https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
85

Sprawca (fragment IV)

  Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W czerwcu nagrodą jest książka
4 pory mroku
Paweł Paliński
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Sprawca (fragment IV)

Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa.

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Dom Przemian

Nie pozostaje mi nic innego, jak żywić nadzieję, że wrócę, by czytać dalej. Dobranoc — wyszeptałam, wychodząc do innego życia.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Noc wichrów

Fragment Sycylijskiego Pioruna

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1083
użytkowników.

Gości:
1083
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 74151

74151

Na angielskiej ziemi

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
13-01-24

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Aktualności/-/-
Rozmiar
18 kb
Czytane
2945
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
13-02-04

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: pawann Podpis: Morelowa
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Emigracja, emigracja, a jak to wygląda na początku? Trzy pierwsze tygodnie z życia Tośki, emigrantki z przymusu;)

Opublikowany w:

Na angielskiej ziemi

Osiem lat. Osiem lat temu klęczałam nad małą walizką próbując wszystko w niej ułożyć. Szczoteczka, ręcznik, kilka ciuchów, bo przecież coś tam sobie później kupię. Pamiętam też jak bardzo nie chciałam wyjeżdżać. Jak noc przed „dniem zero”, leżąc w łóżku kurczowo trzymałam się myśli, żeby coś się stało, coś dzięki czemu zostanę.

Kacper, mój narzeczony, widząc moje łzy, powiedział „zostań”. Wiedziałam, że mówi prawdę, ale nie chciałam być kulą u nogi w naszym związku. On nie musiał się martwić o zawodową karierę. Ja jak najbardziej. W końcu nie byłam mężczyzną, jak to określił jeden z moich niedoszłych pracodawców. Nie, nie byłam i dlatego mimo takiego samego wykształcenia jak Kacper mogłam jedynie przyglądać się jak mu świetnie idzie. Nutka zazdrości? Nie, raczej żal, że nie dostałam takiej samej szansy.

Tamtej ostatniej nocy przeklinałam dzień, w którym rok wcześniej znajomy ojca dał „cynk” o możliwości wyjazdu. Miał pojechać Kacper, ale dopiero co znalazł dobrą pracę. Pojechał jego brat i tak to się zaczęło. A teraz to moja stopa miała dotknąć angielskiej ziemi, ale wcześniej łzawe pożegnanie z Kacprem, rodzicami i rodzeństwem.

Siedząc w autokarze nie zdawałam sobie sprawy, że potrzeba mi będzie wiele szczęścia. I chyba je miałam. Jechałam do przyszłego szwagra, który dopiero dzień wcześniej znalazł dla nas lokum u kolegi z pracy. Sam mieszkał wcześniej na budowie, gdzie pracował. Z kolegami urządzili sobie jeden pokój. Śmiał się, że gdyby trzeba było, to i dla mnie znajdzie się tam miejsce. Ta wizja śmiertelnie mnie przerażała, ale bilet kupiony, więc jeśli nie byłoby wyjścia, nocowałabym i tam.

Moja walizka wyglądała jak dzisiejsze podręczne, ale mieściło się w niej wszystko co najważniejsze. Znajomość języka, taka jak u kogoś po dwóch miesiącach nauki. Oczywiście słownik, rozmówki i notatki. Trzeba uczyć się dalej. Ostatnie machnięcie ręką i w drogę.

Dwadzieścia siedem godzin później stanęłam na dworcu z przekonaniem, że zapas łez skończył się na dobre. Och, jak strasznie się myliłam. Wystarczyło, iż zobaczyła twarz Krystiana, a myśl, że przez kilka najbliższych miesięcy nie zobaczę Kacpra i reszty, ogarnęła mój umysł. Rozbeczałam się na dobre. Telefon do domu, jaki wykonałam chwilę potem jeszcze bardziej rozedrgał wszystkie struny zamiast stać się balsamem dla tęskniącej duszy. Miałam ochotę cofnąć się, przeprosić za kłopot i wrócić tym samym autokarem. Tylko, że miałam bilet w jedną stronę, a świadomość, że zawiodłabym wszystkich paradoksalnie dodawała mi sił.

Idąc ulicami nieznanego miasta myślałam tylko jakie ono brzydkie. Podejrzewam, że gdyby to był gaj oliwny, również widziałabym w nim zarośniętą dżunglę. Nie chciałam tam być i już! Ale byłam i miałam zostać do końca roku, czyli dziewięć miesięcy. Krystian, jako starszy brat, przejęty z posagiem od narzeczonego, starał się bym nie widziała wszystkiego w czarnych barwach. Nawet pogoda się postarała i piękne słońce uciekało co jakiś czas chmurom. Wsiadając do miejskiego autobusu, który swoją wysokością raczej odstraszał niż zachęcał wiedziałam, że trzeba wytrzymać. Kilka dni i będzie lepiej.

Nigdy nie byłam rasistką, ale możliwe, że moje wgapianie się w ludzi o innym kolorze skóry czy ubraniu tak zostało odebrane. Ale tej egzotyce nie dało się oprzeć. Ciekawość, jakiej jeszcze nie zaznałam wodziła moimi oczami wbrew rozsądkowi. Wszystko było takie nowe i po części już zaczynało odwracać moją uwagę od smętnych myśli. Jednak nie na długo. Wystarczyło podejść pod dom, w którym mieliśmy mieszkać. Nieciekawa ulica z budynkami, które swoje świetność przeżywały lata temu. Gdyby były odnowione, byłyby piękne i chyba ten widok zniszczenia raził najbardziej. Idąc ulicą modliłam się, by to nie było tu, albo przynajmniej żeby dom wyglądał względnie. A tu drzwi, z których farba już dawno odpadła, prowizoryczny schodek z pustaka i te wielkie brudne szyby, zaciągnięte od środka szarymi zasłonami. Moje myśli również takie były. Szare, czarne, zwyczajna ciemność.

Cokolwiek odwracało moją uwagę prysło. Słowa Krystiana, że to fajny dom, odebrałam jako jedno wielkie oszustwo i weszłam do środka nie przewidując nawet, że może być gorzej. Tylko że Krystian do tej pory mieszkał w spartańskich warunkach, więc każde miejsce inne niż z dziesiątką chłopa na kilkunastu metrach kwadratowych było dla niego lepsze. A księżniczka niech nie wymyśla!

Uśmiechnięte twarze współlokatorów nie poprawiły humoru. Dziś myślę sobie, że naprawdę mogli pomyśleć o mnie jak o księżniczce, co to głupia nagle wszystkim zniesmaczona. Przecież wiedziałam gdzie jadę, wiedziałam na co się decyduję. Jednak w Polsce wszystko wyglądało w różowych barwach. Tu nagle tak bardzo wyblakło. Usiadłam cicho w przydzielonym nam pokoiku i ponownie rozryczałam się żałując, że kiedykolwiek żartowałam ze „szwagrem” o moim przyjeździe tutaj. Żart zmienił się w koszmar. Pokoik z dwoma łóżkami, szafą i z zapiaszczoną wykładziną od ściany do ściany, był zwyczajnie brzydki. Ale to nie brzydota mnie odstraszała, tylko smród stęchlizny wydobywający się niewiadomo skąd. Kilka dni później odkryłam jego przyczynę. Cała piwnica wypełniona była po brzegi wodą. Między nią, a moim pokojem były tylko deski. Prawie jak dom na wodzie. Cud, miód i malina.

W domu jak się okazało było nas siedmioro. Ja, Krystian, Damian, jego brat Robert i jego dziewczyna Kaśka, Mareczek oraz Zdzisław vel starszy pan, jak na niego mówiłam, ojciec dziewczyny Damiana, która została w Polsce. Ciekawa była z nas kombinacja. Nietypowa wręcz bym rzekła, ale cokolwiek by nie mówić, byłam im wdzięczna, że nas przygarnęli i w dodatku do czasu znalezienia pracy nie musiałam płacić za pokój. Super!

Mareczek wczuwając się w rolę gospodarza przyszedł z fajką w zębach i rozsiadł się na moim łóżku. Ja siedziałam na posłaniu Krystiana, w myślach wpychając tego śmierdzącego papierosa Mareczkowi do gardła. Jego przylizane włosy, braki w uzębieniu i biała obcisła koszulka odsłaniająca długie, chude ręce, z lekka mnie wystraszyły. Sprawiał wrażenie kogoś bardzo pewnego siebie, żeby nie rzec cwaniaka i uśmiechał się luzacko informując mnie o przeróżnych rzeczach, z których kompletnie nic nie zapamiętałam. Rozsadzała mnie złość, że kopci w i tak śmierdzącym już pokoju, który maił stać się moją sypialnią. Skąd zebrałam w sobie odwagę by powiedzieć mu, żeby zgasił fajkę, albo z nią wyszedł, nie wiem. Obdarzył mnie zdziwionym spojrzeniem, po czym potulnie zrobił o co poprosiłam. Wiedziałam już kto nie będzie mnie lubił. Nie pomyliłam się, ale na złą sławę u Mareczka zasłużyć miałam sobie trochę później.

Tak miną mi pierwszy dzień na ziemi obiecanej. Sobota, 18 marca 2005 roku, kraina marzeń i cudów.

Następnego dnia „szwagier” zabrał mnie na miasto. Wychodząc z domu w duchu bluźniłam, że gdziekolwiek chce mu się ruszać, ale Krystian wiedział co robi. Raz, nie myślałam o tym co mnie dołowało, dwa, dał mi do zrozumienia, że następnego dnia będę musiała radzić sobie sama, bo on od rana do wieczora siedzi na budowie. I kolejny raz myśl, która powinna jeszcze bardziej mnie pogrążyć dała mi siły, by walczyć o jutro, bo właśnie tym był ten wyjazd. Z kluseczki jaką zawsze byłam musiałam stać się kimś, kto z niczym Bear Grylls ze „Szkoły przetrwania” radzi sobie w każdych warunkach. Acha, już to widziałam.

Nasza wycieczka zaczęła się od miejsca, gdzie mogłam kupić bilet miesięczny. Czy był mi potrzebny, tego miałam się dowiedzieć w poniedziałek, bo to tego dnia czekał mnie telefon do dziewczyny, co to takim pszczółkom jak ja załatwiała pracę w zamian za określoną sumę pieniędzy. Sam numer do niej kosztował Krystiana kilka piw i sporo godzin proszenia. Z „Gmpte online” zabrałam wszelkie rozkłady jazdy autobusów. Było tego z kilkadziesiąt numerów. Ten fakt posiadania podnosił na duchu. Następnie pokręciliśmy się po Piccadilly z obowiązkową wizytą w Primarku, gdzie sklepowymi arteriami przemierzali wzdłuż i szerz ci szczęściarze, co to mogli wydać kilka funtów na ciuchy czy buty. Ja mogłam o tym co najwyżej pomarzyć.

Ostatnim punktem był sklep sieci X, w którym zaopatrywali się wszyscy z naszego domu. Pamiętam moje pierwsze zakupy. Biały chleb, tak bardzo różny od polskiego, czekolada, płatki i sok, który okazał się być koncentratem i bez rozcieńczenia nie dało się go wypić, chociaż słyszałam o śmiałkach, którzy tego próbowali. Zaglądałam tam, dopóki nie zobaczyłam leżącego szczura koło wejścia. Nie żeby w innych miejscach szczurów nie było, ale widzieć, a wiedzieć to duża różnica. Kilka miesięcy później sklepu już nie było. Czy przyczyną był szczur? Nie sądzę.

Wróciłam zmęczona. Krystian przyzwyczajony do wysiłku tylko się uśmiechał słysząc narzekania na ból pleców. Kuchnia, miejsce spotkań wszystkich, była pusta. Zrobiłam sobie kanapkę, herbatę i szybko wróciłam do pokoju. Mareczek mignął mi w przejściu z ospałym spojrzeniem. Dowiedziałam się później, że dostał zakaz zbliżania się do mnie od „szwagra”. Po naszej pierwszej rozmowie, chyba sam by tego nie chciał.

Kilka godzin spędziłam na przeglądaniu książki od angielskiego, bazgraniu w pamiętniku i próbie przełknięcia kanapki. Kiedy do pokoju wrócił Krystian, położył mi na kolanach upragniony numer do Alicji. Następnego ranka szybko do niej zadzwoniłam. Pamiętam jak zazdrościłam tej dziewczynie. Marzyłam, by tak jak ona mieć wszystko ustabilizowane, znać już język, mieć pracę. Widziałam ją jako kogoś, kto mieszka w przytulnym mieszkanku, ma swój gabinet i tam przyjmuje wszystkich interesantów. Widziałam elegancką i stateczną bizneswoman.

Głos miała miły. Umówiłyśmy się na środowy wieczór, zaraz jak Krystian przyjdzie z pracy. Mieszkała niedaleko, więc chcieliśmy iść na piechotę. Cały wtorek przesiedziałam w pokoju. Krystian, wraz z męską częścią domu wychodził do pracy o 6-tej rano. Nigdy nie sądziłam, że świergot ptaków będzie cieszył i jednocześnie wywoływał łzy. Tak bardzo chciałam obudzić się przy narzeczonym. W końcu sześć miesięcy od momentu, gdy zgodziłam się zostać jego żoną, to nie za wiele przed pierwszym i to tak długim rozstaniem.

Do dziś, gdy słyszę ptasi śpiew, powraca to dziwne uczucie pustki. Jakbym miała się znowu obudzić w tamtym pokoju, sama. I te kontrastujące promienie słońca wdzierające się przez okno. Tamten rok cechowała szybka wiosna, upalne lato i łagodna zima. I mimo, że wiosna jeszcze nie nadeszła, to w dniu, gdy szliśmy do Alicji było wyjątkowo ciepło. Przemierzając niesamowicie długą ulicę przyglądaliśmy się domom, w których ludzie odpoczywali po całym dniu. Złapałam się na tym, że zaglądam przez okna, by skraść im chwilę tego spokoju i ciepła. Krystian, z racji, że większość domów była do siebie podobna, potrafił opisać ich układ. To była taka nasza zabawa. Mówił „o tu jest kuchnia, tam będą mieli schody, a to jest jadalnia.” A ja marzyłam, że pewnego dnia sama będę miała taki dom.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, byłam cała zdenerwowana. Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Szybko też moja wizja Alicji i domu rozminęła się z rzeczywistością. Salonik połączony z kuchnią, mała kanapa, laptop i kilku kręcących się współlokatorów, sprowadziło mnie na ziemię. Gdzie zaciszne mieszkanko, gabinet i Francja elegancja? Alicja wydała mi się za to osobą bardzo konkretną. Nie owijała w bawełnę, nie snuła bajkowych wizji. Sprawdziła moją znajomość angielskiego, która okazała się żadna (ale zaskoczenie) i powiedziała „niedługo się odezwę”.

Wróciliśmy do domu w podłych nastrojach. Wprawdzie nie marzyłam o pracy w zawodzie, ale świadomość mopa i ściery dołowała sama w sobie. Czułam rozczarowanie i upokorzenie, szczególnie widząc te dziwne spojrzenia współlokatorów Alicji. A może wtedy byłam przewrażliwiona? Z pewnością nie byłam sobą. Znowu ryczałam, bo moje poczucie godności zleciało z najwyższej góry, a ja dosalam od życia najlepszą lekcję pokory. Tu nikt na mnie nie czekał. Byłam kolejną emigrantką, co to się jej zamarzyło życie na zachodzie. Pozostało czekać.

Alicja jak powiedziała, tak zrobiła i już kolejnego dnia dowiedziałam się, że znalazła mi pracę. Sprzątaczka w szkole, czy jak to potem nazwał Kacper – konserwator powierzchni płaskich. Skąd on to wziął? Czekało mnie tylko interview.

Idąc na nie w myślach układałam sobie co powiem. W plecaku miałam słownik, tak na wszelki wypadek. W recepcji naburmuszona recepcjonistka kazała czekać. Sabina, team leader, od której zależała moja „kariera” była natomiast przemiła. Widząc jak się męczę dukając kolejne słowa, sama pomogła mi wypełnić dokumenty. W końcu do mopa nie muszę wiele mówić. Wystarczyło bym rozumiała, a to wychodziło mi już lepiej. Na koniec korzystając ze słownika, podziękowałam jej za cierpliwość i wyszłam modląc się, bym została przyjęta. Na drugi dzień wszystko było już jasne. Hurrrraaaa! Mam pracę! Teraz trzeba tylko założyć konto i czekać, aż wyśnione funty na nim spoczną.

Byłam szczęśliwa. Upokorzenie, jakie przeżyłam na spotkaniu z Alicją szybko odeszło w niepamięć. To dziwne, jak człowiek umie szybko się przystosować do zaistniałej sytuacji. Aklimatyzacja zajęła mi tydzień. Znalazłam pracę, założyłam konto w banku, nawet znalazłam kafejkę internetową z której mogłam na skayp’ie porozmawiać z najbliższymi. To ostatnie wcale nie należało do najłatwiejszych. W pierwszej do jakiej zajrzałam okazało się, że po za Uk z nikim się nie połączę. Oczywiście zanim wyjaśniłam o co mi chodzi, zdążyłam zrobić z siebie niezłą idiotkę. Ale pamiętam, że byłam tak zdesperowana, że nie było siły, która by mnie powstrzymała. Kacper na mnie czekał!

Bojowo nastawiona weszłam do kolejnej kafejki. Dość miły właściciel nie za bardzo wiedział czego od niego chcę. Wydukałam, że „skayp”, że „rozmawiać”, więc usadził mnie przed monitorem, włączył komputer i policzył za godzinę. Ale ja kompletnie nie wiedziałam co mam robić. Dopiero potem wyszło, że żeby rozmawiać trzeba mieć konto, a ja nie miałam! Tak, dziś to wydaje się takie śmieszne, ale wtedy byłam tak zdesperowana, że nie zamierzałam wyjść, dopóki ten facet, mi nie pomoże. I nie wyszłam.

Pamiętam, jak stanął koło mnie widząc moje łzy, a ja pokazałam na monitor mówiąc „rodzina”, na siebie „ja” i złączając palce dodałam „rozmawiać”. Zrozumiał i za chwilę miałam już konto na skaypie. Ulga, jaką poczułam po tym całym wydurnianiu się, była nie do opisania. Naprawdę traciłam już nadzieję, że to się w ogóle uda. Udało się i od tamtego dnia u Omara, bo tak nazywał się właściciel, byłam codziennie rozmawiając z najbliższymi. To tam też dowiedziałam się o mało nie spadając z krzesła, że Kacper rzucił pracę i jedzie do mnie. Najpierw pomyślałam, że zwariował. Tu nie było tak łatwo, a on właśnie podnosi naszą kotwicę i rusza w nieznane. Jednak zaraz potem niesamowicie mi ulżyło. A co tam. On mnie kocha! Miał wytrzymać dziewięć miesięcy, nie wytrzymał dwóch tygodni! Hurrraaaa!

No tak, ale przecież nie będziemy mieszkali na kupie. Tydzień po moim przyjeździe do domu dołączyła kolejna zagubiona dusza. Dziewiętnastoletnia Dagmara, która przyjechała do Mareczka. Była córką jego dobrej koleżanki. Ciekawe czy koleżanka przewidziała, że będzie się dobierał do jej córki? Chyba nie, ale to właśnie był powód, dla którego Mareczek zapałał szczerą nienawiścią do mnie. Stanęłam mu na przeszkodzie. Byłam od Dagmary starsza o sześć lat. Mareczek ode mnie o piętnaście. Miałam wręcz alergię na niego i coraz ciężej było mi to ukryć. Dagmara bez winy też nie była, bo pierwszego wieczora balowała z nim i Krystianem do trzeciej w nocy i dając swoim zachowaniem Mareczkowi nadzieję na coś więcej.

Nie sądziłam, że kiedykolwiek się z nią zaprzyjaźnię. Myślała, że przeżyła już wszystko. Najmądrzejsza wiekowa dziewiętnastka. Dzień w którym się pokłóciłyśmy, bo nie dało się dłużej wytrzymywać jej wszechwiedzy i spychania problemów innych do rangi nic nieznaczących epizodów, był początkiem krótkiej, lecz prawdziwej przyjaźni.

Kolejnego dnia poszłyśmy na miasto i to ja robiłam za przewodnika. Ta sama trasa co z Krystianem, ale dodatkowo JobCentre. Dagmara okazała się niesamowicie odważną i silną dziewczyną. Miałam z kim pogadać, poplotkować i po części kimś się zająć. Buntowałam ją, by nie dała się Mareczkowi. Pierwsze co zrobiła, to dała mu do zrozumienia, że nie będą spali w jednym pokoju. To może by jeszcze przeżyła, ale w jednym łóżku?! A to zboczeniec!

Alicja i dla niej znalazła pracę, więc stała się finansowo niezależna. Oj, Mareczek nie mógł na mnie patrzeć. Ale jakimś dziwnym trafem chciał rozkręcać własny biznes wraz z Krystianem. Skoro on go znosił, nic mnie to nie obchodziło. Gdy zapadła decyzja o przyjeździe Kacpra, poszukiwania nowego lokum ruszyły pełną parą.

W końcu znaleźliśmy nowy dom, który pojechaliśmy jak najszybciej obejrzeć. Był przepiękny. Tylko do pracy miałam godzinę drogi i to razy cztery, bo pracowałam na dwie dwugodzinne zmiany. Dziennie czekało mnie bite 240 minut w autobusach. Ale co tam! Aż podskoczyłam, gdy Michał, właściciel domu powiedział, że możemy się wprowadzić. I tak po trzech tygodniach z Mareczkiem, stęchlizną, którą nosiłam na sobie niczym najtrwalszy perfum, otwierał się nowy etap naszej wędrówki.
Najbardziej było mi żal Dagmary, ale byłyśmy w stałym kontakcie. Wiedziała, że gdyby co, może na mnie liczyć. W dniu przeprowadzki pomogła nam przewieść nasze walizki. Nawet Mareczek z nami pojechał. Jak się potem okazało, zupełnie nie potrzebnie. Nie lubiłam go, ale nie posądzałam o to, że jest aż tak zawistny. Kilka dni później dowiedziałam się od Krystiana, że ze wspólnych planów nici, a my nie mamy wstępu do starego domu, bo podobno coś ukradliśmy. Zdębiałam słysząc to. Ukraść? A niby co? Grzyba ze ściany? A może puste butelki walające się za kanapą? Nie dziękuję. Nie swojego nie ruszam!

Tak to więc skończyła się nasza przygoda ze starą ekipą, ale nie z Dagmarą, która na szczęście w to nie uwierzyła. Widywałyśmy się dość często, aż do czasu jej powrotu do Polski.
A ja? Ja przetrwałam tamte trzy pierwsze tygodnie i zawsze gdy o nich myślę, słyszę świergot ptaków i słońce dopiero co budzące nowy dzień.

(WSZELKIE PODOBIEŃSTWO DO PRAWDZIWYCH POSTACI I ZDARZEŃ JEST PRZYPADKOWE)

Podpis: 

Morelowa 2013
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sprawca (fragment III) Sprawca (fragment II) Sprawca (fragment)
Fragment III. Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e
Sponsorowane: 80
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 75Sponsorowane: 70

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2022 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.