryzł wargi, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo Las Umarłych go zaskoczył. Gęsiej skórki na drewnianym grzbiecie nie brakowało. Pierwsze fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Drugie fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Kolejne pojawi się niebawem. (Prolog w opowiadaniu Wyjście w mrok)
Sponsorowane: 25Sponsorowane: 20
Auto płaci: 20
Sponsorowane: 20
Auto płaci: 20

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2022 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.