https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
30

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 53

  Życie w ciemnościach, zielenią tętni.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W styczniu nagrodą jest książka
Piąta kobieta
Henning Mankell
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 53

Życie w ciemnościach, zielenią tętni.

Kraina Niekończącej się Bajki -cz.II. rozdział VII

Pajacyk zagryzł wargi, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo Las Umarłych go zaskoczył. Gęsiej skórki na drewnianym grzbiecie nie brakowało.

Hagan - Wyjście w mrok

Pierwsze fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda.

Hagan - Ciało bez kości

Drugie fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Kolejne pojawi się niebawem. (Prolog w opowiadaniu Wyjście w mrok)

Kraina Niekończącej się Bajki - cz.II. roz. VIII

— Pajacu! Duchy! Krążą wokół nas, szukają dziury, by się tu dostać. Popatrz, jestem biały jak prześcieradło — wyszeptał bez tchu.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Bliskie spotkania

Chodźmy...

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1147
użytkowników.

Gości:
1147
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 68081

68081

Prawdziwe życie. Prolog

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
11-04-23

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Środowisko/Przyjaźń/Przygoda
Rozmiar
25 kb
Czytane
3360
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
11-10-29

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: xMarcelinax Podpis: Moullin
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Prawdziwe życie, które toczy się w Łodzi. Chuligani, galerianki, zwykli ludzie, romanse, zdrady, mecze, ustawki. Początek historii, bo nie wszystko wydaje się być takie, jak powinno. Hooligans life!

Opublikowany w:

xxx

Prawdziwe życie. Prolog

Widzew Łódź, drużyna nasza, stolicę zasmuci
Drużynę stołecznej Legii na kolana rzuci
Pokażą klasę chłopaki, zimny prysznic dadzą
Na miarę zwycięstwa w lidze, bramkę Legii wsadzą!

Atmosfera była bardzo napięta, a jakby zawieszone w powietrzu emocje, na te kilka sekund opuściły ciała i unosiły się wysoko w górze, by do niego powrócić, gdy tylko to się stanie, kiedy to powie, teraz już wszystko zależało tylko od tego, a on biegł, biegł, biegł, a cała akcja przypominała efekt spowolnienia, żywo wycięty z amerykańskiego filmu, więc wydawać się mogło, że trwa to już w nieskończoność, jednak już był blisko, prawie u celu, wymija przeciwników, jeszcze kilka metrów i…
-GOOOOOOOL! – wykrzyknął spiker komentujący cały mecz, a radosny śpiew wybuchł nagle i niósł się echem po stadionie Widzewa, gdy setki ludzi śpiewało w jednym rytmie, a w szczególności cała trybuna D, wypełniona najwierniejszymi kibicami z całej Polski szalała z radości, gdy w doliczonych przez sędziego ostatnich minutach, RTS strzelił bramkę, co zakończyło mecz z Legią Warszawą z wynikiem 1:0 dla gospodarzy. Czerwony znowu triumfował na murawie, co stanowczo nie podobało się przyjezdnym ze stolicy. Nie tylko kibice z Warszawy byli specyficzni, ale też wszyscy jej mieszkańcy, przez co ludzie z innych miast nie bardzo lubili się z nimi zadawać – zbyt wysokie mniemanie o sobie, wygórowane poczucie własnej wartości i ciągłe zadzieranie nosa sprawiło, że obraz Warszawiaków jest taki a nie inny. Teraz swoim buczeniem i odgłosami niezadowolenia starali się zagłuszyć euforyczne wiwaty Widzewiaków, jednak ginęli między nimi jak cichy szept pomiędzy rykiem piły mechanicznej. W tym sezonie drużynie czerwono-biało-czerwonych powodziło się nadzwyczaj dobrze i wszyscy liczyli, że nastanie dla nich dobra passa jak w roku 2006, kiedy byli w pierwszej lidze. Piwo lało się po krzesełkach w klubowych barwach i niejeden kibic był nim przesiąknięty, jednak teraz to ich nie obchodziło, bo ciągle radośnie podskakiwali żegnając schodzących z boiska piłkarzy i dziękując im za tak wspaniałe zwycięstwo. Kto nigdy nie widział czegoś takiego, nie będzie sobie w stanie wyobrazić, co mogło się tam dziać. Tłumy kibiców jak i zwykłych gapiów, którzy od czasu do czasu lubili przyjść i zobaczyć coś zjawiskowego w sobotni wieczór, teraz masami wylewali się na ulice Łodzi, kierowani przez oblegające stadion patrole policji, która postawiła sobie za cel do końca utrzymać porządek w mieście, chociaż równało się to ze sparaliżowaniem całej aglomeracji w ciągu tego wieczoru. Ludzka fala poniosła własną siłą Diabła i już po chwili stracił swoją ekipę z oczu, chociaż zdawało mu się, że trzymają się ciągle razem i są obok, ale dość często zdarzało się to na końcu, kiedy wszyscy pchali się do wyjścia, chociaż tego nie lubił, tym bardziej, że zamiast na Piłsudskiego wyszedł na Tunelowej, jednak poziom jego endorfiny we krwi po wygraniu tak ważnego dla nich meczu był tak wysoki, że grupa ubranych na zielono legionistów wcale nie zrobiła na nim wrażenia do czasu, gdy trzech z nich się nie odłączyło od grupy i nie szło w jego kierunku. Nadchodziła jesień, więc dzień trwał już coraz krócej, a o godzinie 20:30 panowała już prawie całkowita ciemność, jednak Krzyżanowski wszędzie rozpozna tą twarz – Simon, najbardziej zapalony legionista w Łodzi, którego najchętniej by zatłukł własnoręcznie i złożył w ofierze jako innowiercę na ołtarzu RTS-u. Nie bał się, chociaż było ich wielu czekających kilka metrów dalej. To oni dzisiaj zajmowali miejsce przegranych, więc uniósł dodatkowo wysoko brodę, patrząc na zbliżających się przeciwników, z których temu najbardziej przez niego znienawidzonemu złość wychodziła aż uszami, tym bardziej gdy zobaczył dumną minę Marcela, zadowolonego ze zwycięstwa, kolejnego już w tym sezonie.
- Po ile się składaliście, żeby wygrać ten mecz? – zapytał drwiąco, zatrzymując się dwa kroki przed nim. Urażone uczucia względem swojego klubu to najgorsze, co może spotkać jego zwolennika, dlatego mimowolnie blondyn zacisnął dłoń w pięść. Doskonale wiedział, że to prowokacja.
- Nie musieliśmy, wystarczy, że wy gracie jak cioty – odparował, wytrzymując spojrzenie tamtego. Czuł to już w środku, to podniecenie, które wyprzedzało to, co miało nadejść. Zawsze tak było, to przeczucie. Ręka powoli zaczynała go świerzbić, ale wiedział, ze nie może tego zrobić tutaj, bo był sam, a dookoła zbyt wiele psiarni i w najlepszym przypadku wylądowałby na 48 godzin na komisariacie z bandą przygłupów ze stolicy.
- Odwołaj to – warknął ubrany w zielone barwy brunet, który momentalnie poczerwieniał na twarzy. Czyżby Diabeł trafił w czuły punkt?
- Gracie – jak – cioty – powiedział wolno i dosadnie z wrednym uśmieszkiem, który wypełzł mu na twarzy i tylko poszerzył się, gdy tamten miał zamiar go uderzyć, jednak stojących dwóch kumpli w pogotowiu go przytrzymało.
- Nie daruję ci, dzisiaj o północy koło starych kamienic zobaczymy, czy jesteś taki odważny, czy tylko mocny w gębie – rzucał mu wyzwanie, na które zmysły Widzewiaka się wyostrzyły. Solówka, to było to, co lubił. Sam na sam, bez zbędnych formalności. Odprowadził wzrokiem trzech szalikowców, zawijając się przy tym w kierunku alei, gdzie ruch już trochę się przerzedził. Wyciągnął telefon, wystukując na nim szybko wiadomość i wysyłając do 6 osób naraz. Musiał się z nimi jak najszybciej spotkać, bo nie miał czasu do stracenia, do północy pozostało tylko kilka godzin, a trzeba było jeszcze opić tak wielkie i chlubne zwycięstwo.

~~***~~

„W latach 50-tych rozwinęła się subkultura Chuliganów . w przeciwieństwie do bikiniarzy wywodzili się głównie ze środowisk robotniczych, z rodzin o niskim statusie społecznym.
Subkultura grup chuliganów opierała się na grupowej solidności, bezwzględnym posłuszeństwie wobec przyjętego sposobu postępowania wiążącego członków grupy oraz jej przywódcy. Grupa przyjmowała podział na „swoich” i „obcych”. Przy czym obcymi byli wszyscy spoza własnej grupy i spoza innych grup chuligańskich. Obcy zasługują na pogardę i brutalne potraktowanie.
Subkultura chuliganów zanikła na początku lat 60-tych, natomiast przetrwał
do dziś termin „chuligan” jako synonim dewiacyjnej postaci kultury
młodzieżowej.”*

Początkowo artykuł z krzykliwym nagłówkiem „Subkultury! Nowa rzeczywistość” zainteresował go, jednak po przeczytaniu pierwszego akapitu Diabeł wyraźnie rozdrażniony zmiął gazetę i wyrzucił daleko od siebie w kąt, dodatkowo prychając przy tym głośno, akurat w tej samej chwili, gdy do kuchni weszła Kabza, która uniosła do góry brwi widząc chłopaka, który siedział z założonymi nogami położonymi na stole i niezbyt zadowoloną miną mimo wszystko. Fakt, ona też lubiła wygodę, jednak bez przesady, są pewne normy, a przynajmniej ona była takiego zdania a i na rozluźnienie atmosfery się coś przyda.
- Nie za wygodnie ci przypadkiem? – zapytała z półuśmieszkiem, podchodząc do blatu, stając do chłopaka tyłem i włączając czajnik z wodą na poranną kawę, chociaż tak wcześnie to znowu nie było – godzina 13 stanowczo rana nie przypominała. Po takich akcjach jak wczorajsza zawsze odsypiała, chociaż zazwyczaj czuła dyskomfort, gdy nie spała u siebie, jednak kilka godzin temu nie było innego wyjścia jak zakończyć całą przygodę na mecie. „Dobrze, że chociaż Borowiec w tej całej ekipie używa mózgu i zostawił nam to mieszkanie” – pomyślała, zalewając sobie kawę, którą właśnie nasypała do pierwszego wyciągniętego z szafki kubka. Gdyby nie to, że każdy z nich ma zapasowe klucze, prawdopodobnie teraz siedzieliby w areszcie albo na jakimś przesłuchaniu. Nawet nie chciała o tym myśleć, głupi miał zawsze szczęście.
- Chcesz też? – zapytała, przerywając swoje rozmyślania, nie odwracając się dalej i mieszając, jednak nie doczekała się odpowiedzi, więc odstawiła czajnik na swoje miejsce, odwróciła się i usiadła na jednym z dziesięciu wolnych krzeseł obok chłopaka. Diabeł co prawda zdjął już nogi ze stołu, ale dalej siedział zamyślony, co w jego przypadku nie oznaczało nic dobrego i dziewczyna doskonale o tym wiedziała, bo znali się od dzieciństwa, jednak miała świadomość, że nie może naciskać teraz i dopytywać się, o co chodzi, bo i tak jej nie powie, musiało to samo z niego wyjść, więc upiła łyk kawy, krzywiąc się lekko, kiedy gorąca ciecz swoją temperaturą podrażniła jej podniebienie.
- Nie krzyw się tak, bo ci zostanie – rzucił nagle Marcel, uśmiechając się nieco złośliwie. Przeciągnął się i ziewnął. – Nikt nie był tego dnia raczej wyspany ani tym bardziej pełen wigoru i chęci do jakiegokolwiek działania, tym bardziej on.
- Tymek podrzucił gazetę przed pracą, nawet nie wiesz, co za głupoty tam pisali – powiedział, wskazując podbródkiem zgnieciony kłęb papierów. – Według jakieś laski chuligani już dawno wyginęli jak dinozaury i zrobiła z nich synów roboli, którzy najwyraźniej nie mieli co robić, pracować im się nie chciało, więc tłuki się na prawo i lewo z każdym, kogo napotkali – powiedział, zaciskając coraz bardziej palce na stole. Brunetka już domyślała się, o co chodzi, ale nie chciała mu przerywać – nie często się zgadzali, ale w tej sprawie miał stanowczą rację.
- Wkurza mnie to, że ludzie nic o nas nie wiedzą, a wydają opinię, bo zobaczyli jakiegoś dresa, który wyłudził 5zł od dzieciaka i od razu tylko chuligan, szalikowiec i Pan Bóg wie kto jeszcze. Jak już chcą pisać o tym, to powinni wiedzieć, jaka jest sprawa, a nie na podstawie ogólnej opinii. Ja się nie czuję jak syn roboli, nie mający co robić gówniarz, szwendający się godzinami po ulicach miasta i czyhający tylko na jakieś młode dupy – dodał wzburzony, opuszczając ręce i wyciągając się na krześle. Chyba wszystkie emocje z niego już opadły, a przynajmniej tak mu się zdawało, jednak bolące mięśnie i poobijane żebra jednocześnie dały o sobie znać, więc dalej pozostał nachmurzony. Zazwyczaj nie czytał gazet i teraz żałował, że się o to pokusił. „Cholerne pismaki” – pomyślał, przeklinając wszystkich dziennikarzy w duszy. Zawsze tak było, po każdym meczu telewizja i gazety aż huczały od plotek na ich temat i, nie tylko ich – nie byli przecież jedyną taką grupą w Łodzi, tym bardziej w kraju czy na świecie, ale wszędzie mówiło się o nich tak samo. Fakt, może nie robili nic dobrego i nie wyglądało to tak, jak oni sami czuli, ale dla nich to było ważne i miało sens, a jeśli ktoś tego nie rozumie, nie czuje, to nie musi, nie jego interes. Myślami wrócił do wczorajszej nocy i mimowolnie się uśmiechnął. Gdyby nie przyjaciele nie wiedział, czy by tu siedział teraz beztrosko wręcz, pomimo obolałego ciała i kaca. Zawsze miał zdolność do pakowania się w największe kłopoty, a sam pomysł solówki z Simonem, największym kibolem Legii w Łodzi wydawał się być kiepski, ale Diabeł jak to on miał swoje zasady i przy nim żadna kobieta, która sobie na to nie zasłużyła nie będzie obrażana, a tym bardziej nikt nie podniesie na nią ręki. Mówi się kibol – ale miał od zawsze swój kodeks moralny, w przeciwieństwie do innych. A kiedy umawiał się na solo, oznaczał to solo, a nie ściąganie bandy przykoksowanych kumpli ze sobą. Znowu napiął mięśnie, pomimo bólu. Gdyby nie to, że Anastazja miała jak to ona swoje „przeczucie”, może teraz właśnie by umierał w szpitalu, pieprzeni Warszawiacy zawsze załatwiali sprawę do końca, nie przewidzieli jednak tego, że on też ma swoich braci. Przyszedł na umówione miejsce sam, jednak czekali w pogotowiu, zawsze trzeba było się ubezpieczyć na wypadek czegoś takiego, jednak nie uważał, że będą aż tak głupi – złamanie ogólnie przyjętych zasad wiązało się z rozgłosem na cały kraj i straceniem szacunku. Dlatego oni zawsze grali fair – solo to solo, reguły ustawki istniały też po to, by się do nich dostosować, kto nie chce, z tym się nie bije, rodzinę i kobiety się szanuje. Było ciemno i tylko od czasu do czasu gwiazdy przykryte grubą warstwą chmur, co jesienią nie było rzadkością oświetlały szeroki, stary bulwar, oraz roztaczające dookoła siebie nikły połysk zniszczone latarnie. Nikogo nie było widać, aż zegar wybił odpowiednią godzinę. Z początku Marcel zobaczył tylko jego i kiedy już chciał wymierzyć cios, zza kamienic wypadła reszta, co w odpowiednim czasie zauważyli jego bracia, którzy po tym, jak trójka rzuciła się na niego, ruszyli bezzwłocznie z pomocą, więc na ulicy, pomiędzy starymi kamienicami, z których tynk odpadał przynajmniej już od półwiecza rozegrała się dzika, kompletnie niekontrolowana przez nikogo, niezapowiedziana ustawka. Wszystkie obrazy wracały do niego – podciął go, przez co zaliczył niemiłe spotkanie z twardym i mokrym od deszczu betonem ulicy. Był koniec lata, połowa września, jeszcze dość ciepło, ale od czasu do czasu na ziemię spadała nagła ulewa, tak jak wtedy. Wiedział, że musi się podnieść, zanim tamten kompletnie go znokautuje, ale był zbyt blisko, dlatego pociągnął go za nogę, a potem szybko usiadł na nim, okładając go po twarzy. Czuł, jak pod jego uderzeniami pęka mu nos, ale się tym nie przejął do czasu, aż ktoś nie krzyknął, że psy jada. Od czasu niefortunnego wypadku, kiedy to w okolicy zginął młody chłopak bacznie pilnują tego, co się między kibicami dzieje, by kolejna matka nie musiała opłakiwać swojego syna. Wstał, spoglądając na Simona oczami pełnymi nienawiści, w których płonął jakiś dziwny, nieokrzesany ogień, wybuchający zawsze, kiedy tylko mógł dać upust swoim emocjom w walce.
- Ciota – warknął, spluwając mu przed twarz. Nie miał zwyczaju kopać leżącego, więc widząc, że wszyscy się zbierają, wzrokiem odnalazł Grubego i resztę i zwiali na metę, gdzie przyjechał do nich Michał, stary, znajomy sanitariusz i ich opatrzył, a przynajmniej tych, których było trzeba. Marcel zazwyczaj nie chciał, żeby to robił, bo „co nas nie zabije, to nas wzmocni”, wychodził z takiego założenia. A potem..
-Marcel, nie odpływaj tylko zbyt daleko, bo nie wziąłeś kompasu i prowiantu – powiedziała Kabza, uderzając go lekko łokciem w bok, co podziałało natychmiastowo i Krzyżanowski wyrwał się z uścisku wspomnień, które go właśnie dopadły, sycząc z bólu i patrząc na nią z wyrzutem.
- Głupia suczo, to bolało, daj mi lepiej ciasta – powiedział, masując się delikatnie po boku, w który go uderzyła. Wiedział, ze siniaki i opuchlizna nie zejdą przez najbliższy tydzień przynajmniej, chociaż mógł oberwać mocniej, tym razem przynajmniej nie miał napuchniętej twarzy. Makowiecka spojrzała na niego i pokiwała głową – wszyscy byli jak jedna rodzina, ale jego kochała szczególnie mocno, więc wiedziała, że musi go pilnować i dbać o niego. Bez żadnych pretensji podniosła się, szukając po kolei szafki ze sztućcami, a kiedy w końcu po trzech ślepakach trafiła, wyjęła z niej nóż i spojrzała na niego jeszcze.
- Z orzechami czy bez?

~~***~~


Kaja patrzyła za okno. Pomimo tego, że był wrzesień, pogoda była zupełnie letnia jeszcze, pomijając dzisiejszy dzień, który w przeciwieństwie do innych, był jakiś deszczowy, chociaż słońce coraz śmielej wychodziło zza chmur i miała tylko nadzieję, że do wieczora się rozpogodzi ostatecznie. Czuła, że jeśli przesiedzi kolejny dzień w domu to oszaleje, ale leżenie cały czas w łóżku z przerwami na jedzenie i obejrzenie jakiegoś filmu było bardzo kuszącym zajęciem, dlatego dwa dni temu wyłączyła telefon, chowając go głęboko pod poduszką, by nie kusiło jej z naciskaniem tego magicznego przycisku „włącz”, jednak teraz stwierdziła, że koniec z tym lenistwem, chociaż wiadomość, która nadeszła z drugiego pokoju wcale nie była taka, jakiej by się spodziewała i stanowczo nie miała ochoty tego usłyszeć.
- Kaja idź do sklepu i kup mi rzeczy do ciasta, bo zrobimy zaraz jakieś z Mańką!
„Super” – mruknęła blondynka pod nosem, podnosząc się z łóżka i zamykając laptopa. „Jakby nie mogła iść Zuzka, może wreszcie by dotleniła ten pusty mózg i jakaś wiedza by się w nim zaczęła zbierać” – pomyślała jeszcze, wychodząc z pokoju i idąc w kierunku kuchni. Nigdy nie była w zbyt bliskiej więzi z siostrą, sama nie wiedziała nawet, dlaczego tak się dzieje – była to chyba jednak różnica lat i charakteru, kiedy było trzeba potrafiły się dogadać, ale w większości przypadków nie było to potrzebne i trwała pod numerem 19 swoista wojna domowa. Nie chciała nawet dyskutować teraz z mamą, wiedziała, że zbyt długo dostawała ulgi, by teraz się wymigać. Mały York zaczął skakać przy jej nodze, kiedy stanęła opierając się o framugę wejścia. Zacmokała trzy razy do niego, głaszcząc go po małej, złotej główce.
- To co mam kupić? – zapytała zrezygnowana, zaczesując palcami włosy do tyłu. Nienawidziła, kiedy spadały jej na oczy i przysłaniały wszystko to, co działo się dookoła. Miniaturowych rozmiarów, żółta karteczka już na nią czekała, jednak zanim dane jej było schować ją do tylniej kieszeni jeansów kobieta przeczytała wszystko raz jeszcze, dopisując kilka rzeczy.
- Wiesz jaki olej zawsze biorę, cukier, mąkę i tam resztę masz napisaną, 50zł powinno ci chyba starczyć, ale nie zgub, bo więcej nie ma i jak dasz radę, to pośpiesz się, bo nie mam zamiaru wiecznie urabiać tej masy, dobrze?
Nie zdążyła dokończyć, bo dziewczyna złapała już kurtkę i zatrzaskiwała drugie drzwi, wychodząc na klatkę schodową. Spojrzała na drzwi ze złotym numerem 17 naprzeciwko niej i decyzja była natychmiastowa. Podeszła do nich i zadzwoniła trzy razy na znak, że to ona. Odsunęła się w chwili, gdy rozległ się szczęk zamku, a w drzwiach stanęła dziewczyna, która..
- Tak właściwie, to co zrobiłaś z włosami? – zapytała Kaja, przyglądając się przyjaciółce z bliżej nieokreślonym wyrazem twarzy, tamta jednak wyglądała na zadowoloną i dumną zapewne ze swojego dzieła, więc poprawiła sobie czerwoną szopę i wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
- A właśnie sobie farbowałam, pisałam ci sms’a, ale chyba masz wyłączony telefon, z tego co zdążyłam już zauważyć, więc stwierdziłam, że nie będę ci przeszkadzać – powiedziała, teraz udając nieco obrażoną. Blondynka wywróciła oczami, mogła się tego domyślić, no ale trudno, stało się, a ona nie żałowała spędzenia ostatnich godzin w czterech ścianach swojego pokoju rozmyślając „nad istotą egzystencji”, jak potem się tłumaczyła. Był to całkowicie uniwersalny temat, żeby wymigać się od spotkania z kimkolwiek.
- Dobra, dobra, idziesz ze mną do sklepu? Dolores kazała mi zrobić zakupy jak na wojnę, bo robi ciasto z młodą, więc jak się pośpieszymy, to może ich przedsięwzięcie zostanie ukończone i dostaniemy jakąś słodką zapłatę – powiedziała, robiąc zachęcającą minę i spoglądając w kierunku windy, która właśnie pojechała na górę, więc podeszła i wcisnęła przycisk, by zatrzymała się też na ich piętrze, chociaż poziom 4 nie był aż tak wysoko, by schodzenie schodami było męczące, co nie zmienia faktu, że była też to swoista gra czasowa. Nina zmarszczyła brwi, jednak zniknęła gdzieś na chwilę, wracając z kurtką i wciągając na stopę czarnego trampka, drugi był już na swoim miejscu.
- Gdyby nie to, że twoja mama robi tak dobre ciasto, to bym się nie skusiła, wiesz? I nie myśl, że ci odpuściłam, bo dalej jestem obrażona, mogłaś chociaż powiedzieć, że nie chcesz się z nikim widzieć, a nie tak po prostu wyłączasz telefon i nikt nie wie, co się z Toba dzieje – skomentowała, zamykając drzwi na klucz – najwyraźniej Kasia, jej mama, gdzieś wyszła, więc pewnie będą mogły potem tam posiedzieć i nikt im nie będzie przeszkadzać. Stanowczo wieczór zapowiadał się dość dobrze. Żółta klatka schodowa przepełniona była odgłosem windy, która zatrzymywała się na kolejnych piętrach i dziewczyna potrafiła się domyślić, że jeszcze jedno i dojedzie do nich. Chwila czekania i jej przypuszczenie potwierdziło się, jednak nie była pusta, tak jak chciała i przez chwilę miała ochotę się odwrócić i iść schodami, ale Nina już otwierała drzwi od dźwigu i wchodziła do niego.
- Idziesz? – zapytała, robiąc jakąś dziwną minę w jej kierunku, wiec zrezygnowana weszła, puszczając drzwi, żeby się zamknęły i rzuciła katem oka ku tablicy z przyciskami – niestety parter był już wciśnięty, więc czekała je jakże przyjemna jazda 4 poziomy w dół z dwoma osiłkami w dresach, które szeleściły przy każdym ich ruchu. Znała ich z widzenia, dość często się tutaj kręcili i mieli swoją siedzibę na 7 piętrze z tego co pamiętała, ale zawsze, gdy widziała ich przed klatką, wchodziła inną i przechodziła 11 piętrem. Teraz patrzyli na nie i Nina chyba zdała sobie sprawę ze swojego błędu, bo wpatrywała się w czubki swoich butów. Atmosfera była tak napięta, że wystarczyłaby jedna iska i wszystko by wybuchło. No i bach!
- Fajne włosy – rzucił jeden z nich, patrząc na dziewczynę z odcieniem burgundy na głowie, który fajnie kontrastował z jej zielonymi oczami. Podniosła głowę nieco zażenowana.
- Hm, dzięki – odpowiedziała po prostu, jednak chłopak nie miał raczej zamiaru dać za wygraną, bo dalej się jej przyglądał, trzymając ręce w kieszeniach z wyzywającym wyrazem twarzy.
- Mieszkamy w jednym bloku, a nawet się nie znamy jeszcze – zaczął, a Kaja spojrzała na drzwi – dopiero 2 piętro! – Ja jestem Tymek, a to Diabeł, lub jak kto woli, Marcel – wskazał na kolegę, który stał w rogu z telefonem w ręku, podnosząc wzrok na chwile, gdy został wymieniony. Pierwsze piętro.
- Ja jestem Nina, a to Kaja – odpowiedziała po chwili czerwono włosa, a blondynka struchlała, kompletnie nie wierząc, że tamta to zrobiła, brakowało jej jeszcze do szczęścia tego, żeby wszyscy osiedlowi szalikowcy znali jej imię, już dawno nie bawiła się w takie rzeczy i nie miała zamiaru wracać do tego, co było w przeszłości, więc czuła, jak temperatura jej ciała wzrasta, a niekontrolowany, czerwony rumieniec pojawił się na jej twarzy. Poza tym, od kiedy trzeba znać wszystkich, z którymi mieszka się w bloku? W tym przypadku w wieżowcu w którym jest około 180 mieszkań?
- Patrz jak zawstydzasz koleżankę, jest prawie tak czerwona jak kolor włosów jej przyjaciółki – powiedział ten stojący w kącie, ubiegając swojego kumpla. – Jak chcecie, dzisiaj robimy małą imprezę, wpadajcie pod 37.
Parter. Kaja rzuciła się prawie ze zwierzęcym zapędem na drzwi, zanim jeszcze dotarły do progu, więc otworzyły się szybko, a ona wypadła z winy jak błyskawica, ciągnąc za sobą Ninę, która jeszcze wymieniała jakieś pożegnalne słówka z dresiarzami. Świat stanął na głowie kompletnie. Kiedy znalazły się przed blokiem dalej ciągnęła ją, aż nie weszły na chodnik kolejnej ulicy przed Tesco.
- Możesz mi powiedzieć, o co ci chodzi?! – zapytała tamta, wyrywając się z uścisku blondynki i patrząc na nią ze złością wręcz. Niebieskooka, obrzuciła ją tylko spojrzeniem pełnym wyrzutu i wydęła wargi w geście niezadowolenia.
- Trzeba im było jeszcze nazwiska podać i numery telefonu, albo rozmiar stanika! – wybuchła, stając dalej w tym samym w miejscu. Słońce pojawiło się w pełnej okazałości na niebie, oświetlając odmalowane kilka miesięcy temu Osiedle Młodych. Wciągnęła pełne płuca powietrza a potem wypuściła wszystko z siebie, nieco się uspokajając, ale cała ta sytuacja jej się nie podobała.
- Weź przestań, panikujesz jak zwykle, pójdziemy dzisiaj do nich, nie?
Kaja spojrzała na nią szeroko otwartymi oczami niedowierzając temu, co właśnie usłyszała. Jeśli dziewczyna miała zamiar to zrobić, to zmiana koloru włosów stanowczo nie podziałała odpowiednio na jej neurony, które przez synapsy zaczęły przesyłać jakieś błędne sygnały.
- Chyba cię pojebało dziewczynko – skomentowała to tylko tak, ruszając w stronę sklepu. Iść na imprezę do dresów! Tego jeszcze nie było.

~~***~~

Tymek patrzył za dziewczynami, które właśnie prawie co wybiegły z bloku. Wzruszył lekko ramionami, widział już wiele reakcji, a to było coś nowego. Uniósł lekko brwi do góry.
- Chyba się podobasz tej blondynce. Jak jej tam było, Kaja?
Jednak chłopak wzruszył lekko ramionami, wychodząc przed blok i odpalając papierosa. Było mu to wszystko jedno, kolejna pusta laska robiąca pewnie lody po supermarketach czy galeriach handlowych. W tym świecie trudno było już o normalną dziewczynę i przekonał się o tym na własnej skórze. Spojrzał na wyświetlacz telefonu. Był 24 września.

~~***~~

Najpiękniejsze obrazy zachowuje się w pamięci, a nie ogląda na zdjęciach, tak samo jak najważniejsze wydarzenia z naszego życia przeżywa się w sercu, nigdy nie na filmach, które przypominają amerykańską komedię. Przeznaczenie było fatum, lub fortuną, lecz dopiero, gdy wszystko się kończyło mogliśmy ocenić, które z nich nas spotkało. Jednak pewne historie nigdy nie dobiegają ostateczności, bo zawsze istnieją ludzie, którzy chowają je głęboko w sercu i chcą za nie walczyć, do końca.
Sercem Łodzi od początku była Piotrkowska, a bicie tego wielkiego ośrodku ruchu nadawali ludzie, którzy żyli w tym mieście, dlatego uderzyło ono szybko, pewnie i mocno, chociaż wielu wyjechało już, szukając szczęścia na zachodzie czy gdzie indziej. W Polsce i na świecie może istniało wiele aglomeracji większych, ładniejszych, jednak tylko to jedno miejsce w centrum tego kraju miało w sobie to „coś”, co ciągnęło do niego ludzi, którzy nigdy nie byli tacy sami - każdy stanowił chodzący kłębek innych emocji i zlepieniec różnych cech charakteru. Piękni i bogaci, ćpuni, alkoholicy, robotnicy, kujoni, chuligani, to wszyscy, którzy wychowywali się tutaj, żyli, zadając sobie ciągle jedno pytanie, czy kiedyś będzie lepiej?
Miłość nie zawsze może oznaczać to samo, a przyjaźń często przeradza się w nienawiść, sam zobacz.


*„Subkultura” – Lidia Lekacz

Podpis: 

Moullin 23:10 23 kweitnia 2011 rok
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Kraina Niekończącej się Bajki -cz.II. rozdział VII Hagan - Wyjście w mrok Hagan - Ciało bez kości
Pajacyk zagryzł wargi, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo Las Umarłych go zaskoczył. Gęsiej skórki na drewnianym grzbiecie nie brakowało. Pierwsze fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Drugie fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Kolejne pojawi się niebawem. (Prolog w opowiadaniu Wyjście w mrok)
Sponsorowane: 25Sponsorowane: 20
Auto płaci: 20
Sponsorowane: 20
Auto płaci: 20

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2022 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.