https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
162

Od gołębia do Gołębiewskiego

Autor płaci:
202

  Jeśli uwierzysz, że odchody gołębia mogą Ci przynieść szczęście, jak mówią , to zobacz co się może zdarzyć.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We wrześniu nagrodą jest książka
W kole stań dziewczyno
Nalo Hopkinson
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Od gołębia do Gołębiewskiego

Jeśli uwierzysz, że odchody gołębia mogą Ci przynieść szczęście, jak mówią , to zobacz co się może zdarzyć.

Kraina Niekończącej się Bajki - cz.II. rozdział VI

Co za głupie psikusy? I to ma być element dobrej zabawy?!

Hagan - Wyjście w mrok

Pierwsze fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda.

Hagan - Ciało bez kości

Drugie fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Kolejne pojawi się niebawem. (Prolog w opowiadaniu Wyjście w mrok)

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Bliskie spotkania

Chodźmy...

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Brak

Wiersz filozoficzny

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
886
użytkowników.

Gości:
886
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 5048

5048

Lepanto

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
04-02-09

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Romans/Rodzina/-
Rozmiar
30 kb
Czytane
6063
Głosy
4
Ocena
4.38

Zmiany
04-02-09

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P12-powyżej 12 lat

Autor: Ardea Nigra Podpis: Ardea Nigra
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
krótkie opowiadanie, jedno z moich pierwszych, z dość smutnym zakończeniem.

Opublikowany w:

Lepanto

ROZDZIAŁ PIERWSZY

DLACZEGO CHŁOPCY SĄ OSTROŻNI?
Kto to jest ta Deryl Portos?
Zacznijmy od tego, że jest uczennicą pierwszej klasy liceum. Ma dużo przyjaciół, dobrych kolegów i koleżanek, jest bardzo miłą osobą i nie ma nikogo kto by jej się nie oparł.
Jaka ona jest?
Szczupła, drobnej budowy, średniego wzrostu, ma włosy ciemny blond, połyskujące złotem i brązowe oczy. Zawsze się uśmiecha, potrafi zrobić dobrą minę do złej gry, jest stanowcza i pewna siebie. Lubi pomagać słabszym dla sa-mej satysfakcji, nigdy nie oczekuje niczego w zamian.
Patrząc na nią można by przypuszczać, że jest tylko małą, bezbronną dziewczynką, ale pozory w tym przypadku bardzo mylą. Byłaby w stanie powalić na ziemię dwa razy cięższego od siebie mężczyznę. Ma w sobie dużo siły, a dodatkowo od roku trenuje taekwondo.
Kiedyś przechodziła obojętnie obok cudzej krzywdy. Nie reagowała na wołającego o pomoc słabszego kolegę, bitego przez silniejszego rówieśnika.
Nie reagowała, albo się po prostu bała.
Ale teraz nigdy nie zdarzy się tak, żeby nie stanęła w obronie słabszego. Żadne pogróżki nie są w stanie jej po-wstrzymać, przed pomocą poszkodowanym. Co ciekawsze czasami chciałaby, żeby ktoś zaatakował ją samą. Mogła-by wtedy pokazać innym, że zawsze jest przygotowana na wszystko.
Jak do tej pory nikt nie próbował jej atakować, więc nadal pozostało to w sferze zwariowanych marzeń.
Deri ceni sobie uczciwość i szczerość. Nienawidzi krętactwa, wazeliny i sztucznej przyjaźni.
W Gimnazjum miewała problemy ze swoimi uczuciami, nie potrafiła się skupić na nauce. Ale teraz trzyma chłopaków na dystans. Oczywiście bawi się z nimi na imprezach, rozmawia normalnie, ale skrzętnie unika tematów bliższej przyjaźni i miłości. Wokół niej kręci się wielu mniej lub bardziej interesujących facetów, ale żaden nie ma szansy na zdobycie jej serduszka.
Dlaczego chłopcy są wobec niej ostrożni?
Deryl miewa momenty szału, w których leje ludzi na około, jest pamiętliwa, co zalicza się do jej wad, ale kształtuje niejako jej osobowość i nakazuje chłopcom ostrożności w słowach i czynach. Odnosi się tylko i wyłącznie do płci przeciwnej, bo dziewczyn i ich uszczypliwych uwag nie bierze na serio.
Któregoś razu, na długiej przerwie, tuż przed sprawdzianem z geografii zdarzyło się coś, co zmieniło podejście wszystkich do Deri.
Większość klasy siedziała na dworze i uczyła się w miłej atmosferze żartów. Niedaleko nich stało sobie dwóch ni-skich, chudziutkich chłopaczków. Rozglądali się niepewnie. Nikt z klasy nie zwrócił uwagi na zbliżające się niebezpie-czeństwo. Oto w stronę dwóch zastraszonych licealistów zmierzał Bysio - szef gangu szkolnego. Wyciągał on od takich naiwniaczków pieniądze, wykorzystywał do swoich celów i z nikim się nie liczył. Nie pomagały ostrzeżenia nauczycieli, dyrekcji, nawet policji. Zawsze udawało mu się odwrócić kota ogonem. W całej szkole nie ma nikogo, kto by spróbował mu się sprzeciwić. Wszyscy wiedzieli, że zadaje się z podejrzanym towarzystwem, zawsze przy sobie ma nóż i nie zawahałby się go użyć.
Nikt nigdy nie próbował mu przeszkodzić.
Całe liceum po prostu się go boi.
Teraz, gdy stał nad tymi dwoma biedakami, nikt, żaden "twardziel" z klasy nawet nie odważył się na niego spojrzeć.
Julia właśnie zaczynała mówić coś o dziwadłach szkoły, ale Deryl nie słuchała jej. Przyglądała się Bysiowi.
-Nie uważacie, że ci nauczyciele są jacyś inni? Nie możesz się o nic zapytać, bo od razu się drą?
-Tak, a jak napisałem temat na tablicy to Zocha zaczęła się czepiać, że zamiast "m" napisałem "nr"! - oburzył się Fred.
Zocha to jedna ze starszych nauczycielek w liceum.
-A nie uważacie panowie, że tym dwóm chłoptasiom przydałaby się pomoc? Czemu któryś z was nie ruszy się i nie stanie w obronie kolegów? - zapytała w końcu Deri.
-Jesteśmy za słabi... Nie dalibyśmy mu rady. Po za tym Bysio by nam nie darował... - zaczął lękliwie Miki.
-Bryan, twierdzisz, że jesteś najsilniejszy? To czemu teraz milczysz?
-Bysior nie gra uczciwie, zadźgałby mnie nożem...
-Tak się tłumaczcie. Wy po prostu tchórzycie.
Deryl wstała i ruszyła w stronę Bysia. Trącał on jednego chłopaczka i klął przy tym potwornie.
-Hej, Bysio! - zaczęła. - Czemu zaczepiasz słabszych, co?
Baryła tłustej głupoty odwróciła się lekko.
-Kto chce ze mną porozmawiać?
-Ja. - Deri stanęła przed nim i dopiero teraz uświadomiła sobie, że jest pięć razy lżejsza i półtorej głowy niższa od napastnika. Mimo to patrzyła nań odważnie. - Wiesz, że bicie słabszych świadczy o twoim tchórzostwie?
-Czekaj mała. Czy ja dobrze rozumiem, że wyzwałaś mnie od tchórzy?
-Nie inaczej.
-A wiesz, że gdybyś była jakimś chłopaczkiem, to zgarnęłabyś równo w bebechy i może nawet nie przeżyła?
-Wiem.
-A wiesz co teraz zrobię?
-Wiem co zrobisz za chwilę. Zostawisz tych dwóch i z płaczem uciekniesz do domu. Chyba, że dobrze pójdzie to skończysz na komisariacie.
-Cha! Cha! Cha!
-Zamknij paszczę, bo śmierdzi.
Bysio zmarszczył czoło. Próbował popchnąć Deryl do tyłu, ale zdziwił się, gdy nawet nie drgnęła. Zaparła się nogą i opierając siłę natarcia, siłą o podobnej mierze, jakoś udało jej się utrzymać równowagę.
Później Bysiorek zamachnął się pięścią na dziewczynę. Zrobił to jednak tak ospale, iż bez problemu mogła uniknąć tego ciosu. Wykonała unik, schylając się i nim Mutant zdążył się zorientować, skoczyła całym swoim ciężarem na jego brzuch. Baryła legła na chodnik.
-Wstawaj grubasie.
Deri poczekała, aż się tłuścioch pozbiera, po czym pozwoliła mu się trochę zmęczyć. Machał rękoma, podnosił nie-zgrabnie nogi, ale jakoś nigdy nie trafiał w przeciwniczkę.
Po jakiejś chwili oboje zorientowali się, że wokół nich zgromadził się spory tłum gapiów. Jakby było tego mało, wśród widowni stali nauczyciele, którzy bali się podejść bliżej i zapobiec dalszej bójce.
-Co jest Bysio? Nie mów, że cię przerastam! - Deri pozwoliła sobie na małą obelgę, odskoczywszy nieco od grubasa. Zatrzymała się w miejscu i pozwoliła napastnikowi podejść odrobinę.
Bysio po raz kolejny zamachnął się pięścią. Znowu nie trafił. Ale teraz Deryl przechwyciła jego rękę i wykręciła ją tak zupełnie bez trudu, że aż wydawało się to śmiesznym.
Gdy pod szkołę podjechała policja, Bysio leżał grzecznie na ziemi i nawet nie myślał się podnosić.
Panna Portos została bohaterką tego dnia. Cieszyły się wszystkie klasy. Te równoległe i te starsze. Zniknął niezwy-ciężony Bysio i wszyscy mogli poruszać się po szkole swobodnie.
-Jesteście za słabi? - spojrzała na swoich kolegów. Byli mocno zawstydzeni.
Bysio po krótkim czasie wrócił na szkolne korytarze, ale spokorniał i już nikomu krzywdy nie wyrządzał. Stał się ta-kim milutkim, dużym kolegą, a nawet przyjacielem Deri.
Akcja z Bysiem zmieniła podejście wszystkich do Portosówny. Nikt nie śmiał drwić sobie z niej, obrazić ją czy zlek-ceważyć jej ostrzeżenia, nawet w żartach wszyscy byli bardzo ostrożni.
Deri zdecydowanie nie należy do osób, które dają sobie w kaszę dmuchać. Do tego jest stanowcza i wie czego chce.
Przyda jej się to w niedługim czasie...

JAK ONA TO ROBI?
Zanim miała miejsce akcja z Bysiem, Deryl w inny sposób okazywała swój upór i pewność siebie.
Mianowicie chodzi o chrzty pierwszoklasistów. Dwa starsze roczniki zaraz pierwszego dnia szkoły straszyły młodzi-ków, że będą ich chrzcili, bez pardonu, wszystkich bez względu na wzrost, iloraz inteligencji czy płeć.
Rzeczywiście chrzty takie mały miejsce. Były one planowane bardzo dokładnie, czasami odbywały się masowo, za-zwyczaj jednak pojedynczo. Zawsze odbywały się w wielkiej tajemnicy przed nauczycielami. Ci co przeszli przez taki chrzest bali się powiedzieć kto stoi za ową organizacją "chrzcielną".
Znowu się wszyscy boją.
Deryl postanowiła wkroczyć do akcji, gdy grupkę kolegów z klasy starsi obrzucili jajkami i mąką.
-Mała przesada. Ktoś musi im się w końcu postawić. Nie wierzę wśród nas są sami tchórze. - wkurzyła się, gdy jacyś chłopacy wysmarowali kurtkę Julii.
-No oczywiście! Zaraz lecę się im przeciwstawiać. Po co? I tak nas ochrzczą. A po takim incydencie złoją nas tym bardziej. - parsknął Bryan.
"Ciołki do kwadratu!" - pomyślała Deri i zamilkła.
Jeszcze tego samego dnia, planowano ją ochrzcić. Szła sobie spokojnie pod klasę, gdy nagle usłyszała przed sobą:
-Hej, malutka!
Przejście tarasowało czterech kafarów. Jeden trzymał nożyczki fryzjerskie.
Deryl nie zwróciła na nich uwagi. Chciała przejść po między nimi. Najwyższy z nich chwycił ją za rękę.
-Czego? - warknęła.
-Mówimy do ciebie.
-Nie jestem głucha.
-To czemu nie reagujesz?
-Z idiotami nie gadam.
Owy koleś z nożyczkami podszedł bliżej.
-Wiesz co to jest? - zapytał się, wymachując nożyczkami.
-Wiem. Chcesz zostać fryzjerem? W tym salonie fryzjerskim na Długiej, chcą zatrudnić praktykanta. Możesz spróbo-wać szczęścia. - w tym momencie zadzwonił dzwonek na lekcje. - Wybacz nie będę twoją pierwszą klientką. Mam teraz sprawdzian z historii.
Mówiła szybko i bez przerwy, co trochę zdziwiło kafarów, przymuliło ich procesory, gdyż stali osłupiali i usiłowali zrozumieć co mówiła. Korzystając z chwili nieuwagi wyszarpnęła rękę i poszła pod klasę.
"Ocaliłam włosy... i jako taki wygląd. Ale co dalej?"
A dalej było już odrobinę ciekawiej. Otóż ci sami kolesie śledzili ją w drodze do domu. Następnego dnia, po lekcjach, czekali na nią przed domem, w którym mieszkała.
Uniemożliwili jej wejście na podwórze.
-Zmyślna z ciebie dupa. - stwierdził ten od nożyczek.
-Dzięki. I co przyjęli cię?
-Nie. Znaleźli już kogoś. Ale żeby ci się nie myślało, chrzest cię nie ominie.
-Nie trzeba było się wykręcać od nożyczek. Miałabyś to już za sobą. A tak musimy przejść do drastyczniejszej formy chrztu. -uśmiechnął się najwyższy z towarzystwa.
"Co wymyślą?"
-Zrzucaj łaszki.
-Proszę?
-Zabawimy się. - zarechotał trzeci koleś.
-Okey. - "Zachciało się wam zadzierania z Deryl... a popamiętacie wy mnie gnojki... popamiętacie". - Który pierw-szy?
Chłopaki trochę zdziwieni, ale pierwszy ruszył fryzjer. Ledwo doszedł do niej, zarąbał w brzuch i przeturlał się po chodniku.
Oburzyło to pozostałych. Postanowili rzucić się na nią i pobić. Nic z tego nie wyszło, gdyż ruszyli w pewnych odstę-pach czasu. Z takimi pojedynczymi Deri sobie radziła bez większego problemu silnym ciosem w brzuch (albo trochę niżej - oczywiście przez pomyłkę...) i popchnięciem w stronę ulicy.
Kafary nie miały ochoty na dalsze zabawy. Uciekli czym prędzej i tyle ich było.
Następnego dnia, Deryl spotkała fryzjera.
-Jeżeli to się nie powtórzy, to wam daruję i nikomu nic nie powiem, ale niech który mnie dotknie...
Niedoszli chrzciciele Deri rozpowiedzieli po wszystkich drugich i trzecich klasach, że lepiej jej nie zaczepiać i od tego momentu członkowie organizacji chrzcielnej nie wchodzili jej w drogę.
Koledzy i koleżanki z klasy nadal byli zastraszeni przez starszych kolegów i nie ruszali się spod gabinetów.
Dopiero, gdy któregoś dnia Deri stanęła w ich obronie, uwierzyli w siebie i stopniowo w coraz mniejszych grupkach przemieszczali się po budynku szkolnym, aż w końcu stawali się na tyle pewni siebie, że przemierzali korytarze pojedynczo.

ROZDZIAŁ DRUGI

TAJEMNICZY MOTOCYKLISTA
Deri lubi szybkie motorki. Lubi na nie patrzeć. Kolekcjonuje plakaty, naklejki itp. Ale póki co nie wyrażała chęci przejażdżki na owym pojeździe.
Od jakiegoś czasu widziała całkiem ładny, czerwony motor, z nie mniej przystojnym motocyklistą. Spotykała go przeważnie podczas spacerów z psem. Zdaje się, że odwzajemniał on zainteresowanie Deri jego osobą, bo ilekroć widział ją spacerującą, przejeżdżał kilkakrotnie obok niej, za każdym razem stając dęba.
Co do samego motoru to był on właśnie taki, jaki Deryl podoba się najbardziej. Miał zabudowany silnik i lśniącą, czerwoną barwę (kolor ten tolerowany przed pannę Portos tylko i wyłącznie na motorach lub samochodach).
A motocyklista?
Z początku był bardzo tajemniczy. Zawsze w czerwonym kasku z czarną szybką. Okrutnie pilnował, żeby nie zoba-czyła go bez kasku.
Ale jednak zobaczyła. To było, któregoś pięknego popołudnia. Trochę za szybko jechał chcąc się popisać i nie za-uważył stojącej na poboczu policji. Dostał mandat. I musiał ściągnąć kask na tą chwilę. Deri skrzętnie wykorzystała to i przyjrzała mu się nieco.
Miał włosy lekko kręcone, bardzo jasny blond, wręcz platynowy, pasujący jak ulał do białego stroju, w jakim najczę-ściej jeździł. Za daleko była, żeby móc zobaczyć kolor oczu, ale rysy jego twarzy utkwiły jej głęboko w sercu.
Zaczęło się teraz dramatyczne poszukiwanie owej twarzy.
Deryl się zakochała. W chłopaku, którego nie zna, nie wie jak się nazywa, zna tylko rejestrację motoru i raz widziała twarz owego gościa.
To śmieszne, ale prawdziwe.
Pierwsze oznaki miłości pokazały się w szkole. Słaba ocena z tak prostego przedmiotu (dla Deri) jakim jest mate-matyka. Dni planu lekcji pomieszane. Później pojawiło się zaniedbanie obowiązków domowych oraz solona szarlotka czy słodzone mięso - nowe przepisy kulinarne.
Do tego w każdym blondynie widziała tajemniczego motocyklistę. Raz widziała go naprawdę, ale oczywiście nie mo-gła rozróżnić prawdziwego od "wydaje mi się".
Widziała go, gdy szła na trening taekwondo. Śledził ją aż pod salę, gdzie odbywały się treningi...

AREK
Miłosne marzenie Deryl, jakim był motocyklista niespodziewanie spełniło się.
Tak nagle i po prostu, bez żadnych ogródek, zbędnych okrążeń, podszedł do niej po którymś wtorkowym treningu. Uśmiechnął się szczerze, chrząknął i zapytał się, troszkę zmieszany odważnym spojrzeniem Deri.
-Cześć, poznajesz mnie?
-Chwileczkę... To ty jeździsz tym odjazdowo czerwonym motorem?
-A więc poznajesz. Długo myślałem jak i kiedy zacząć tą rozmowę. Chciałbym się z tobą bliżej zapoznać, może za-przyjaźnić...
"Uszczypnijcie mnie, ja chyba śnię!"
-Serio?
-Tak.
-Wiesz, że jeżeli żartujesz to...
-To mogę oberwać? Nie żartuję. - uśmiechnął się jeszcze bardziej sympatycznie, wyciągnął rękę i dodał. - Arek.
Deri nie musiała się długo zastanawiać. Uścisnęła wyciągniętą dłoń i odpowiedziała:
-Deryl. Ty chyba nie jesteś stąd?
-Nie. Mieszkam tu dopiero od pięciu lat z matką.
-A wcześniej?
-Mieszkałem w Polsce. Stąd mój taki akcent.
-Wolisz Anglię od ojczyzny?
-Nie przepadam za tutejszymi deszczami. Ludzie tam są inni, politycy inni... Ale bezrobocie większe, a matka tutaj kasę robi taką, że chcąc nie chcąc - przywykłem. A teraz nie żałuję, że tu zostałem.
-Czym się zajmujesz?
-Studiuję zaocznie, pracuję jako webmaster, chyba wiesz kto to?
-Idiotkę ze mnie robisz? Sama dłubię czasami coś w tym kierunku.
-No to wiesz na czym rzecz polega. Zabiera mi to sporo czasu przy komputerze, ale daje niezłe zyski. A kiedy mam tylko chwilkę czasu wsiadam na Alien i relaksuję się.
-Alien?
-Nazwałem tak swój motor. A ty co porabiasz? Oprócz tego że uczysz się w Liceum?
-Komputer, czasami coś poczytam, pomagam ojcu chatkę utrzymać w jako takim porządku, spotykam się z przyja-ciółmi. Chodzę na długie spacery z psem i to mój sposób na relaks.
-Jak się wabi twój piesio?
-Buffie. Staruszek ma już jedenaście lat.
-Jak sobie tak hasał po łączce, myślałem, że jest szczeniakiem.
-Większość tak uważa. Dobrze się trzyma tak na zewnątrz, ale coraz częściej choruje.
Tak sobie gawędząc o tym i o owym, doszli pod mieszkanie Deri.
-No to nara. - westchnęła dziewczyna spoglądając już całkiem śmiało w oczy nowego kolegi.
-Spotkamy się jutro?
-Jeżeli znajdę czas. SKS-y na osiemnastą, po siedmiu lekcjach chór szkolny, a w między czasie trzeba zrobić coś do żarcia, zadbać o psa i trochę się pouczyć.
-Masz ściśle upakowany grafik zajęć na cały tydzień? - jęknął Arek.
-Nie. Środy są najbardziej upchane, wtorki i piątki trening taekwondo, poniedziałek i czwartki mam również SKS-y, ale tylko pięć lekcji. Soboty całkiem wolne i niedziele praktycznie też.
-Czyli znajdzie się dla mnie odrobinka czasu?
-Sądzę, że tak. Do jutra.
-Pa.
Deri nic nie powiedziała ojcu o Arku. Wiedziała, że mógłby jej zabronić spotykania się z nim. Patrick stara się być dobrym ojcem i nie chciałby, żeby jego córce coś się stało.
Dlatego pan Portos o Arku Lepańskim dowiedział się znacznie później.

ZAZDROŚĆ OBU PŁCI
Deri nie raz już spotkała się z Arkiem. Wiedziała o nim już dosyć dużo. Pewnego dnia, po drugiej lekcji, gdy jak zwy-kle siedzieli całą klasą przed budynkiem liceum, pokazali się publicznie jako coś więcej niż przyjaciele.
Portosówna siedziała w samym centrum zainteresowania. Chłopcy z cielęcymi oczkami, dziewczyny z wazeliną. Wśród tych drugich jedynie Deborah żywiła prawdziwe uczucie przyjaźni wobec Deryl.
Wyzywano właśnie gościa od historii, za jego niezrozumiały sposób oceniania wiedzy uczniów, gdy pod szkołę pod-jechał czerwony motor, z dwoma "motorniczymi". Deri widząc znajomą Alien i jeszcze bardziej znajomego motocy-klistę, uśmiechnęła się do siebie i z satysfakcją przyglądała się reakcjom kolegów i koleżanek.
-Yo! Ale macho! - westchnęła Julia.
-Gdybym miał taki motor, wszystkie laski w mieście byłyby moje! - wyjechał ze swoimi porównaniami Bryan, naj-bardziej rozkochany w Deri.
-Przejechałbym się na takim... - sapnął cicho Fred.
-Pierwszy raz widzę tego blondasa. Uroczy jest! - pozwoliła sobie zauważyć Marita, gdy zdjął kask.
-Ten drugi to brat Toledoriego z drugiej? - Margaret rzuciła jakby w atmosferę swoje pytanie.
Dominik pokiwał jedynie głową potwierdzająco, ale i tak nikt jego kiwnięcia nie usłyszał.
Starszy Toledorie wszedł do szkoły, a Arek został przy swoim motorze. Rozglądał się, a gdy dojrzał znajomą twarz panny Portos pomachał jej ze swoim pięknym, szczerym uśmiechem na twarzy.
Deri uśmiechnęła się, mrugnęła okiem. Za to jej koleżanki, zaczęły kłócić się między sobą o to, której pomachał.
Lepański wstał i powoli ruszył w kierunku swojej koleżanki. W tym momencie wszystkie miały kisiel w gaciach, w nadziei, że idzie do którejś z nich.
-Hej, skarbie. Co robisz dzisiaj po lekcjach? - zapytał się Portosówny.
-Nie mam żadnych planów na dzisiaj. Trening taekwondo odwołany. A co? - odparła jakby nigdy nic.
-To może przyjadę po ciebie i pojedziemy gdzieś sobie, co?
-Mam lepszy pomysł. Przyjdziesz po mnie i pójdziemy gdzieś sobie.
-Ok. Myślałem, że masz ochotę się przejechać na...
-Alien jeszcze nie teraz. Moim ulubionym środkiem lokomocji są nogi.
-A co do tych twoich nóg to nie mam nic przeciwko. Masz pięć lekcji?
-Niop. Co tutaj robisz?
-Podwiozłem kolegę. Jego brat nabroił coś, a starzy są w pracy, więc on musiał się pojawić.
W tym momencie zadzwonił dzwonek. Deryl wstała.
-Sorki, ale muszę już iść.
-Co teraz masz?
-Sprawdzian z historii.
-Powodzenia. Tylko nie dziękuj.
-Dziękuję. Nie jestem przesądna.
Jeszcze przy drzwiach liceum odwróciła się i pomachała mu.
Jako, że był sprawdzian, wybuch zazdrosnych tekstów ze strony koleżanek nastąpił na następnej przerwie.
-Jaka cicha woda! Zgrywa wolną, a hoduje sobie takiego przystojniaka!
-Nawet nie przedstawiła nam go!
-Skąd sobie takiego wytrzasnęła?
-Deri... Czemu nic nie wiem o tym cudnym motorniczym? - zapytała spokojnie Debi, jedyna nie zazdrosna w tym momencie.
-Bo to tylko kolega. Jeszcze nic nieznaczący... - Deri troszkę skłamała. Ale cieszyła się, że jej kochane koleżanki czują się zazdrosne o coś, czego nigdy nie będą miały.
Nie opisanie większa była zazdrość, jaka zrodziła się wśród trzech wielbicieli klasowych. Arek ze swoim motorem, był w ich oczach potwornym rywalem.

ROZDZIAŁ TRZECI

PIERWSZA RANDKA
Przyszła zima. Lał paskudny, zimny deszcz. Taka pogoda spowodowała, że nauka, o ile się nie zasypiało, szła dosyć gładko, ale Arek nie mógł spacerować z Deri.
Spotykali się troszkę rzadziej. Na święta wyjechali do swoich rodzin. Spotkali się dopiero na sylwestra. Deri zrobiła imprezę u siebie w chacie. Grono było bardzo malutkie, bo tylko Deborah, Paul i Arek. Zabawa i tak była wyśmieni-ta.
W styczniu spadł śnieg i przez dwa tygodnie nie znikał z ulic, drzew czy trawników. Mrozek trzymał mocno, ale ogól-nie nie było tego aż tak czuć. A na pewno nie przeszkadzało to we wspólnych spacerach. Na jednej takiej właśnie popołudniowej przechadzce, Arek zaproponował Deri wspólną wycieczkę do Polski.
-Ja i ty?
-Tak. Pokażę ci moje rodzinne strony, odwiedzimy parę fajnych miejsc, wejdziemy sobie na jakąś małą górkę?
-Z wielką chęcią, ale nie wiem, czy ojciec się zgodzi...
-Zgodzi się.
-Jeżeli nie będzie wiedział z kim mam jechać to w życiu się nie zgodzi.
-Przyjdę do ciebie jutro. Przedstawisz mnie, a o resztę się nie martw. Ponoć mam dar przekonywania.
Arek zaczął opowiadać o swojej ojczyźnie. Po godzinie z minutkami, dotarli pod dom Portosów. Było już prawie ciemno.
-Do widzenia. Do jutra. - westchnął Arek i już miał odejść, gdy poczuł rękę na ramieniu.
-Poczekaj. Nie powiedziałam ci "do widzenia". - Deryl nie miała ochoty się rozstawać, ale czas już był wrócić do do-mu. Pocałowała go.
-Nie spodziewałem się takiego "do widzenia". - uśmiechnął się chłopak.
Deryl czuła, że go naprawdę kocha.

NIEZROZUMIAŁY STRACH
Następnego dnia, Arek przyszedł do Portosówny do domu. Patrick słysząc jego nazwisko, zatrząsł się od stóp do głów i do końca jego wizyty zachowywał się jakoś dziwnie. Gdy przyjaciel jego córki wyszedł, zwrócił się do niej.
-Wcale mi się nie podoba, że z nim się spotykasz.
-Czemu?
-Bo nie odpowiada mi jego osoba.
-Ale tato, czemu?
-Wydaje mi się jakiś dziwny... Nie powinnaś się z nim spotykać.
Podobnie zareagowała matka Arka. Była jakaś nieswoja.
Nazajutrz, Arek przyjechał pod szkołę, znalazł Deryl i obwieścił jej co się dzieje.
-Matka zabroniła mi się z tobą spotykać. Nie powiedziała dlaczego. Nic. Tylko tyle, że nie mogę się z tobą widywać.
-To jest podejrzane. Mój ojciec również stwierdził, że nie powinnam się z tobą spotykać.
-I do tego zachowywali się nieco dziwnie, gdy siebie przedstawialiśmy.
-Nie wiesz o co może im chodzić?
-Nie. Ale wiem, że mam gdzieś ten zakaz. Deri, ja nie potrafię bez ciebie żyć.
-Nawet nie wiesz jak mi miło, że to słyszę. Spróbujmy coś wyciągnąć od naszych staruszków.
-Ok.
Przez tydzień próbowali się czegoś dowiedzieć, ale ani ona, ani on do niczego niedoszli.

"COŚ TU JEST NIE TAK"
Po jakimś czasie łamania zakazów rodziców, Deryl zaczęła odczuwać wątpliwości co do Arka.
Wszystko zaczęło się od tego, że Arek często przebywał z dziwnymi ludźmi, powszechnie znanymi jako dealerzy, złodzieje czy miejscowi skini.
Widziała go sama, widzieli go Paul i Deborah.
-A jeżeli to jakiś pospolity ćpun? - jęknęła Debi.
-Nie pospolity. Taki zwyczajny nie oczarowałby Deri. - skomentował nieco zazdrosnym tonem Paul.
-Nie rozumiem tylko po co mu oni. Ma kasę, ma motor...
-Ma ciebie... -dogryzał Delir.
-Aj, Deliriously, przestaniesz ty w końcu?! - zniecierpliwiła się Deborah.
-Wiem, że podpierdzielasz do mnie cholewki, ale jesteśmy przyjaciółmi. Tylko przyjaciółmi, Paul. Dobrze o tym wiesz.
Cała trójka przyjaciół zamyśliła się głęboko, czyniła to zawsze wtedy, gdy zaczynali się kłócić. Nie lubili tego robić i starali się unikać sporów jak tylko się dało.
Panna Portos potajemnie umówiła się z Arkiem na hali sportowej na mecz piłki koszykowej.
Rozmawiali o tym i o owym, było im całkiem wesoło i przyjemnie. Aż do momentu, gdy na publikę weszło czterech panów, których Deri znała tylko z widzenia, ale wiedziała, że są to miejscowe opryszki.
-Wybaczysz, że na chwilkę cię opuszczę?
-Będę tęsknić. - westchnęła ciężko.
Gdy tylko zniknęli za drzwiami, ruszyła za nimi. Skradała się powolutku, aż doszła do przedsionka hali. Tam właśnie stał Arek i jego towarzysze. Była za daleko, żeby usłyszeć słowa. Ale widziała, jak Lepański pokazuje im swoją broń ukrytą za pazuchą.
Poczuła się jakoś tak dziwnie. Nie pozostawiając żadnej informacji dla niego wymknęła się z hali. Uciekła do domu i ze zdziwieniem stwierdziła, że cała się trzęsie - po prostu boi się.
W ciągu kolejnych dni starała się unikać Arka.

ROZDZIAŁ CZWARTY

KONIEC
Zaraz po feriach zimowych, klasa Deryl pojechała na wycieczkę do muzeum geologicznego. Deri pojechała tam tylko dlatego, żeby nie spotkać się z Lepańskim.
Ludzi zwiedzających i pracowników było około stu pięćdziesięciu. Nikt nie spodziewał się, że już za moment ma się coś w tym muzeum stać.
Wszyscy w spokoju i skupieniu oglądali eksponaty, wysłuchiwali przewodników.
I nagle tą niezmąconą ciszę przerwały cztery strzały. Od wszystkich możliwych wyjść, wchodzili zamaskowani ludzie. Powstał ogólny chaos i harmider. Zwiedzających ogarnęła panika. Po chwili wszyscy poupychali się w kątach mu-zeum, a na środku została Deryl. Rozglądała się bezradnie po współzakładnikach i po wycelowanych w nią kilku luf pistoletów.
Czemu się nie ruszyła, nie stanęła z boku tak jak wszyscy?
Przeczucie?
Stała w osłupieniu, nawet nie ruszyła się o milimetr.
Ktoś kto zdaje się dowodził tej grupie, podszedł do dziewczyny bliżej.
-Patrzcie jaka odważna. Z miejsca się nawet nie ruszyła. Niech ją któryś nastraszy.
-Nie! - zaprotestował jeden z zamaskowanych.
-Co mówiłeś, Lepanto? - prychnął szef.
-Zostawcie ją w spokoju. - ten głos Deryl dobrze znała.
W efekcie dano spokój pannie Portos.
Przez trzy godziny negocjowano w sprawie okupu. Koniec końców zamaskowana banda gwizdnęła niezłą kasę i zniknęła, nie robiąc nikomu krzywdy.
Gdy następnego dnia, Arek w towarzystwie Toledoriego pojawił się pod szkołą, gdy zaczął coś mówić do Deri, wcale nie zwracała na niego uwagi.
-Masz mi coś do powiedzenia? - zapytała się w końcu.
-Proszę?
-Masz mi coś do powiedzenia? - powtórzyła.
-Nie wiem o co ci chodzi.
-Pytam się czy masz mi coś do powiedzenia?
-Chyba nie.
-Masz czy nie?
-Nie.
-Nie masz?
-Nie.
-To odczep się ode mnie. - syknęła i ruszyła do szkoły.
-Proszę?
-Nie masz mi nic do powiedzenia, to zjeżdżaj.
-Ale o co ci chodzi?
-O co mi chodzi? Chcesz wiedzieć?
-Tak.
-Lepanto. O to mi chodzi. - odwróciła się i weszła do budynku Liceum, trzaskając drzwiami wejściowymi.
Toledo od razu chwycił się za bok, tam gdzie trzymał broń.
-Zwariowałeś?! - warknął Lepanto.
-Ale?... - Toledo zamilkł w pół słowa, widząc wzrok kolegi.
Po chwili odjechali czerwonym Alien i przed liceum nastała cisza.

SAMA PRAWDA
Arek zniknął z zasięgu wzroku Deryl tak skutecznie, że przez pół miesiąca nie widziała go ani na moment.
Lepanto miał dwa powody do ukrywania się.
Pierwszy znamy. Drugim była prawda o tym, dlaczego jego matka zabroniła mu się spotykać z Portosówną. Dowie-dział się, ale zachował to dla siebie.
Deryl o niczym nie wiedziała, do czasu przyjazdu Lidii Lepańskiej i jej syna do domu Patricka Portosa i jego córki. Wtedy wszystko wyszło na jaw.
-Mój mąż i twoja matka... - zaczęła Lidia. - Mieli poważny romans.
-Zerwali dopiero po tym, gdy mama była w ciąży. - dodał Patrick.
-Z chłopcem czy dziewczynką? - rzuciło się zarówno Deri jak i Arkowi.
-Arek miał już cztery latka i był z prawego łoża... - odparła po chwili pani Lepańska.
-Jestem lewa. - parsknęła Deri.
-Nie jesteś lewa. Jesteś siostrą Arka z jednego ojca.
Młodzi spojrzeli na siebie. Portosówna dotknęła swoich ust.
-Dlatego było nam razem tak dobrze... - westchnęła. - I to był powód waszego sprzeciwu co do naszych spotkań, tak?
-Tak.
-A skąd wy się o tym dowiedzieliście? - zainteresował się Arek.
-Byliśmy przyjaciółmi do czasu twojego wypadku, Deri, gdy okazało się, że twoja grupa krwi zgadza się nie z moją, lecz pana Lepańskiego. - wytłumaczył Patrick.
-Cała ta heca przyczyniła się nie tylko do zerwania przyjaźni, ale również małżeństwa. - dodała Lidia.
-Dlatego się rozwiedliście? - Arek spojrzał smutno na matkę.
-Tak. Byłam pełna podziwu dla Patricka, że również tego nie zrobił. Ale później, gdy dowiedziałam się o chorobie pani Portos, zrozumiałam dlaczego był z nią do końca...
-Ostatecznie ja zostałam z "ojcem", który nie ma ze mną nic wspólnego?
Patrick spojrzał na "córkę" ze strachem. Myślał, że nie zechce dłużej z nim pozostać. Ale pomylił się.
-Chyba wolałabym, żeby tak zostało. Nie lubię tak gruntownych zmian, jak wymiana ojca. Jestem z tobą od maleń-kości i tylko ciebie jestem w stanie obdarzyć miłością córki do ojca. A... - zwróciła się do Lidii. - A czy tata Lepański żyje?
-Nie. To znaczy tak. Jest w pace. Po rozwodzie z mamą zszedł na przestępczą ścieżkę. Od dziesięciu lat jest w pudle na dożywociu. - pospieszył z wytłumaczeniem Arek.
-A ty idziesz w jego ślady? - zapytała się Deryl brata.
-Co? - jęknęła Lidia.
Lepanto spuścił głowę. Był zły i jednocześnie wdzięczny siostrze za rozpoczęcie tego tematu. Sam by tego nie zrobił. Wytłumaczył się przed całą trójką jak to było z tym napadem, jak to się stało, że przyjaźnił się przestępcami.
-Wyjeżdżamy stąd. Do Polski. Niech twoja babcia się dowie co tutaj wyrabiasz to już ona cię nauczy grzeczności i wybije ci z głowy takie wygłupy. Wytresuje cię na grzecznego chłopczyka, czy tego chcesz czy nie. - zadecydowała Lidia.
Tak też się stało.
Arek wyjechał z matką, zostawiając swoją siostrę pod opieką męża jej matki.
Starszy Toledorie pozostał w towarzystwie przestępców. Był jednocześnie przyjacielem Deryl i jej kartą ochronną przed całą miejscową szumowiną.

EPILOG

NOWA RODZINA I SZYBKI POWRÓT DO STAREJ SYTUACJI
Po upływie roku, Lidia z Arkiem wrócili do Anglii. Chłopak nadal jeździł swoim czerwonym Alien, ale świat przestęp-czy dla niego nie istniał.
Patrick wziął ślub z Lidią, za zgodą, a nawet z chęcią obojga dzieciaków.
Można by pomyśleć, że wszystko pięknie się skończyło, że nic nie zmąci tego stanu, ale niestety stało się.
Zimą, gdy drogi były śliskie, Lidia zginęła w potwornym karambolu. Szesnaście aut z dwóch stron jezdni powpadało na siebie. Pani Lepańska-Portos była po między samochodami, nie miała szans na przeżycie.
Niedługo po tym Arek zdecydował się pojechać do USA.
Życie Portosów wróciło do dawnego trybu życia.
Po wydarzeniach związanych z Lidią i jej synem pozostały zdjęcia i nagrobek.
Arek co jakiś czas dzwonił, pamiętał o urodzinach, imieninach i innych drobnych świętach rodzinnych, ale kontakt powoli się zamazywał...
Nikt z zewnątrz nie dowiedział się o tym, że Patrick nie jest ojcem Deryl.
Dla świata istniał on jako dwukrotny wdowiec z młodą, sympatyczną córeczką i przybranym synem daleko za Wielką Wodą.

Troszkę przygnębiające to zakończenie, ale nie wszystko i nie zawsze może się dobrze kończyć...

KONIEC

Podpis: 

Ardea Nigra IV-VIII.2001
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Kraina Niekończącej się Bajki - cz.II. rozdział VI Hagan - Wyjście w mrok Hagan - Ciało bez kości
Co za głupie psikusy? I to ma być element dobrej zabawy?! Pierwsze fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Drugie fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Kolejne pojawi się niebawem. (Prolog w opowiadaniu Wyjście w mrok)
Sponsorowane: 30Sponsorowane: 20
Auto płaci: 20
Sponsorowane: 20
Auto płaci: 20

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2022 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.