https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
20

Hagan - Wyjście w mrok

Autor płaci:
20

  Pierwsze fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W maju nagrodą jest książka
Wielki Gatsby
Francis Scott Fitzgerard
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Hagan - Wyjście w mrok

Pierwsze fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda.

Hagan - Ciało bez kości

Drugie fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Kolejne pojawi się niebawem. (Prolog w opowiadaniu Wyjście w mrok)

Moc słów

- Wojna przyszła do nas niepostrzeżenie - budzisz się pewnego ranka i już jest. - Gdzie jest, mamo? - zapytała matkę moja sześcioletnia siostra, przecierając zaspane oczy. - Wszędzie, moje dziecko, wszędzie... - odpowiedziała

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Bliskie spotkania

Chodźmy...

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Krzyż

Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie.

Brak

Wiersz filozoficzny

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
8610
użytkowników.

Gości:
8610
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 48678

48678

Bogowie grają w kości - Prolog

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
08-11-08

Typ
P
-powieść
Kategoria
Fantastyka/Psychologia/Przyjaźń
Rozmiar
30 kb
Czytane
3712
Głosy
14
Ocena
4.79

Zmiany
08-11-28

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
--

Autor: Czapla Podpis: Czapla
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Czapla znowu sobie coś uroiła i dorwała się do klawiatury. Czy będzie ciąg dalszy, czas pokaże. Nowa, wielowątkowa historyjka o ludziach, z zagładą w tle oraz o szukaniu pomocy u bogów, o ile ci jeszcze istnieją. Zapraszam :)

Opublikowany w:

Bogowie grają w kości - Prolog

„A bogowie grają w kości i nie pytają wcale czy chcesz przyłączyć się do gry (...) Bogowie kpią sobie z twojego poukładanego życia (...) nie przejmują się zbytnio ani naszymi planami na przyszłość ani oczekiwaniami. Gdzieś we wszechświecie rzucają kości i przypadkiem wypada twoja kolej. I odtąd zwyciężyć lub przegrać - to tylko kwestia szczęścia”
Borys Pasternak


PROLOG


Jenowo.
Poruszyła powiekami.
Jenowo. Głos ponownie zawibrował gdzieś pod czaszką. Przekręciła się niespokojnie.
Jenowo, był coraz bardziej natarczywy. Wstawaj. Natychmiast. Muszę z tobą porozmawiać.
Nie mogła już dłużej ignorować wołania. Skrzywiła się mimowolnie, oblizała wargi. Wprost zmusiła się, by odpowiedzieć.
Panie, wzywałeś mnie?
Na to wygląda, głos zabarwił się drwiną. Wstań i otwórz oczy.
Posłuchała. Gdy uniosła powieki, spostrzegła, że znajduje się na nagim, smaganym wiatrem klifie. Uderzył w nią znajomy zapach. Jabłka, stwierdziła. Mdławy zapach owoców przemieszany z wonią siarki. Rozejrzała się. Ołowiane chmury szczelnie przysłoniły niebo. Postąpiła krok naprzód i uniosła głową. Morze było w ruchu. Zdawało jej się, że woda drga, burzy się, gotuje. Granatowe fale wściekle biły o klif jakby chciały się na niego wdrapać. Jenowa wydęła lekko wargi i spojrzała w bok. Już tam stał.
Dlaczego tak na mnie patrzysz? Uniósł lekko brwi.
Klif i sztorm. Naprawdę, mogłeś…
Dobrze, nie kończ. Podejdź.
Mężczyzna nie był ani młody ani stary. Nie był ani piękny, ani brzydki. Czaiło się w nim coś odpychającego i coś, co nie pozwalało oderwać od niego wzroku. Był smukły, o ostrych rysach twarzy i przejmująco zielonych oczach. Mimo szalejącego wiatru, żaden podmuch nie szarpał jego ubraniem ani ciemnymi włosami. Zapach jabłek i siarki zaczął się nasilać.
Podwinęła koszulę nocną i podeszła bliżej, uważając by nie zranić bosych stóp o skały. To sen, to tylko sen. Wykreowany przez niego świat. Co z tego, że wiatr pachniał morzem, a skraj koszuli nasiąkł wodą. W kwestiach tworzenia sennych wizji był perfekcjonistą.
Jenowa wzięła głębszy oddech i stanęła obok niego. Nieco niepewnie spojrzała w dół na wzburzone morze. Ten zauważył spojrzenie kobiety, uśmiechnął się z wyraźnym zadowoleniem.
Podoba ci się?
Jest dostateczne,
odparła ostrożnie. Nie spodziewaj się zachwytu. Nie nabiorę się na twoje sztuczki.
Zmrużył oczy, wzruszył ramionami. Z udaną obojętnością spojrzał na fale. O ile wcześniej był z nich zadowolony, teraz zdawały się go nudzić.
Dość rozmowy o pogodzie. O Świetlisty… Jenowa skłoniła się przesadnie, patrząc na niego kpiąco. Dlaczego mnie wezwałeś?
Na zbyt dużo sobie pozwalasz czasami, jak na osobę zależną ode mnie.
Rozpuściłeś mnie. Dlaczego tu jestem?
Świetlisty milczał przez chwilę, jakby chcąc zebrać myśli. Zupełnie jak człowiek, pomyślała. Znowu chce kogoś naśladować? Jej towarzysz opanował się po chwili.
Nie powiem, że mnie przysłano. Wiesz, że nie ma kto tego zrobić. Przyszedłem sam, by powiedzieć ci, że niedługo pewna kobieta zacznie rodzić.
Co w tym złego?
Dziecko.

Jenowa zmarszczyła brwi.
Dziecko, powtórzył. A raczej to, co ze sobą przyniesie do waszego światka. A przyniesie demona. Będzie go miało w sobie, jak chorobę, jak pasożyta. Demon będzie się w nim rozwijać do czasu, aż stanie się dość silny. Nie pamiętasz tej historii?
Przecież to niemożliwe
, odparła. Podejrzliwie wpatrywała się w spokojną twarz Świetlistego. Nie wierzyła w ani jedno słowo, nie pamiętała tej historii, choć pewnie powinna. Nigdy nie dbała o proroctwa i przepowiednie, skoro ich treść stawała się jasna dopiero po fakcie.
Niemożliwe, twierdzisz? To jest jeszcze bardziej nieprawdopodobne od tego, że stoisz w nocnej koszuli na klifie, którego nie ma i czujesz jabłka, które nie istnieją? Jenowo, pomyśl. Nachylił się nieznacznie. Co w wyższych wymiarach jest niemożliwe?
Uśmiechnął się, widząc jej złość. Wiatr z jękiem zaatakował wodę, a Jenowa zacisnęła pięści.
Nie drwij ze mnie.
Nie mam ochoty. Poczułem się zobowiązany poinformować ciebie, prorokinię, przywódcę duchowego tego całego waszego ludzkiego światka o tym przykrym fakcie. Te narodziny są nieuchronne, tego nie zmienisz. Jednak wasze dalsze losy zależą od twoich decyzji.

Nieprawda, odparła, sama nie wiedząc, dlaczego. Wszystko zależy od bogów. Od ich decyzji, ich rzucania kośćmi.
Powtórzę to znowu. Ich to już nie interesuje.

Jenowa uśmiechnęła się słabo. Cała ta scena przypominała sen obłąkanej. Może jest po prostu zmęczona. Potarła mokry policzek, oblizała wargi. Poczuła sól.
Nie chcę. Odmawiam. Wybierz kogoś innego. Jakiekolwiek kłopoty przyniesie ze sobą demon, nie chcę, nie mogę mieć z tym nic wspólnego.
Była w tej chwili największą egoistką na świecie, ale nie czuła żadnego wyrzutu sumienia. Świetlisty beznamiętnie obserwował fale, mechanicznie uderzające o klify. Nagle wizja zaczęła wydawać się nienaturalna i zbyt przewidywalna jak na naturę.
- Więc masz problem, Jenowo – po raz pierwszy odezwał się na głos. Chropowate dźwięki ledwo przebijały się przez szum wiatru.
- To nieuczciwe – powiedziała cicho, spojrzała na horyzont. Krzywa linia morza zdawała się dotykać nieba. Mężczyzna poprawił rękawy koszuli, wzruszył ramionami.
-Wiem. Ale to nie ja ustalam reguły tej gry.


***


- Spokojnie, już niedługo koniec! Wytrzymaj, jeszcze trochę!
- Nie, nie, nie, nie chcęęęę! Przestań, błagam!
- Uspokój się, przyj mocniej.
- Boooliii!- leżąca na łóżku dziewczyna zawyła rozpaczliwie.- Ja umrę!
Nachylająca się nad nią kobieta odgarnęła kosmyk z przepoconego czoła dziewczyny. Wsunęła w jej usta podłużny kawałek drewna. Dziewczyna wbiła w niego zęby, po policzku spłynęła łza. Druga kobieta, kręcąca się koło ręczników, nerwowo spojrzała w stronę łóżka.
- A jeśli nie urodzi? To nie wygląda dobrze.
- Jasne, że nie wygląda - warknęła pierwsza. Czepek zsunął się z czoła, odsłaniając szare włosy. Długa twarz o kanciastych rysach wykrzywiła się w grymasie zdenerwowania. Ponownie nachyliła się nad jęczącą dziewczyną i syknęła. - Kara boska. Dzieciak kapłanki i degenerata nie chce przyjść na świat.
Leżąca wypluła drewnianą pałeczkę, zaszlochała cicho. Z przerażeniem spojrzała na starszą kobietę. Po jej twarzy przebiegł skurcz bólu, wierzgnęła gwałtownie.
- Nienawidzę tego dziecka – wrzasnęła. - Niech ono przestanie!
- Cierp, to twoja wina - tamta założyła ręce na piersi, przyglądając się wijącej dziewczynie.- Zasłużyłaś na to.
- Takva, przymknij się.
Nazwana Takvą zacisnęła usta, chwyciła ręczniki. Rodząca dziewczyna krzyknęła znowu, załkała z bólu. Kurczowo wbiła palce w poduszkę, podniosła głowę i gwałtownie ją opuściła. Jej usta zaczęły drżeć.
- Dosyć – szepnęła. Takva spojrzała na nią z pogardą.
- Dziecko rodzi dziecko, nie mogło być inaczej – mruknęła i nie siląc się na delikatność, rozchyliła uda dziewczyny. – Podejdź – zwróciła się do drugiej kobiety, a potem spojrzała na rodzącą. – Liczę do trzech. Na trzy, zaczynasz przeć.
Twarz dziewczyny zdawała się maleć i blednąć.
- Nieee, ja nie…
- Na raz…
Druga kobieta chwyciła dłoń rodzącej.
- Na dwa…i na trzy…
Pokój wypełnił bolesny wrzask i przekleństwa rzucane w bogów, w odbierające poród kobiety i dziecko, przeklętą istotę zadającą ból.
- Raz… dwa…
Takva przymknęła oczy, ale tylko na moment. Zapowiadała się długa noc.


***


- Mówiłeś, że będzie pasożytem.
- Jak inaczej nazwać stwora, który żeruje na duszy i ciele drugiej istoty?
Janowa naciągnęła rękawy na skostniałe dłonie. Po policzkach kobiety spływały słone krople.
- Co dalej? Jak je znajdę?
- Znajdziesz prędzej czy później. Za dzień, rok, dekadę… - wzruszył beztrosko ramionami. Prorokini skrzywiła się, spojrzała na niego ponuro. Świetlisty, posłaniec boski i łącznik między światami stał obok niej, kiwając się lekko. Pachnący jabłkami. Westchnęła.
Nie martw się, Jenowo. Jeszcze nie teraz. Nic nie jest przesądzone, więc nie widzę sensu… Zresztą. A teraz podaj mi rękę…
- Co?
Słyszałaś, podaj mi dłoń, uśmiechnął się chytrze.
Chwycił końce jej palców, mocno i pewnie. Zielone oczy błysnęły lekko.
Pojawię się jeszcze wiele razy. Nie jesteś sama. Zapamiętaj, przyda ci się to.
Nierealne, ale prawdziwe. Ufać mu? Nie powinna. Zawsze lubił oszukiwać.
Czekają cię ciężkie, długie lata, prorokini Jenowo.
Nagle mocno ją szarpnął i pchnął w przód. Krzyknęła, straciła równowagę, ziemia usunęła jej się spod nóg. Zdążyła jeszcze dostrzec, jak Świetlisty uśmiecha się, odsłaniając kły. Poczuła jak ją puszcza, pozwala runąć w dół. Świat zawirował, wszystko się rozmazało. Ogarnął ją nieznośny chłód i ciemność. Sylwetka mężczyzny oddalała się z każdą chwilą, w końcu znikła. Pogrążyła się w otchłani, w ramionach rozwścieczonego żywiołu.


***


Takva wytarła ręce. Na ręczniku pozostały rdzawe smugi. Usiadła, poprawiła czepek. Kątem oka spojrzała na leżące na skraju łóżka zawiniątko.
W pokoju panowała dziwna cisza. Tak nagła, że wręcz niepokojąca. Niezdrowa. Takva odłożyła szmatę, wyjrzała przez okno. Księżyce skryły się za szarymi strzępkami obłoków, jakby zawstydzone całym zajściem. Zagryzła wargi, zmarszczyła brwi. Po chwili do pokoju weszła druga kobieta.
- Debora, udało się - Takva zmusiła się do uśmiechu.- Już po wszystkim.
Nazwana Deborą drgnęła nerwowo.
- Udało się? – zapytała oschle. - Taki koniec jest według ciebie udany?
Chwyciła miednicę, zabrała się za porządkowanie zakrwawionych szmat. Takva przyglądała się jej w milczeniu. Po chwili leżąca bezwładnie na łóżku dziewczyna jęknęła przeciągle. Dopiero teraz zwróciły na nią uwagę. Oszołomiona bólem, wpatrywała się tępo w sufit. Jej palce wciąż kurczowo zaciskały się krawędzi prześcieradła. Kobiety wstały i nerwowo spojrzały na podopieczną. W końcu Debora usiadła na skraju łóżka.
- Kochanie, posłuchaj…
Dziewczyna nie odpowiedziała. Jej spojrzenie było idealnie obojętne.
- Urodziłaś dziewczynkę.
Nadal nic.
- Niestety, zmarła.
Dziewczyna drgnęła lekko, zamrugała. Debora znieruchomiała, czekając na reakcję. Jakąkolwiek. Płacz, krzyk, jęk. Przekleństwa i wyzywanie. Szał, rozpacz. Była gotowa. Dziewczyna poruszyła ustami, odetchnęła głębiej.
- I… i dobrze.
Takva uśmiechnęła się z pogardą.
- Potępieńcy.
Chwyciła brudne ręczniki i wyszła bez słowa. Debora odprowadziła ją pełnym rezygnacji spojrzeniem. Westchnęła, zacisnęła pięści. Przez takie chwile nie nienawidziła tego, kim jest. Nie tak powinna wyglądać opieka nad młodymi kapłankami ani służba bogom.
- Jutro złożymy ofiarę – z korytarza dobiegł ją glos Takvy. – W podziękowaniu za koniec tego koszmaru. Co powiesz na zające i zakrwawione prześcieradło?
Debora nie odpowiedziała, podeszła do zawiniątka. Spojrzała na nieruchome dziecko. Wyglądało, jakby spało. Przyszło na świat żywe a potem tak nagle umilkło. Tylko dlaczego?


Miała wrażenie, że umarła. Tak, nawet na pewno umarła. Nie czuła bólu, nie oddychała. Przestraszyła się. Gwałtownie otworzyła oczy, przerażonymi źrenicami wpatrując się w jasność. Nie oślepiała jej, lecz przenikała na wskroś, zaglądała do wszystkich zakamarków duszy. Coś się w niej kotłowało. Gorąca materia wypełniała jej wnętrze, zadając ból. Chciała krzyknąć, spróbowała otworzyć usta, ale bez skutku. Poczuła ukłucie, tysiące drobnych szpilek wbijało się w jej… ciało? To ona jeszcze miała ciało?
Nagle w oddali zamajaczyła niewyraźna sylwetka. Tutaj! Zabierz mnie stąd! Ból się nasilił, nagle poczuła, że spada z zawrotną szybkością. Leci w dół, jasność gaśnie, przestrzeń nabiera konturów. Dalej w dół, szybciej i szybciej, do małego pokoiku oświetlonego lampą naftową. Do stojącej przy łóżku kobiety i do trzymanego przez nią, owiniętego prześcieradłem dziecka.


-Takva!
-Nie wrzeszcz, czy myślisz, że…
Nie dokończyła. Takva stanęła na progu, zamilkła w osłupieniu. Stojąca nieopodal Debora wpatrywała się w nią z tym samym przerażeniem. Obie spojrzały na trzymane w objęciach Debory dziecko. Mała istotka płakała rozdzierająco, kurczowo czepiając się bluzki kobiety.


***


- Nie!
- Pani Jenowo, co się stało?
Jenowa otworzyła oczy. Nad sobą ujrzała wystraszoną twarz służki.
- Nic się nie stało - odparła cicho Jenowa, mrużąc oczy od blasku lampy. Otarła pot z czoła, rozejrzała się. Była w swojej sypialni. Ten sam pokój, to samo łóżko. Dotknęła swojej twarzy. Sucha. Przetarła powieki, westchnęła ciężko. Jej wizje stawały się coraz dziwniejsze. Przypomniała sobie lodowatą wodę, sól w ustach. Tonęła i wracała do żywych. Zorientowała się, że służka wciąż stoi obok.
- Wszystko w porządku. Przynieś mi coś do picia – mruknęła. Spuściła bose stopy na podłogę, spróbowała wstać.
- Ruszże się – warknęła. Gdy drzwi zamknęły się z trzaskiem, Jenowa wyjrzała przez okno. Na nieboskłonie zawieszone były dwa trupioblade księżyce, tkwiące nieruchomo nad szczytami gór. Bez słowa przyjęła od służki szklankę wody.
Chaos. Demon. Cudownie, po prostu cudownie. Liczyła, że nie zdąży. Że przeżyje resztę lat w spokoju, kontynuując udawanie wierzącej. Łudziła się, że nie spotkają ją żadne kłopoty związane z wyższymi wymiarami. Już dawno straciła siły i zapał potrzebne na tym stanowisku. Chciała w spokoju wykonać swoje zadanie, bez wychylania się i bez ryzyka.
Naiwna.
Jeśli Świetlisty ją odwiedził, musiał mieć wyraźny powód. Nie zrobiłby tego dla samej zabawy. To dziecko-potwór nie będą jej obojętne. Upiła łyk wody. Świetlisty ma rację, pomyślała z ponurym rozbawieniem. Czekają cię długie i trudne lata, Jenowo.


***


Debora uśmiechnęła się, podeszła do okna. Znajdujące się w jej ramionach dziecko wpatrywało się w nią parą czarnych ślepek. Dziewczynka. Uznały ją za zmarłą, a jednak żyła. Jakim cudem nagle zamilkła? Przestała oddychać? Była zdrowa, silna i pełna energii. Kobieta pogładziła małą po policzku, usiadła na kamiennym parapecie. W oddali rozległo się bicie dzwonów wzywające na poranne modlitwy.
- Zostawiasz toto same choć na chwilę? - nagle usłyszała ostry głos Takvy. - Ona nie potrzebuje matki.
Debora, odwrócona do niej plecami, skrzywiła się lekko.
- Jest jeszcze mała.
Takva niedbale rzuciła na biurko plik dokumentów.
- Jak sobie chcesz… Właśnie dostałam wiadomość, że matka dziecka dotarła do mniszek. Nie wyjdzie z celi do końca życia. Jeden problem mniej.
Debora bezwiednie skinęła głową, nie słuchając Takvy zupełnie. Nie chciała dociekać, co stanie się z rodzicami małej, rozpamiętywać tego, co przeszły i analizować, co muszą przejść. Wpatrywała się z ciemne oczy niemowlęcia i czuła się dobrze.
- Musimy wprowadzić pewne zmiany – ciągnęła Takva. – Zaostrzymy rygor, żadnych mężczyzn na terenie zakonu…
- Jak ją nazwiemy?
Takva zamarła z na wpół otwartymi ustami, zamrugała nerwowo.
- Nazwiemy?
- Naszą małą – Debora delikatnie uniosła niemowlę. – Nie może być bezimienną. Jest teraz nasza, nie ma co żałować jej rodziców. Więc? Wymyśl coś.
Druga kobieta milczała przez chwilę, wpatrując się uważnie w dziewczynkę. Dziecko wodziło wzrokiem po suficie i twarzach kobiet. Po chwili wąskie usta Takvy wykrzywiły się w złośliwym uśmiechu.
- Meyra. Nazwijmy ją Meyra.
- Meyra oznacza „krzyk” – Debora uniosła lekko brwi. Takva znowu się uśmiechnęła.
- Biorąc pod uwagę to, co się wydarzyło, będzie idealne.


***


Kilka lat później


Spod końskich kopyt wzbijały się tumany kurzu. Jeździec krzyknął ochryple, poganiając nahajką zmęczone zwierzę. Mknął przez spieczoną słońcem pustynię, znacząc drogę lekką, złotą mgłą.
Krzyknął głośniej. Szybciej!
Jazon uwielbiał te chwile. Uwielbiał wiatr gwiżdżący w uszach, palące słońce, ubóstwiał bezkres pustyni. Im bardziej dokuczało mu wyczerpanie, tym mocniej czuł, że żyje. Ciało odrętwiało od długiej jazdy, a każdy oddech sprawiał ból. Nie przejmował się tym zbytnio. Wziął to za kolejne dowody, że istnieje, nawet, jeśli zaraz z tej radości zajeźdźi konia na śmierć. Poprawił brudną chustę osłaniającą twarz, nasunął podniszczony kapelusz na oczy. Nachylił się nad grzbietem zwierzęcia.
Kopyta ledwo muskały piasek. Szybciej!
Piętnaście lat. Piętnaście długich lat. Pustynia jest bezlitosna, nieraz się o tym przekonał. Teraz może nareszcie stąd uciec i odzyskać dawne życie. Ta myśl dodała mu skrzydeł, poczuł przypływ euforii. Popędził konia. Niedługo, Jazonie.
Słońce wznosiło się coraz wyżej, królując na jasnym niebie. Nic nie mąciło spokoju błękitu. Jazon, Samotny Strzelec, wracał po piętnastu latach wygnania spędzonych na pustyni. Wracał do życia. Uśmiechnął się ponuro, mocniej chwycił wodze. Czas o sobie przypomnieć.


Sant Mair było takim miejscem, gdzie nie zaglądały nawet najprymitywniejsze demony. Zabiedzone domy, tulące się do siebie nawzajem, jedna studnia, szlak kupiecki oddalony o kilkanaście mil. Dziura zabita dechami, ani śladu cywilizacji. Mała wysepka pośród bezkresnych połaci spękanej ziemi. Niepozorna, senna, stanowiła symbol granicy pustyni. Idąc na zachód, po pewnym czasie docierało się do traktu, którymi ciągnęły karawany. Spójrz na wschód. Co widzisz? Nic? Bezkres? Dokładnie.
Stary Taar niechętnie podniósł głowę i spojrzał właśnie na wschód. Zmrużył mętne, wyblakłe oczy, wymamrotał coś niezrozumiałego. Odłożył fajkę, westchnął. Powietrze drgało z gorąca, sprawiając, że linia horyzontu falowała lekko. Przetarł kciukiem oczy, zmarszczył brwi. Prychnął z niedowierzaniem.
- Lanela!
- O co chodzi? – z domu wysunęła się drobna kobieta.
- Lanela… zobacz!
Kobieta spojrzała na niego zdziwiona, w końcu podążyła wzrokiem w kierunku, który wskazywał jej mężczyzna. Zbladła.
- Bogowie.
Oboje wbili wzrok w jeden punkt. Ciemna sylwetka jeźdźca szybko zbliżała się do miasteczka.
- Przecież to nie…
- To on - mruknęła Lanela, uśmiechnęła się lekko. - Niesamowite, wrócił.


Jazon uniósł się na strzemionach, zwolnił nieco. Sant Mair rosło z każdą chwilą, domy stawały się coraz wyraźniejsze. Samotny Strzelec ściągnął kapelusz, otarł spocone czoło. Diablo gorąco.
Pozwolił wierzchowcowi zwolnić i bez pośpiechu skierował się w stronę jednej z chat. Siedzący na bujanym fotelu zasuszony starzec i kobieta opierająca się o ramę drzwi na jego widok znacznie się ożywili.
- Jazon, Jazon… Tyle lat – Taar pokuśtykał w stronę mężczyzny. Wyciągnął kościste ręce w stronę Jazona, zdołał sięgnąć ledwo do ramienia. Strzelec miał przez chwilę wrażenie, że z tych emocji staruszek zaraz się rozsypie.
- Witaj, Taar. Lanela - skinął w stronę kobiety, teraz nerwowo mnącej poplamiony fartuch.
Rozejrzał się wkoło. Wszystko wyglądało niemal tak samo, jak wtedy, gdy zostawił miasto. Sant Mair nie było jego domem ani dotychczasowym życiem, ale przez rodzinę Taara żywił do niego niegasnący sentyment. Mieszkał tutaj tuż przed udaniem się na wygnanie. Czuł się, jakby stał już w furtce własnego domu.
Stare zagrody, skarłowaciałe drzewa, snujący się po drodze ludzie, wszystko takie jak zapamiętał. Może z wyjątkiem najmłodszych mieszkańców, teraz gapiących się na niego bezczelnie. Czas zdawał się oszczędzić Sant Mair, łagodnie obszedł się z mieszkańcami, tylko delikatnym oddechem zaznaczając, że dotarł i tutaj. Jazon potarł krótkie szare włosy. Wciągnął powietrze, znajomy zapach gorąca i pustynnego pyłu.
- Jazon, no nie stój tak. Chodź, pewnie jesteś głodny – Lanela kręciła się niespokojnie. - Zdejmij buty, otrzep się. Jakiś ty brudny…
Kobieta chwyciła wiadro, wbiegła do kuchni, wyszła z powrotem, znowu weszła, za każdym razem zerkając na Jazona. Taar obserwował żonę spod na wpół przymkniętych powiek.
- Głupia – wymamrotał. – Szkoda, że nie jesteśmy przygotowani. Wiesz, zaskoczyłeś nas. Ja już przestałem liczyć.
Jazon skinął głową. Doskonale go rozumiał i nie miał żalu. On też by nie czekał. Lanela wróciła z dwoma miskami, przysunęła je mężczyznom.
- Nie zostanę na długo – podjął Strzelec, gdy skończyli jeść.
- Piętnaście lat to dużo – mruknął Taar, przysuwając do siebie tabakę. – Zostań choć na kilka dni, pozwól odpocząć zwierzęciu. Jak zamierzasz dojechać do pierwszego miasta? Zresztą, dokąd cię tak gna?- machnął ręka.- Dla wrogów i przyjaciół chyba nie istniejesz.
Jazon uśmiechnął się ponuro, blizny na twarzy mężczyzny poruszyły się niczym żywe.
- Miałem dużo czasu na przemyślenia. Nawet, jeśli nie są moją mocną stroną. Wracam z wygnania, trasa to nie problem. Zdarzały się gorsze rzeczy. Nie chcę spędzać na pustyni ani dnia dłużej, niż to potrzebne.
Taar musnął palcem brodę, nie odpowiedział. Siedzieli wciśnięci w wiklinowe fotele, pod zacienioną, prowizoryczną werandą. Jazon zacisnął powieki. Był zmęczony, musiał to przyznać. Teraz, gdy przerwał podróż poczuł to wyraźnie. Zmęczenie wdzierało się do umysłu, złośliwie ciążyło powiekom. Upał tylko to potęgował. Zmusił się do zachowania świadomości, całą swoją uwagę poświęcając bawiącym się nieopodal dzieciom. Chłopcy biegali bez ładu i składu, wzbijając tumany pyłu. Kilku z najwyższym poświęceniem okładało się kijami.
Jeden z nich nieco odcinał się od reszty. Miał tak samą ciemną karnację, był jednak nieco smuklejszy i chudszy. Spalona słońcem skóra zdawała się ledwo opinać kości, a w oczach lśnił głód. Jazon przyglądał się z zaciekawieniem zabawie chłopców, dla niego zupełnie niepojętej.
- Kogo ten dzieciak? – zapytał w końcu. – Ile może mieć lat… Dwanaście?
Odepchnięto chłopaka na bok. Ten wrócił natychmiast, tupiąc ze złości bosymi stopami.
- Lean. Nasz syn.
- Twój syn?- zdziwił się Jazon.- Gdy wyjeżdżałem, miałeś dwójkę dzieci.
Taar podrapał się po czole, uśmiechnął się, ukazując pożółkłe zęby. Pogłaskał wieko tabaki.
- Masz stare informacje. Mamy teraz piątkę. Czworo naszych i ten przybłęda - wskazał na Leana.- Znajda, nawet nie pamiętam, dlaczego go przygarnęliśmy. Miał zostać z nami na kilka miesięcy, został na kilka lat. Ale przecież go nie wyrzucę.
- Godne podziwu miłosierdzie – mruknął Jazon. Taar wzruszył ramionami.
- Co mogę zrobić – powtórzył. – A ostatnio jest ciężej. Piętnaście lat to dużo, Jazon. Od tego czasu wiele się zmieniło.
- Saint Mair jest takie jak dawniej.
- Saint Mair to koniec świata, zadupie, co niby jest za nim? Więzienie bez krat. Zresztą, pustynia jest bardziej niedostępna niż dawniej. Budzę się rano i modlę się, by woda w studni nie wyschła. Aby podziękować bogom, składam na ofiarę skorpiony, bo tylko to teraz znajduję. To żałosne.
- A co z Feniksem? Słyszałeś coś? - Jazon zmienił temat. Niechętnie musiał przyznać, że na tej odpowiedzi mu zależało. Od czasu wygnania kontakt z członkami Feniksa zerwał się całkowicie. Nie wiedział, czy organizacja jeszcze istnieje, czy jest taka jak dawniej, czy wciąż ma powody, by trwać.
- Nie wiem, Jazonie. Feniks milczy. Gdyby kupcy odwiedzali nas częściej, miałbym wiadomości. Nie mamy nawet pojęcia, kto teraz rządzi. Dosyć to zabawne, nie sądzisz? To swego rodzaju błogosławieństwo i przekleństwo.
Jazon powoli przestawał słuchać starca, rozumiejąc, że nie dowie się niczego przydatnego. Podparł głowę rękoma, starając się nie zasnąć. Co pewien czas zerkał w stronę bandy chłopaków. Prawie im zazdrościł tej walki o skrawek podwórka. Walka na kije wydała mu się cudownie nieskomplikowana. Po chwili świat zaczął się zacierać, horyzont zafalował. Chrapliwy głos Taara usypiał.
Nie boję się zmian, pomyślał nieprzytomnie Jazon. Chciał załatwić niedokończone sprawy. Tylko tyle. Przecież nie zamierzał przeprowadzać rewolucji. Potrzebował punktu zahaczenia, a jedynym sensownym pomysłem wydawało mu się odszukanie organizacji, do której kiedyś należał. Mniejsza o nieprzyjemne wspomnienia.
- … Więc co o tym sądzisz, Jazon? Jazon?
- O czym? - wymamrotał, przecierając oczy.
- O naszej propozycji. O mojej propozycji. O Leanie…
Jazon podniósł ociężałą głowę. Spojrzał bezmyślnie na Taara.
- O kim?
- O Leanie, moim niby-prawie-synu. To miły, interesujący chłopak.
- Wierzę na słowo – mruknął Jazon. – Kolejny obdarowany? Co w tym takiego interesującego?
Był przyzwyczajony. Dosyć często rodziły się dzieci posiadające magiczny dar, który był cieniem możliwości ludzi z odległych lat. Dawno przestał uważać to za coś godnego uwagi. Najczęściej magia, jaką w sobie miały była zbyt słaba. Ograniczała się do postrzegania fragmentów przyszłości, poruszania drobnymi przedmiotami lub ożywiania much. Najsilniejszy obdarowany potrafił siłą umysłu zgiąć łyżeczkę. A taki znalazłby pracę w cyrku, nie w Feniksie.
Taar przysunął się bliżej, ignorując sceptyczne spojrzenie Strzelca.
- Nie o dar chodzi – zaprzeczył Taar, ożywiając się znacznie.- Mały byłby dla ciebie po prostu doskonałym sługą.
- Co? - Jazon osłupiał, spojrzał zdumiony na Taara. Ku jego zaskoczeniu, mężczyzna nie żartował. Był całkowicie poważny.
- Jest bystry i wytrzymały. Bywa czasem bezczelny i arogancki, ale jeśli trzyma się go krótko, nie będzie problemu. Przyda ci się taka osoba, w miastach trudno o kogoś zaufanego.
-Taar, czy na pewno siebie słyszysz? Chcesz mi sprzedać swoje dziecko.
- Niby-prawie-dziecko – stęknął Taar.
- Nie jestem handlarzem niewolników, to niedorzeczne – odparł z niedowierzaniem Jazon, odchylając się w tył, jakby nagle chciał znaleźć się jak najdalej od Taara.
Starzec wyraźnie się zmieszał. Zakłopotany, wyłamał z trzaskiem palce, najwyraźniej nie wiedząc, co odpowiedzieć. Gromada chłopców z rykiem przetoczyła się na skraj podwórka.
- Dobrze, Taar, a szczerze? – Jazon postanowił pomóc rozmówcy. Niedbale skinął głową w stronę Leana, starając się być najbardziej obojętnym jak to tylko możliwe. - Bez uciekania się do kłamstwa. Dlaczego chcesz się go pozbyć?
Było coś fascynującego w ruchach chłopaka, nie tak płynnych jak jego rówieśników. W swoim biegu i imitacji walki był niezdarny, ale gwałtowny i tak samo skuteczny. Przypominał pustynną burzę, z całą swoją chaotycznością i nieokiełznaniem. Nieprzewidywalne ruchy wprawiały w zmieszanie resztę młodych bandytów.
- Bo nas nie stać – Taar przerwał milczenie. Sięgnął ręka po tabakę, ale po chwili namysłu zrezygnował. – Jest najmłodszy, podrzutek w dodatku. Ile go będę opiekował? Nie mam sił, nie mam środków, Strzelcze. Poza tym, tutaj nic go nie czeka..
- I chcesz mi go podrzucić. Taar, stary oszuście, zapomniałeś dlaczego nazywają mnie Samotnym Strzelcem?
- Zawsze jesteś i będziesz samotny – Taar odsłonił pożółkłe zęby w chytrym uśmiechu. - Bez względu na to czy otacza cię chmara ludzi czy masz przy sobie jednego chłopca.
Mężczyzna nie odpowiedział. Zabębnił palcami, unikając uradowanego spojrzenia Taara, który czuł, że powiedział coś mądrego. Stary dziad miał rację i Jazon o tym wiedział.
- Zastanów się, Jazonie – Taar nie dawał za wygraną. – Jeśli w trakcie drogi zmienisz zdanie, po prostu go sprzedaj.
Po prostu sprzedaj. Słońce cię przygrzało, Taar, pomyślał Jazon.
- Nie ma mowy, Taar. Mały musi jeść, powietrzem samym nie wyżyje. Byłbym za niego odpowiedzialny, a mam problemy z byciem odpowiedzialnym za samego siebie.
- A więc dostarcz go do miasta przynajmniej. Podrzuć kapłankom lub mniszkom, oddaj do zakonu. To będzie moja prośba, po prostu go stąd zabierz. Jeśli zechcesz, zapłacę.
- Bardzo zależy ci na jego losie jak na podrzutka – Jazon zmrużył lekko oczy. Starzec wymamrotał coś cicho i cała swoją uwagę skupił na brudnych paznokciach. Zapadła cisza. I Taar i Jazon przyglądali się ukradkiem biegającemu Leanowi. Ten właśnie wdrapał się na postawione do góry dnem wiadro i z tego podestu dyrygował bandą. Ta potulnie i bezsensownie biegała dookoła.
- Jazon, proszę cię.
Samotny Strzelec pokiwał głową, nie przestając obserwować chłopaka.
- Zgoda, zabiorę go.


- Dokąd jedziemy?
- Byle jak najdalej od Sant Mair.
- Aha. A co potem?
- Zobaczymy, gdy dojedziemy
- Aha.
Lean wtulił głowę pomiędzy ramiona, poprawił kraciastą chustę osłaniającą twarz. Obejrzał się ukradkiem posyłając pożegnalne spojrzenie Sant Mair. To malało coraz bardziej, niskie domy zlewały się ze sobą, tworząc monotonny szary pasek. Koślawe chaty i namioty zawsze wydawały mu się jedynym bezpiecznym miejscem. A teraz je opuszczał. Byle jak najdalej od Sant Mair, usłyszał. Ale dlaczego? Poklepał konia po szyi, nieśmiało podniósł głowę.
Siedzący z nim w siodle mężczyzna milczał. Kapelusz z szerokim rondem rzucał cień na nieprzyjemną twarz obcego. Do torby jadącego przymocowana była strzelba i długi nóż.
Lanela i Taar kazali go słuchać. Lean skrzywił się lekko. Nie chciał opuszczać Sant Mair, nie chciał mieć nic wspólnego z właścicielem strzelby i noża. Zmrużył oczy i jeszcze raz spojrzał na niknące miasteczko.
- Kiedy tu wrócimy?
- Na twoim miejscu pytałbym, czy w ogóle wrócimy. Kierujemy się za zachód.
Nareszcie jakiś konkret, pomyślał Lean ponuro.
- Umiesz coś robić poza łapaniem zaskrońców? – usłyszał. Postanawiał nie odpowiadać. Nie zamierzał niczego ułatwiać temu szorstkiemu olbrzymowi. Choćby chciał rozmawiać ze mną z pomocą strzelby, pomyślał butnie. Jednak mężczyzna nie powtórzył pytania. Nagle krzyknął ochryple, przycisnął do siebie chłopaka. Koń zerwał się do galopu wprost w stronę krwawo zachodzącego słońca i bijącej od niego łuny. Lean zacisnął powieki, próbując powstrzymać narastający strach.
Dursa, Dursa, gdzie jesteś? krzyknął w myślach. Nagle wszystkie obawy wróciły, upór i odwaga gdzieś znikły, a Lean znowu przypomniał sobie, że jakiś obcy wiezie go w nowe miejsca. I nie zamierza wracać do Sant Mair. Znowu był małym dzieckiem, któremu zbierało się na płacz. Wzywał gorąco Dursę, przy każdym szarpnięciu coraz głośniej. Nie miał już Taara ani Laneli, nie miał swojej bandy, miał tylko jego. Mógł stracić swoje imię i tożsamość, ale nie Dursę.
Odpowiedz, no proszę cię!
Miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje. Po chwili jakby z oddali usłyszał ciche klekotanie, ledwo przebijające się przez szum wiatru.
Jestem..
Strach nareszcie jakby zmalał.

Podpis: 

Czapla sierpień - listopad '08
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Hagan - Ciało bez kości Moc słów Sen o Ważnym Dniu
Drugie fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Kolejne pojawi się niebawem. (Prolog w opowiadaniu Wyjście w mrok) - Wojna przyszła do nas niepostrzeżenie - budzisz się pewnego ranka i już jest. - Gdzie jest, mamo? - zapytała matkę moja sześcioletnia siostra, przecierając zaspane oczy. - Wszędzie, moje dziecko, wszędzie... - odpowiedziała Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).
Sponsorowane: 20
Auto płaci: 20
Sponsorowane: 20Sponsorowane: 15
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2024 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.