https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
200

Gdzie ta Portugalia?

Autor płaci:
100

  Nieoczekiwane spotkanie w słonecznej Portugalii wywołuje w bohaterze autorefleksję na temat polskiego postrzegania świata.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W czerwcu nagrodą jest książka
Cujo
Stephen King
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Gdzie ta Portugalia?

Nieoczekiwane spotkanie w słonecznej Portugalii wywołuje w bohaterze autorefleksję na temat polskiego postrzegania świata.

Jutro też będą przegrzebki - (2)

...kolejny fragment opowiadania nad którym właśnie pracuję. Zapraszam do lektury :)

Hagan - Ciało bez kości

Drugie fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Kolejne pojawi się niebawem. (Prolog w opowiadaniu Wyjście w mrok)

Hagan - Wyjście w mrok

Pierwsze fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda.

Moc słów

- Wojna przyszła do nas niepostrzeżenie - budzisz się pewnego ranka i już jest. - Gdzie jest, mamo? - zapytała matkę moja sześcioletnia siostra, przecierając zaspane oczy. - Wszędzie, moje dziecko, wszędzie... - odpowiedziała

Kraina Niekończącej się Bajki - cz.II. roz. VIII

— Pajacu! Duchy! Krążą wokół nas, szukają dziury, by się tu dostać. Popatrz, jestem biały jak prześcieradło — wyszeptał bez tchu.

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Bliskie spotkania

Chodźmy...

Dzwonnik z Notre Dame

W gruzy się sypie...

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
2622
użytkowników.

Gości:
2621
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 75655

75655

Czarny dzień

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
13-09-11

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Melodramat/Inne/Inne
Rozmiar
92 kb
Czytane
12423
Głosy
15
Ocena
4.70

Zmiany
18-08-15

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Smith12 Podpis: Smith
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
wygrany konkurs miesięczny
Niezrażonych długością tekstu zapraszam do zapoznania się z opowieścią osadzoną na tak niedawno zapisanych kartach historii.

Opublikowany w:

Czarny dzień

Czarny dzień


— Tą optymistyczną wiadomością kończymy poranny serwis. W następnym wydaniu spotka się z państwem Jeremy Rodriguez. W jego imieniu zapraszam na godzinę ósmą, a sam żegnam się już z państwem w ten piękny, letni poranek. Za chwilę prognoza pogody, proszę zostać z nami.
To powiedziawszy Jim uśmiechnął się szeroko i trwał tak uśmiechnięty do czasu, gdy czerwona lampka stojącego przed nim obiektywu zgasła, obwieszczając w ten sposób koniec transmisji. Razem z czerwonym światełkiem zgasł też promienisty wyraz twarzy prezentera. Rozejrzawszy się po ciasnym studio, mężczyzna ryknął:
— Co za osioł przygotowywał informacje do tego serwisu?! — A gdy nikt nie odpowiedział, wrzeszczał dalej. — Czy w kilkumilionowej metropolii, jednym z największych i najciekawszych miast świata naprawdę nie dzieje się nic ważnego?! Myślicie, że zyskamy widzów, informując ich o jebanych, psich czworaczkach z Bronxu?! Co z wami?! Dlaczego mówimy o ładnej pogodzie, skoro każdy może podejść do okna i zobaczyć, że nie pada?! Cholera, pracujemy chyba w najgorszej telewizji świata!
— Wyluzuj Jim — odparł w końcu operator kamery, wyłączając wysłużony prompter. — Kogo obchodzi, o czym mówimy? I tak nikt nas nie ogląda. Myślisz, że ta niszowa stacja wygra kiedyś z Fox News? Zapomnij.
— To na jaką cholerę w ogóle tutaj siedzimy?! — Jim nie dawał za wygraną. — Skoro nikomu nie chce się szukać poważnych informacji, to może dajmy sobie spokój? Nie widzicie, że w tym mieście tematy dosłownie leżą na chodniku?! Wystarczy się po nie schylić! W drodze do pracy widziałem wypadek na rogu Halsey i Lewisa, byłem świadkiem, jak dwóch smarkaczy włamywało się do jubilera, mijałem płonącą kamienicę na Lexington i co?! Gówno! Zamiast tego mówimy o rowerzystach bez kasków!
— Przesadzasz — wtrąciła sprzątaczka, podchodząc do szklanego stołu. Zupełnie ignorując wciąż przy nim siedzącego prezentera, zaczęła szorować blat brudną, śmierdzącą szmatą, rozchlastując przy tym na boki nie mniej brudną wodę.
— Halima, uważaj!
Jim zerwał się z krzesła, nie chcąc zostać poplamionym. Niestety, brązowe plamy zdążyły już zagościć na jego idealnie białej koszuli.
— Wczoraj ją kupiłem, co z tobą?! — ryknął do ciemnoskórej sprzątaczki.
Ta jedynie zmierzyła go od góry do dołu i rzuciła niedbale:
— Trzeba było szybciej stąd wyjść. Ja muszę sprzątać, nie mam czasu czekać!
— Szybciej wyjść?! — ryknął Jim, czując jak momentalnie zrobiło mu się gorąco. — Kobieto, to jest telewizja! Jesteśmy w telewizyjnym studio a to jest telewizyjny stół! Dlaczego myjesz go śmierdzącą, starą ścierą?! Pewnie przed chwilą myłaś nią kibel! Może od razu się tutaj wysraj, widzowie i tak nie zauważą różnicy! To moje miejsce pracy i chyba już wiem, dlaczego zawsze tak tutaj capi. Zupełnie, jakbyś myła ten blat moczem! Ta woda śmierdzi, nie czujesz tego?! Kurwa, co za chlew!
— Ktoś tu chyba ma zły dzień — mruknął pod nosem operator, po czym uśmiechnąwszy się porozumiewawczo do Halimy wyszedł na korytarz.
— Skończyłeś? — Kobieta nie wyglądała na poruszoną. — To teraz stąd wyjdź, ja też mam swoją robotę. Jak coś ci się nie podoba, to sam sobie umyj ten pieprzony stół i wyłóż go liliami.
— Chodzi o zasady! — wrzeszczał dalej Jim.
W tej chwili w studio został już tylko on i Halima.
— W siedzibie stacji telewizyjnej musi być czysto i schludnie. Wiesz, co to znaczy? Wczoraj omal się nie porzygałem na antenie, bo ten zasrany blat zajeżdżał psem! Zupełnie jakbyś umyła go truchłem znalezionym w jakimś zaułku! Nie zamierzam tak pracować!
— To zmień robotę — warknęła sprzątaczka, po czym spojrzawszy z ironicznym uśmiechem na zakłopotanego prezentera, dodała — Oj, zapomniałam. Nigdzie cię nie przyjmą, bo taki z ciebie dziennikarz jak ze mnie sprzątaczka! Tylko w tej telewizji możesz udawać gwiazdę, bo w innych stacjach to ty myłbyś stoły dla takich pajaców! Mamy oszczędzać, więc oszczędzam. Nie będę zmieniała co chwilę wody, bo jak potem będą musieli kogoś wywalić, to wywalą czarną sprzątaczkę, a nie białego lalusia!
To powiedziawszy kobieta odwróciła się do Jima plecami, dając tym samym do zrozumienia, że nie ma ochoty na kontynuowanie dyskusji. Ten jednak, zbulwersowany jej słowami do szpiku kości, nie zamierzał dawać za wygraną.
— Nie rób z siebie męczennicy! Wszyscy wiedzą, że łatwiej wyrzucić białego, bo to nie wzbudza kontrowersji! — krzyknął i wyszedł, by po chwili cofnąć się i dorzucić — Nie próbuj tą ścierą myć mojego fotela, bo nie chcę się potem zarazić jakąś dżumą, czy innym cholerstwem. Bóg jeden wie, co pływa w tym twoim wiadrze!
Usłyszawszy to Halima rzuciła Jimowi mordercze spojrzenie i na jego oczach wylała całą wodę z wiaderka na fotel, po czym opuściła studio.

Zdenerwowany i zmęczony nocną zmianą, Jim wyszedł na parking przed siedzibę stacji, by tam w spokoju zapalić papierosa. Po raz kolejny zmuszony był odłożyć w czasie próbę rzucenia nałogu. Musiał ochłonąć, a porcja dymu nikotynowego z pewnością mogła mu w tym pomóc. Zaciągnąwszy się głęboko, podszedł powoli do swojego nowego, niespłaconego jeszcze Forda i oparł się o jego srebrny dach. Słowa Halimy nadal tłukły mu się po głowie.
— Ja bym nie dostał lepszej pracy! — prychnął, ponownie zaciągając się dymem.
W rzeczywistości jednak doskonale zdawał sobie sprawę ze słuszności słów sprzątaczki. Istotnie bowiem ubiegał się już o pracę we wszystkich redakcjach wschodniego wybrzeża. Wszędzie słyszał tę samą odpowiedź: Brakuje panu doświadczenia. Starał się więc zdobywać doświadczenie w lokalnej telewizji, której rekord oglądalności padł podczas transmisji uwolnienia dwóch indyków przez znaną, nastoletnią piosenkarkę w zeszłoroczne Święto Dziękczynienia. Wtedy to, według niezależnych badań, stację oglądało prawie trzydzieści tysięcy widzów.

Tego dnia, po nocnej zmianie, Jim kończył już pracę. Napawając się papierosowym dymem z utęsknieniem spoglądał na rozpościerające się w oddali wieżowce Dolnego Manhattanu. Wielki świat zawsze go fascynował. Jeszcze jako student marzył o pracy w ogólnokrajowej telewizji, o własnym gabinecie w szklanym biurowcu, o sławie i wiążących się z nią przywilejach. Niestety w tym momencie musiał skupiać się na otaczającej go, szarej rzeczywistości. Nadal jednak wierzył, że pewnego dnia wybije się i zostanie znanym i szanowanym dziennikarzem telewizyjnym.

*
Howard podszedł do lustra, by kolejny już raz poprawić krawat, który zdawał się nie pasować do jego nowego, wdzięcznie prezentującego się garnituru.
— Cały czas mam wrażenie, że krzywo leży — oznajmił w końcu i odwrócił się w stronę siedzącej przed telewizorem żony, a gdy ta nie zareagowała, stanął przed nią i powtórzył. — Krawat chyba krzywo mi się ułożył, poprawisz? Przestań się gapić na te bzdety. Niedługo pewnie odetną nam prąd, więc mogłabyś zacząć szukać ciekawszych, a najlepiej dobrze płatnych rozrywek.
— Chcesz, żebym była dziwką? — odparła Claire i podniósłszy się z kanapy podeszła do męża, po czym zaczęła od nowa wiązać mu krawat. — Oj, Howard! Daj spokój. Przecież płacimy rachunki w miarę możliwości. Zobaczysz, jak dostaniesz pracę spłacimy długi, znowu podłączą nam telefon i wyjdziemy na prostą. Może gdybyśmy nie wydawali pieniędzy na głupoty, już teraz mielibyśmy…
— Znowu zaczynasz? Garnitur to głupota! — warknął Howard, po czym wyrwał jej krawat z rąk i ponownie podszedł do lustra, gdzie sam zabrał się za jego wiązanie.
Stał tak chwilę w milczeniu, po czym, nawet nie spojrzawszy na żonę, dorzucił:
— A telefonu nie mamy przez ciebie i te twoje całodobowe pogaduchy!
— Mówię tylko, że w naszej sytuacji nie powinniśmy wydawać pieniędzy na niepotrzebne rzeczy. Masz przecież stary garnitur.
Claire zupełnie zignorowała uwagę dotyczącą telefonu. Najwyraźniej nie poczuwała się do winy.
— Chodzi ci o tę zieloną marynarkę po twoim ojcu, w której wyglądam jak świerk? Tata nie zgadzał się nawet, żeby go w niej pochować, rozumiesz? Wstydził się pewnie, że pod ziemią wyśmieją go robaki! — Howard zaczynał tracić nerwy, a niedający się zawiązać krawat wcale nie poprawiał jego nastroju. — Jak ostatnio poszedłem w tamtej marynarce na rozmowę, to zamiast pracy zaproponowali mi paczkę dla potrzebujących. W nowym robię lepsze wrażenie i może dzięki temu gdzieś mnie wreszcie zatrudnią. Co za gówno!
Howard cisnął krawatem o podłogę, po czym podszedł do szafy, by poszukać innego.
— O! — Claire wstała i podniósłszy krawat z ziemi, zawołała — Jak to było? Kotku, co za świetny prezent, marzyłem o takim! Tak traktuje się wymarzone prezenty? Gdybym wiedziała, kupiłabym ci szczotkę do kibla, skoro i tak prezenty ode mnie kojarzą ci się z gównem!
— Claire, daj spokój!
Znalazłszy w szafie czerwony krawat we wściekle zielone grochy, nijak nie pasujący do nowego, czarnego garnituru, Howard spojrzał na żonę.
— Przepraszam — zaczął, po czym zerknął na zegarek. — Nie chciałem, po prostu strasznie się spieszę. Zrozum, o ósmej trzydzieści mam rozmowę, a na Manhattan nie jedzie się pięć minut. Pomożesz? — dodał, ponownie wyciągając w kierunku Claire rękę z krawatem.
— Pomogę — odparła wyraźnie naburmuszona, po czym podeszła do Howarda.
— Wiesz… — zaczęła w pewnym momencie. — Ostatnio się nam nie układa. Moglibyśmy spróbować być dla siebie milsi, częściej się uśmiechać. Dlaczego nie jesteśmy taką szczęśliwą rodziną jak Hudsonowie? Rzygać mi się chce, gdy widzę to ich szczęście!
— Hudson jest prawnikiem, jak połowa ludzi w tym mieście, a jego pokraczna żona pracuje w banku. Ich syn pewnie już ma tam konto na miliard dolarów. Oni nie muszą się o nic martwić i mogą pieniędzmi wytapetować sobie wszystkie ściany w mieszkaniu. Zdziwiłbym się, gdyby nie byli szczęśliwi. Rozmawiałem ostatnio z Wentworthem i wiesz, na co mi się uskarżał? Powiedział, że nie może spać po nocach, bo Melanie zauważyła, że kolor deski od sedesu nie współgra z zasłonkami w łazience. Myślałem, że to żart, więc zapytałem, czy nie może spać przez jej narzekania, na co on odpowiedział, że nie śpi, bo gdy przyjrzał się tym pieprzonym zasłonkom to spostrzegł, że Melanie ma rację i teraz wyrzuca sobie brak gustu. Twierdzi, że mógł to zauważyć wcześniej — odparł beznamiętnie Howard, a gdy spostrzegł, że jego żona skończyła już wiązać krawat, podszedł po raz kolejny do lustra i przeglądając się w nim, zapytał:
— Jak teraz wyglądam?
— Jak bezrobotny — zaśmiała się Claire podchodząc do męża i z czułością gładząc jego pstrokaty krawat. — Nigdy nie widziałam gorszego kompletu. Idź już, bo się spóźnisz. Gdzie dokładnie masz to spotkanie?
— Mówiłem już, na Manhattanie. Będę tam gdzie ostatnio, przy Broadwayu. Nawet w tym samym budynku. Jak znam życie po kilku godzinach czekania jakiś smarkaty pajac wreszcie łaskawie zaprosi mnie do biura i powie, że jest mu tak cholernie przykro, że gdyby mógł, osrałby mnie tęczą serdeczności, ale pracy mi nie da. W rzeczywistości, jak zwykle, będzie mnie miał cały czas głęboko w swojej biznes-dupie.
— Przesadzasz — zachichotała Claire, odprowadzając męża do drzwi.
— Przesadzam? — odparł Howard. — Już piąty raz jadę do tego gniazda snobów. Tam zawsze czuję się jak śmieć. Denerwują mnie ci wypucowani lalusie ze skórzanymi teczuszkami, wartymi pewnie więcej niż całe nasze mieszkanie. Nigdy nie myślałem, że przyjdzie mi prosić o pracę takich smarkaczy. Mógłbym być ich ojcem, albo nawet dziadkiem, pradziadkiem czy ultra-pradziadkiem!
— Idź już, bo się spóźnisz — przerwała mu Claire i poklepawszy go po ramieniu dodała. — Powodzenia, postaraj się.
— Spróbuję — odpowiedział Howard i zamknął za sobą drzwi mieszkania.

Siedząc w tłumie różnokolorowych ludzi, nie wiedzieć czemu przyglądających się uporczywie jego krawatowi, mężczyzna rozmyślał nad istotą swojego życia. W wieku czterdziestu trzech lat nie potrafił znaleźć pracy w kraju, w którym ta czekała na niemal każdej ulicy i w niemal każdym budynku. Rozejrzawszy się dookoła Howard stwierdził, że nie pasował już do otaczającego go świata. Obok niego siedział młody chłopak, którego ciało prawie wszędzie poprzekłuwane było różnej maści kolczykami. Metalowe ozdoby wystawały z jego ust, brwi, nosa, uszu, powiek, a Howard przypuszczał, że również i z odbytu. Naprzeciwko niego siedziała nie mniej dziwna Azjatka, przyodziana w kilka różowych sznurków, zakrywających niektóre części ciała, z wyjątkiem tych najbardziej newralgicznych. Gdyby nie szkolna torba, spoczywająca na kolanach dziewczyny, Howard pomyślałby, że nastolatka wybierała się na mammografię. Obok niej siedziała równie ekscentryczna koleżanka. Jedynie wyraźnie przez nią eksponowany brak bielizny zdradzał, że była chłopakiem. Z każdą kolejną stacją wagonik wypełniał się tłumem coraz dziwniejszych ludzi, niekoniecznie młodych. Na jednej ze stacji do wagonu wsiadła staruszka z naręczem kilkunastu kotów, a na jeszcze innej mężczyzna w przebraniu Batmana. Nowy Jork miał to do siebie, że od zawsze skupiał najdziwniejszych z dziwaków. Howardowi nigdy się to nie podobało. Próbował więc ignorować otaczającą go rzeczywistość i przeczekiwać nerwowe momenty. Szczęśliwie tym razem przesiadka do pociągu linii numer dwa wyswobodziła go z objęć absurdu. Dosiadający się tłumnie na kolejnych stacjach elegancko ubrani ludzie zwiastowali bliskość celu podróży. Wreszcie, gdy po około dwudziestu minutach jazdy drzwi wagonu otworzyły się na stacji przy rogu Chambers Street i West Broadway, Howard, niesiony przez tłum, wysypał się na zatłoczony peron. Mimo wczesnej pory biznesowe centrum miasta najwyraźniej pełne było ludzi, a tłumy na stacji jedynie zapowiadały to, co czekało na niego na ulicy.
Gdy tylko Howard wydostał się na powierzchnię, w uszy uderzył go tak typowy dla Manhattanu zgiełk. Odgłosy przejeżdżających aut, nadużywanych klaksonów i szmer powodowany przez przechodniów naparły na jego błony bębenkowe, nieprzyjemnie je drażniąc. Niezrażony tym jednak, Howard od razu skierował wzrok na gigantyczne biurowce, pnące się wysoko na tle błękitnego nieba. Wyszukawszy w tle najwyższy z nich od razu skierował się w jego stronę. Wielkie budowle zdawały się napierać na niego z każdej strony, potęgując poczucie maleńkości.

*
— Nie wiem, czy to był dobry pomysł, Nig — odezwał się Alan, widząc przejeżdżający ulicą radiowóz. — Szkoła dopiero się zaczęła, chyba nie powinniśmy opuszczać zajęć.
— Tchórz z ciebie — odparł Nigel, po czym przyspieszył kroku. — Zawsze mówiłeś, że wolałbyś skoczyć do centrum, zamiast siedzieć na matmie. To ostatnie tygodnie lata, trzeba je wykorzystać. Zresztą, kiedy opuszczać zajęcia, jeśli nie teraz? Rozejrzyj się, nie czujesz tej wolności?
— Czuję szczyny — oznajmił z niesmakiem Alan, spoglądając na śpiącego na ławce żebraka.
— Wyluzuj, stary! W budzie jeszcze nic nie zaczęliśmy robić, więc niczego nie tracimy.
To powiedziawszy Nigel zatrzymał się na środku chodnika i nie bacząc na niepewną minę towarzysza, zaczął się rozglądać w milczeniu. Szukał miejsca, do którego mogliby się udać.
— Central Park! — zawołał wreszcie po kilku minutach namysłu.
— Może być — mruknął Alan, najwyraźniej wciąż nieprzekonany, po czym zapytał — Wiesz w ogóle, w którą stronę iść? Bo jeśli nie, to zdążylibyśmy jeszcze wrócić na drugą…
— Nie! — Nigel wyraźnie tracił nerwy. — Nie wrócę do szkoły! Jak chcesz, to idź, o ile się nie zgubisz. Ja idę do Central Parku. Jeszcze nigdy tam nie byłem. Zaraz zapytam kogoś o drogę.
Nigel zaczął się rozglądać za jakimś miło wyglądającym, zionącym serdecznością przechodniem. Szczęśliwie już parę chwil później rzuciła mu się w oczy drobna staruszka, spacerująca chodnikiem.
— Ona musi znać drogę. Wygląda, jakby żyła tu już dwieście lat.
— Hmm, sam nie wiem — odparł Alan, ale Nigel nie zamierzał go słuchać.
Zbliżywszy się do starowinki odchrząknął sugestywnie, a gdy ta mimo to nie zwróciła na niego uwagi, zapytał, siląc się na grzeczność:
— Przepraszam, stara kobieto, czy umiałabyś nam wskazać drogę do Central Parku? Jesteśmy turystami z… Meksyku i zwiedzamy to piękne miasto.
Chłopak nie był pewien, czy nie przesadził z grzecznością, bo kobieta dziwnie na niego spojrzała. Być może usiłowała dostrzec na jego amerykańskiej twarzy rysy mogące potwierdzić zadeklarowaną narodowość. Najwyraźniej coś znalazła, bo po dłuższej chwili namysłu odpowiedziała:
— Pierdol się, cholerny Meksykańcu. W dupie mam ciebie i to zasrane miasto!
— To ty się pierdol, stara torbo! — Tym razem Nigel nie zamierzał bawić się w uprzejmości.
Nigdy nie należał do ludzi, którzy grzeczność przedkładali ponad własną dumę, dlatego rozzłoszczony przez staruszkę pewnie długo by jeszcze na nią wrzeszczał, gdyby Alan nie odciągnął go na bok.
— Sam widzisz, lepiej... — zaczął, nerwowo zerkając na zegarek, lecz jego towarzysz, zupełnie go nie słuchając, wpadł mu w słowo:
— Zapytam tego! — oznajmił, po czym podszedł do długowłosego blondyna o bladej jak prześcieradło twarzy i zapytał, ponownie siląc się na uprzejmość. — Czy wie pan może, jak dojdziemy stąd do Central Parku?
— Kysyt minulta? En voi auttaa sinua. En ymmärrä, mitä sanot. Olen pahoillani.
— Kurwa, jakiś Włoch — warknął Nigel, już nie tak uprzejmie, patrząc mężczyźnie prosto w oczy.
Następnie, ignorując zdziwioną minę obcokrajowca, odwrócił się i wrócił do Alana.
— To jakaś paranoja. Widziałeś? Żyjemy w tym mieście od urodzenia i jesteśmy w nim bardziej zgubieni niż jacyś turyści z Kazachstanu czy cholera wie skąd! Może jednak trzeba było zostać w naszej okolicy. Skoczylibyśmy do sklepu Billa, pewnie odpaliłby nam jakąś flaszkę albo fajki.
— Jeszcze możemy wrócić.
— Ostatnia próba — oznajmił Nigel, zupełnie ignorując zdanie kolegi. — Halo, proszę pani — zawołał, machając ręką do jakiejś ciemnoskórej kobiety.
— Tak, rybeńko?
— Czy wie pani, jak stąd dojść do Central Parku?
— Do Central Parku, złociutki? — powtórzyła kobieta, oblewając każde wypowiedziane słowo mdłą słodyczą, po czym chwilę się zastanowiwszy, odparła — Wiem, kochanie. Musicie się lekko cofnąć i na drugim skrzyżowaniu skręcić w Church Street, potem w prawo, w Canal, ale tylko do najbliższego skrętu w lewo, w Greene, dalej prosto przez trzy skrzyżowania do Houston. Tam przejdźcie przez ulicę i wejdźcie w Mercer, idźcie prosto do Georgetown Plaza, potem w lewo, na Ósmą, na rogu Ósmej i Piątej skręćcie w prawo i idźcie nieco ponad cztery kilometry prosto. Nie zgubicie się, po drodze miniecie Empire State. Na końcu jest Central Park. Ewentualnie możecie wsiąść w metro na Canal, dojechać do West Washington Square, tam przesiąść się na ef i dojechać do Pięćdziesiątej siódmej. To prosta droga.
— Ja pierdolę — powiedział Nigel, patrząc uśmiechniętej kobiecie prosto w twarz, po czym bez słowa odszedł.
— Widzisz te piździelce w centrum? — zapytał Alana, wskazując na piętrzące się w niedalekiej odległości skupisko najwyższych wieżowców.
— Widzę, to Dolny Manhattan — odrzekł Alan. — Chcesz tam iść? To chyba nie są rewiry dla młodych wagarowiczów.
— A co innego mamy robić? Może sami przypadkowo trafimy na coś ciekawego, a jeśli nie, to przynajmniej popatrzymy sobie na te tyczki z bliska. Nie wiem jak ty, ale tam też nigdy nie byłem.
— Zawsze możemy wrócić do szkoły. To przecież… — zaczął Alan, ale widząc mordercze spojrzenie kolegi zamilkł i pokiwawszy głową dał znać, że zgadza się na jego propozycję.
— No to w drogę — zawołał Nigel, nagle jakby weselszy.

*
Frank przeciągnął się najmocniej jak tylko potrafił, po czym leniwie zwlókł się z łóżka. Założywszy na bose stopy pluszowe kapcie, podszedł do okna i z wyrazem błogiego zadowolenia na twarzy spojrzał na rozpościerającą się przed nim panoramę skąpanego w słońcu Nowego Jorku. To właśnie ten widok sprawiał, że tak cierpliwie znosił trudy mieszkania w ciasnym apartamentowcu. Rankiem, w czasie urlopu, uwielbiał napawać się tym pięknym widokiem, zapominając o niedogodnościach życia w mieście.
— A któraż to godzina, Frankie, ty stary zgredzie? — zapytał sam siebie, podchodząc do budzika.
Z zadowoleniem spostrzegł, że dochodziła dopiero ósma dwadzieścia jego pierwszego, urlopowego dnia w tym roku.
— I co ty, skostniały pierniku, będziesz robił przez ten cały tydzień? — kontynuował monolog.

Przygotowawszy sobie pospiesznie jajecznicę i tosty z nieco już zeschniętym bekonem, Frank rozsiadł się wygodnie w fotelu i włączył telewizor. Jego żona od kilku godzin była w pracy, dzięki czemu mógł rozkoszować się błogim spokojem.
— Och, no co też oni! — rzekł, przełączając kanały. — Kogo obchodzą jakieś jebane psie czworaczki z Bronxu?
Po kilku minutach poszukiwań, wobec braku lepszych rozrywek, zmuszony był zawiesić oko na zupełnie go nieinteresującej relacji z przygotowań do wizyty prezydenta w szkole podstawowej na Florydzie.
— Powiedzieliby lepiej tym dzieciakom, żeby nie rzucały niedopałków gdzie popadnie bo miliony z budżetu idą potem na gaszenie durnych pożarów — warknął, widząc rozpromienione i jakże niewinnie wyglądające twarze dzieci, z których, w opinii Franka, większość paliła już papierosy, piła alkohol, klęła i uprawiała seks z wszystkim, co żywe lub niekoniecznie ożywione.
Frak miał bardzo złe zdanie o dorastających pokoleniach młodych Amerykanów. Jako doświadczony strażak niejednokrotnie już zmuszony był uczestniczyć w usuwaniu skutków głupoty młodych ludzi. Wiele mrożących krew w żyłach opowieści słyszał też od swojej żony, na co dzień zmagającej się z młodymi chuliganami. Nie zamierzał więc nabierać się na niewinny wygląd uśmiechających się promieniście uczniaków.

Rozzłoszczony fałszem sączącym się z ekranu, Frank po kilku minutach wyłączył telewizor. Nie chciał spędzać kilkudniowego urlopu, siedząc w fotelu. Był już i tak wystarczająco niezadowolony z przymusowej przerwy od pracy. Zbyt mało zadań, zbyt dużo pracowników. Chyba lepsze rotacyjne urlopy, niż zwolnienia — tłumaczył kapitan. Mało zadań. W Nowym Jorku! Do czego to doszło?! Ubrawszy się w pośpiechu już zamierzał wyjść z domu, gdy zadzwonił telefon. Migająca na małym ekraniku nazwa dzwoniącego skutecznie postawiła go w stan najwyższej gotowości.
— Tak, mamo? — zapytał, podnosząc słuchawkę.
— Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! — rozległ się głośny wrzask jego matki.
By nie ogłuchnąć, Frank zmuszony był odsunąć słuchawkę od ucha. Dopiero teraz uświadomił sobie, że kończył tego dnia czterdzieści jeden lat.

*
Minąwszy kilka zatłoczonych przecznic, Howard stanął wreszcie pod gigantycznym wieżowcem. Zatrzymawszy się na chwilę poprawił krawat, po czym, podniósłszy dumnie głowę, ruszył w kierunku jednego z wejść, oznaczonego numerem zgodnym z tym, jaki zapisał sobie na karteczce. Czuł się nieswojo w tłumie elegancko ubranych biznesmenów tłoczących się razem z nim przed szklanymi drzwiami, jednak próbował nie okazywać zmieszania. Miał przecież na sobie nowiutki, wart kilkaset dolarów garnitur. I jedynie pstrokaty krawat stanowił rysę na jego szykownym wyglądzie. Minąwszy wreszcie wielkie drzwi, Howard znalazł się w obszernym, wyłożonym marmurami holu. Wypucowane i pachnące, oświetlone ciepłym, pastelowym światłem wnętrze było tak ogromne, że setki ludzi rozpływały się w nim, zupełnie jakby wsiąkali oni w ściany. Jedynie stonowany szmer licznych rozmów i odgłosy stukających tu i ówdzie obcasów zdradzały obecność mnóstwa ludzi.

Howard od razu udał się w kierunku recepcji, ucieszony widokiem znajomej mu twarzy skośnookiej recepcjonistki, tej samej, która pomagała mu już wielokrotnie podczas jego wcześniejszych wizyt w tym budynku. Zauważywszy go, kobieta uśmiechnęła się szeroko, ukazując w jednej chwili szereg bielszych niż śnieg zębów i zapytała:
— Pan na które piętro?
— Dziewięćdziesiąte szóste.
— W takim razie proszę wybrać windę ekspresową, to jedna z tych srebrnych, po lewej stronie. — To powiedziawszy kobieta wskazała ręką ścianę, wzdłuż której tłoczyło się już kilkadziesiąt osób, po czym dodała — Na piętrze czterdziestym czwartym przesiądzie się pan do następnej windy, także ekspresowej. Znajdzie ją pan bez problemu gdy tylko wysiądzie pan z pierwszej. Na siedemdziesiątym ósmym jeszcze raz proszę zmienić windę i tą trzecią już bez przesiadek dojechać na dziewięćdziesiąte szóste. Ma pan jeszcze jakieś pytania?
— Nie, dziękuję bardzo.
Howard uśmiechnął się jak mógł najszerzej, ukazując szereg żółtych jak mocz, zniszczonych dietetyczną colą zębów, po czym ruszył we wskazanym kierunku, rozmyślając w duchu o nieporadności konstruktorów budynku. Jakby nie mogli zrobić jednej windy, jeżdżącej na samą górę.

Odczekawszy z grupą innych ludzi kilka chwil, wsiadł do windy, gdy tylko otworzyły się przed nim srebrne wrota. Wnętrze metalowej klatki wbrew pozorom było całkiem obszerne. Stanąwszy z tyłu, Howard oparł się o chłodną, pokrytą lustrzanymi płytami ściankę. Zaraz przed nim stanęło dwóch rosłych mężczyzn w garniturach. Obydwaj trzymali ciemne, najpewniej skórzane walizki.
— Na które jedziesz, Will? — zapytał wyższy z nich, spoglądając na kolegę.
— Wracam na chwilę na swoje — odparł niższy. — Zostawiłem w biurze prezent dla Trevora.
— Ma dzisiaj urodziny?
Winda nieznacznie zadrżała, a ciśnienie, coraz bardziej napierające na uszy, oznajmiło Howardowi i wszystkim wokół, że zaczęła błyskawicznie wznosić się w górę.
— Nie, po prostu jutro mija sześć lat, odkąd powiedział pierwsze słowo.
— Gratuluję.
Mężczyźni kontynuowali głośno rozmowę. Najwyraźniej nie krępowała ich obecność osób postronnych.
— I co mu kupiłeś? — odezwał się ponownie wyższy z nich.
— Nic wielkiego. Pamiętam, że pierwszym słowem, jakie powiedział, było monitor. Kupiłem mu więc komputer, żeby się dzieciak nie zmarnował przy tych książkach. Sam wiesz, teraz wszystkie dzieciaki w jego wieku myślą tylko o komputerach.

Po zaledwie kilkudziesięciu sekundach jazdy winda zatrzymała się na dwudziestym drugim piętrze i niższy mężczyzna wysiadł z niej, w pośpiechu żegnając się z kolegą.
Komputer! — pomyślał Howard, pomstując na dopiero co usłyszaną rozmowę. — Pierwsze zdanie mojego syna brzmiało Chcę kupę i wcale nie kupiłem mu z tej okazji sedesu. Niczego mu nie kupiłem, bo i co to za okazja?!
Bijąc się z myślami Howard dojechał wreszcie na piętro czterdzieste czwarte, gdzie przesiadł się do następnej windy. Zgodnie z zaleceniami recepcjonistki czynność tę powtórzył raz jeszcze kilkadziesiąt pięter wyżej i gdy wreszcie trzecia winda wyniosła go na dziewięćdziesiąte szóste piętro, odsapnął z ulgą. Otarłszy spocone czoło chusteczką, Howard rozejrzał się dookoła.
Stał w obszernym, wyłożonym kremowym marmurem korytarzu. Naprzeciw niego znajdowało się coś na wzór recepcji. Za lśniącym, drewnianym stołem, z słuchawką w ręku, siedziała ciemnoskóra sekretarka. Gdy stanął przed nią, kończyła akurat rozmowę telefoniczną.
— Przepraszam, zaraz się panem zajmę — rzuciła w stronę Howarda, po czym ponownie przyłożywszy słuchawkę do ucha, powiedziała — Muszę kończyć, Meg. Pamiętaj, nie możesz się tym zadręczać. Mitch to zwykły, podstarzały smerf, któremu wydaje się, że jest Bondem. Każdy facet po czterdziestce to próchno, nic z niego już nie będzie. Posłuchaj mnie i znajdź sobie innego.
Howard zerknął dyskretnie na swoją ociężałą sylwetkę, odbijającą się niewyraźnie w błyszczących ścianach. Przekroczył już wprawdzie czterdziestkę ale mimo to rzeczywiście miał w sobie coś z Bonda, co zawsze powtarzał dla poprawy nastroju. Przekonany, że sekretarka posługiwała się jedynie niepoprawnym stereotypem, spojrzał więc ponownie na kobietę, sugestywnie stukając palcami o blat biurka.
— …zgredzieją, mówię ci — kontynuowała sekretarka. — Rzuć go w cholerę, znajdź sobie jakiegoś młodszego. Nie wiem, kochana, nie jestem tobą. Najlepiej jakiegoś siedemnastolatka, tylko nie gitarzystę. Taki ci same problemy sprowadzi na głowę, coś o tym wiem. No, kochana, kończę już, bo jakiś zgr... zgrabny pan mnie tutaj popędza. W razie czego dzwoń, no, pa pa, złotko!
Odłożywszy słuchawkę, kobieta zmierzyła Howarda od pasa w górę.
— Co za okropny… — zaczęła, zatrzymawszy wzrok na krawacie mężczyzny ale dostrzegłszy jego pytające spojrzenie, szybko się zreflektowała i dokończyła — …dzień.
Następnie instynktownie spojrzała za okno, na bezchmurne niebo i panoramę skąpanego w słońcu miasta. Lekki rumieniec zagościł na jej twarzy, ale nie dała tego po sobie poznać. Przejechawszy delikatnie dłonią po burzy gęstych, kręconych włosów, zapytała uprzejmym tonem:
— W czym mogę pomóc?
— Ja na rozmowę w sprawie pracy. Miałem się stawić o ósmej trzydzieści w gabinecie kierownika.
— Oczywiście — mruknęła, ponownie zawiesiwszy wzrok na krawacie, po czym uśmiechnęła się od ucha do ucha i dodała — Proszę usiąść tam i poczekać chwilkę.
To powiedziawszy wskazała ręką długi rząd eleganckich sof, ciągnący się wzdłuż korytarza. Ku własnemu przerażeniu Howard spostrzegł, że najwyraźniej nie był jedynym zaproszonym na rozmowę bezrobotnym. Większość miejsc na sofach zajęta już była przez innych, wyraźnie zestresowanych ludzi. Napięcie między nimi niemal dało się dotknąć, a atmosfera najpewniej gęstniała z minuty na minutę, w miarę jak do kolejki dołączały kolejne osoby. Zająwszy jedno z ostatnich wolnych miejsc, Howard rozejrzał się dyskretnie po zgromadzonych. Wiele par oczu wpatrywało się w niego uporczywie i bez skrępowania. Najwyraźniej wszyscy widzieli w nim kolejnego potencjalnego wroga, mogącego im odebrać upragnioną posadę. Jakby na to nie patrzeć, właśnie po to tutaj przybył. Złowroga cisza panująca na korytarzu wcale nie pomagała się zrelaksować.

W pewnym momencie szklane drzwi na końcu korytarza, opatrzone logo firmy, otworzyły się i wyszła przez nie zapłakana, młoda kobieta. Była wyraźnie rozzłoszczona. Nie zwracając uwagi na innych ludzi oczekujących w korytarzu, krzyknęła w stronę wnętrza gabinetu:
— Żebyś wiedział, bezczelny bydlaku. A wzywaj sobie kogo chcesz! Nie, nie, gamoniu, to ty jesteś chory psychicznie!
To powiedziawszy kobieta trzasnęła szklanymi drzwiami, omal ich nie rozbijając. Następnie spojrzała spode łba na oczekujących i widząc ich pytające spojrzenia, mruknęła:
— Powiedział, że zadzwoni… Ale nie wziął numeru!
Wszyscy wyglądali, jakby szczerze jej współczuli i dopiero gdy zamknęły się za nią drzwi windy, na korytarzu rozległ się przepełniony ulgą szmer.
— Pani Manuela Rosicky — zabrzmiał od strony drzwi dźwięczny, męski głos.
Stojący w progu wysoki mężczyzna w garniturze rozejrzał się znudzonym wzrokiem po zgromadzonych i dostrzegłszy kroczącą w jego kierunku młodą i bladą jak papier kobietę, zniknął za uchylonymi drzwiami.

*
— Oszalałeś?! — warknął Alan, z przerażeniem dostrzegając puszkę coli, znikającą pod bluzą Nigela, po czym momentalnie oblał się potem i z wymalowanym na twarzy lękiem zerknął na patrzącego w ich kierunku sprzedawcę.
— Spokojnie, wiem co robię — odparł Nigel i z zafrasowaną miną niestrudzonego poszukiwacza zaczął oglądać sklepowe regały, jakby nie mógł na nich czegoś znaleźć.
Sprzedawca nie spuszczał go z oczu.
— Mieliśmy tylko wejść po coś do picia. Nie mówiłeś, że nie masz forsy! Powaliło cię?! — Alan wyraźnie tracił nerwy. — Ja wychodzę!
— Spokojnie, przecież tu nie ma kamer a on bez powodu nie może nas przeszukać, zresztą…
— Co tam schowałeś? — rozległ się za ich plecami gruby, kobiecy głos.
Nigel ostrożnie przełknął ślinę i robiąc minę niewiniątka, powoli się odwrócił. Omal nie wrzasnął na widok stojącej przed nim, ciemnoskórej policjantki. Jej srogi wyraz twarzy nie zwiastował niczego dobrego.
— Ja… — zaczął, po czym zamilkł, czując jak momentalnie zaschło mu w gardle. W jednej chwili uderzyła go nieprzyjemna fala gorąca.
Stojący kilka metrów dalej Alan ostrożnie wycofał się w kierunku drzwi. Najwyraźniej chciał sprawiać wrażenie, jakby nic go z Nigelem nie łączyło. W momencie gdy już zamierzał nacisnąć klamkę, drogę zagrodził mu sprzedawca.
— Pytałam, co chowałeś pod kurtką — powtórzyła policjantka.
— Ja?
Nigel rozejrzał się dookoła, jakby w nadziei, że zobaczy obok siebie innego adresata pytania. Nie zobaczył.
— Tak, ty.
Niepokojący spokój w głosie policjantki nie zwiastował niczego dobrego. Był jak cisza przed burzą.
Widząc, że sytuacja stała się beznadziejna, Nigel delikatnie odchylił skrawek kurtki i dostrzegłszy czerwoną puszkę, wybałuszył oczy, udając zdziwienie.
— O, puszka! — zawołał. — Jak ona się tam znalazła?! Może sama wpadła?

Chwilę później obaj chłopcy siedzieli na tylnym siedzeniu radiowozu. Alan nie odzywał się do Nigela i z miną mordercy ignorował jego przepraszające, przepełnione trwogą spojrzenia.
— No chłopcy, macie kłopoty — oznajmiła policjantka, zatrzymując się na czerwonym świetle przy jednym ze skrzyżowań. — Gdzie mieszkacie?
— Na Brooklynie — mruknął niewyraźnie Alan.
— Brooklyn jest ogromny, skarbie, pytam o ulicę — drążyła kobieta, od czasu do czasu zerkając w lusterko.
— Przy Beverley Road — szepnął Alan.
— Ocean Avenue — dodał po chwili wyraźnie naburmuszony Nigel.
— Myślałby kto, że o tej porze chłopcy w waszym wieku powinni siedzieć w szkole. Nie rozumiem więc, co robiliście na Manhattanie? Uczycie się tutaj? W przeciwnym razie…
— Aresztowała nas pani, bo jesteśmy czarni? — wypalił nagle Nigel.
Policjantka, mocniej ścisnąwszy kierownicę, spojrzała ze zdziwieniem w lusterko.
— Co ty wygadujesz?! — krzyknęła, nie odrywając wzroku od odbicia jego twarzy. — Nie jesteście czarni!
— Fakt — drążył Nigel, ignorując przerażone spojrzenia Alana. — Gdybyśmy byli, nie zatrzymałaby nas pani. Swoich się nie łapie!
Radiowóz zatrzymał się przed skrzyżowaniem.
— Posłuchaj mnie, gówniarzu! — Kobieta odwróciła się do tyłu, ignorując zielone światło sygnalizatora i spojrzawszy przez metalowe kraty prosto w twarz nastolatka, warknęła — Nie wyjeżdżaj mi teraz z rasizmem, smarku, bo kolor skóry nie ma tu nic do rzeczy! Prawo dotyczy każdego i odpowiadałbyś za tę kradzież nawet gdybyś był niebieski. Jedziemy teraz na komisariat i lepiej wymyśl sobie jakąś dobrą wymówkę. Wasi rodzice mają was osobiście odebrać!
To powiedziawszy ruszyła z miejsca z piskiem opon.
— Na pewno moi starzy po mnie wpadną — mruknął sam do siebie Nigel. — O ile samochód im się nie rozkraczy po wyjechaniu z garażu.

Znalazłszy się na komisariacie nastolatkowie wyraźnie spokornieli. Bez słowa weszli za policjantką do ciasnego pokoju przesłuchań dla nieletnich i usiedli na krzesłach przy szarym, zimnym stole. Policjantka usiadła naprzeciwko nich i rozłożywszy na blacie jakieś dokumenty, oznajmiła:
— Nazywam się Cynthia Williams, zadam wam kilka pytań. Musicie mi podać numery telefonu do waszych rodziców. Powinni tutaj być.
— Co nam grozi? — zapytał Nigel. — Moi rodzice nie przyjadą, sam mogę odpowiadać. Chcę prawnika, ale najlepszego, a nie jakiegoś urzędasa z przerośniętą prostatą.
— Sprzedawca jeszcze nie zdecydował, czy wniesie oskarżenie. Radzę wam jednak współpracować. Podajcie mi szybko…
Nagle drzwi pokoju otworzyły się i stanął w nich wysoki policjant.
— Cynthia, przepraszam że przeszkadzam, ale to pilne. Możesz pójść ze mną?
— Co jest, Mike, mam przesłuchanie? — odezwała się Cynthia, po czym rzuciwszy w stronę nastolatków krótkie Poczekajcie chwilkę, razem z policjantem wyszła na korytarz.
Nie było jej dobrych kilka minut.
— A co z tymi gówniarzami?! — dało się słyszeć zza drzwi jej wrzaski. — Nie mogę ich wypuścić, to przyszła tkanka przestępcza! W tym mieście są tysiące policjantów, niech inni jadą!
Policjant mówił nieco ciszej, przez co nastolatkowie nie mogli zrozumieć, czego dotyczyła rozmowa. Sprawy jednak najwyraźniej nie potoczyły się po myśli Cynthii, bo gdy chwilę później ponownie wtargnęła do pokoju przesłuchań, omal nie wyrywając klamki z drzwi, była wyraźnie wściekła.
— Macie cholerne szczęście, gówniarze. Wynocha stąd! — warknęła do Nigela i Alana, a gdy ci, zaskoczeni jej zachowaniem, nie ruszyli się z miejsca, dodała — Tylko nie myślcie, że wam się upiekło. Mamy chwilowo kryzysową sytuację, ale zanotowałam wasze adresy. Wkrótce ktoś się z wami skontaktuje i dokończymy sprawę. A teraz zejdźcie mi z oczu, byle szybko!

*
— Ale w którą, w północną? Uspokój się i mów wyraźniej, bo nic nie rozumiem! — Jim przycisnął mocniej telefon do ucha. — Ja jestem już w drodze do domu, stoję w korku na Fulton. Nie, nie w centrum, u siebie, na Brooklynie. Kamerę? Mam, jasne. Leży w bagażniku. Dobra, Roy, jadę tam, tylko wydostanę się z tego zasranego korka. W razie czego dzwoń. Powiedz Christine, że spotkamy się na rogu Ann i William. Niech tam na mnie czeka, dojadę najszybciej jak będę mógł. Co?! Chyba oszalałeś, przecież mam do przejechania pół miasta! Może gdybyś zatrudniał też innych dziennikarzy, byłbyś na bieżąco. Dobra, kończę.
Jim rozłączył się i znalazłszy sporą lukę między stojącymi po jego prawej stronie samochodami, ignorując trąbienie innych kierowców, wcisnął się w nią i przejechawszy przez pas rozgraniczający jezdnie, zawrócił z piskiem opon.
— Cholera, to będzie temat — powiedział sam do siebie, zerkając w lusterko, by poprawić ułożenie grzywki. — Przy takich wydarzeniach można wypłynąć.
Nie chcąc tracić życiowej szansy, docisnął pedał gazu. W głowie układał już sobie scenariusz wydarzeń.
Najlepiej będzie, jeśli wytarzam się w jakimś pyle i powiem, że pomagałem w akcji — pomyślał, uśmiechem nagradzając swoją błyskotliwość. — Albo jeszcze inaczej. Natnę nożem czoło i powiem, że zranił mnie spadający odłamek. Ewentualnie mógłbym jeszcze odciąć sobie nogę dla większej dramaturgii i… Nie, to byłaby lekka przesada.

Jadąc w stronę centrum Jim łamał niemal wszystkie przepisy ruchu drogowego. Bardzo zależało mu na tej relacji. Chciał się pokazać od jak najlepszej strony w nadziei, że jego poświęcenie dostrzegą prezesi innych redakcji. W duchu uśmiechał się na myśl o mogącej go czekać sławie.
Jego nastrój zmienił się jednak, gdy wjechawszy na Brooklyn Bridge dostrzegł między stalowymi fragmentami konstrukcji kłęby gęstego, czarnego dymu, unoszące się złowrogo nad Dolnym Manhattanem. Dopiero wówczas uświadomił sobie, z jak wielką katastrofą miał mieć do czynienia. W miarę gdy zbliżał się do wyspy coraz wyraźniej słyszał wycie syren. Jim włączył radio, chcąc rozeznać się w sytuacji. Nie musiał szukać stacji o profilu informacyjnym. W tej chwili większość rozgłośni informowała już o katastrofie na bieżąco.
…o godzinie ósmej czterdzieści sześć. Nie wiemy jeszcze, jak wielkie są zniszczenia i czy konstrukcja budynku została poważnie naruszona. W tej chwili północna wieża jest ewakuowana. Trudno powiedzieć, ilu ludzi może być uwięzionych na najwyższych piętrach.

*
Howard stał przed oknem. Nikt nie siedział już na skórzanych sofach. Wszyscy wpatrywali się w kłęby gęstego, czarnego dymu, wydostające się zza sąsiedniego biurowca.
— Co to w ogóle było? — zapytała jakaś młoda kobieta, podchodząc do sekretarki.
Ta, również wpatrzona w spowity dymem szczyt wieżowca, pokręciła głową i odparła:
— Nie wiem, słyszałam tylko huk. Coś jakby eksplozję.
— Może to bomba? — zapytał jakiś Arab, nerwowo przebierając nogami. Wyglądał na przerażonego.
— Już byś chciał. Wy tylko o jednym! Może po prostu coś się zapaliło! — warknął Howard, zmierzywszy Araba od góry do dołu.
— Słyszałam przecież huk! — powtórzyła sekretarka. — W tych budynkach są systemy przeciwpożarowe, ugasiłyby zwykły pożar. To rzeczywiście mogła być bomba.
— Aaaa! — wrzasnęła inna kobieta, nie wiedzieć czemu ubrana w garnitur. — Uciekajmy! Co, jeśli to był zamach?!
To powiedziawszy podbiegła do srebrnych drzwi i zaczęła uderzać pięścią w zielony przycisk, chcąc przywołać windę.
— Nam chyba nic nie grozi — bezskutecznie próbowała ją uspokoić sekretarka. — Włączyłby się alarm, ktoś by nas powiadomił. Zresztą, zaraz zadzwonię do recepcji i zapytam, co mamy robić.
— No nie wiem. — Howard ponownie zerknął przez okno. — Hej! Tam lata jakiś helikopter. Może to policja?
Wszyscy wlepili wzrok w śmigłowiec, tłumnie napierając na szybę. Wyraźnie słychać było odgłosy tnących powietrze śmigieł.
— To telewizja! — zawołał wreszcie ktoś ze zgromadzonych. — Może nas pokażą! Machamy? Patrzcie, tamci też machają.
Niewysoki mężczyzna wskazał ręką na ludzi, wychylających się przez okna sąsiedniego biurowca. Przez szyby nad ich głowami ulatniały się na zewnątrz kłęby coraz gęstszego dymu. Niektórzy najwyraźniej krzyczeli, inni machali chusteczkami. W pewnym momencie w kilku oknach płonącego budynku pojawił się ogień. Wszystko działo się bardzo szybko.
— O Boże! O mój Boże! — krzyczała sekretarka, trzymając się za głowę.
— Co tam się dzieje?! — wrzasnęła kobieta w garniturze, z przerażeniem obserwując ludzi wychylających się z okien sąsiedniego wieżowca. — Oni spłoną! Dlaczego nikt ich nie ratuje?! Nie mogę na to patrzeć.
Następnie odwróciła się i usiadłszy w fotelu na co dzień zajmowanym przez sekretarkę, ukryła twarz w dłoniach. Ciemnoskóra pracownica spojrzała na nią przez ramię, ale nic nie powiedziała.
— JEZU! — krzyknęła w pewnym momencie drobna kobieta w zielonej sukni. — KTOŚ WYPADŁ!
Wszyscy momentalnie spojrzeli w dół, ale z tego miejsca nikt nie mógł dostrzec spadającego ciała. Zgromadzeni przy oknach ludzie wydawali się coraz bardziej przerażeni scenami rozgrywającymi się na ich oczach ledwie kilkadziesiąt metrów dalej. Sekretarka podbiegła do biurka i chwyciwszy za słuchawkę wcisnęła jakiś przycisk. Długo czekała, nim ktoś po drugiej stronie w końcu odebrał telefon.
— Co jest grane? Mamy się ewakuować?
Zamilkła na chwilę, spoglądając w stronę stojących przy oknie ludzi.
— Rozumiem. Dziękuję.
— I co? — zapytał Howard.
— Mówią, że możemy zostać. Inne piętra wracają do pracy. Sama nie wiem... — Kobieta ponownie spojrzała za okno. — Podobno nic nam nie grozi, straż już jest na dole.

*
— Do wszystkich jednostek na West Broadway. Utorujcie drogę na skrzyżowaniu z Chambers dla ekip z Jersey — rozległ się w krótkofalówce Cynthii głos jej naczelnika.
— Tu dwa-dwa-trzynaście, zrozumiałam. Jesteśmy na Warren Street, zaraz tam będziemy.
Cynthia spojrzała na siedzącego obok niej partnera. Jason nie odezwał się do niej ani słowem odkąd wsiadł do radiowozu. Był bledszy niż zazwyczaj.
— Spokojnie kolego, poradzimy sobie — powiedziała w końcu. Nadal milczał. — Nie takie rzeczy działy się w tym mieście.
— Tam jest moja narzeczona — oznajmił nagle Jason i ze strachem wymalowanym na twarzy spojrzał na starszą partnerkę.
Cynthia jedynie poklepała go po ramieniu i powiedziała:
— Będzie dobrze, zobaczysz. Uratują ją. Wszystkich uratują.
— Ma na imię Angela, pracuje w południowej wieży — kontynuował Jason. — Nie odbiera telefonu, martwię się. Myślisz, że już ich ewakuowali?
— Na pewno nic jej nie będzie.

Chwilę później radiowóz zatrzymał się na wskazanym skrzyżowaniu. Przez przednią szybę radiowozu Cynthia i jej młody partner po raz pierwszy zobaczyli płonący biurowiec. Kłęby gęstego, czarnego dymu spowijały jego najwyższe piętra. Z niektórych okien buchały płomienie, liżąc złowrogo betonowe ściany budynku. Wszędzie latały kartki, a w powietrzu unosiły się nieprzyjemne drobinki kurzu. Mimo że wiatr zwiewał chmurę dymu w innym kierunku, wielu spośród obserwujących ten widok ludzi zakrywało usta chusteczkami lub rękoma. Wielu też z przerażeniem zadzierało głowy do góry, by dostrzec jak najwięcej szczegółów dziejącego się na ich oczach dramatu.
— O mój Boże... — wyrwało się Cynthii. — Jason, do roboty, nie mamy czasu.
Razem z innymi przybyłymi na miejsce funkcjonariuszami zabrali się za torowanie drogi dla ekip ratunkowych. Po kolei podchodzili do stojących w korkach aut, nakazując ich kierowcom zawrócić i jak najszybciej opuścić centrum miasta. Jednocześnie inni funkcjonariusze nie pozwalali następnym samochodom zbliżać się do skrzyżowania. W tle słychać już było syreny nadjeżdżających wozów strażackich i karetek, mieszające się złowrogo z głośnym wyciem pojazdów już będących na miejscu.
— Proszę natychmiast zejść z drogi! — ryknęła Cynthia, widząc skośnookiego turystę, ustawiającego liczną rodzinę do pamiątkowego zdjęcia na tle płonącego wieżowca.
— Proszę zaraz… — zaczął Jason, ale dalsza część jego wypowiedzi utonęła w głośnym ryku, który w jednej chwili rozbrzmiał nad miastem. Policjanci i stojący na chodnikach ludzie zaczęli rozglądać się po niebie w poszukiwaniu źródła hałasu.
— Przepraszam, czy tu się kręci jakiś film?! — krzyknęła blada turystka z francuskim akcentem, podchodząc do Cynthii.
— O BOŻE! — ryknęła jakaś kobieta, wskazując na płonący wieżowiec. Chwilę później dźwięk potężnej eksplozji rozległ się nad budynkami Nowego Jorku. Wielka kula ognia na moment otoczyła spory fragment drugiej wieży, ustępując z czasem miejsca kłębom gęstego dymu.
— O mój Boże! — krzyknęła Cynthia, łapiąc się za głowę. — Co się dzieje?!
— Angela! — ryknął Jason i pobiegł w stronę płonącego kompleksu, zupełnie zapominając o swoich obowiązkach.
— Jason, stój!
Cynthia wiedziała, że młodszy partner i tak jej nie posłucha. Patrząc, jak znika między stojącymi przy sąsiedniej ulicy wozami strażackimi, ponownie spojrzała w niebo, na ukryte w ciemnej chmurze szczyty budynków. W głowie wciąż huczał jej dźwięk eksplozji. Na chwilę rozkojarzyła się, zupełnie ignorując natrętną turystkę, dopytującą o obsadę filmu.

Przez skrzyżowanie przejechał chwilę później sznur wozów strażackich z sąsiednich dzielnic. Groźne wycie syren zmroziło krew w jej żyłach. Nie odrywając wzroku od World Trade Center, wymacała w kieszeni munduru telefon komórkowy.
— Frankie, odbierz — mruczała sama do siebie, słysząc w słuchawce jedynie nieznośny sygnał czekającego na realizację połączenia. — Nie waż mi się tam jechać, ty stary wariacie! Do cholery, gdzie ty trzymasz ten telefon?!
Jej mąż nie odebrał jednak ani tego, ani żadnego z pięciu następnych połączeń. Zdenerwowana tym faktem Cynthia wróciła do obowiązków. Z miną człowieka wyraźnie rozkojarzonego zaczęła pilnować, by nikt nie zbliżał się do skrzyżowania. Jak przez mgłę widziała innych funkcjonariuszy, torujących drogę na sąsiednich ulicach. Martwiła się o męża jak nigdy wcześniej. Doskonale go znała i miała pewność, że w myśl swojego chorego bohaterstwa nie odpuściłby takiej akcji. W głębi serca wciąż się jednak łudziła, że może o niczym nie wiedział, że jeszcze spał, korzystając z pierwszego od prawie roku urlopu.

*
Frank zdyszany wbiegł na zaplecze posterunku. Pot spływał mu po czole, a koszulka kleiła się do ciała.
— W samą porę — rzekł kapitan, wychodząc mu naprzeciw w pełnym kombinezonie. — Dzwoniłem do ciebie, ale nie odbierałeś. Mamy akcję, o czym już pewnie wiesz, skoro tutaj jesteś. Przebieraj się.
— Reszta już pojechała?
Kapitan spojrzał na Franka z uwagą, po czym poklepawszy go po ramieniu, powiedział:
— Za to cię cenię. Nigdy nie zawodzisz.
Przebrawszy się w kombinezon, Frank pobiegł chwilę później razem z kapitanem jednostki na plac przed budynkiem, gdzie stał już przygotowany wóz gaśniczy. Gdy tylko obaj zasiedli w kabinie, pojazd ruszył.
— Siema, stary — zawołał Steve, wyciągając w kierunku starszego kolegi dłoń.
— Ty nie na Hawajach? — dodał siedzący za kierownicą Tom, również wyciągając rękę w kierunku Franka. — Nic nie tracisz, zanosi się na gorącą akcję, odbijesz sobie.
— Oj tak, szkoda tylko, że się tam nie opalę — zażartował Frank, uścisnąwszy w pośpiechu dłoń pozostałym dwóm kolegom.
— Chyba nie myślicie, że będziemy tam wchodzić? — odezwał się milczący dotąd Saif, zerkając z niepokojem przez przednią szybę na zjeżdżające im z drogi samochody.
— Wyluzuj, młody — odparł Tom. — Kiedyś musisz wreszcie się wprawić. Najwyżej nas twoi bracia potraktują kolejnym samolotem w imię swoich świętych zamiłowań. Nic nie poczujesz.
Wszyscy z wyjątkiem Saifa wybuchnęli wymuszonym śmiechem choć z pewnością nie mieli nastroju do żartów.
— Bardzo zabawne. Nie wiemy nawet, czy to był zamach. Ten samolot mógł mieć awarię.
— Były dwa samoloty — wtrącił Frank, nagle poważniejąc i na widok zdziwionych i zszokowanych min kolegów, dodał — Drugi uderzył w południową wieżę na chwilę przed moim wyjściem z domu. Widziałem w telewizji.
— Ja pierdolę — skwitował Steve. — Widzisz Saif, albo mamy dzisiaj jebany festiwal awarii albo jednak to był zamach. A może twoi bracia myślą, że każdy szanujący się pilot ląduje w wieżowcu? Co ty na to, młody? Wy wszyscy macie tak nasrane pod turbanami, że bierzecie się za maszyny, których nie umiecie obsługiwać i pizgacie nimi w co popadnie?!
— Steve, wyluzuj! To nie jego wina. Nie wiesz nawet, kto za tym stoi — warknął kapitan, z trwogą spoglądając przez przednią szybę. W oddali, pomiędzy budynkami, widać już było płonące wieżowce i unoszącą się nad nimi złowieszczo chmurę czarnego dymu.
— No co! — Steve nie zamierzał ustępować. — Czego oni kurwa od nas chcą?! Nie denerwuje was to, że najpierw zalewają ten kraj, wyłażą z każdego kąta, z każdej lodówki, z telewizora i z każdych drzwi, nawet z jebanej szatni strażaków, a potem niszczą nie swoje miasta? Skoro tak lubią bomby, to niech sobie wysadzają te swoje lepianki z gówna czy z czego to tam jest zbudowane!
— A potem jadą z nami ratować ludzkie życie! Odłóż te swoje uprzedzenia, Steve, to nie czas i nie miejsce na takie rozmowy! Co z wami?! Skupmy się na robocie! — Kapitan próbował załagodzić sytuację ale jego nawoływania na niewiele się zdały.
— Nie jestem taki jak oni! — ryknął Saif i podniósł się z miejsca, głową wadząc o dach kabiny. Frank w ostatniej chwili chwycił go za kombinezon.
— Uspokój się, teraz nie ma na to czasu.
Saif zamilkł, choć widać było, że miał jeszcze wiele do powiedzenia. Mrożące krew w żyłach milczenie w jednej chwili wypełniło całą kabinę. Niezręczną ciszę przerwał dopiero kapitan.
— Panowie, jesteśmy prawie na miejscu — powiedział, zerkając przez okno na mijane ulice, wyglądające inaczej niż zazwyczaj.
Z każdej strony rozlegało się głośne wycie syren setek pojazdów. Wzdłuż niemal wszystkich ulic stały rzędy karetek i wozów strażackich, a na skrzyżowaniach widać było policjantów, torujących drogę nadjeżdżającym ekipom.
— Frank, chyba widziałem twoją żonę! — zawołał Tom, gdy ich pojazd mijał skrzyżowanie West Broadway i Chambers.
Frank w ostatniej chwili dostrzegł sylwetkę Cynthii. Jego żona stała przy krawędzi jezdni i dyrygowała ruchem. Jeszcze nigdy nie widział jej w pracy. Próbował do niej pomachać lecz wóz mknął zbyt szybko i gdy wreszcie Frankowi udało się wychylić przez ciasne okno w kabinie, Cynthii nie sposób już było odszukać w tłumie.
— O cholera — mruknął w pewnym momencie kapitan, gdy ich wóz wystarczająco zbliżył się do płonących budynków. — To może być bardzo długi dzień.

*
Christine zgodnie z planem czekała w umówionym miejscu. Jim bez problemu rozpoznał jej długie, jasne włosy oraz stojący kilka metrów za nią wóz transmisyjny. Zatrzymawszy samochód przy krawężniku, pospiesznie wysiadł z niego i wyjąwszy z bagażnika kamerę, podszedł do koleżanki.
— Cześć — powiedział i uściskał ją na powitanie.
— Był drugi samolot — usłyszał w odpowiedzi.
— Wiem. — Jim odruchowo zerknął przez ramię na przejeżdżający akurat ulicą wóz strażacki. — Słyszałem w radio. Myślę, że powinniśmy podjechać najbliżej, jak tylko będzie to możliwe. Podejdziemy pod jedną z wież, żeby mieć lepsze ujęcia. Powinniśmy też znaleźć jakichś świadków. O której mamy wejście?
— Roy kazał do siebie zadzwonić jak będziemy gotowi. Powiedział, że mamy się pospieszyć, bo inne stacje już od dawna o tym trąbią, a my jeszcze nawet nie przerwaliśmy programu. Teraz emitujemy podobno jakiś dokument o surykatkach — powiedziała Christine, wsiadając do pojazdu opatrzonego logotypem stacji.
— O czym kurwa?! Czy my pracujemy w Animal Planet? — Jim zerknął na nią wzrokiem szaleńca, po czym wsiadłszy z kamerą do wozu transmisyjnego, dodał — Ten idiota naprawdę myśli, że ktoś będzie oglądał program o delfinach w takiej chwili?!
— O surykatkach — poprawiła go koleżanka i chwilę później, uruchomiwszy silnik, z piskiem opon ruszyła z miejsca.
Nie zajechali jednak daleko, bowiem wszystkie okoliczne ulice zostały już zablokowane przez policję. Prawo przejazdu otrzymywały jedynie ekipy ratunkowe.
— Proszę zawrócić — powiedział jakiś policjant, opierając dłonie o maskę samochodu i przyglądając się uważnie rozłożonej na jego dachu antenie. — Nie przejedziecie tędy.
Za jego plecami widać było innych policjantów, biegających w różnych kierunkach pośród popielatej mgły, spowijającej przecznicę.
— Jesteśmy dziennikarzami Local News — oznajmiła Christine, machając funkcjonariuszowi przed oczyma identyfikatorem.
— Tym bardziej nie przejedziecie — skwitował policjant, spoglądając nerwowo za siebie. — Takiego chłamu jaki puszczacie nie ma w żadnej innej stacji. Kogo obchodzą jakieś jebane, psie czworaczki z Bronxu?
— A jednak pan oglądał — zauważył Jim.
— Każdy was czasem ogląda dla jaj — bronił się policjant. Widać było, że nie miał ani czasu ani ochoty na rozmowę z dziennikarzami.
— A może nam pan chociaż powiedzieć, co się dzieje, jak wygląda akcja i ilu jest rannych? Potrzebujemy pilnie informacji z pierwszej ręki. Musimy ostrzec obywateli — nie ustępował Jim.
— Prosimy — dodała Christine, robiąc błagalną minę.
Funkcjonariusz nie chciał się zgodzić i jeszcze przez kilka minut uparcie usiłował przegonić dziennikarzy, jednak widząc ich nieustępliwość, najpewniej dla świętego spokoju i możliwości powrotu do naglących obowiązków, zgodził się podzielić z nimi posiadaną wiedzą. Dzięki krótkiej rozmowie z nim dziennikarze mogli dobrze przygotować się do wejścia na żywo.
— Dzwonię do Roya — oznajmiła w końcu Christine i podziękowawszy policjantowi za współpracę, wyjęła z kieszeni telefon.
Jim tymczasem zajął się przygotowywaniem sprzętu. Wziąwszy do ręki własną kamerę zabrał się za jej, a gdy już mu się to udało, w pośpiechu wypudrował sobie twarz. Następnie upewnił się w lusterku samochodu, że dobrze wygląda i poprawił ustawienie anteny na dachu pojazdu, by podczas transmisji nie dochodziło do zakłóceń. Na końcu wyjął z torby koleżanki mikrofon i poczekawszy, aż ta skończy rozmawiać, oznajmił:
— Jestem gotowy.
— To dobrze, mamy wejście za trzy minuty. Roy powiedział, że w studio nie ma żadnego prezentera. Jeremy poszedł w cholerę, bo Halima zapaćkała czymś ściany więc masz rozpocząć specjalne wydanie serwisu — odparła Christine, po czym dodała — Podbiegnijmy bliżej.
To powiedziawszy kobieta chwyciła długi kabel odchodzący od anteny i zaczęła biec z nim w kierunku płonących wież. Jim ruszył za nią, dbając o to by pot nie zmył mu z twarzy makijażu oraz by wiatr nie rozwiał jego idealnie zaczesanych włosów. Gdy obydwoje dotarli wreszcie wystarczająco blisko, w miejsce, do którego sięgał swą długością kabel, zabrali się za błyskawiczne przygotowywanie transmisji.
— Stanę obok tego pojazdu — zawołał Jim, wskazawszy na wielki wóz strażacki, pokryty drobną warstwą kurzu.
— Wynoście się stąd, przeszkadzacie w pracy! — wrzasnął jakiś strażak, podbiegając do nich.
Dziennikarze jednak za nic mieli jego uwagi. Zależało im tylko na dobrym przygotowaniu do nagrania. Christine chwyciła kamerę i chwilę później podała prezenterowi małą słuchawkę, którą ten w pośpiechu wcisnął w lewe ucho. Następnie znieruchomiała, oczekując na początek transmisji.
Jim zamilkł, wpatrzony w małą lampkę, migającą obok obiektywu kamery. W słuchawce usłyszał głos szefa.
— Ekipa gotowa, zaraz zaczynamy. Dziesięć, dziewięć…
Gdy po chwili padło wreszcie wyczekiwane jeden, w słuchawce zabrzmiała charakterystyczna melodia, oznaczająca początek serwisu informacyjnego. Jim wiedział, że widzowie oglądający w tej chwili program o surykatkach musieli zostać porządnie zaskoczeni, widząc czołówkę serwisu informacyjnego, rozpoczynającego się o niepełnej godzinie. Miał jednak świadomość, że o tej porze wszyscy już raczej wiedzieli o wydarzeniach, mających miejsce na Dolnym Manhattanie. Odczekawszy więc, aż ucichną ostatnie dźwięki czołówki, prezenter rozpoczął poważnym tonem:
— Jest wtorek, jedenasty września, godzina dziewiąta dwadzieścia dziewięć, przerywamy program codzienny by nadać pilne i niestety dramatyczne informacje z ostatniej chwili. Ameryka znalazła się pod ostrzałem terrorystów…

*
— Na schodach jest pełno dymu, nie przejdziemy — zawołał jeden z mężczyzn, wyłoniwszy się zza drzwi prowadzących na klatkę schodową.
— A wiadomo w ogóle, gdzie się pali? — zapytała starsza kobieta, spoglądając pytająco na sekretarkę.
Ta tylko wzruszyła ramionami.
— Nie wiem, w portierni nie odbierają telefonu.
Drzwi na końcu korytarza otworzyły się i wyszedł przez nie elegancko ubrany mężczyzna, ten sam, który wcześniej wywoływał kandydatów na rozmowę. Jego wyniosła mina świadczyła, że był tutaj szefem.
— Stąd można się dostać tylko na dwie klatki schodowe. Jedną sprawdziłem, jest cała zadymiona i strasznie tam gorąco — powiedział z powagą.
— Na drugiej to samo — odparł Howard, nerwowo zerkając przez okno.
Kłęby gęstego, czarnego dymu, wznoszącego się z niższych pięter, skutecznie przysłaniały panoramę miasta. Niepokojąca czerń zdawała się napierać na szyby.
— Czy ktoś ma telefon? — zapytała w pewnym momencie jedna z kobiet, sugestywnie zerkając na aparat spoczywający na biurku.
— Proszę bardzo — odparła natychmiast sekretarka, w reakcji na co kilkadziesiąt osób rzuciło się w stronę biurka, z łatwością łamiąc i poniewierając solidny na pierwszy rzut oka mebel. Pech chciał, że w porywie emocji i siły ktoś wyrwał wystający ze ściany kabel telefoniczny, wobec czego w pierwszej kolejności rozmową z bliskimi mogli się cieszyć szczęśliwcy posiadający telefony komórkowe. Howard do nich nie należał. Sekretarka jednak obiecała mu użyczyć własny aparat, gdy tylko skończy rozmawiać z narzeczonym. Nieszczęśliwie jednak nie miała nawet okazji rozpocząć rozmowy, bowiem bateria w jej komórce, ironicznie nie wyczuwając powagi sytuacji, okazała się być już rozładowana. Wobec tego Howard skorzystał z pomocy eleganta zza szklanych drzwi. Ten bowiem, mimo iż dysponował telefonem, najwyraźniej nie odczuwał potrzeby kontaktu z bliskimi.
— Na pewno nie chce pan zadzwonić pierwszy? — zapytał Howard, biorąc niepewnie komórkę od mężczyzny. — Ja mogę poczekać. To znaczy… — Howard zerknął w stronę okna, gdzie kłębił się coraz ciemniejszy dym.
— Bez obaw — usłyszał w odpowiedzi. — Jestem sam. Nie mam żony, męża, dzieci, krewnych, psa, czy chociażby jebanej, złotej rybki.
— To świetnie! — Howard odetchnął z ulgą, dopiero po chwili uświadamiając sobie własną nietaktowność. Parę sekund później dotarł też do niego inny, przykry fakt. Kilka tygodni temu, za niepłacenie rachunków telefonicznych, odcięto mu telefon. Od tamtego czasu bezużyteczny aparat wisiał na ścianie w przedpokoju, przypominając domownikom o ich trudnej sytuacji finansowej. Howardowi tak bardzo zależało na rozmowie z rodziną. Mógł już przecież nigdy nie zobaczyć bliskich mu osób. Przytłoczony tą świadomością, usiadł pod ścianą, gdzie zmuszony był wysłuchiwać głośnych rozmów innych ludzi.
— Wayne, skarbie, zamknij okno, bo się przeziębisz. Musisz być zdrowy na moim pogrzebie. Nie chcę, żebyś mi charczał nad trumną — lamentowała jakaś starsza kobieta, w dość wątpliwy sposób próbująca uspokoić męża. — Nie, stary głupku. Porzuć nadzieję, nie uratują nas!
— Co u mnie?! Kobieto, oglądałaś telewizję? Nie, nie złotko, tylko Oprah ci w głowie. Mówię o jakimkolwiek serwisie informacyjnym! — krzyczał z kolei do słuchawki mężczyzna w szarej marynarce. — To wyłącz ten pieprzony festiwal i zmień kanał. Wu-Te-Ce płoną, jestem w południowej wieży, na miłość boską!
— Tak, nakarmiłem Michaela Juniora. Mam nadzieję, że zapamięta mnie jako dobrego pana — mówił do telefonu młody chłopak. — O cholera, o nim zapomniałem. Nakarm go w takim razie i pozdrów ode mnie, bo mogę już nie mieć okazji… Oj, zaraz nieodpowiedzialny. Nie mogę pamiętać jednocześnie o psie i o dziecku!
— Siedzi pan sobie i czeka na śmierć — zagaiła sekretarka, siadając obok Howarda na podłodze, a zobaczywszy jego zdumione spojrzenie, dodała — Przepraszam, bywam przesadnie bezpośrednia. Po prostu zastanawiam się, czy nas uratują. Wydaje mi się jednak… — Tu spojrzała na dym unoszący się za oknem. — …że nie dadzą rady.
— Pani nie dzwoni do nikogo? — zapytał Howard, zerkając na nią z zaciekawieniem.
— Jak pan zapewne pamięta, rozładowała mi się bateria i nie mogę zadzwonić do narzeczonego. Niestety nie pamiętam jego numeru, znamy się dopiero pięć lat. Poza tym sieć jest już chyba przeciążona.
— Jak ma na imię?
— Jason, jest policjantem. Pewnie martwi się o mnie, a ja nawet nie mogę mu powiedzieć, że słusznie. Chciałabym usłyszeć przez chwilę jego głos.
— A rodzina?
— Och, wie pan… — Sekretarka opuściła wzrok. — Moi rodzice zginęli w wypadku gdy miałam dwa lata. Nawet ich nie pamiętam. Krewni nigdy się ze mną nie kontaktowali. Nie wiem nawet, czy mam jakąś rodzinę. Wychowałam się w sierocińcu. Tak w ogóle… jestem Angela.
Kobieta wyciągnęła dłoń w kierunku Howarda. Uścisnąwszy ją, mężczyzna rzekł:
— Jestem bezrobotny Howard, mieszkam na Brooklynie i nie płacę rachunków za telefon… Skoro sobie już opowiadamy takie prywaty. — Następnie, spojrzawszy sekretarce w oczy, dodał — Wyglądała pani początkowo na wredną cholerę…
— Zawsze tak pan zaczyna znajomości? — Angela uśmiechnęła się wymownie.
— Jedynie te, które mogą się szybko zakończyć — zażartował Howard i z niezadowoleniem spostrzegł, że jego dowcip nie rozbawił rozmówczyni. Z wyrazem zażenowania na twarzy kobieta wstała z miejsca i stanąwszy w środku rozhisteryzowanego tłumu zawołała, usiłując przekrzyczeć gwar rozmów:
— Halo! Potrzebuję telefonu!
— To się kurwa ustaw w kolejce! — zawołał ktoś z tłumu.
— Chcę zadzwonić do straży pożarnej, żeby się zorientować, co mamy robić i jak przebiega ewakuacja. Gdybyście nie rozpieprzyli firmowego aparatu, byłoby nam łatwiej, a tak nie wiemy nawet, co dzieje się na innych piętrach! — kontynuowała Angela, a gdy nikt nie zareagował na jej prośbę, dodała — To może nam uratować życie, co z wami?! Nie mamy kontaktu z ludźmi na innych piętrach, nie wiemy, co się dzieje dookoła, więc jeśli chcecie jeszcze kiedyś zobaczyć wasze rodziny muszę dostać jakiś cholerny telefon!
Po tych słowach zapanowała chwilowa cisza. Parę sekund później kilkanaście telefonów komórkowych poleciało w kierunku Angeli, trafiając ją w te i tamte części ciała.

*
— Co się do chuja dzieje w tym mieście?! — ryknął Nigel, gdy po raz trzeci został popchnięty przez biegnącego gdzieś przechodnia.
— Sam nie wiem, dziwnie tu jakoś — odparł Alan, rozglądając się dookoła.
Po chodnikach a nawet ulicach biegali dziwnie poruszeni i przejęci czymś ludzie. Jedni rozmawiali przez telefon, inni natomiast, z sobie tylko znanych powodów, zadzierali głowy do góry. Zewsząd słychać też było nieustające wycie syren, a ulicami od czasu do czasu przejeżdżały rozpędzone wozy strażackie i policyjne oraz karetki.
— Jebnięte to miasto. Jeżeli w centrum zawsze jest taka stajnia to ja już chyba wolę Brooklyn — mruknął Nigel i zniecierpliwiony widokiem zadzierających głowy ludzi spojrzał w niebo. — Czego oni tam do kurwy żółtej szukają?
Niestety, poza błękitem nieba i ścianami otaczających go zewsząd wysokich budynków, nie dostrzegł niczego interesującego.
— Mówi się przepraszam — zawołał Alan, gdy jakaś kobieta wpadła na niego z impetem, prawie łamiąc mu żebra olbrzymimi łokciami.
— Chamstwo — drążył Nigel. — Myślą, że jak są z Manhattanu, to wszystko im wolno. Widziałeś, jaka była gruba? Pewnie żarła beton spod tych budynków.
Nieco zdezorientowani nastolatkowie dotarli wreszcie do Grand Station, skąd zamierzali wyruszyć w drogę powrotną do domu. Niestety tłum ludzi wychodzących a nawet wybiegających spod ziemi skutecznie uniemożliwiał im dostanie się na stację. Przy schodach stało dwóch policjantów.
— Nic z tego — zawołał jeden z nich, spoglądając z ukosa na nastolatków a widząc ich zdezorientowane miny, dodał — Stąd raczej się nie wydostaniecie.
— Niby dlaczego? — warknął Nigel i już chciał coś dodać, gdy Alan odciągnął go na bok.
— Dopiero nas wypuścili — powiedział z powagą. — Ciesz się i nie pyskuj, bo ja nie zamierzam znowu wylądować na komisariacie. I tak mamy już przez ciebie problemy. Nie to nie, pieprzyć metro, pojedziemy taksówką.
— Ciekawe za co, kutasie — warknął Nigel, wywracając na wierzch puste kieszenie. Kątem oka nadal spoglądał złowieszczo na policjantów. — Nie mam kasy a nie zamierzam dawać dupy za kurs przez pół miasta. Wiesz, ile nas to wyniesie? Mój stary udusiłby mnie moimi jelitami, gdybym mu narobił teraz długów.
— Ja zapłacę…
— Dupą?! — Nigel wytrzeszczył oczy.
— Pieniędzmi, Nig — poprawił go Alan, klepiąc się sugestywnie po kieszeni. — Mam trochę kasy, wystarczyłoby nam do Nevady.
— Nie wiem, skąd wy trzepiecie tyle siana. Albo jesteście pieprzonymi złodziejami, których szczerze nienawidzę, albo prowadzicie w chacie burdel…
Alan puścił tę uwagę mimo uszu i stanąwszy przy krawężniku przywołał gestem zbliżającą się, żółtą taksówkę.
— Beverley Road na Brooklynie — rzucił w kierunku kierowcy, gdy tylko zasiedli na tylnej kanapie a pojazd ruszył z miejsca.
— Zasrani terroryści — mruknął taksówkarz, uderzając dłonią w deskę rozdzielczą.
Nigel wytrzeszczył oczy i spojrzał pytająco na kolegę, a gdy ten tylko wzruszył ramionami, powiedział:
— Nie jesteśmy terrorystami…
Kierowca zdawał się go jednak nie słuchać. Wpatrzony w przednią szybę machinalnie pogłośnił audycję radiową, którą prawdopodobnie słuchał zanim nastolatkowie wsiedli do jego samochodu. Donośny, przejęty głos spikera rozbrzmiał z głośników.
…drugiej z zaatakowanych wież. Sytuacja wygląda naprawdę poważnie. Trudno powiedzieć, co może się jeszcze wydarzyć. Na miejsce z całego miasta przybyły już ekipy ratunkowe. Akcja nie jest jednak łatwa. Cały czas widać gęsty dym wydobywający się z budynków, czasem pojawia się również ogień. Trudno nawet ubrać w słowa to, co się tam dzieje. Dochodzą do nas nadal sprzeczne informacje dotyczące osób uwięzionych na najwyższych piętrach każdej z wież. Nieoficjalnie mówi się nawet o kilkuset osobach. Wiemy, że w tej chwili strażacy starają się zlokalizować piętra objęte pożarem. Ekipy weszły już do południowej wieży…

*
Buty idących przodem kolegów na przemian pojawiały się przed oczyma Franka. Schody zdawały się nie mieć końca, a ciężki kombinezon i niesiony sprzęt nie ułatwiały monotonnej wędrówki w górę. Szczęśliwie klatka schodowa na tym poziomie nie była jeszcze całkowicie zadymiona.
— Które to piętro? — zapytał w pewnym momencie Saif, ocierając pot z czoła.
— Czterdzieste dziewiąte — odparł kapitan, zerkając na odblaskową tabliczkę przymocowaną do ściany. — W sztabie mówią, że Palmer i Bucca dotarli już na siedemdziesiąte. Podobno są ofiary i ranni, ale pożar da się chyba ugasić. Oni mają też chyba łączność z uwięzionymi. Musimy czekać na ich instrukcje. — Mężczyzna wskazał na trzymaną w ręce krótkofalówkę.
— Najważniejsze, że coraz mniej tutaj ludzi. Mam nadzieję, że z tych pięter wszyscy już uciekli — zauważył Frank.
— Albo boją się dymu bo nie wiedzą, gdzie się pali. Nie wszystkie telefony działają, może niektórzy nadal chowają się w biurach — wtrącił Steve.
— Wydaje mi się, że pierwsze ekipy wszędzie zaglądały. Zresztą, oni chyba sami uciekli zaraz po tym jak uderzył samolot. Musieli to przecież poczuć — odparł kapitan, po czym zatrzymał się w miejscu, by odsapnąć. — Dobrze, że do Sky Lobby jeżdżą jeszcze windy, bo chyba bym nie wszedł tutaj o własnych siłach.
— Pomogę panu — zawołał Saif i podbiegłszy do mężczyzny oparł go o własne ramiona.
Widząc to Steve tylko prychnął i nie czekając na resztę ruszył do przodu.
— Zgrywam się, młody, dam radę, jestem przecież strażakiem, nie taki wysiłek podejmowałem — zażartował kapitan, ze zdumieniem obserwując postawę podwładnego.
— Dziadek ma rację, nie tak tutaj zdobywa się przyjaciół. Lepiej zostaw siły do walki z ogniem i wykaż się w akcji — dodał Frank, poklepawszy Saifa po ramieniu. Następnie, rozejrzawszy się po twarzach kolegów, zapytał — Mamy w ogóle jakiś kontakt z uwięzionymi do góry? Powinniśmy ich chyba jakoś instruować do czasu ugaszenia pożaru, bo się tam poduszą.
— Mówiłem już, że Palmer z nimi rozmawia. Podobno niektórzy zgromadzili się w jakimś klubie — odparł kapitan i już bardziej stanowczo podziękował Saifowi za zaoferowaną pomoc, po czym sam zaczął wspinać się po schodach.
— No nie wiem. — Saif spojrzał wymownie na kolegów. — Lepiej, żebyśmy mieli tam jeszcze kogo ratować. Może powinniśmy poprosić w sztabie o kontakt z tymi ludźmi. Kapitanie…
Kapitan nie wyglądał na przekonanego. Najwyraźniej wolał skupić się na wędrówce w górę. Miał też zapewne spore zaufanie do wyższych rangą strażaków, rozmawiających już z uwięzionymi. Widząc jednak pytające spojrzenia młodszych kolegów, postanowił przyznać im rację.
— Zaraz zapytam — powiedział i wziąwszy do ręki krótkofalówkę, dorzucił półszeptem — Ale w razie czego niech z nimi rozmawia Frank. Jak usłyszą twój akcent, pomyślą, że robimy sobie z nich jaja. Sam rozumiesz, Saif, w obecnej sytuacji niekoniecznie mogą mieć ochotę na rozmowę z obcokrajowcem.
To powiedziawszy mężczyzna przyłożył do ust krótkofalówkę i zameldowawszy się dowódcy sztabu, zapytał:
— Czy możemy uzyskać łączność z uwięzionymi? Chcemy z nimi rozmawiać i rozeznać się w ich sytuacji. Odbiór.

*
Jason zatrzymał się tuż przed biurowcem, po czym spojrzał w górę na kłęby ciemnego dymu, wydobywające się z wyższych pięter. W wielu oknach widać było sylwetki wychylających się na zewnątrz ludzi. Widziani z dołu wszyscy oni przypominali niewielkie kukiełki, zdane na pastwę szalejącego pod nimi żywiołu. Niektórzy machali rękoma, inni trzymali w rękach chusteczki bądź strzępy ubrań. Najpewniej krzyczeli i wołali o pomoc, jednak w gwarze panującym na ulicy trudno było usłyszeć słowa wypowiadane kilkaset metrów wyżej.
Ona gdzieś tam jest — pomyślał Jason i wytężył wzrok, choć doskonale wiedział, że dostrzeżenie twarzy ukochanej wśród gęstniejących tumanów graniczyło z cudem. Zdawał sobie sprawę, że mógł już nigdy nie zobaczyć Angeli, dlatego nie zamierzał bawić się we wzorowego policjanta i poświęcać dla innych. Liczyła się tylko jego narzeczona. W nosie miał rozkazy. Nigdy nie był supergliną rodem z filmowych megaprodukcji. Nie potrafił poświęcić się dla ogółu w sytuacji, gdy życie bliskiej mu osoby było zagrożone.

Jason kolejny już raz spróbował dodzwonić się do narzeczonej. Kilkadziesiąt wcześniejszych prób spełzło na niczym, co jednak nie zniechęciło go w żadnym stopniu do podejmowania następnych. Niestety powtarzający się w kółko komunikat poczty głosowej napawał go coraz większym lękiem.
— Cześć, tu Angela, młoda i powabna piękność, o której śnisz. Jeśli masz mi coś miłego do powiedzenia, zostaw wiadomość. Jeśli to ty, Mitch, to spierdalaj.
Jason nie miał pojęcia, kim jest Mitch i dlaczego miałby spierdalać, jednak w tej chwili niewiele go to obchodziło. Rozłączywszy się w nerwach po raz kolejny spróbował dodzwonić się do biura. Pech chciał, że i ten numer nie odpowiadał, co przyprawiało młodego policjanta o najgorsze skojarzenia. Z wymalowanym na bladej twarzy lękiem spojrzał ponownie w górę.
Z wysoka spadał właśnie sporych rozmiarów fragment konstrukcji. Dopiero gdy zaczął zbliżać się do ziemi, Jason rozpoznał tak charakterystyczny kształt ludzkiej sylwetki. Ku przerażeniu obserwujących go strażaków, człowiek z głuchym impetem uderzył w stopnie schodów prowadzących do jednego z wejść. Siła uderzenia rozrzuciła jego wnętrzności w promieniu kilku metrów. Obserwujący tę scenę Jason zamarł. Żołądek w jednej chwili podszedł mu do gardła i parę sekund później trudno mu już było powstrzymać odruch wymiotny.
— Jason! — rozległo się z krótkofalówki głośne nawoływanie. — Do cholery, człowieku, tam jej nie pomożesz! Wracaj tutaj natychmiast, potrzebujemy cię.
Głos Cynthii brzmiał wyjątkowo poważnie, wobec czego młody policjant zmuszony był stoczyć ze sobą wewnętrzną walkę. Chciał zostać pod budynkiem w nadziei, że jakimś cudem będzie mógł pomóc Angeli, mimo że szansa na to wydawała się mało prawdopodobna. Z drugiej strony coś kazało mu słuchać poleceń przełożonej.
Ostatecznie jednak irracjonalne przeczucia i nadzieje zwyciężyły i wyłączywszy krótkofalówkę Jason podbiegł do wysiadających z dopiero co przybyłego radiowozu strażaków. Nie dbał już o konsekwencje swojego zachowania. Chciał tylko przyłączyć się do nich. Był jeszcze bardzo młody i w swojej młodości właśnie upatrywał większego potencjału, zaparcia i siły.
Co ta kobieta może o mnie wiedzieć — pomyślał, oczyma wyobraźni widząc srogą minę Cynthii. — Ona nie musi się bać, dla niej to tylko praca. Kolejna akcja, nic więcej. Nie wie, jak to jest mieć kogoś tam, na górze…
*
— Zaraz nas połączą — oznajmiła Angela, nie odrywając komórki od ucha. — Są w drodze na górę, chyba już wiedzą, jak ugasić pożar.
— Lepiej niech się pospieszą — zawołała kobieta w garniturze, po czym wskazała na dym, wdzierający się leniwie do pomieszczenia przez szparę pod zamkniętymi drzwiami.
— O cholera. — Howardowi momentalnie zrobiło się gorąco. — Zablokujcie to jakoś. Trzeba tę szparę zakryć jakimiś ubraniami, bo się podusimy. Halo — dodał, zwróciwszy się do jakiejś ciemnoskórej kobiety. — Pani da ten ohydny sweter. Przynajmniej na coś się przyda.
— Oszalał pan?! — zaprotestowała oburzona kobieta. — To nowy pulower. Może niech pan tam lepiej wciśnie ten swój gejowski krawat. Co to w ogóle jest za dziadostwo? Ubiera się pan w cyrku?
Howard spojrzał na swoje odbicie w nieskazitelnie czystej i połyskującej, marmurowej ścianie. Nie dostrzegł jednak niczego gejowskiego w swoim ulubionym, fikuśnym krawacie.
— Niech każdy coś tam położy — zawołała zniecierpliwiona Angela, po czym odpięła bluzkę i niedbale rzuciła ją w kierunku drzwi.
— Mogła pani rzucić tam żakiet — zauważyła jedna ze starszych kobiet, z niesmakiem zerkając na pokaźny biust sekretarki, okryty oszczędnym w zużyciu materiału stanikiem.
Istotnie, służbowy żakiet Angeli spoczywał bezczynnie na oparciu skórzanego fotela odsuniętego pod ścianę. Młoda kobieta wyraźnie się zaczerwieniła ale nie chcąc okazać skrępowania, natychmiast dumnie wypięła piersi i rzekła:
— Zazdrości pani tak powabnych gruczołów? Moje cycki przynajmniej nie wiszą bez ładu i składu jak psie jaja!
— O ty… — warknęła staruszka i kobiety były już bliskie wszczęcia bójki, gdy z głośnika komórki trzymanej przez Angelę dobiegło ciche nawoływanie:
— Halo? Słyszycie nas? Jesteśmy na pięćdziesiątym pierwszym piętrze, idziemy po was. Jest tam ktokolwiek?
— O matko, co teraz? Co odpowiedzieć?! — krzyknęła sekretarka, w panice omal nie upuściwszy komórki.
— Ehh, kobiety… — warknął Howard i nie chcąc utracić połączenia wyrwał kobiecie z ręki telefon, po czym przyłożywszy go do ucha, zawołał — Jesteśmy, jesteśmy! Czekamy na dziewięćdziesiątym szóstym!
— A wyżej się kurwa nie da? — zawołał strażak i zmieniwszy ton na nieco bardziej rzeczowy, kontynuował. — Jestem Frank, a ty?
— Howard…
— Słuchaj, Howard, idzie do was kilka ekip. Możliwe, że ugaszenie pożaru zajmie nam trochę czasu. Pali się kilka pięter, ale mamy to pod kontrolą. Nie otwierajcie okien i uszczelnijcie drzwi.
— Uszczelnijcie te jebane drzwi! — warknął Howard, zwróciwszy się do otaczających go ludzi, a gdy ci w pośpiechu zaczęli zrzucać z siebie ubrania i upychać je pod drzwiami, ponownie przyłożył telefon do ucha.
— Uszczelniliśmy — oznajmił.
— Dobra — kontynuował Frank. — Pod żadnym pozorem ich nie otwierajcie. Wiem, że jest tam gorąco, ale musicie wytrzymać. Jeśli zobaczycie dym, starajcie się go nie wdychać. Najlepiej zmoczcie jakieś szmaty, osłońcie nimi usta i nos, i połóżcie się na podłodze. Nie próbujcie wychodzić na dach.
— W porządku, zrobimy co każesz, ale się pospieszcie. — Howard z niepokojem dostrzegł dym, wydostający się zza zamkniętych drzwi windy. W holu robiło się coraz goręcej. Ludzie zdejmowali z siebie kolejne partie ubrań i wciskali je we wszystkie możliwe szczeliny przez które do środka mógł dostawać się dym.
— Majtek nie zdejmę, nawet o tym nie myślcie — zawołała Angela, z oburzeniem dostrzegając dwóch mężczyzn, śledzących uważnie jej poczynania.
— Jak wygląda sytuacja? — zapytał Frank.
— Źle, naprawdę źle! — krzyknął Howard i zwróciwszy się do pozostałych ludzi, dodał — Każą nam zmoczyć jakieś ubrania, przyłożyć do twarzy i położyć się z nimi na podłogę.
— Wcześnie to kurwa mówisz — zauważył ktoś z niemal zupełnie już nagiego tłumu.
— Biedne lilie — mruknęła Angela i wyjąwszy ze stojącego pod ścianą, gigantycznego wazonu nie mniej gigantyczny bukiet kwiatów, wylała wypełniającą naczynie wodę na niewielki dywan, przykryty po części kawałkami sponiewieranego biurka. Widząc pytające spojrzenia zgromadzonych, zapytała:
— Macie lepszy pomysł? Będzie może trochę śmierdziało, ale chyba innego wyjścia nie znajdziemy.
Następnie położyła się na podłodze i skryła twarz w mokrym dywanie.
— Frank, pospieszcie się — powiedział Howard, dostrzegając niewielki obłok dymu tworzący się pod sufitem. — Ja nie żartuję!

*
Christine w pośpiechu przetarła obiektyw kamery, na którym zgromadziło się już trochę pyłu.
— Przygotuj się — powiedziała do Jima. — Zaraz znowu wchodzimy!
— Wiemy już coś więcej w sprawie Pentagonu? — zapytał Jim, zerkając nerwowo na zegarek, po czym obejrzał się za siebie.
Oddalone o kilkaset metrów bliźniacze wieże nadal płonęły i nic nie wskazywało na to by strażakom choć po części udało się opanować pożar.
— Associated podaje, że uderzył w zachodnie skrzydło. Nie skupiaj się teraz na tym. Jeremy jest już w drodze do Waszyngtonu, a na razie informacje o Pentagonie Roy kazał puszczać na pasku. Dobra, przygotuj się! Trzy, dwa, jeden…
W słuchawce Jima rozległ się głos Roy’a. Najwyraźniej wobec braku innych prezenterów szef stacji zmuszony był sam wcielić się w rolę prowadzącego specjalne wydanie serwisu.
Łączymy się teraz ponownie z naszym specjalnym korespondentem, Jimem Stonem, który jest w pobliżu World Trade Center. Jim powiedz nam jak teraz wygląda sytuacja tam, na miejscu…

*
— Jason, do cholery! — ryknęła Cynthia do krótkofalówki. Jej partner nie odpowiedział.
Wobec braku wsparcia sama musiała zająć się próbą ewakuacji kolejnych lokali.
— Proszę wychodzić i postępować zgodnie ze wskazówkami funkcjonariuszy. Radzę opuścić Dolny Manhattan. Policjanci wyprowadzą państwa z centrum — zawołała, wbiegając do niewielkiej restauracji. Ten lokal, podobnie jak kilka poprzednich, nadal wypełniony był ludźmi. Zamiast jeść zamówione dania, wszyscy z przerażeniem wpatrywali się w ekran zawieszonego nad barem telewizora. Najwyraźniej nie chcieli uwierzyć, że to, co widzieli, działo się zaledwie kilkaset metrów od nich. Szczęśliwie ludziom nie trzeba było powtarzać dwukrotnie tych samych poleceń. Jakby w porywie impulsu wszyscy posłusznie ruszyli do wyjścia. Znalazłszy się przy drzwiach niektórzy z wymalowaną na twarzach trwogą odwracali głowy w kierunku płonących biurowców i zobaczywszy na własne oczy powagę sytuacji zakrywali usta rękoma.
— Proszę kierować się w tę stronę! — nawoływał jakiś policjant, cierpliwie poganiając zatrzymujących się co chwilę i spoglądających za siebie przechodniów.

*
Gęsty dym unoszący się złowieszczo na klatce schodowej coraz bardziej utrudniał strażakom wspinaczkę. Frank z trudem łapał oddech. Pocieszała go jedynie myśl, że znajdował się już bardzo blisko celu, o czym mogła świadczyć wzrastająca nieustannie temperatura i krople potu, spływające mu obficie po czole.
— Howard, słyszysz mnie? — powiedział do krótkofalówki, nieporadnie ocierając pot z czoła grubym i szorstkim rękawem kombinezonu.
— Słyszę — rozległ się po chwili niewyraźny i zniekształcony przez głośnik szept.
— Wytrzymajcie chwilę, jesteśmy już blisko. Zaraz do was dotrzemy, musicie wytrzymać.
To powiedziawszy Frank wyłączył krótkofalówkę i ponownie spróbował otrzeć spocone czoło. W głębi serca wiedział, że dotarcie do uwięzionych na najwyższych piętrach ludzi i ugaszenie pożaru zajmie im jeszcze sporo czasu. Nie chciał jednak denerwować i tak już zapewne wykończonych ludzi. Podtrzymywanie ich nadziei na szybkie wybawienie z opresji wydawało mu się w tym momencie najlepszym rozwiązaniem.
— Stary… — Steve szturchnął Franka w ramię i z wysiłkiem przywołał uśmiech na swoją srogą twarz. — Może to nieodpowiedni moment… Sam widzisz… Wszystkiego najlepszego.
— Dokładnie! — dodał kapitan po chwili namysłu. Jego pełen zakłopotania uśmiech nie był w stanie zakamuflować czającego się w oczach wstydu. Najwyraźniej mężczyzna zapomniał o urodzinach kolegi.
— Jak już wyjdziemy z tej stodoły, stawiasz nam wszystkim piwo — dorzucił Steve.
*
Claire otarła oczy mokrą i podartą już chusteczką. Kolejny dreszcz przeszedł po jej ciele, gdy próbowała szczelnie otulić się kocem. Podciągnąwszy kolana pod brodę, jak małe dziecko skuliła się na kanapie. Przejęty głos reportera utwierdzał ją w przekonaniu, że Howard mógł znajdować się w poważnych tarapatach. Z żalem spojrzała na niedziałający telefon, wiszący obok drzwi wejściowych. Tak bardzo chciała, by jeszcze zadzwonił. Może Howard próbował się z nią właśnie skontaktować? Na pewno chciał ją uspokoić, powiedzieć, że niedługo wróci.
Strażacy są już w południowej wieży. Rozmawiałem przed chwilą z jednym z dowódców, który powiedział mi, że trwa właśnie opracowywanie planu walki z pożarem – mówił z przejęciem reporter.
Nagle zamek w drzwiach zazgrzytał. Claire niemal podskoczyła i odwróciwszy wzrok od telewizora z przerażeniem ale i nadzieją spojrzała w kierunku drzwi wejściowych, które chwilę później otworzyły się na oścież.
— Cześć mamo — zawołał Nigel i rzuciwszy niedbale kurtkę na podłogę, warknął — Mówię ci, jakie to miasto jest pojebane. Tak, wiem — dodał, widząc jej pytające spojrzenie. — Powinienem być w szkole. Trudno, jestem już w domu. Nie wiem, czy słyszałaś, ale podobno Wu-Te-Ce się palą. Wszędzie jest mnóstwo policji. Dlaczego płaczesz? Bez jaj, myślisz, że te bogate dupki, które są w wieżach, przejmowałyby się, gdyby pożar wybuchł w naszej kamienicy?
— Myślałam, że jeszcze śpisz. — Kobieta nieprzytomnym wzrokiem spojrzała na zamknięte drzwi od pokoju syna. — Nie widzieliśmy z ojcem, kiedy wyszedłeś.
— Tak właściwie to ja wyszedłem wcześniej niż zazwyczaj, jak jeszcze spaliście. To długa historia, zresztą, wyluzuj, nic się złego nie stało — warknął Nigel i rozejrzawszy się po salonie, zapytał — Gdzie jest ten zgred?
Następnie, nie czekając na odpowiedź, chłopak wziął do ręki pilota i rozsiadłszy się na kanapie obok matki, utkwił wzrok w ekranie telewizora.
— Widzisz? — zaczął. — Mówiłem, że się palą.
— Nig — mruknęła Claire, spoglądając na syna ze łzami w oczach. — Twój ojciec…
— …nie jest twoim ojcem, tak? To chciałaś powiedzieć? Więc który to, Hudson? Pamiętaj, że od niego mogłabyś doić spore alimenty — zażartował Nigel, a widząc, że jego żart doprowadził matkę do jeszcze większego płaczu, zawołał pospiesznie — Dobra, wyluzuj kobieto, przecież żartowałem. To tylko…
— On jest w wieży, rozumiesz?! — wrzasnęła Claire. — Twój ojciec jest w World Trade Center!

*
— Proszę się nie zatrzymywać! — krzyczała Cynthia, widząc przystających na chodnikach ludzi.
Wszyscy zadzierali głowy do góry w kierunku płonących wieżowców, jakby nie wierzyli własnym oczom.
— O mój Boże! — ryknął w pewnym momencie ktoś z tłumu, a w ślad za nim chwilę później okrzyki przerażenia wydali też inni ludzie.
— Co je… — zaczęła Cynthia i zamarła, spojrzawszy w kierunku World Trade Center.
Na oczach setek ludzi jedna wieża zaczęła się zapadać. Jej czubek błyskawicznie zniknął w szybko się powiększającym słupie pyłu. Dopiero po chwili tumult walącego się wieżowca dotarł do oddalonych o kilkaset metrów przecznic. Potężna, złowieszcza chmura w mgnieniu oka zaczęła pochłaniać zabudowania Dolnego Manhattanu.
— Frank! — ryknęła Cynthia, w niewytłumaczalny sposób tracąc nagle nadzieję na to, że Frank został tego dnia w domu.

*
— Howard! — ryknęła Claire.
— Tata! — wrzasnął Nigel
O mój Boże! — wyrwało się z ust dziennikarza, który, najwyraźniej usłyszawszy za swoimi plecami olbrzymi łoskot, błyskawicznie odwrócił się w miejscu i dostrzegł niknący w chmurze pyłu biurowiec. — To nie do opisania… Wygląda na to, że na naszych oczach południowa wieża kompleksu World Trade Center zawaliła się. Poczekajmy jeszcze na potwierdzenie tych informacji. Trudno uwierzyć w to, czego jesteśmy właśnie świadkami!
Zawsze starannie wypudrowana twarz Jima wyraźnie pobladła. Claire nie zwracała jednak uwagi na wygląd dziennikarza. Z przerażeniem patrzyła na to, co działo się za jego plecami.
— Ja pierdolę, tato! — powtórzył Nigel, nie odrywając wzroku od telewizora.
Nieprzyjemny skurcz ścisnął mu żołądek, a serce zaczęło łomotać z taką siłą, jakby chciało wydostać się na zewnątrz. Chłopak starał się nie spoglądać w stronę zdruzgotanej matki. Tępo obserwował gigantyczną chmurę, sunącą w kierunku kamery. Dziennikarz już dawno zniknął z ekranu, najpewniej uciekając przed nadciągającym niebezpieczeństwem.
Po kilku chwilach ekran telewizora zrobił się czarny. Z głośników dobiegały już tylko trzaski i szmery.

*
Wieczór przyniósł ochłodzenie. Delikatny wiatr wichrzył włosy na głowach setek ludzi, w milczeniu tłoczących się obok prowizorycznych galerii w Union Square Park. Setki twarzy uwiecznionych na różnobarwnych zdjęciach spoglądały na pogrążonych w dziwnym letargu ludzi. Wielu zatrzymywało się, by ze łzami w oczach spoglądać na fotografie i czytać napisane pod nimi emocjonalne apele. Inni płakali, mimo że unikali kierowania spojrzeń na obklejone zdjęciami ściany. Niektórzy przytulali się w milczeniu, inni mówili sami do siebie a jeszcze inni zdawali się trwać w poszukiwaniach, jakby nie dopuszczali do siebie myśli o możliwej stracie. Wszyscy jednak wyglądali na poruszonych. Zarówno ci płaczący, szukający, ściskający się i maszerujący w milczeniu.

Na chodnikach, pod ścianami i murkami, piętrzyły się już stosy kwiatów, spomiędzy których wystawały setki zniczy i płonących świec. Gdzieniegdzie plątały się też zdjęcia, które w skutek działania wiatru oderwały się od ścian i tablic. Wiele fotografii ukazywało te same twarze, jakby osoba, która je rozwiesiła, miała nadzieję, że to pomoże jej odnaleźć zaginionego.
Nigel starał się nie zwracać uwagi na dziennikarzy, robiących zdjęcia i utrwalających na kamerach tę smutną scenerię. Szedł przed siebie, prowadząc pod ramię własną matkę. Ignorował przyglądających im się ze współczuciem ludzi. Ignorował też tych, którzy sprawiali wrażenie zagubionych. Ignorował, a jednak z nadzieją szukał między nimi sylwetki ojca. Szukał twarzy człowieka, którego tak przecież nienawidził, a którego nieobecność napawała go niewytłumaczalną zgrozą, lękiem i niezaznaną wcześniej pustką. Nigdy nie podejrzewał, że coś podobnego mogłoby się przytrafić temu wiecznie bezrobotnemu, upierdliwemu i nieporadnemu człowiekowi, którego miał w zwyczaju oskarżać o wszystkie swoje życiowe niepowodzenia. Brak dowodu na śmierć ojca, brak jego ciała i jakichkolwiek wieści o nim napawał go w tej chwili lękiem, ale też dawał nadzieję, której najwyraźniej brakowało już Claire. Kobieta kompletnie się załamała. W drodze do parku przyczepiała zdjęcia Howarda na każdym słupie i na każdym drzewie. Dzięki pomocy sąsiadów objechała razem z Nigelem połowę miasta. Wentworth Hudson obiecał jej pomóc i wydrukował we własnym biurze setki fotografii Howarda, opatrzonych jego imieniem i nazwiskiem oraz adresem. Podał także swój numer telefonu. W tak trudnej chwili okazał się być dobrym człowiekiem. Znał Howarda i zapewne potężnie nim wstrząsnęła wiadomość o jego zaginięciu. Podwiózłszy Nigela i jego matkę, pozwolił im w samotności podejść do tłumu osób poszukujących swoich bliskich, podczas gdy sam zajął się rozwieszaniem fotografii w innych miejscach.
— Mamo, tu już powiesiłaś — szepnął Nigel, kładąc rękę na ramieniu Claire. Kobieta zupełnie straciła głowę i przez łzy zdawała się nie dostrzegać kilku podobizn męża powiewających obok siebie pośród innych zdjęć. Nigel chciał jej pomóc ale nie potrafił znaleźć słów, które mogłyby ją pocieszyć. Sam też potrzebował pocieszenia a Claire była jedyną osobą, która mu pozostała. Była też osobą, która jako jedyna upierała się, że Howard znajdował się w wieżowcu. Nigel nie potrafił jej wybaczyć tego, że swoim zachowaniem odbierała mu nadzieję, którą tak uparcie starał się w sobie pielęgnować.
W tłumie tysięcy obcych mu osób chłopak widział kilkukrotnie znajomą twarz. Ciemnoskóra policjantka, ta sama, która rano zawiozła go na komisariat, co najmniej dwukrotnie wpadła na niego, przeciskając się przez gąszcz ludzi. Była sama, nie miała na sobie munduru. Najwyraźniej nie rozpoznała Nigela, bo nawet na niego nie spojrzała, gdy stanąwszy kilka metrów dalej usiłowała przymocować do betonowego postumentu pomnika Washingtona niewielką fotografię.
Nigel nie przyglądał jej się zbyt uważnie i chwilę później kobieta zniknęła mu z oczu, wtapiając się w tłum bezimiennych osób. Chłopak nieznacznie pociągnął matkę za rękę, dając jej tym samym sygnał, że czas iść dalej, po czym oboje ruszyli wolno w kierunku czekającego już przy samochodzie sąsiada.

***
Dziękuję za poświęcony czas. Chciałbym prosić, by nie oceniano tekstu przez pryzmat tego, jakie kto ma poglądy w kwestii polityki zagranicznej i tak często krytykowanej „gloryfikacji” Ameryki czy też zbrojnego zaangażowania tego kraju w międzynarodowe konflikty. Tekst opowiada o ludziach a nie o samych zamachach z jedenastego września — one są tutaj tylko tłem. Dlatego byłbym wdzięczny, gdyby w komentarzach nie pojawiały się kwestie tak popularnych teorii spiskowych dotyczących tamtych wydarzeń. Nie o to tu przecież chodzi. Błagam też o jedno — nie piszcie, że zakończenie było przewidywalne… :) Dziękuję raz jeszcze!

Jeśli chciał(a)byś podzielić się ze mną swoją opinią/spostrzeżeniami dotyczącymi tekstu, pochwalić lub wytknąć błędy albo po prostu wymienić się innymi uwagami, a nie posiadasz konta na stronie, napisz do mnie — smit9@wp.pl, z przyjemnością poznam Twoje zdanie.

W związku z kilkoma nieprzyjemnymi sytuacjami jakie miały miejsce w ostatnim czasie przypominam też, że kopiowanie części lub całości moich tekstów, zamieszczanych na tym portalu i ich rozpowszechnianie bez mojej zgody oraz bez podania autora stanowi złamanie prawa. Regularnie kontroluję, czy moje opowiadania lub ich fragmenty nie są bezprawnie kopiowane i w razie wykrycia kradzieży (tak, w świetle prawa to jest kradzież) interweniuję. Każdy tekst stanowi własność intelektualną jego autora!

Podpis: 

Smith lipiec/sierpień/wrzesień 2013
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Jutro też będą przegrzebki - (2) Hagan - Ciało bez kości Hagan - Wyjście w mrok
...kolejny fragment opowiadania nad którym właśnie pracuję. Zapraszam do lektury :) Drugie fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Kolejne pojawi się niebawem. (Prolog w opowiadaniu Wyjście w mrok) Pierwsze fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda.
Sponsorowane: 21Sponsorowane: 20
Auto płaci: 20
Sponsorowane: 20
Auto płaci: 20

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2024 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.