https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
20

Hagan - Wyjście w mrok

Autor płaci:
20

  Pierwsze fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W maju nagrodą jest książka
Wielki Gatsby
Francis Scott Fitzgerard
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Hagan - Wyjście w mrok

Pierwsze fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda.

Hagan - Ciało bez kości

Drugie fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Kolejne pojawi się niebawem. (Prolog w opowiadaniu Wyjście w mrok)

Moc słów

- Wojna przyszła do nas niepostrzeżenie - budzisz się pewnego ranka i już jest. - Gdzie jest, mamo? - zapytała matkę moja sześcioletnia siostra, przecierając zaspane oczy. - Wszędzie, moje dziecko, wszędzie... - odpowiedziała

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Bliskie spotkania

Chodźmy...

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Krzyż

Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie.

Brak

Wiersz filozoficzny

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
6446
użytkowników.

Gości:
6446
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 46235

46235

Wrota Starożytnych - Rozdział XXII

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
08-06-24

Typ
P
-powieść
Kategoria
Fantasy/Przygoda/Przyjaźń
Rozmiar
48 kb
Czytane
3121
Głosy
11
Ocena
4.86

Zmiany
08-08-05

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P12-powyżej 12 lat

Autor: Czapla Podpis: Czapla
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Po dłuższej przerwie, wrzucam nowy rozdział. Nie zostało ich już wiele, nawet nie kilka. O kolejnym starciu, o zyskach i stratach. Przełomowy moment, a Alan jest coraz bliżej celu...

Opublikowany w:

Wrota Starożytnych - Rozdział XXII

ROZDZIAŁ XXII



Kap, kap, kap…
Krople miarowo padały na posadzkę, ale Alan miał wrażenie, że to młot uderza w jego głowę. Ostry, lodowaty ból kuł jego prawą skroń, skutecznie uniemożliwiając myślenie. Chyba jednak wciąż żyję, pomyślał ze znużeniem. Po śmierci człowiek nie czuje nic. A on wyjątkowo wyraźnie odczuwał chłód i wilgoć posadzki oraz smród unoszący się w powietrzu. Słyszał plusk kropel, ból huczał mu w czaszce.
Kap, kap, kap…
Był wyczerpany. Wspomnienia przychodziły miarowo i spokojnie, by po chwili ukazać się w całej okazałości. Przeniesienie meteorytu wyssało z niego prawie wszystkie siły. Chłopak przymknął powieki. Nie było tak źle. Kłucie w skroni wciąż było wyraźne, ale poza tym nie odniósł większych obrażeń. Był po prostu nieźle poobijany i śmiertelnie zmęczony.
Zmusił się do uniesienia powiek. W ciemności zamajaczyły dwie skulone sylwetki. Po chwili poczuł, jak coś ściska mu gardło.
- Ray, Mirle – wybełkotał. Resztką sił podpełzł bliżej, w końcu odetchnął z ulgą. Żyli, na pewno żyli. Z powrotem opadł na plecy. Chciał dotknąć głowy, ale zrezygnował. Myśl, że są z nim przyjaciele miała słodko – gorzki smak. Nie był sam, ale częściowo doprowadził ich do niewoli. Tkwili w jakimś lochu, zdani na obcych.
Cudownie, pomyślał chłopak, krzywiąc się lekko.
Kap, kap… Ich osobisty zegar odmierzał kolejne sekundy.
Wiele kropli później ciszę przerwało skrzypienie drzwi. Alan nie zareagował, tępo wpatrując się w ciemny strop lochu. Zignorował gwałtowne szarpanie i żelazne dłonie ciągnące go ku górze.
- Chodź, czas na wycieczkę.
Gdyby miał siłę, wzruszyłby ramionami. Pozostał bezwolną kukłą, pozwalającą się zaciągnąć w nieznane.
Krople kapały, ale jakby ciszej, wilgoć i smród znikły. Pozostał tylko przejmujący chłód.
Alan przymknął powieki. Nie dbał. Wleczono go schodami ku górze, dalej, dalej, do światła. Ale nie dbał.
Kap, kap, wkrótce i to ucichło.


***


Kap, kap, kap…
Krople krwi rozbijały się o lśniący blat stołu. Krew tworzyła niezbyt ładny, chaotyczny wzorek, wyjątkowo wyraźny na tle jasnego brązu.
Idealna czerwień, pomyślał. Piękny kolor. Zachwyciłby się, ale nie dziś. Nie w tym przypadku.
Teraakar drżącą ręką starł krople ze stołu, przycisnął do ust chustę. Cholera, tego mu teraz brakowało. Nie wziął lekarstw, ale stwierdził, że wytrzyma. Przecież jest silny, czuł się dobrze.
- To by było na tyle, jeśli chodzi o siłę – mruknął cierpko. Wyjrzał na dziedziniec. Przygotowania do obrony przebiegały sprawnie i szybko. Dobrze, bardzo dobrze. Liczył, że Amos będzie zaskoczony.
Zakaszlał gwałtownie, atak omal nie zwalił go z nóg. Zacisnął powieki, próbując stłumić piekący ból rozdzierający klatkę piersiową. Już niedługo, pomyślał. Niech tylko go przyprowadzą.
W tym samym momencie do pokoju wszedł starszy mężczyzna. Błyszczące ciemne oczy beznamiętnie omiotły pokój i zatrzymały się na Teraakarze. Twarz obcego nawet nie drgnęła
- Druid Gothard – zaczął. – To ja miałem dostarczyć panu meteoryt.
- Szalenie się cieszę . Masz go przy sobie?
Druid nie zdążył odpowiedzieć, bo do pokoju wszedł postawny mężczyzna o kwadratowej szczęce i strażnik wlekący za sobą jakiś tobół. Ten okazał się być młodym chłopakiem. Strażnik bezceremonialnie rzucił go na środek gabinetu.
- Ostrożniej – warknął Teraakar. – Pobrudzicie dywan.
Druid uśmiechnął się blado. Strażnik wyszedł bez słowa. W milczeniu wpatrywali się w skulonego na podłodze chłopaka.
- Odpowiadam panu na pytanie – zaczął spokojnie druid. – To ten chłopak posiada meteoryt. Ścigaliśmy go po całym kraju.
- Cudownie. Miło, że nawet pofatygowaliście się go tu do mnie przywlec. Ale ja chcę tylko meteorytu. On jest mi niepotrzebny.
- Tylko on może panu oddać kamień – wtrącił cicho olbrzym, towarzysz druida. – Włada magią. To nie będzie takie proste.
Leżący na podłodze jęknął cicho, uniósł głowę. Prześlizgnął się spojrzeniem po butach zebranych, zerknął wyżej. Teraakar obserwował jak twarz chłopaka szarzeje coraz bardziej. Mógł mieć jakieś osiemnaście, dziewiętnaście lat. Teraakar poczuł jak coś w środku niego pęka, uwalniając falę złości. Mała pokraka leżąca na środku jego gabinetu ma to, czego poszukiwał od tak dawna. Od meteorytu dzieli go nędzny człowiek i magia. Przed oczyma zatańczyły mu czarne plamy, świat zamigotał. Porwał go kolejny atak kaszlu. Przycisnął chustę do ust, dławiąc się krwią.
Chłopak na dywanie w pełni odzyskał świadomość. W napięciu wpatrywał się w trójkę mężczyzn. Teraakar otarł spocone czoło.
- Jak ci na imię? – wychrypiał. Chłopak wahał się przez chwilę, ale w końcu zrezygnował.
- Alan – powiedział cicho.
-A więc, Alanie – usta Teraakar rozciągnęły się w chłodnym uśmiechu. – Muszę z tobą porozmawiać.


***


Końskie kopyta roztrącały kamienie, wzbijając w górę kłęby pyłu. Ziemia, sucha i spieczona przez palące słońce, w niemym krzyku błagała o wodę. Amos spojrzał w niebo. Granatowe chmury zdawały się dotykać linii horyzontu. Gniewne pomruki burzy przetaczały się w oddali. Może błagania zostaną wysłuchane.
Ale mężczyzna nie zamierzał się tym przejmować. Liczyły się tylko najbliższe godziny, tu, na stepach, pod murami Tor Saven. Obserwował wojskowe szeregi, w milczeniu wsłuchiwał się w huk kroków. Beznamiętne twarze żołnierzy wpatrywały się w mury miasta. Mniej doświadczeni, w tym grupa nastolatków, na widok Tor Saven zatrzymywała się lub zwalniała. Szyk nie mógł zostać przełamany. Poganiani krzykami dowódców szli dalej.
- Wskaż mi choć jedną osobę, która chce tu teraz być – mruknął do Virginii, jadącej obok. Kobieta uniosła brwi i spojrzała na niego badawczo.
- Nie możesz się wahać. Nie wolno ci.
Amos zacisnął ręce na wodzach, zagryzł wargi. Chciałeś to masz, pomyślał ponuro. Gdzieś z tyłu usłyszał krzyk Rolanda. On jeden zdawał się niczym nie przejmować. Igon jechał nieopodal. W zacięciu wpatrywał się w strzeliste wieżyczki pałacu namiestnika. Amos zawołał Rolanda, Igona i kilku innych członków Rady.
- Zaraz wjedziemy na równinę, chcę by wszyscy zajęli pozycje.
Mimowolnie głowy zebranych skierowały się w stronę Tor Saven. Miasto znajdowało się na rozległej równinie. Wcześniej otoczeni skalistymi wąwozami, stopniowo wychodzili na otwartą przestrzeń. Wojska powoli zbliżały się do murów miasta.
- Virginia, zostajesz w obozie, chyba nie muszę ci tego przypominać? – powiedział Amos, gdy reszta oddaliła się nieco. Kobieta zmusiła się do uśmiechu, mrużąc oczy.
- Nie. Będę na was tam czekać.
Amos patrzył w bladozielone oczy przyjaciółki i miał ochotę wyć. Rozłożą obóz, ale on nie miał czasu się zatrzymywać. Kobieta wstrzymała konia, jakby przeczuwając, co teraz musi nastąpić.
- Do zobaczenia, Amosie – wyciągnęła rękę. Ścisnął jej dłoń, mocno i pewnie. – Wolałabym inaczej cię pożegnać, ale wszyscy się gapią – mruknęła.
- Nie chcesz dawać im satysfakcji – odparł z udawanym rozbawieniem. Virginia potrząsnęła głową.
- Nigdy. Do zobaczenia.
Skinął głową, patrząc na Rolanda jadącego na przód oddziału. Spiął konia i pognał za przyjacielem.


***


Alan spojrzał w błyszczące gorączką oczy namiestnika. Zdziwił się. W jego wyobrażeniach Teraakar urósł do postaci prastarego boga, przyjaciela przeznaczenia, brata Chaosu. Był tym, który zalał swoją potęgą cały kraj. Któy przyczynił się do śmierci Rozy.
Ale Teraakar był człowiekiem. Tak realnym, jak realny był ból głowy Alana. Właśnie ten realny człowiek wpatrywał się w niego uważnie, a gdzieś w kącikach jego oczu czaiła się złość.
- Nie potrafię przemawiać do jeńców – odezwał się namiestnik szorstko. – Zawsze stawiam na szczerość. Walę prosto z mostu, licząc, że druga strona odpłaci mi tym samym. Nie znoszę niejasności.
Druid i jego towarzysz milczeli, wpatrując się w Alana. Chłopak zacisnął dłonie. Słusznie czuł się osaczony.
- Masz meteoryt. Jest mi bardzo potrzebny – ciągnął Teraakar. – Znalazłeś się tu tylko i wyłącznie ze względu na niego. Muszę go mieć. Wyrażam się dostatecznie jasno?
- Jak słońce – wymamrotał Alan. Nagle umysł przecięła mu szalona myśl. Nie potrafił opanować radosnej, mściwej satysfakcji z tego, co zaraz powie:
- Rozumiem to bardzo dobrze, ale nie mogę oddać ci meteorytu.
Mięsień policzka namiestnika zadrgał lekko.
- Jak to nie możesz?
Dzika radość napełniła chłopaka. Uśmiechnął się kpiąco.
- Bo go przy sobie nie mam.
Niezwyciężony znowu okazał się człowiekiem. Zobaczył, jak broda Teraakara drży, jak w jego oczach zapala się zimny ognik. Alan nie zrozumiał. Bawiło go to, że zadrwił z boga.
- Nie masz go przy sobie – powtórzył Teraakar w zamyśleniu. Wyprostował się, przeczesał palcami włosy. Po chwili zakaszlał nerwowo, mocno przycisnął chustę do ust. – Władasz magią, prawda? To te sztuczki, za które nabija się na pal, topi w rzece lub pali na stosie, prawda? – uśmiechnął się zimno.
- To rzecz, której ty nie pojmiesz – odparł Alan. Teraakar potrząsnął głową.
- Zapewne. Władasz magią. Więc z jej pomocą lub bez, zwrócisz mi meteoryt.
- Nie potrafię.
- Potrafisz. Wiem to.
W milczeniu patrzył na Alana. Na jego twarzy odmalowała się pogarda.
- Masz czas, dużo czasu. Jestem tolerancyjny i cenię współpracę. Jeśli nie dobrowolną, to przymusową. Zajmiecie się nim – zwrócił się do druida i jego towarzysza. – Powiadomcie mnie o efektach.
Gdy trzasnęły drzwi, zapadło milczenie. Alan ze złością spojrzał na uśmiechającego się ironicznie druida. Jest źle, pomyślał. I sam się w to wpakowałem.
- Batzalcie, co zrobimy? – druid zwrócił się do towarzysza. Ten w milczeniu podszedł do Alana. Pomruki burzy stawały się coraz głośniejsze.


***


Mirle nie była pewna, czy to, co słyszy to burza czy huk wybuchów. Chwilowo niczego nie była pewna, zresztą, było jej to obojętne. Oparła głowę o ścianę, przymknęła powieki. Mdłości i ból głowy znikły, ale wciąż była oszołomiona. Obserwowała ciemny loch, czując jak apatia powoli przechodzi, ustępując miejsca niepokojowi.
Jeszcze za wcześnie na rozpacz, pomyślała.
Pomieszczenie śmierdziało zgnilizną, duszność była nie do zniesienia. Otarła spocone czoło, spojrzała na wprost. Przez szpary w drzwiach sączyły się smugi światła, oświetlające ją i Raya. Zerknęła z niepokojem na niego, ale nie wydawał się być ranny.
Alana nie było. Miała wrażenie, że pamięta czyjeś głosy i szamotanie, gdzieś w zakamarkach świadomości pozostało wspomnienie nieprzytomnego chłopaka. Ale to i tak nie miało znaczenia. Nie było go tutaj, a dziewczyna nie miała pojęcia, co mogło się z nim stać. Oparła policzek o chłodną ścianę. Zimno przyniosło chwilową ulgę.
- Ray – potrząsnęła ramieniem mężczyzny. – Ray, obudź się.
Dotknęła jego twarzy.
- Ray.
Błysnęły białka oczu mężczyzny, w słabym świetle dostrzegła jego ruch. Odetchnęła głębiej. Podkuliła nogi, przysuwając się bliżej. Chłopak przetarł oczy.
- Zabiję go – warknął w końcu.
- Kogo?
Nie odpowiedział. Rozejrzał się wokół, na chwilę zatrzymując wzrok na drzwiach.
- Gdzie jesteśmy?
- Nie wiem.
- Ile tu siedzimy?
- Nie wiem.
- A Alan? Gdzie jest Alan?
- Nie wiem.
- To co wiesz, do cholery – westchnął. Dziewczyna spojrzała na niego zła. Spokój, który potrafiła utrzymać przez ten czas, runął na dźwięk szorstkiego głosu Raya.
- Nic nie wiem. Ani co się z nami działo, ani co się stanie – odparła, tłumiąc złość. – Gdy się obudziłam, Alana nie było.
- Bogowie, moja głowa.
- Racja, twoja głowa. Wyrazy współczucia – prychnęła. Spojrzał na nią ponuro. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Ray nagle zdawał się stracić zainteresowanie ich położeniem.
- Bardzo cię przepraszam, skarbie, że mam ochotę kogoś zamordować. Nie pogarszaj sytuacji. I tak wpadłem już w wystarczające gówn…
Półelfka głośno wciągnęła powietrze. Drżącymi rękami chwyciła jego koszulę. Nadgarstki odpowiedziały ostrym bólem.
- W co wpadłeś?! Jak możesz! Nikomu nie robiłeś łaski – szepnęła z pasją, mrużąc zielone oczy. – Nikogo nie błagałam, byś z nami jechał.
- A więc mogłem sobie odpuścić? – wtrącił Ray dziwnie stłumionym głosem, próbując odtrącić dziewczynę. – Więc tobie…
- Po diabła tu jesteś? Masz przecież same kłopoty – mruknęła ironicznie Mirle. W nadgarstkach tętnił ból, skrzywiła się, gdy Ray chwycił ją za ręce. Próbowała się wyszarpnąć, ale jej nie pozwalał. Chciała, by zostawił ją w spokoju, dość mieli już upokorzenia.
- Posłuchaj…
- Zostaw, to boli.
- Dlaczego jechałem? – Ray mocniej ją chwycił. – Jesteś ciekawa?
- Nie – warknęła ze złością. – Puszczaj!
- Pchałem się tutaj ze względu na ciebie. Zadowolona? Mógłbym spokojnie siedzieć w Rawengladzie, ale nie mogłem pozwolić, byś na północ telepała się z tą sierotą, Alanem. Doskonale wiedziałem, co może was spotkać. A wszystko dlatego, ponieważ… ponieważ…
- Ponieważ co? – krzyknęła.
- Ponieważ mi na tobie zależy, idiotko! - wrzasnął z furią.
Mirle odsunęła się gwałtownie, mając wrażenie, że ktoś kopnął ją w twarz. Wpatrywała się w wściekłego Raya, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu. Nie zdążyła zareagować. Na korytarzu rozległy się kroki, po chwili drzwi zatrzeszczały i otworzyły się z hukiem. Fala oślepiającego światła zalała skulonych więźniów. Mirle przetarła oczy, poczuła jak Ray szarpnął się gwałtownie. W prostokącie światła ukazała się drobna sylwetka.
Mirle uniosła głowę i jęknęła cicho. Przed nimi stała Astrea.


***


- Pamiętajcie, musicie utrzymać szyk. Nie mogą go złamać, jesteście pierwszą linią oporu, która powstrzymuje impet wroga.
Głos dowódcy przywodził na myśl chłodny wiatr. Beznamiętny i opanowany mroził świadomość podopiecznych. Jukko wzdrygnął się z niesmakiem i spojrzał na mury.
- Nie wolno wam składać broni.
Strach. Wszyscy wprost śmierdzieli strachem. Jukko słyszał ciche pojękiwania rozchodzące się wzdłuż szeregu, niecierpliwe szepty. Spojrzał przed siebie, wyobrażając sobie bandę rozwścieczonych żołnierzy biegnących wprost na niego. Poczuł, jak uginają się pod nim kolana.
- Będzie burza – wymamrotał towarzysz Jukka, bacznie przyglądając się niebu. Między blade wargi wsunął wykałaczkę. – Niezbyt dobra pogoda na starcie.
- A jest jakaś dobra pogoda? – jęknął Jukko. Mężczyzna z wykałaczką spojrzał na niego z ukosa, uśmiechnął się ponuro.
- Krew przeciwnika najpiękniej wygląda w pełnym słońcu.
Świr. Stoję obok świra, który ma mnie osłaniać podczas ataku. Bogowie, litości. Jukko zacisnął mocno powieki, powoli zatapiając się w gorącej modlitwie. Palce zaciskały się na głowicy miecza, jego jedynym talizmanie.
- Duchy są daleko. Nie podadzą ci sztyletu, gdy będziesz go potrzebował – wymamrotał mężczyzna.
- Sprawią, że w ogóle nie będę go potrzebował – odciął się Jukko. Bo nie będzie. Żołnierze Wschodu nie przedrą się nawet przez pierwsze mury. Rozbiją się jak morska fala o skały. Bogowie ochronią Tor Saven. Ochronią Jukka, nawet tego szaleńca z wykałaczką.
Miejcie nas w swej opiece, pomyślał Jukko.
- Krzyczcie podczas walki, wrzask, jak najwięcej wrzasku – głos dowódcy był całkowicie wyprany z emocji. – Nie patrzcie się wstecz, nie wolno wam.
- Znasz modlitwę o dobrą śmierć? – zapytał Jukka towarzysz. Chłopak spuścił głowę.
- Znam tylko modlitwę o udane plony – wymamrotał. Towarzysz przesunął wykałaczkę, w jego mętnych oczach pojawiło się rozbawienie.
- Dobre plony mówisz… To świetna intencja.
Jukko nie odpowiedział. Spojrzał na sine niebo. Gdyby wyciągnął rękę, może udałoby się go dotknąć. W powietrzu zasyczały strzały, a gdzieś w oddali rozległ się tętent koni. Huk staczał się ze zniesienia, coraz bliżej miasta, coraz bliżej murów, coraz bliżej bezradnego Jukka.
- Nie zdążę się pomodlić – jęknął.
Dowódca po raz pierwszy podniósł głos. Dobyli mieczy.
- Zdążysz, zdążysz. Po prostu to wykrzycz.


Amos ścisnął boki konia, krzyknął przeciągle. Huk, zawodzenie wiatru, pojedyncze wrzaski zlały się w jedno, nie potrafił rozróżnić już niczego. Kątem oka dostrzegł oddział Rolanda, nieznacznie wysuwający się do przodu. Tarany były tuż za nimi. Zastanawiał się, ile czasu uda im się utrzymać szyk.


Virginia stała na skraju obozu. Nad miastem i walczącymi zbierały się ciemne chmury. Wpatrywała się w bitwę, jakby mogło to coś zmienić. Nerwowo otarła rękawem okolice oczu. Nikt do niej nie podchodził. Błogosławiła samotność.


Igon krzyknął raz, drugi, kolejny, ostrogami uderzając konia.
Amaroth, to Amaroth!
Nie. Tor Saven. Tor Saven będzie płonąć.
Mury były coraz bliżej.


- … zaprawdę o to prosi was wasz pokorny sługa. Wy, którzy królujecie od prapoczątku… Mury, zaatakowali mur!
- Nie przerywaj, biegnij!
Jukko poczuł gwałtowne szarpnięcie, nawet sam nie zauważył, kiedy zaczął biec wraz z innymi. Wrota Tor Saven drżały pod naporem taranów.
- Jukko, mów, mów dalej! – ryknął towarzysz. Chłopak upuścił miecz, rzucił się na ziemię. Pod powiekami zapiekły go łzy. Modlitwa rozwiała się jak mgła, pozostawiając przerażającą pustkę i brak słów. Bogowie nie chcieli pomóc. Jukko podniósł z błota miecz i z nieludzkim wrzaskiem rzucił się na wroga.


***


-Co to było?
Huk zatrząsł podziemiami, odpryski ze ścian upadły na posadzkę.
- Musieli już zacząć – mruknęła Astrea, nie przerywając marszu.
- Co zacząć? Gdzie my właściwie jesteśmy?
- Znajdujemy się w podziemiach Tor Saven. Armia Wschodnia musiała zacząć oblężenie i zaatakowała mury.
Mirle zatrzymała się, ale Ray natychmiast chwycił ją za rękę i pociągnął dalej.
- Nie zatrzymuj się – szepnął.
- Dla ciebie to takie naturalne? – warknęła. Spojrzał na nią, ale uciekła wzrokiem w bok.
- Jesteśmy w Tor Saven, które nagle okazuje się być oblężone. Żeby było śmieszniej, po lochach błąkamy się z dziewczyną, która dawno już nie żyje. Wszystko jest nienormalne od dłuższego czasu, powinnaś się przyzwyczaić…
- Przymknijcie się oboje – przerwała Astrea, zatrzymała się. Stanęli przed niewielkimi drzwiami. Mirle spojrzała na dziewczynę, nie potrafiąc ukryć zmieszania. W bezrozumnym zdziwieniu obserwowała Astreę, wciąż nie będąc pewna, czy to nie złośliwy sen. Było to całkiem możliwe. Astrea ubrana w ozdobną suknię koloru indygo nijak nie pasowała do tego miejsca. Gdy dziewczyna uniosła pochodnię, półelfka zobaczyła siniak i spuchnięty policzek.
- To tutaj – wymamrotała czarodziejka i odsunęła się od drzwi.
- Co tutaj?
- Tu schowali waszą broń. Ray, potrzymaj pochodnię. Ruhinm.
Ze środka dłoni czarodziejki buchnęła blada smuga światła, z impetem uderzając w drzwi. Deski zawibrowały gwałtownie i pękły na kawałki. Astrea wyrwała Rayowi pochodnię.
- Szybciej, mamy mało czasu. Cholera, za mało.
Mirle chwyciła sztylet i miecz Alana. Była pewna, że wkrótce mu go odda. Astrea podwinęła rękawy, odrzuciła w tył włosy.
- Musimy znaleźć Alana – stwierdziła. – A potem wydostać się z miasta.
- Dlaczego tu jest tak pusto? – Ray zmrużył oczy, obserwując dwa końce korytarza. Przez całą drogę nikt ich nie zaczepił, nie usłyszeli żadnego strażnika, jakby więzienie było wymarłe. Astrea potarła skronie, spojrzała na ściany.
- Wszystkich zmobilizowali do obrony miasta – odpowiedziała. – Więźniowie znajdują się w lochach bliższych wyjściu. Co za ironia, gdyby nie atak, nigdy bym was stąd nie wyciągnęła.
Ray chciał coś odpowiedzieć, ale zrezygnował. W ciemnych oczach czaiła się podejrzliwość.
- I nikt nie czeka na nas za rogiem? – zapytał cicho. Czarodziejka drgnęła.
- Horda uzbrojonych po zęby żołnierzy – syknęła. – Prowadzę was wprost na nich, bo taki mam kaprys. To ja miałabym was zdradzić?
- Nie wiem, czy duchy mają sumienie – mężczyzna uśmiechnął się gorzko. Astrea odsunęła się gwałtownie, patrząc z wyrzutem na Mirle i Raya. W jej błękitnych oczach błysnął strach. Szybko się opanowała.
- Wyjaśnimy sobie wszystko, gdy tylko się stąd wydostaniemy. To miejsce nie jest dobre na długie historie, wierzcie mi.
- Wierzymy, bo nie mamy wyboru – odparła Mirle. Usta Astrea rozciągnęły się w ironicznym grymasie.
- Chodźcie, musimy znaleźć Alana.


***


Alan oblizał zakrwawione wargi. Nie pomogło. Krew skapywała z brody, wsiąkając w koszulę na piersi.
- Batzalt, daj mu spokój – usłyszał znużony głos. Postawny mężczyzna, który się nad nim pochylał, wzruszył ramionami.
- Przecież nic nie zrobiłem… To on zrezygnował.
Alan poczuł, jak zbiera mu się na wymioty. Skulił się na podłodze, ale ulga nie nadeszła. Puchaty dywan śmierdział psią sierścią. Batzalt klęknął przy nim, chwycił go za włosy, zmuszając, by na niego spojrzał.
- Naprawdę szkoda tak skończyć – westchnął. Alan wpatrywał się tępo w masywną, zaciśniętą szczękę. – Wejdź tam jeszcze raz. Przynieś nam meteoryt.
- Nie dam rady – wychrypiał Alan. Miał wrażenie, że w jego żołądku zamieszkało zwierzę, które teraz powoli rozszarpywało mu wnętrzności. Nie miał pojęcia, jak sprowadzić meteoryt. Bał się sięgnąć po wiedzę Atty. Nie potrafił wejść tak głęboko do swojego umysłu. Usłyszał głuchy, donośny huk. Przymknął powieki. Burza? Znowu otulała go otępiałość. Brak reakcji był jego ochroną, czuł się prawie bezpiecznie. Do chwili, gdy poczuł gwałtowne szarpnięcie, a policzek musnęła mu zimna dłoń druida.
- W lochach jest jeszcze dwoje ludzi – szepnął Gothard. – Zabiję ich, wiesz o tym.
Bezpieczna skorupa pękła z trzaskiem. Zwierzę szamotało się rozpaczliwie.
- Nie potrafię.
- Będziesz na nich patrzył.
- Tak naprawdę, nie masz wyboru – zaszemrał Batzalt. Alan zakrztusił się krwią, spojrzał na nich z nienawiścią. Mogliby mnie zabić, pomyślał. Jedyne dobre rozwiązanie. Gothard zdawał się zgadywać jego myśli, uśmiechnął się.
-Nie, to by było zbyt proste.


***


Teraakar stłumił kaszel, zaciskając kurczowo palce na blacie stołu.
- Łajza, nie teraz – warknął, odpychając nogą psa. Zwierzę stuliło uszy, z nadzieją wpatrując się w pana. Namiestnik stłumił przekleństwo. Ten pies faktycznie jest idiotą. Mężczyzna spojrzał przez okno. Nie było słońca, dachów nie znaczyły już kolorowe smugi promieni. Nie było pawia, skrzynki z orchideą zostały pochowane. Jakby ktoś przejmował się kwiatami podczas oblężenia miasta.
Namiestnik powędrował wzrokiem dalej, na mury. Oddziały z Tor Saven szamotały się z żołnierzami wroga, to odpychając ich, to tracąc przewagę. Ludzie biegali bez ładu, bez składu. Teraakar poczuł, jak się uśmiecha. Co za komedia, pomyślał.
- Ty wciąż tutaj? – usłyszał ostry głos Crhacka. Teraakar machnął ręką, sięgnął po kurtkę.
- Nie martw się, nie zostawię moich owieczek samych.
Podrapał psa za uchem, patrząc w bursztynowe oczy zwierzęcia.
- Zdajesz sobie sprawę z naszej sytuacji? – Crhack potarł skronie. – Wiesz, że nie oszczędzą nikogo. Nie darują nam Amaroth ani króla.
- Zdrajców wieszam lub ścinam, oni są tacy sami – odparł obojętnie namiestnik. Crhack przygryzł wargę.
- Przygotowałem podziemne przejście, w razie gdyby… gdybyśmy musieli z niego skorzystać. Łodzią wypłyniemy z miasta, rzeką aż do lasu. Możesz wziąć Łajzę.
- Co za łaska z twej strony – odparł cierpko Teraakar. Oblizał wargi i, nie czekając na Crhacka, wybiegł na korytarz.


***


Amos ciął mieczem na wprost, zacisnął zęby. Ramię zaczynało omdlewać, przed oczyma tańczyły kolorowe plamy. Szyk dawno został rozbity, mimo to, ludzie z furią rzucali się na mury, podjudzani własnymi wrzaskami. Bił na wpół oślepiony dymem i rosnącym strachem. Nie kontrolował już niczego, to jakby okrzykiem chciał zatrzymać lawinę. Walczył, bo nie mógł się już wycofać. Jednak myśl, co może się stać, jeśli przegrają, paraliżowała.
Do dupy taki regent Wschodu, jak ty, pomyślał ze złością. Kątem oka dostrzegł oddział młodzików, których szkolenie kiedyś obserwował. Kiedyś… gdy słońce słało nieznośny żar, gdy znosił kpiny Rolanda. To musiało się dziać w poprzednim życiu.
Ból obejmował całe ramię, machinalnie kopnął swego przeciwnika. Oddział młodych wpadł w sam środek starcia. Zostanie po nich trochę mięsa, a w przyszłości parę odznak za odwagę na polu bitwy. Amos pod powiekami widział Virginię rozdającą ordery. Za bohaterstwo. Za poświęcenie. Za śmierć pod kopytami konia, lub za nadzianie się na własny miecz. Za regenta Wschodu i jego cholerne pomysły. Nagroda pocieszenia. A słońce znowu będzie grzało.
Z furią rzucił się przed siebie, zostawiając w tyle myśli, rozterki i wspomnienia. Roland śmiał się dziko, by po chwili zachwiać się i runąć na ziemię. Nie, zaraz się podniesie. Zaraz wstanie. Amos spojrzał tam, gdzie powinno być Tor Saven. Niższe kondygnacje powoli zaczynały płonąć. Nie zdążył się zdziwić.


***


Alan czuł się obrzydliwie. Znowu wędrował między wymiarami, błąkając się jak dziecko, które zgubiło matkę. Czuł, że do oczu zaraz napłyną mu łzy. Wyczerpany poczuł gwałtowne tąpnięcie i ostry zapach psiej sierści.
Głuchy ból, zaszumiało mu w uszach, odurzył go smak krwi. Znowu był na dywanie.
- Nie dam rady – wychrypiał wyczerpany. – Pozwólcie mi wrócić, nie odnajdę go.
Meteoryt przepadł, zginął gdzieś w zaświatach. Kryjówka okazała się zbyt dobra.
- Wracaj – głos był jak cięcie noża. Poczuł gwałtowny ból i mdły zapach ziół. Znowu odleciał, znowu szybował pomiędzy postrzępionymi mgławicami, z oczyma szklistymi od łez. Gwiazdy świeciły bezdusznym światłem. Chciał wrócić na puchaty dywan, do małego gabinetu, gdzie czekali na niego oprawcy. Samotność w wymiarach przygniatała.
Skupił się jeszcze raz, próbując odnaleźć kamień, chcąc go zawołać, poczuć jego chropowatą powierzchnię. Zwierzę w jego brzuchu czasami szarpało się gwałtownie, podchodziło pod gardło. Dopadał go irracjonalny strach, że stwór wyżre mu serce. Zwariowałem, pomyślał. Xylocopus coś o tym wspominał… Zbyt długie obcowanie z wymiarami kończy się utratą zmysłów. Zmusił się by wrócić, gwiazdy znowu zaczynały blednąć, ujrzał słabo zarysowany gabinet.
Przykro mi, nie potrafię wam zwrócić meteorytu. Nie potrafię go odnaleźć i nie potrafię się do tego zmusić.
Ale nie wrócił na dywan. Wciąż szybował, coraz szybciej.
Może odnajdzie Annę i Wrota? Myśl wykiełkowała znikąd i ogarnęła go w całości. Kamień nagle stał się nieważny, odszedł w cień, pragnienie odnalezienia Anny opanowało go całkowicie. Przymknął powieki, starając sobie przypomnieć swój pokój. Zapach jajecznicy. Głos macochy. Odrapane ściany domów i odległy kawałek nieba. Jej oczy, jej stukanie paznokciami. Jest na rozstajach. Więc dlaczego by nie wybrać nowej drogi?
Gwiazdy zaczynały tworzyć smugę, poczuł, że leci, ale bez konkretnego kierunku.
Nowa droga, zacząć wszystko od nowa. Bez Mirle, bez Raya, może nawet bez Anny i domu.
A może zwariował? Ta myśl wydała mu się zabawna.
Zacisnął zęby, czując jak przenika go lodowaty promień. Miał wrażenie, że traci ciało.
Alan!
Myśl o rozstajach, myśl o Wrotach Starożytnych, twojej furtce do nowego życia.
Alan!
Chłopak zadarł głowę, a może ją spuścił. Leciał w górę, w dół, na skos. Bezsensownie, jak całe te wymiary.
Alan, do cholery, wracaj!
Wracać? Ale dokąd? Poczuł dłonie, wzdrygnął się i zdziwił. Ciepłe palce. Ciepła dłoń. Biła go w twarz.
Odezwij się, Alan!
Mgławice rozpłynęły się, ciemność rozdarła. Świat rozbłysnął. Miał kaskadę złotych włosów i piękne, przejmująco niebieskie oczy. Świat wydawał się być śmiertelnie przerażony. I śmierdział psem.
- Alan – dziewczęcy głos zaczął się łamać, aż w końcu, zamiast słów usłyszał cichy jęk. Czyjeś ręce oplotły jego szyję. – Dlaczego byłeś tam tak długo? Usłyszałeś, bogowie, dzięki, dzięki, szlag, psiakrew…
Chłopak bezwiednie odwzajemnił uścisk.


Dojście do siebie zajęło mu kilkanaście minut. Wciąż siedział na dywanie, patrząc niepewnie, to na Mirle, to na Astreę. Słuchał wyjaśnień półelfki, zbyt oszołomiony, by być zaskoczonym, że znajdują się w Tor Saven, a miasto jest oblężone. Obojętnie odpowiadał na pytania zadawane przez Astreę. Czarodziejka klęczała obok niego, patrząc na niego z niepokojem.
- Widzisz wszystkie kolory? Czy pokój nie wydaje ci się nienaturalnie zakrzywiony?
- Nie, nic mi nie jest. Astrea, skąd ty…
- Zaciśnij pięść. Możesz poruszyć nogami? Widzisz podwójnie?
- Nie, ale na pewno mam coś z głową – mruknął. – Widzę osobę, która nie żyje.
Astrea otworzyła usta, by po chwili je zamknąć. Ten moment wykorzystała Mirle.
- Musimy stąd uciekać – wtrąciła nerwowo, wskazała na nieruchomego druida. Alan dostrzegł go dopiero teraz. Leżał pod ścianą, z rękami rozrzuconymi na boki. Przypominał groteskową kukłę. – Stracił przytomność, gdy Astrea rzuciła w niego zaklęciem. Ten drugi zdążył się wyrwać, Ray pobiegł za nim, a my nie zdążyłyśmy zareagować. Zresztą, gdy zobaczyłyśmy, co się z tobą dzieje… - urwała.
Alan wstał z pomocą Astrei, walcząc, by nie zwymiotować. Miał wrażenie, że wciąż słyszy cichy szum, jakby pęd powietrza, przez jego ciało falami przechodziło zimno. Nie był pewien, czy udało mu się wrócić w całości. Miał wrażenie, że brakowało mu kawałka samego siebie.
- Byłeś bardzo daleko – Astrea jakby zgadywała jego myśli. – Bałam się, że nie zawrócisz w ogóle, stracisz rozum.
- Nie ma gwarancji, że w końcu tak nie skończę – mruknął chłopak. Przypomniał sobie o meteorycie, poczuł złość. Dziewczyna skinęła głową.
- Mogłeś coś tam zostawić, jakąś część swojej osobowości, jakiś zmysł, wspomnienia, kawałek duszy. Taka jest cena za szybowanie pomiędzy wymiarami. W końcu się dowiesz, czy wróciłeś cały.
Nie kontynuowali rozmowy, wyszli na korytarz. Wszędzie panowała nienaturalna cisza, rzadko przerywana tłumionymi hukami. Otaczały ich grube, kamienne mury, skutecznie oddzielające od reszty świata. W milczeniu obserwowali dwa końce korytarza.
- Którędy?
- Jesteśmy w centralnej części zamku – stwierdziła Astrea. – Każdy koniec korytarza powinien doprowadzić nas do holu.
- A co z Rayem? – zapytał Alan. – Za kim pognał?
- Za tym, dzięki któremu się tu znaleźliśmy – skrzywiła się Mirle. – Teraz może być wszędzie.
- Świetnie, idę w lewo, wy w prawo.
- Chcesz się rozdzielić? – zawołała Mirle. – Zgłupiałeś?
- Daj mój miecz. Przecież każdy koniec doprowadzi nas do holu. Musimy znaleźć Raya.
Nie czekał na odpowiedź dziewczyny, ruszył przed siebie. Gdyby został, mógłby stracić odwagę, znowu posłuchać głosu rozsądku. Nie zastanawiał się nad powagą sytuacji – a pewnie powinien. Może w wymiarach zgubiłem wyobraźnię, pomyślał z ponurym rozbawieniem. Wydało mu się to całkiem prawdopodobne.


***


Teraakar wściekły słuchał wieści z pola bitwy. Posłaniec stał w pewnej odległości od namiestnika, głośno streszczając sytuację. I dobrze, że nie podchodził. Przynajmniej nie miał żołnierzy kretynów. Miał ochotę kogoś zabić, wszystko jedno, czy ten ktoś służył jemu, czy Amosowi.
Na myśl o regencie Wschodu zalała go zimna furia, maskująca upokorzenie. Dopiero teraz zrozumiał. Właśnie ktoś z niezłą wprawą burzył wszystko, co do tej pory osiągnął. A on nie mógł nic zrobić. Przygotowana obrona była zbyt słaba. Dowódcy nie panowali nad żołnierzami. Złamany szyk. Mury zaraz padną. A wraz z nimi Tor Saven. Dopiero teraz nauczył się odmieniać słowo „porażka” przez wszystkie przypadki.
- A co z rezerwą? – wychrypiał Teraakar. Wilcze oczy zwęziły się jeszcze bardziej.
- Nie ma rezerwy – zająknął się posłaniec. – Wszyscy walczą.
- Możesz odejść – wtrącił chłodno Crhack, dotąd stojący pod ścianą. Znajdowali się w pustej komnacie. Łajza kręcił się niespokojnie, obwąchując każdy filar. Teraakar nie miał pojęcia, co to za sala. W zamku było wiele nieużywanych pomieszczeń. Zaś stąd miał wspaniały widok na swoją klęskę. Brakuje stolika z dobrą kolacją i wina z prywatnych piwnic, pomyślał. Zjadłby posiłek na gruzach własnego małego imperium. Idylla.
- Powinienem być na murach – warknął, nie odrywając wzroku od płonących dolnych partii miasta. – Powinienem tam być, walczyć…
- Na szczęście tego nie zrobisz – odparł spokojnie Crhack – Musimy przedostać się do lochów, a potem łodzią wypłyniemy poza miasto.
Niebo powoli zaczęła zasnuwać łuna. W oknach odbijał się blask ognia, zdawało się, że sąsiednie pokoje też płoną. Niebo rozdzierały zygzaki błyskawic.
- To moje miasto.
Crhack nie odpowiedział. Delikatnie potrząsnął jego ramieniem.
- Druid z twoim meteorytem na pewno jest przy łodziach. Rusz się, musimy przejść przez niższe kondygnacje, nie ma czasu.
Teraakar oderwał wzrok od upiornego widoku. Czuł, że mógłby patrzeć na bitwę w nieskończoność. Gwizdnął na Łajzę. Wolał go mieć przy sobie, łatwo mógłby go zgubić w tym chaosie.
Nie tak to miało wyglądać. Poczuł, że za chwilę dopadnie go kolejny atak kaszlu, już teraz w ustach czuł mdły posmak krwi. Biegnąc w stronę wyjścia próbował stłumić rozrywający piersi ból i uczucie pogardy dla samego siebie.


***


Mirle biegła coraz szybciej, coraz bardziej zła. Nie zważała na Astreę, czasami wręcz o niej zapominała. Zbiegła po schodach, na widok każdego zakrętu czując przypływ nadziei, a potem gorzkie rozczarowanie. Wciąż nie spotkały Raya. Jego głos słyszała w rytmie własnych kroków, w dalekim huku i niepokojącym szumie. Za każdym rogiem widziała skrawek jego kurtki, jego równe kroki.
Nie chciała się zastanawiać, szukać przyczyn niepokoju. Nie udawaj, że ci nie zależy, Mirle, westchnęła w duchu. Niech będzie na nią wściekły, tylko niech wreszcie będzie.
Jednak gdy była pewna, niezbicie pewna, nagle znowu zostawała sama, z dyszącą Astreą u boku. Raya ani Alana nie było. Została za to rosnąca bezradność.
- Gdzie jest ten hol? – warknęła.
- Pytałaś minutę temu – sapnęła Astrea. – Mirle, to bez sensu.
Dziewczyna miała coś odpowiedzieć, ale jej uwagę przykuło otwarte okno. Wokół framugi kłębiły się szare obłoki dymu. Podeszła bliżej, czując, jak ogarnia ją chłód. Czuła, że Astrea nieruchomieje.
- Nie wiedziałam, że jest aż tak źle – powiedziała cicho druidka. Mirle odwróciła głowę. Hol musi być niedaleko, pomyślała z desperacją.


***


Alan szedł przed siebie, nawet nie próbując ustalić jakiegokolwiek planu. Przemierzał kolejne schody, coraz bardziej zdziwiony, że nikogo nie spotkał. Przed oczyma stanęły mu sceny z zamku hrabiny, poczuł nieprzyjemny ścisk w żołądku. To było zbyt proste. Czuł się coraz bardziej niepewnie.
Prawie w tym samym momencie usłyszał kroki. Odruchowo przysunął się bliżej ściany, ręką dotykając rękojeści miecza. Świetnie, co teraz, pomyślał gorączkowo. Przecież nie rzuci się na nikogo z mieczem. Atak i dziki wrzask nie wchodziły w grę. Wsłuchiwał się w nierówne stąpanie. Podniósł głowę, zza rogu wychylił się Ray. Wydawał się być dziwnie niezgrabny. Utykał lekko na jedną nogę. Alan poczuł, jak zalewa go fala ulgi.
- O, to ty – Ray spojrzał na niego z roztargnieniem. – Jesteś?
Alan podszedł i chwycił go za łokieć.
- Co ci jest?
- Spadłem ze schodów – wymamrotał mężczyzna, krzywiąc się. Przymknął powieki, nie zważając na Alana, oparł się o ścianę. – Ścigałem tego… tego… Nieważne zresztą. Cholera, gdy mnie pchnął, całkowicie mnie zamroczyło. Gdzie jesteśmy?
- Wciąż w Tor Saven. Wszystko wyjaśnię ci potem, teraz musimy iść. Dasz radę?
- A mam inny wybór?
Alan nie odpowiedział. Pociągnął kuśtykającego Raya, mając wrażenie, że przemierzenie całego korytarza w tym tempie jest niemożliwe. Nie wydostaniemy się, pomyślał wściekły. Bo i jak?
Poczuł, jak Ray się zatrzymuje.
- Ray, idziemy dalej – zawołał bez entuzjazmu. Zwrócił głowę w kierunku, na który patrzył przyjaciel. Przez okno zobaczyli oblężone mury miasta. Na całej ich linii jak pomarańczowe kwiaty, rozkwitały płomienie ognia. Alan przyglądnął się bezkształtnej masie, drżącej nerwowo. Po chwili zrozumiał, że to wojska Wschodu.
- Nie zostało nam wiele czasu.
- Nie mamy go w ogóle.
Zza zakrętu nagle wypadły Mirle i Astrea.


***


Gothard obserwował świat z podłogi. Miał posmak krwi. Ciepła strużka spływała w poprzek policzka. Bezmyślnie wpatrywał się w dywan, na którym powinien znajdować się chłopak. Ten gnojek, który zabrał meteoryt powinien się tu tarzać, wyjąc z bólu.
Ale nie było go. A łowca leżał skulony na podłodze.
Druid zacisnął kościste palce. Nigdy wcześniej nie czuł się tak stary i upokorzony.
Powoli zaczął się podnosić. Nieznośne wirowanie ustało, znów mógł jasno ocenić sytuację. Pojęcia nie miał, co się stało. Ktoś musiał tu wpaść i uwolnić dzieciaka. A potem?
Podszedł do biurka, otworzył szufladę. Papiery i dokumenty cicho opadały na podłogę. Duży nóż i sakwę z pieniędzmi zachował. Zerknął w stronę okna, choć nic to nie dawało. Bez tego wiedział, jak ciężka jest sytuacja. Musiał odnaleźć Teraakara. W takim położeniu na pewno będzie kierował się do sekretnego wyjścia. Czas udać się do podziemi.
- Obyś zdechł, Amos – wymamrotał.
Uparcie odsuwał od siebie myśl, że cały projekt właśnie się rozpadał. Dziekan Akademii Druidów i Nauk Przyrodniczych w Tamroth wciąż wierzył, że uda mu się wygrzebać z gruzów jakieś ocalałe szczątki. Zacisnął palce na ostrzu noża i szybkim krokiem wyszedł z gabinetu.


***


Zgubił wykałaczkę. W wirze walki, chaosu i szarpaniny zaświtała ta jedna, bezsensowna myśl. Stracił wykałaczkę, chociaż to wcale nie było ważne.
Zgiął się i pchnął ostrzem, czując opór ciała. Usłyszał zduszony charkot, więc wyszarpnął broń i ruszył dalej. Nie zamierzał nawet spojrzeć na przeciwnika. Leżąc w błocie, zostanie stratowany.
I gdzie twoi bogowie, Jukko, pomyślał z goryczą. Spojrzał na strzaskane wrota miasta, smętnie huśtające się na zawiasach. Wróg u bram… nie, wróg jest już za bramami.
A on szedł dalej w pole, głębiej w wojska nieprzyjaciela. Agresja i złość dodawały mu sił, a przyćmiewały rozwagę. Tacy żołnierze byli najlepsi. Głupi żołnierze, którzy myślą o sobie w czasie teraźniejszym. „Ja jestem”, nieważne czy kiedyś „ja będę”.
Cholera, naprawdę go lubiłem, przeleciało mu przez głowę. Zamachnął się. Coś chrupnęło mu w karku, ale jeszcze nie bolało. Wrzask i smród. Na szczęście wciąż miał siły. Brnął dalej, wraz z garstką ocalałych po szturmie. Za placami miał Tor Saven, lecz nie chciał patrzeć, jak teraz wygląda. Nie zniósłby tego.
W tym zgiełku była melodia, która nadawał rytm walce. Zamachnął się po raz kolejny, z satysfakcją stwierdzając, że znowu skutecznie ciął.
Modlitwa o dobre plony. Jukko jednak wiedział, co robi. Przypomniał sobie szkliste oczy chłopaka, obojętnie wpatrujące się w szare niebo i błyskawice. Przynajmniej uchronił jego ciało przed zmasakrowaniem.
Jukko, gdziekolwiek już jesteś, pomódl się za mnie.


***


- Gdzie nas prowadzisz?
Astrea wykonała nieokreślony ruch ręką.
- Z powrotem w podziemia. Te partie miasta będą jeszcze najprawdopodobniej wolne. Są rzadko używane.
- Ale ty je znasz – Mirle raczej stwierdziła niż zapytała. Dziewczyna udała, że nie usłyszała.
-Teraz nam się to przyda.
Alan nie miał sił, by włączyć się do rozmowy. Pomagał Rayowi iść, ale czuł, że traci siły. Po zaklęciu Emprorium wciąż nie zdążył się zregenerować. Nie miał pojęcia, jak Astrea zamierza ich stąd wydostać.
- Daj, pomogę ci – Mirle chwyciła nagle Raya, zwróciła się do Alana:
- Inaczej zaraz ciebie będziemy musieli nieść.
Chłopak zmusił się do uśmiechu. Co jakiś czas zatrzymywali się, chowając przed nielicznymi żołnierzami. Zamek był wyludniony, przejście korytarzami nie było więc większym problemem. Astrea bez wahania prowadziła ich po pałacowym labiryncie.
- Zaraz dojdziemy do głównych schodów.
- Nie mów nic o schodach – wymamrotał Ray.
- Czy nie ma nigdzie bocznej klatki? Zejście głównym wejściem to jakby kuszenie losu – wtrąciła Mirle.
- Główne wejście jest najbliżej. Przygotujcie się.
Po chwili weszli do przestronnego holu, jeszcze nietkniętego bitwą. Płytki świeciły jasnym blaskiem. Alan przez ułamek sekundy ujrzał całe pomieszczenie w ogniu. Kryształowe żyrandole z hukiem padały na posadzkę. Po chwili wizja znikła. Wzdrygnął się.
- Alan, rusz się – krzyknęła Astrea. Cała trójka była już na dole.
Chłopak zrobił krok, gdy znowu stanął. Nieopodal stał kudłaty pies. Bursztynowe ślepia wpatrywały się w niego z zaciekawieniem.
- Alan!
Chłopak zmusił się do ruchu, szybko zbiegł po schodach. Po korytarzach rozniosło się psie ujadanie.


Ściany drżały od odgłosu wybuchów. Alan miał wrażenie, że zaraz cały strop runie im na głowę. Astrea podwinęła suknię, rozejrzała się nerwowo. Bez słowa wskazała niewielkie drzwi.
- Prowadzą do kanałów. Przez Tor Saven płynie podziemna rzeka, która potem uchodzi poza miasto, do północnych lasów. W podziemiach jest kilka łodzi, ale myślę, że jedna wystarczy, by stąd uciec. O ile wcześniej się nie utopimy – dorzuciła ponuro.
- Szkoda, że nie przewidziałaś tego w swoim genialnym planie – mruknął cierpko Ray.- Na szczęście mamy pewne doświadczenie w sterowaniu łodziami.
Czarodziejka spojrzała na niego pytająco, ale mężczyzna tylko wzruszył ramionami. Przeszli przez drzwi. Alan chciał ruszyć za nimi, gdy poczuł, jak ktoś gwałtownie chwyta go za włosy. Nie zdążył zareagować, gdy obca ręką pchnęła go na ścianę. Świat znikł na moment, przed oczyma zatańczyły mu czerwone plamy. Wyszarpnął się odruchowo, odwrócił głowę.
Wykrzywiona ze złości twarz starca wpatrywała się w niego z nienawiścią. Natychmiast go rozpoznał. Poczuł, jak cały drętwieje.
- Ra… - krzyk uwiązł mu w gardle.
- Jedno słowo, tylko spróbuj – syknął starzec. Wściekłość dodawała mu sił, Alan stał nieruchomo, nie odrywając wzroku od połyskującego noża. Poczuł złość i upokorzenie. Od wolności dzieliły go niedomknięte drzwi i kawałek żelaza. On sam ma przecież broń.
- Puść mnie – szepnął. W duchu błagał, by reszta była zbyt zajęta odwiązywaniem łodzi, aby zauważyć jego zniknięcie. – Zaklinam cię, puść mnie.
Ręka chłopaka powoli zsuwała się niżej. Palce czuły materiał kurtki, ale po chwili opuszki poraził chłód metalu.
- Oddaj mi meteoryt.
- Zostaw…
- Oddaj mi meteoryt. Nie odejdę bez niego.
- To nie ma sen…
- Więc cię zabiję.
Palce pewnie chwyciły rękojeść miecza. Ray pokazywał mu to wiele razy. Setki.
Druid nie przypominał człowieka, ale pokrakę ze złośliwością w oczach. Był pewien, że spełni groźbę.
- Oddam ci meteoryt – wyszeptał. Druid uśmiechnął się zimno i zrobił krok w tył. Jego błąd.
- I tak ci nie wierzę – zaskrzeczał. Alan nie czekał. Broń cicho świsnęła w powietrzu. Zamachnął się, pchnął. Wiedział, że nie trafił. Poczuł, jak ostrze natrafia na ciało, ale tylko częściowo. Druid wydał zduszony krzyk a Alanowi pociemniało w oczach.
Nie było go w podziemiach. Znowu widział mgławice i oczy gwiazd. Za daleko, wszystko za daleko. Nie szukał meteorytu. Coś pchało go do przodu. Chciał wrócić, ale było za wcześnie. Jeszcze chwilę. Jest. Dar od Atty.
- Dolctum – powiedział na głos. Spojrzał na twarz druida, na zacieki skrzepłej krwi na jego policzkach. Alan poczuł, jak coś kotłuje się w środku, ognista kula, która rozrywa go od środka. Powietrze zadrgało gwałtownie. Gdzieś jakby w oddali usłyszał szczekanie psa i zarys sylwetki.
Fala energii rozeszła się w przestrzeni bezszelestnie. Alan obserwował jak niewidzialna siła szarpie druidem jak lalką. Starzec zrobił kilka niezgrabnych kroków. Z jego boku ciekła krew. Ta rana nie mogłaby go zabić.
Złość druida zamieniła się w zaskoczenie. Spojrzał na Alana, nie rozumiejąc, co się dzieje. Po chwili ciało Gotharda wygięło się w łuk i druid bezwładnie opadł na podłogę. Jego twarz wyrażała doskonałą obojętność. Nagle rozległ się bolesny pisk i psie skomlenie. Świat znowu przyspieszył. Alan poczuli, jak osuwa się na kolana.
- Łajza! Co ci się stało?
Mężczyzna dopadł do skulonego na posadzce zwierzęcia. Z przerażeniem dotknął głowy psa.
- Łajza, wstawaj, bydlę głupie, nie czas na zabawę – krzyknął zdenerwowany. Dopiero po chwili dostrzegł nieruchomego starca.
- Gothard… - urwał. Spojrzał w oczy Alana. Chłopak przypomniał sobie, jak leżał w gabinecie na dywanie. Znał tego mężczyznę.
- To ty… - Teraakar na chwilę przestał głaskać psa.
Alan nie miał siły się ruszyć. Obserwował, jak namiestnik podchodzi do niego, klęka. Gdzieś uleciał strach i pozostała nieprzyjemna pustka.
- Udało ci się uciec z gabinetu?
- To twój pies? Nic mu nie będzie, zaklęcie tylko go zahaczyło.
Namiestnik skinął głową. Alan przyjrzał się wychudzonej twarzy mężczyzny i czerwieni w kącikach ust.
- Ty mu to zrobiłeś? – Teraakar wskazał na Gotharda. Alan poczuł, jak coś szarpnęło jego wnętrznościami.
- Chyba tak. Pozwól mi odejść.
Teraakar milczał. Długo.
- Oddaj mi kamień – powiedział cicho. – To wszystko nie ma sensu. Oddaj mi go.
Alan westchnął.
- Nie mogę. Straciłem go.
- Nie wierzę.
- Nie musisz. Nawet, gdybym chciał, nie potrafię go odzyskać. Porozcinaj mnie na kawałki, ale to nic nie da. Puść mnie, proszę.
Teraakar nie zareagował. Alan zmusił się, by wstać. Kurczowo czepiając się ściany, dotarł do drzwi. W tym samym momencie z ciemności wyłoniła się Astrea. Rozejrzała się po pomieszczeniu, zbladła.
- Czy łódź jest gotowa?
- Alan…
- Świetnie, więc chodźmy.
Z ulgą wstąpił w mrok, pozwalając się prowadzić dziewczynie. Ani razu nie spojrzał na klęczącego, przygarbionego Teraakara.


***


Szare niebo zaraz miało wybuchnąć płaczem, ale Amos na to nie zważał. Nie zważał też na wrzaski i jęki dookoła. Właściwie nic go teraz nie obchodziło. Nic, poza Igonem i słowami, które usłyszał.
Nie wierzył. Po prostu nie wierzył. Igon zwrócił ku niemu umęczoną twarz.
- Więc… już wiesz.
Kurczowo chwycił rękę regenta Wschodu, ten wzdrygnął się mimowolnie.
- W moim… domu – sapnął Igon. – W… ogrodzie, głęboko. Będą mieli… sygnet.
- Król nie mógł mieć syna – wymamrotał Amos. – Nikt o tym nie wspominał.
Igon zacharczał, z kącików ust spłynęła strużka krwi.
- Chrzań… innych.
Amos uniósł wzrok. Jego towarzysz umierał. Igon patrzył na niego z desperacją, wbijając paznokcie w jego rękę.
- Obiecaj…
- Obiecuję – szepnął Amos.
Igon targnął gwałtownie głową i ciężko opadł na ziemię. Poszarzała twarz wydawała się być smutna. Amos schował twarz w drżących dłoniach, walcząc sam ze sobą. Daj spokój, pomyślał. Już nic nie zrobisz.
Poczuł, że ktoś kładzie mu rękę na ramieniu. Odwrócił głowę. Ujrzał nad sobą hrabiego Osma z opuchniętą twarzą i niezdarnie przewiązaną przez czoło przepaską. Gdyby nie sytuacja, w jakiej się znajdowali, Amos parsknąłby śmiechem.
- Miasto zdobyte – wybełkotał Osm, a Amos zauważył, że brakuje mu dwóch zębów. – Zamek nasz. Erwin nie żyje, Roland jest na krawędzi, oddział młodzików został rozniesiony na strzępy.
- A Teraakar?
Osm zmieszał się.
- Nie ma go. Najprawdopodobniej uciekł. Nie przeszukaliśmy jeszcze całego zamku, ale – urwał – musisz być przygotowany na to, że go nie znajdziemy.
Amos sztywno skinął głową. Chciał zostać sam. Po prostu zniknąć lub stracić pamięć.
- Zawołaj tu kogoś, musimy zanieść jego ciało – sam się zdziwił, gdy usłyszał swój głos. Był dziwnie daleki i spokojny. Osm spojrzał na ciało Igona i tylko skinął głową.
Gdy Amos został sam, spojrzał jeszcze raz martwego towarzysza. A więc Haban miał syna. Ile może mieć lat i dlaczego ojciec nie pokazywał go światu? Dziecko mogło okazać się ich szansą, ale w tej chwili Amos miał wrażenie, że zapomniał, jak to jest mieć nadzieję.


***


Nie podnosił się z podłogi. Stary, zmęczony i przegrany. Tytan padł na kolana, bo wróg był bezlitosny. Ten młody chłopak o nieobecnym spojrzeniu właśnie go zniszczył.
Klęczał. Słyszał szum wody, a strop drgał pod wpływem wybuchów.
Poczuł na policzku wilgotny psi nos i znajomy zapach sierści. Crhack wszedł nagle przez drzwi, taszcząc niewielki worek.
- Wiem, że inaczej wyobrażałeś sobie swoje wielkie wyjście, ale… Co ty robisz na tej posadzce?
Teraakar spojrzał na niego, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią. Crhack przyglądał mu się z zaintrygowaniem.
- Czy już oszalałeś i mogę przejąć panowanie? – uśmiechnął się kpiąco.
Namiestnik otworzył usta, by odpowiedzieć, ale zrezygnował. Po chwili wstał i bez słowa skierował się do łodzi. Bezwładnie padł na jej dno, nie reagując, ani na zaczepki psa, ani na pytania doradcy. Słyszał kojący szmer rzeki, chłód muskał jego skórę. Opuścił Tor Saven, śniąc, że tańczy na zgliszczach Amaroth.

Podpis: 

Czapla kwiecień - czerwiec '08
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Hagan - Ciało bez kości Moc słów Sen o Ważnym Dniu
Drugie fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Kolejne pojawi się niebawem. (Prolog w opowiadaniu Wyjście w mrok) - Wojna przyszła do nas niepostrzeżenie - budzisz się pewnego ranka i już jest. - Gdzie jest, mamo? - zapytała matkę moja sześcioletnia siostra, przecierając zaspane oczy. - Wszędzie, moje dziecko, wszędzie... - odpowiedziała Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).
Sponsorowane: 20
Auto płaci: 20
Sponsorowane: 20Sponsorowane: 15
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2024 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.