https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
75

Sprawca (fragment II)

  Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-maciej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We wrześniu nagrodą jest książka
Piąta kobieta
Henning Mankell
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Taedium vitae

Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?

Nikifor wrócił

To osobliwość Krynicy, o biografii niezgodnej ze schematem bajki, ani schematami życia, ciągle pełnej tajemnic.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Bliskie spotkania...

Chodźmy...

Podróż

Wiersz o przygodzie i marzeniach

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
907
użytkowników.

Gości:
906
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 76759

76759

Transporter

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
14-04-11

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Komedia/Aktualności/Podróże
Rozmiar
55 kb
Czytane
7596
Głosy
7
Ocena
5.00

Zmiany
20-04-26

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Smith12 Podpis: Smith
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
wygrany konkurs miesięczny
Niezobowiązujące, momentami śmieszne a momentami obrzydliwe opowiadanie o urokach jazdy pociągiem. OSTRZEŻENIE: Tylko dla miłośników groteski i ludzi z dużym poczuciem humoru, także tego mocno przerysowanego.

Opublikowany w:

Transporter

Transporter


— Naprawdę nie ma pan drobniej? — Kasjerka obdarzyła stojącego przed Erykiem chłopaka srogim spojrzeniem swoich wybitnie brązowych oczu.
— Entschuldigung, ich werstehe nicht was du sagst — odparł sam zainteresowany, przyglądając się kobiecie z zaciekawieniem. Dostrzegłszy po chwili jej pytającą minę, dodał — Do you speak German? Or English, French, Estonian maybe?
Eryk od początku podejrzewał, że obcokrajowiec będzie miał kłopoty. Dogadać się w języku innym niż polski na dworcu kolejowym? Wątpliwe w tym kraju.
— Halo, kolego! — Kasjerka spojrzała na niego znad staromodnych okularów. Już wiedział, że się nie wymiga.
Chciał udać Niemca, ale najwyraźniej zdradziła go mina. W sumie nie miał czego się obawiać. Z wymienionych języków tylko estoński wydawał mu się nieosiągalny.
— Przetłumaczy mi pan, co on mówi? Nie znam włoskiego…
— On pewnie też — mruknął pod nosem Eryk.
Miał szczęście, że kasjerka nie usłyszała tej drobnej złośliwości, w końcu stał następny w kolejce, a nie chciał, żeby przypadkiem wydrukowała mu bilet do Bukaresztu. — On mówi, że nie ma drobnych, to jego jedyne pieniądze.
Skłamał, i to na dwa sposoby. Dla młodego Niemca sto polskich złotych to pewnie nic innego jak drobne właśnie. Nie można chłopaka winić.
W czasie gdy kasjerka przeczesywała stanowisko w poszukiwaniu drobnych, Niemiec odwrócił się do Eryka.
— Danke — powiedział z uśmiechem.
— Bitte — odparł Eryk, również się uśmiechając.
Miał w zwyczaju dbać o dobrosąsiedzkie stosunki. W końcu żył w stale się jednoczącej Europie. Był na swój sposób dumny, bo rozejrzawszy się dookoła nagle uświadomił sobie, że stał w pięknej, oszklonej hali nowo wybudowanego dworca. Wreszcie nie miał się czego wstydzić. Może z wyjątkiem sztuki ulicznej, elementami której ktoś raczył już przyozdobić betonowe fragmenty elewacji.
Jebać policję — głosił jakże twórczy i ambitny w przekazie street art. Być może Polacy obcowali w ten sposób ze sztuką najwyższych lotów, której spora część z nich po prostu nie rozumiała? Ela to szmata — komunikował inny slogan. Obok widniał też napis JP100%. Do niedawna Eryk myślał, że to symbol nowej ery ewangelizacji odwołującej się symbolicznie do polskiego papieża. Internet uświadomił mu, jak bardzo się mylił. Z zamyślenia wyrwała go nagle uwaga kasjerki:
— Podchodzi pan czy nie?
Podszedł, omijając Niemca, który zbierał właśnie z posadzki jakieś monety. Najpewniej była to należna reszta, którą rzucono mu w złości a może i w rewanżu za fatygę.
Eryk nigdy nie dziwił się kasjerkom, zarówno na dworcach, jak i w sklepach. Przecież one nie produkowały drobnych. Niejednokrotnie widział ludzi, którzy płacili dwusetkami za paczkę zapałek, gumy czy gumek. Sam pewnie by się wkurzył. Obcokrajowca jednak potraktowałby uprzejmie, przynajmniej dla pozorów.
— Studencki do Warszawy Centralnej — zawołał z uśmiechem.
Pani w kasie chyba miała wyjątkowo bolesny okres, bo spojrzała na niego jak na psa. Nie pierwszy raz zresztą Eryk spotkał się z podobnym zachowaniem, choć szczerze musiał przyznać, że trend wrednej twarzy powoli zaczynał się zmieniać i coraz częściej obsługiwały go miłe i uśmiechnięte kobiety, które nie wyglądały, jakby pracowały za karę. Tym razem niestety było po staremu
— Dwadzieścia trzy trzydzieści — usłyszał po chwili, gdy kasjerka od niechcenia zaczęła wystukiwać na ekranie komputera te i inne dane. — Plus osiem złotych dopłaty, obowiązuje rezerwacja miejsc.
Eryk przemilczał tę uwagę, i z pokorą zaczął szukać portfela. Wiedział, że i tak nic nie wskóra. Jego miejsce na pewno było już zajęte przez poplamionego musztardą grubasa, który, gdy tylko poprosi się go o zejście z zarezerwowanego fotela, powie, że jego miejscówkę też już ktoś zajął. Błędne koło.
Gdy wreszcie znalazł portfel i go otworzył, poczuł niemiłe ukłucie w okolicach żołądka. W środku spoczywał jeden niepozornie wyglądający banknot — dwieście złotych. Eryk bał się pokazać go kasjerce, mimo że oddzielała go od niej gruba szyba, najpewniej kuloodporna. W jednej chwili zrozumiał, po co te zabezpieczenia. Nie miał jednak wyjścia. Delikatnie, niemal bezszelestnie, wsunął banknot w wąską szczelinę u dołu okienka.
— Pan chce mnie zdenerwować, nie chce pan? — zaczęła kobieta, zerknąwszy na Eryka spode łba.
Cóż za wspaniały przykład spongliszowanego question tag’a! Jednak zna trochę angielski — pomyślał, ale szczęśliwie nie podzielił się swoimi przemyśleniami. Zamiast tego, jak potulny piesek, wyskamlał:
— Nie chcę, naprawdę…
Eryk czuł się jak upokorzony i zdany na pastwę oprawcy. Pozbawiony godności czekał na wyrok. To ona rozdawała tutaj karty, on był tylko pionkiem w jej bezlitosnej grze.
— A mogę być dłużna sto sześćdziesiąt sześć siedemdziesiąt? — usłyszał, choć nie od razu dotarł do niego sens tego jakże wykwintnego żarciku. Zakładając, że to w ogóle miał być żart.
— Hahaha — zaśmiał się z grzeczności. Już słyszał za sobą utyskiwania zniecierpliwionych ludzi. — Wolałbym nie…
— Wydam panu resztę — oznajmiła w końcu kasjerka, jakby robiła Erykowi łaskę. W sumie, robiła. — Nie wiem, czy wy to robicie specjalnie — mruczała pod nosem. — Gdyby istniały banknoty o nominale tysiąca złotych, pewnie tylko takie bym tutaj widziała.
— Pewnie tak — odparł potulnie, nim zdążył ugryźć się w język. Po prostu chciał być miły i z grzeczności przyznać jej rację.
Kasjerska z pogardą wyrzuciła mu garść monet, czego zresztą oczekiwał. Nie bacząc na śmieszność, Eryk zasłonił całym ciałem szparkę u dołu szyby, by nie musiał jak młody Niemiec zbierać pieniędzy z podłogi.
Gdy już zgarnął pokornie całą resztę razem z biletem do portfela, odszedł na bezpieczną odległość i upewniwszy się, że kobieta nie wysłała go do innej niż oczekiwana europejskiej stolicy, udał się w kierunku peronu trzeciego, gdzie według rozkładu już wkrótce miał się pojawić jego pociąg.

Zgodnie z rozkładem do przyjazdu pociągu pozostawało ponad pół godziny, co w praktyce mogło oznaczać mniej więcej godzinę czekania. I to mimo wymiany większej części taboru na nowy. Eryk nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego nowe pociągi nie szły w parze z punktualnością. Tak czy inaczej miał czekać. Na peronie, oprócz niego, czekało już kilkadziesiąt osób. Wszystkich traktował jak potencjalnych rywali w walce o miejsca siedzące. Pech chciał, że w Warszawie chyba odbywał się właśnie festiwal ciąży albo zlot przeciwniczek antykoncepcji, bo co druga kobieta na peronie wyposażona była w nieprzeciętnych rozmiarów brzuch i na pierwszy rzut oka tylko w kilku przypadkach mógł on być efektem diety wysokotłuszczowej. Ciężarnym nie wypadało nie ustąpić miejsca, szczególnie tym, które wyglądały, jakby mogły urodzić w każdej chwili.
Gdzie ten zasrany niż demograficzny? — pomyślał Eryk i natychmiast przypomniała mu się pewna prawidłowość. Ilekroć jechał do Warszawy, zawsze towarzyszyła mu obawa o miejsce siedzące. Podejrzewał, że bez względu na to, ile wagonów liczyłby skład i jak często realizowane byłyby połączenia do stolicy, peron i tak wypełniałyby rzesze podróżnych.
Oprócz ciężarnych, na peronie z każdą minutą przybywało ludzi starszych. Oni również odbierali nadzieję na znalezienie miejsca siedzącego. Ta podróż od początku źle się zapowiadała.
— Dzieci, proszę za mną! Kamil, mały gnojku, odłóż ten młotek! Jessica, załóż majtki, do jasnej cholery!
Gdy Eryk myślał, że gorzej już być nie może, zza zakrętu wyszła spora grupa rozwrzeszczanych dzieci, prawdopodobnie uczestników kolonii.
— Ustawcie się, muszę was policzyć, do diabła! — krzyczała jedna z nauczycielek.
Dzieci, mówiąc nieelegancko ale szczerze, miały ją w dupie, a właściwie w dziesiątkach dup. Wszystkie krzyczały, biegały i jadły słodycze.
— Proszę paniiiii — zagaił w pewnym momencie jakiś drobny chłopczyk. — A jak się nie pomieścimy?
— Pomieścimy — uspokoiła go nauczycielka. — Mamy zarezerwowane dwa wagony.
— Nosz kurwa! — mruknął Eryk, najwyraźniej zbyt głośno.
Błyskawicznie poczuł na sobie karcący wzrok członkiń grona pedagogicznego, części emerytów obdarzonych mimo wieku dobrym słuchem i kilku kobiet w ciąży.
— Dziecko mi pan demoralizujesz! — oburzyła się jedna z ciężarnych i ku jego zdziwieniu zaczęła głaskać swój gigantyczny brzuch, szepcząc cicho. — Tylko mi się nie naucz takich słów, bo ci wpierdolę.
— Przecież to płód… — zaczął Eryk, ale uświadomiwszy sobie, że dyskusji z młodą matką nie miał szans wygrać, odpuścił.
Dalsze przekleństwa wygłosił w myślach, skrupulatnie dopasowując ich wagę do zaistniałej sytuacji.

Pociąg podjechał, zgodnie z oczekiwaniami (bo przecież nie zgodnie z rozkładem) po pięćdziesięciu minutach i, ku zadowoleniu Eryka, był całkiem ładny. Nowy, połyskujący w wiosennym słońcu skład nie wyglądał na przepełniony. Liczył dwanaście wagonów. Od dziecka Eryk miał w zwyczaju liczyć wszystkie wagony każdego pociągu, który zauważył.
Nad wyraz nowoczesny pociąg zatrzymał się bez charakterystycznego zgrzytu kół. Gdy tylko znieruchomiał, rozpoczęło się piekło. Ludzie rzucili się do drzwi jak stado dzikusów. Przypominało to sceny z Krzyżaków. W powietrze wzbił się kurz, słychać było ryk tłumu i tupot setek stóp. Nawet na pozór schorowani emeryci poczuli najwyraźniej przypływ sił witalnych, bo bez zahamowań ruszyli do boju, rozpychając się na wszystkie strony metalowymi balkonikami i drewnianymi laskami. Nikomu chyba przez myśl nie przeszło, by przepuścić tych pasażerów, którzy chcieli wysiąść z pociągu.
— Gdzie się pchasz, stara pokrywo?! — wrzasnęła jedna z ciężarnych, gdy nieprzeciętnie zwinna starsza pani z fioletowymi włosami uderzyła ją walizką w brzuch. — Uszkodzisz mi larwę!
— Proszę zrobić miejsce! Musimy wysiąść! — dobiegło z tłumu niewyraźne nawoływanie konduktorki.
W tym momencie Eryk wiedział już na pewno, że nie usiądzie. Obawiał się tylko, że za chwilę padną strzały. Nie padły, choć patrząc na te dantejskie sceny chłopak zaczął się poważnie zastanawiać nad zasadnością uzbrojenia załogi pociągów w karabiny. Gdy jako jeden z ostatnich wkroczył do pociągu, mógł zapomnieć o znalezieniu miejsca siedzącego. Większość zajęta już była przez starszych ludzi i kobiety w ciąży. Szczerze ich wtedy wszystkich nienawidził.
Nie mając nic do stracenia, ruszył, przeciskając się przez kolejne wagony, do tego właściwego, w którym, zgodnie z nadrukiem na bilecie, powinno na niego czekać wygodne siedzisko. Nie łudził się, że będzie puste. Chciał tylko zobaczyć, kto mu je zajął. Szczęśliwie nie miał ze sobą żadnej większej walizki czy nawet torby. W przeciwnym razie nie dałby rady się nigdzie przepchnąć. Mimo że był dosyć szczupły, po drodze bez przerwy słyszał pod swoim adresem niewybredne obelgi.
— Gdzie pchasz tę spasioną dupę, baranie?! — zawołała do Eryka jakaś gigantyczna kobieta.
Była tak gruba, że tarasowała całe przejście, mimo iż teoretycznie siedziała na dwóch fotelach. W ręku trzymała nadgryzioną kiełbasę, której obrzydliwa woń wypełniała każdy zakamarek tej części wagonu. Zielone twarze innych pasażerów sugerowały, że to mogła nie być pierwsza śmierdząca potrawa, jaką pozwoliła sobie publicznie skonsumować. Istotnie w powietrzu czuć było jeszcze bigos i czerninę. Tę ostatnią chłopak dostrzegł swym sokolim wzrokiem — baba nalała sobie zupy do butelki po coli, dietetycznej, rzecz jasna.
Gdyby tę kobietę przerobić na kotlety, zniknąłby głód na świecie — pomyślał, wstrzymując oddech, i bez zbędnej zwłoki ruszył przed siebie. Był zdeterminowany, choć pozbawiony większej nadziei. W gruncie rzeczy wiedział, czego powinien się spodziewać po dotarciu do rzekomo zarezerwowanego dla niego miejsca. Nie mylił się.
— Przepraszam, siedzi pan na moim miejscu — powiedział spokojnie, zwróciwszy się do spoconego grubasa. Następnie pokazał mu numerek nadrukowany na bilecie.
Ten tylko spojrzał na Eryka i ugryzł spory kawałek kanapki, którą trzymał w wielkiej jak talerz łapie. Patrzył na chłopaka swoimi świńskimi oczkami przez dłuższą chwilę, przeżuwając zawzięcie ugryziony kęs. Jego twarz wyglądała w tym momencie jak włączona pralka.
— Chwila — powiedział po kilku sekundach i gdy Eryk już myślał, że usłyszy jakąś wymówkę, ponownie ugryzł kanapkę.
Chyba nie potrafił jej się oprzeć. Albo chciał zyskać czas do namysłu. Nadal nie odrywał od Eryka wzroku, więc chłopak nie mógł wykrzywić twarzy. A chciał, bo czuł się jakby stał nad otwartym sedesem. Jegomość śmierdział potem i przeżuwanym właśnie pokarmem. Eryk bał się, że nawet gdyby wstał w końcu z jego miejsca, mogłoby być ono całe mokre, czy wręcz stopione.
W pewnym momencie spora część musztardy z kanapki skapnęła grubasowi na jeden z dziesięciu podbródków, a stamtąd prosto na koszulkę.
Jedz szybciej, pieprzony warchlaku! — pomyślał Eryk.
— Przepraszam, pan mnie chyba nie zrozumiał — oznajmił jednak uprzejmie.
— Zrozumiałem — odparł grubas, wycierając tłustą jak polędwica łapę w koszulkę. Po plamie z musztardy został rozmazany ślad. — Widzi pan, chętnie bym ustąpił, ale na moim miejscu już ktoś siedzi.
To powiedziawszy wskazał na kobietę z dwójką dzieci, siedzących na drugim końcu wagonu.
— Jeśli ją pan przekona, żeby zeszła z mojego miejsca, ja zwolnię pańskie.
W Eryku zagotowało się nie na żarty. Miał ochotę wyrwać mu z łapy tę bagietę wielkości bochenka i wysmarować nią jego okrągłą twarz. Nie był jednak przekonany, czy aby na pewno zrobiłby grubasowi w ten sposób na złość. Nic więc nie powiedziawszy odszedł i już zamierzał się oprzeć o ściankę przy drzwiach, gdy dostrzegł jedno wolne, jakby go wołające miejsce siedzące. Czekało tam niezauważone najwyraźniej właśnie na niego. Pognał co tchu w kierunku wypatrzonej oazy, nieprzekonany, czy mógł ufać własnym oczom. Nie obchodziło go, że pewnie na najbliższej stacji wsiądzie ktoś, kto sobie tę miejscówkę wykupił.
Zachowam się jak ten grubas — pomyślał. W takich sytuacjach uprzejmości należało odkładać na bok.
— Przepraszam, wolne? — zapytał dla formalności siedzącą obok starszą kobietę, zaczytaną w jakimś kucharskim czasopiśmie.
Najwyraźniej przerwał jej w ważnym momencie, bo spojrzała na niego jak na psa i odburknęła oschle:
— A nie widać?

Eryk poczuł rozpływające się po jego ciele błogie ciepło. Był bardzo zadowolony i pewnie cieszyłby się owym ciepłem bez końca, gdyby w pewnym momencie nie zaczęło mu ono przeszkadzać.
— Co jest? — zapytał sam siebie, wiercąc się w miejscu.
— Pan ustatkuje tę dupę! — odezwała się siedząca obok starowinka, gdy trzeci już raz została trącona łokciem w twarz.
— Przepraszam — odparł. — Po prostu strasznie tutaj duszno.
Rzeczywiście, temperatura w wagonie zdawała się rosnąć z minuty na minutę i najwyraźniej nie tylko Eryk to odczuwał. Po kilku chwilch ludzie masowo zaczęli zdejmować z siebie kolejne partie ubrań. W normalnych okolicznościach pewnie wzbudziłoby to jego zainteresowanie, jednak otoczony zewsząd pomarszczonymi jak podkoszulki emerytami i brzuchatymi kobietami zmuszony był odwrócić wzrok.
Jak można o tej porze roku tak mocno grzać?! — pomyślał.
Była wiosna, na dworze plus dziewiętnaście a w wagonie plus siedemset.
— Tutaj jest jak w piekle! — odezwała się w końcu jedna z kobiet. Na sobie miała już tylko sandały.
— Gówno wiesz o piekle! — odparł z niesmakiem jakiś długowłosy fan metalicznych brzmień, w przeciwieństwie do pozostałych pasażerów nadal okuty czarną odzieżą od stóp po czubek głowy. Wysoka temperatura na szczęście nie zmusiła go nawet do zdjęcia glanów.
— Można się usmażyć — dodał jakiś usmażony w solarium biznesmen.
Granatowa marynarka była w tej chwili jedynym elementem garderoby, którego jeszcze się nie pozbył. Facet najwyraźniej uznał, że nawet w takim ukropie to właśnie ona powinna świadczyć o jego statusie. Spodnie, koszula czy bielizna odgrywały drugorzędną rolę, nie było więc sensu ich trzymać na siłę. Eryk kątem oka widział krople potu, spływające biznesmenowi po twarzy.
— No dalej, zdejmij je! — zagaiła w pewnym momencie kobieta siedząca naprzeciw Eryka, zerkając sugestywnie na jego spodnie. Sama miała na sobie już tylko skórę. — Po co się męczyć?
To powiedziawszy mrugnęła zalotnie.

Ilekroć Eryk podróżował koleją, zawsze spotykał się z absurdalną polityką grzewczą. Którejś zimy, gdy jechał składem starszego typu, omal nie zamarzł. Grzejniki nie były włączone, a okna nie dawały się domknąć. Mógłby przysiąc, że widział wtedy na korytarzu niedźwiedzia polarnego. Nawet fakt, że jechał wówczas do Suwałk nie usprawiedliwiał obecności szronu, śniegu i lodu na fotelach i ubraniach załogi pociągu. Żeby się ogrzać, pasażerowie zmuszeni byli podpalać własne bagaże. Innym razem z kolei grzejniki w pociągu, którym jechał do Wrocławia, porozkręcane były do tego stopnia, że usytuowane nad nimi siedzenia, łącznie z fragmentami zajmujących je pasażerów, zaczęły się topić. Żar unosił się w powietrzu, a wszelkiego rodzaju aerozole w torbach podróżnych co pewien czas eksplodowały. Połowa ludzi opuściła wówczas skład zwęglona, a sam Eryk przez miesiąc leczył pęcherze na twarzy.
Wszystko wskazywało na to, że i tym razem sytuacja mogła się powtórzyć. Nauczony doświadczeniem przywołał więc do siebie konduktorkę, gdy ta, w samym tylko bikini, przechadzała się między pasażerami.
— Przepraszam, można wyłączyć ogrzewanie? — zapytał, a widząc jej oburzony wzrok szybko dodał — Albo chociaż zmniejszyć?
— Ciągle źle! — mruknęła konduktorka i odeszła, ale najwyraźniej poinformowała o sytuacji maszynistę, bo po kilku minutach temperatura w pociągu zaczęła powoli spadać.

Chwilę później skład ruszył, a zrobił to na tyle bezszelestnie, że tylko coraz szybciej się przesuwające za oknem obrazy uzmysłowiły Erykowi ten fakt. Na wypadek, gdyby się jednak nie zorientował, początek podróży dosyć czytelnie zaakcentowała natychmiastowa kontrola biletów.
— Legitymację poproszę — oznajmiła oschle konduktorka, wziąwszy do ręki bilet Eryka. Najwyraźniej nie zapomniała, że to on w swojej bezczelności ośmielił się skrytykować działania załogi.
Podawszy jej plastikowy dokument, chłopak mimowolnie uśmiechnął się do niej próbując ocieplić nadwątlone relacje. Czekała go przecież kilkugodzinna podróż w jej towarzystwie. Niestety konduktorka najwyraźniej nie podzielała jego chęci, bo chwilę później podnosił już bilet i legitymację z posadzki.
— Przepraszam, spadło, podniesie sobie pan, jeśli się przy tym nie zgrzeje — usłyszał i zgrzał się potwornie. Z nerwów, rzecz jasna.
Eryk już chciał coś odburknąć, ale w porę ugryzł się w język. Kobieta wyraźnie nie była w nastroju, a do tego czarę goryczy przelał chwilę później jakiś chłopak, na pierwszy rzut oka będący w wieku gimnazjalnym.
— To ma być legitymacja?! — warknęła konduktorka, gdy na prośbę podał jej wygnieciony, podarty, poplamiony czymś, odbarwiony a może też przeżarty i wypluty przez krowę zwitek papieru. — Tę szmatę uważasz za dokument państwowy, młody człowieku?! Gdzie żeś to trzymał?!
— W spodniach — mruknął cicho wyraźnie przestraszony dzieciak.
Eryk nawet po części mu współczuł, choć z drugiej strony zachodził w głowę, co musiało dziać się z tą legitymacją.
— W spodniach! — wrzasnęła kobieta, chwytając dokument koniuszkami palców i odsuwając go z niesmakiem na bezpieczną odległość, zupełnie jakby bliższy kontakt z nim groził zarażeniem dżumą. — To chyba nalałeś w te spodnie, kolego! To się nawet nie nadaje do umycia sedesu. Nie ma zdjęcia!
— Przepraszam... — Teraz chłopak już niemal zaskamlał. Był blady jak papier i istniało ryzyko, że posika się naprawdę.
— Proszę mi to jak najszybciej wymienić! — Konduktorka w nosie albo i niżej miała jego przeprosiny. — Dziwię się, że nie dostałeś jeszcze mandatu, mój drogi! Zapamiętam cię i jeśli jeszcze raz zobaczę tę ścierę zamiast nowego dokumentu, nie będę tak miła jak teraz!
To powiedziawszy, wyraźnie naburmuszona kobieta ruszyła dalej. Słychać było, jak czekający na spotkanie z nią pasażerowie przełykali głośno ślinę. Gimnazjalista niepotrzebnie uruchomił drzemiące w konduktorce pokłady agresji. Doprowadzając ją do stanu wrzenia dokończył to, co zaczął Eryk, prosząc o wyłączenie ogrzewania. Dalej mogło być już tylko gorzej.
— Nie wykupił pan dodatkowego biletu na przewóz zwiększonego bagażu — dało się słyszeć, gdy konduktorka dotarła do uświnionego musztardą grubasa, zajmującego nadal przysługujące Erykowi miejsce.
— Jakiego bagażu? — zapytał mężczyzna. Z daleka słychać było, że akurat coś przeżuwał, czy raczej unicestwiał. — Nie mam większego bagażu niż inni.
— A ta torba?
Zapanowała chwila niezręcznej ciszy, w czasie której grubas najwyraźniej nad czymś się zastanawiał. Albo po prostu znowu coś żuł. Eryk, z wrodzonej i jakże bliskiej ludzkiej naturze ciekawości chciał dostrzec, co działo się za jego plecami, ale wiedział, że kolejne próby wiercenia się w fotelu uruchomią siedzącą obok, jak dotąd stosunkowo stateczną, choć zionącą parą staruszkę. I tak czuł już na sobie jej czujny wzrok. Postanowił więc jedynie biernie przysłuchiwać się rozmowie.
— To nie jest torba tylko brzuch!
— Boże! — Konduktorka najpewniej nie uznała swojej uwagi za niestosowną, bo brnęła dalej — A czy w środku brzucha jest torba? Albo pasażer, który powinien siedzieć w tym miejscu? Na pana bilecie jest inny numer.
— Co za bezczelność! — wrzasnął grubas, nie przestając przeżuwać.

Kontrola biletów w tej części pociągu trwała jeszcze jakiś czas, aż w końcu odgłos elektronicznego czytnika zamilkł. W tym czasie pociąg zbliżył się już do pierwszej z kilku planowych stacji.
Gdy po delikatnym, niemal bezdźwięcznym hamowaniu skład w końcu stanął w miejscu, ponownie rozpętało się piekło, choć tym razem nieco mniejsze. Kilkadziesiąt osób naraz wgramoliło się do pociągu, nie zważając na utyskiwania innych pasażerów.
— Proszę uważać, zgniecie mi pan dziecko! — zawołała jedna z miliarda ciężarnych.
Starszy pan, który akurat przepychał się obok niej z walizką, ani myślał przepraszać.
— To nie dziecko, to brzuch jest przecież! — warknął.
— A w środku dziecko!
— Nie trzeba się było bzykać!
To powiedziawszy mężczyzna zahaczył jeszcze kilka osób nad wyraz obszernym bagażem, po czym stanął w miejscu i zaczął się rozglądać po przedziale, wyjątkowo uważnie lustrując numerki nad siedzeniami. Spoglądał przy tym od czasu do czasu na trzymany w ręku bilet.
Gdy po kilku minutach starzec niebezpiecznie zbliżył się do Eryka i z nieskrywaną satysfakcją, kilkukrotnie się upewniwszy, zerknął na zajmowane przez niego siedzenie, chłopak zaszlochał.
— Młody człowieku, najwyraźniej przez nieporozumienie zająłeś…
— Dlaczego, do kurwy pierdolonej?! — krzyknął Eryk, patrząc mężczyźnie prosto w twarz.
Czuł napływające do oczu łzy i nawet nie próbował ich powstrzymywać. Pociąg przejechał dopiero kilkanaście z kilkuset zaplanowanych kilometrów! Dlaczego już na pierwszej stacji musiał wsiąść pasażer, na którego miejscu Eryk planował odpocząć jeszcze przez jakiś czas?
— Jakie dlaczego, bezczelny gówniarzu?! — Starzec porzucił uprzejmy ton i nie siląc się już na grzeczność, dodał — Złaź mi z miejsca, szczonie zawszony, albo wezwę organa ścigania!
— Dlaczego, pytam?! — kontynuował Eryk, zupełnie ignorując morderczy wzrok starca. — Dwanaście wagonów, kilkadziesiąt miejsc w każdym, co najmniej dziesięć połączeń do Warszawy każdego dnia… Dlaczego jedzie pan tym pociągiem? Proszę wysiąść, w Warszawie jest naprawdę drogo, na pewno ma pan za niską emeryturę, nie ma po co tam jechać. DLACZEGO JEST PAN STARY?!
To ostatnie pytanie wyrwało się z ust Eryka mimowolnie i w trybie natychmiastowym wzbudziło ogólne poruszenie.
— Skandal! — zawołała w końcu siedząca obok starowinka, odrywając wzrok od trzymanego do góry nogami czasopisma o gotowaniu.
Widać było, że od dłuższego czasu nosiła się z zamiarem wzięcia udziału w dyskusji.
Eryk nie dbał jednak o to. Z poczuciem niesprawiedliwości wstał z miejsca. Gdyby chociaż ten człowiek okazał się młodszy, może nie musiałby mu ustępować. Mógłby urzeczywistnić swój misternie opracowany plan i po prostu udawać głuchego, siedząc dalej w wygodnym, mięciutkim fotelu! Podobnie jak robili to pozostali ludzie, zajmujący czyjeś miejsca. Dyskusja jednak nie miała sensu. Wypatrzywszy w pobliżu toalety skrawek wolnej podłogi, chłopak ruszył przed siebie.
— Halo! — usłyszał za sobą wołanie. — A torba? Sama nie wniesie się na górę!
Starszy mężczyzna stał nadal w przejściu i wskazywał palcem to na swoją wielką walizę, to na stalową półkę pod sufitem.
— Pani pomoże rówieśnikowi. — Eryk zwrócił się do starszej kobiety, obok której przed chwilą siedział, po czym ignorując wszelkie wyrazy oburzenia podszedł do toalety.
Rzecz jasna przed drzwiami stała już spora kolejka. Co najmniej kilkanaście osób czekało na swoją kolej. Połowę oczekujących stanowiły, co oczywiste, dzieci i ich głupi rodzice.
Najpierw piją i jedzą ile i co wlezie, wrzucają w siebie jak do śmietnika, a potem tylko srają i sikają — pomyślał Eryk, kątem oka dostrzegając małą dziewczynkę, która najpierw ze zniecierpliwieniem tupała nóżką, a gdy nie mogła już dużej wytrzymać, dla odmiany zwymiotowała na posadzkę.
— Oj, odbiło się Zuzi? — zaśmiał się jej ojciec, po czym otarł córce twarz chusteczką.
Najwidoczniej ani myślał posprzątać rzygowin, na których chwilę później poślizgnęło się inne dziecko. Upadek chyba osłabił stabilność pęcherza małego chłopczyka, bo obok zapachu treści żołądkowej dziewczynki chwilę później powietrze wypełnił odór moczu.
— Oj, Alex — szepnęła mu do ucha młoda matka. Widać było, że cała sytuacja porządnie ją rozbawiła. — Mówiłam ci, żebyś wytrzymał! Niegrzeczny jesteś. Ale przynajmniej nie musimy tutaj dłużej stać.
To powiedziawszy kobieta pociągnęła synka za rękę i chwilę później obydwoje zniknęli w tłumie, a jedynym śladem ich obecności pozostała żółta plama.
— Co pani tam do diabła robi?! — wrzasnął w pewnym momencie jeden z oczekujących, trzaskając w drzwi toalety.
Istotnie jego frustracja zdawała się być w pełni usprawiedliwiona, bowiem ktokolwiek siedział teraz w toalecie, był tam już od kilkunastu minut.
— Bo zaraz tutaj zdefekuję!
Szczęśliwie dla mężczyzny chwilę później elektronicznie sterowane drzwi rozsunęły się niespiesznie, po czym wyszła przez nie wyraźnie oburzona kobieta w średnim wieku. Ciągnął się za nią zapach czy raczej odór do przesady słodkich perfum. Spojrzawszy najpierw z niesmakiem i niekłamanym zdziwieniem na obrzyganą i obsikaną posadzę a potem na zniecierpliwionego mężczyznę, oznajmiła spokojnie:
— Proszę nie podnosić głosu, przechodzę wyjątkowo bolesną kulminację cyklu.
Mężczyzna nie zamierzał jej jednak słuchać. Wbiegłszy do toalety zatrzasnął za sobą drzwi, prawdopodobnie uszkadzając ich elektroniczne mechanizmy. Ludzie mieli to do siebie, że obcując z nowoczesnością zachowywali się jak słonie w składzie porcelany i zupełnie nie pojmując łopatologicznie opisanych mechanizmów uszkadzali wszystko, by później móc narzekać na stan otaczającej ich rzeczywistości.
Po kilku chwilach ściana toalety zadrżała, a spod drzwi wydobył się kolejny nieprzyjemny zapach.
— Nie wytrzymam! — warknął Eryk i poderwał się z miejsca. — Świnie, nie ludzie!
Zrezygnowany ponownie zaczął się przeciskać przez tłum. Starał się nie słuchać kolejnych utyskiwań pod swoim adresem. Przebrnąwszy z kamienną twarzą przez połowę pociągu, zatrzymał się wreszcie na samym końcu składu, gdzie było nieco więcej miejsca. Rzecz jasna nie dało się nigdzie usiąść, ale przynajmniej można było dosyć swobodnie stać.
Eryk stanął więc obok zawieszonego na ścianie biletomatu, przed którym, w kolejce za jakąś staruszką, oczekiwało kilka osób. Kobieta z mieszaniną frustracji i zakłopotania spoglądała na ekran urządzenia. Po kilku minutach namysłu nachyliła się w kierunku automatu i wyszeptała:
— Poproszę bilet seniora do Warszawy Centralnej.
Eryk opluł się ze śmiechu. Zupełnie nie planował tak niegrzecznego zachowania, ale nieskrępowane parsknięcie wydobyło się z jego ust mimowolnie.
— Musi pani używać przycisków na ekranie, wszystkie są wyraźnie opisane — podpowiedziała staruszce młoda dziewczyna stojąca tuż za nią w kolejce, po czym z anielską cierpliwością pomogła kobiecie zakupić bilet.
Gdy zadrukowany zwitek papieru wyskoczył z odpowiedniego otworu, staruszka grzecznie jej podziękowała i rzuciwszy Erykowi mordercze spojrzenie ruszyła w głąb korytarza, w sobie tylko znanym celu.
Nieco zakłopotany, Eryk odwrócił twarz w stronę okna. Naprawdę nie chciał być niegrzeczny.

Pociąg z dużą prędkością mijał kolejne grupy zabudowań i pojedyncze budynki, małe miasteczka i wsie, nieistotne z perspektywy tego połączenia stacje kolejowe, lasy, pola, łąki i stojące na nich gromady krów, nieco tylko zainteresowanych jego chwilowym pojawieniem się. Elektroniczny ekran umieszczony nad szklanymi, przesuwnymi drzwiami, wskazujący akurat prędkość, z jaką poruszał się skład, pokazał sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę.
— Ubierz czapkę, Jasiu, bo się przeziębisz! — odezwała się w pewnym momencie młoda kobieta siedząca najbliżej drzwi, i nie bacząc na czynny opór kilkuletniego synka przyciągnęła go do siebie.
— Nie chcę! — wrzasnął chłopczyk i jak na malca w jego wieku przystało rozbeczał się niemiłosiernie.
Eryk zaczął głębiej oddychać, żeby powstrzymać się od zwrócenia mu uwagi. Płacz dzieci, szczególnie ten wymuszony, zawsze niezwykle go denerwował.
— Jasiu, ty diable, do diabła! — Młoda matka wyraźnie nie umiała sobie poradzić z kaprysami syna. Siedząca obok kilkuletnia dziewczynka śmiała się za to do rozpuku, obserwując tę scenę.
— Ugryź ją! — krzyknęła, podpuszczając Jasia. — Ugryź cholerę!
— MAŁGORZATA! — ryknęła na nią kobieta. — Nie po to cię z ojcem robiliśmy, żebyś uczyła brata złych rzeczy!
— Mam na imię Kasia… — Dziewczynka z niedowierzaniem spojrzała na matkę, a gdy ta tylko oblała się rumieńcem, zaczęła ryczeć i drzeć się ile sił.
— Nie płacz dziecko — próbowała ją uspokoić jakaś dobrotliwie wyglądająca staruszka, siedząca w rzędzie za młodą kobietą i jej dziećmi. — Dam ci lizaka, zobacz. — To powiedziawszy wyciągnęła z torebki duże, czerwone serce na patyku.
— Chcę zielonego! — załkała dziewczynka.
— Ja też chcę lizaka! — dodał Jasiu.
— A to się pierdolcie! — odparła staruszka i przestała zwracać na dzieci uwagę.
— Pamiętasz, Lucyna… — zaczął na głos siedzący obok starszej pani nie mniej stary mężczyzna w zielonym swetrze w czerwone jabłka. Najwyraźniej chciał, jak na starszego człowieka przystało, by usłyszeli go wszyscy wokoło. — Za naszych czasów było to nie do pomyślenia, żeby nie znać imienia własnej córki.
— Dokładnie — poparła go żona. — A przypomnę, że wtedy nie było tylu prezerwatyw!
— Zmęczona jestem, każdy się może pomylić! — powiedziała z powagą młoda matka, nadal szarpiąc się z synem. — A Matylda była planowana… w przeciwieństwie do Jasia.
Po tych słowach chłopczyk rozbeczał się nie na żarty, choć Eryk mógłby przysiąc, że ze względu na młody wiek nie miał większych szans zrozumieć przekazu płynącego z zasłyszanej właśnie wymiany zdań. Tymczasem Kasia, zwana Matyldą lub Małgorzatą, dławiła się już własnymi smarkami i nawet widząc, że nikt nie zwracał na nią uwagi, nie zamierzała kończyć przedstawienia.
Co za patologia — pomyślał Eryk i nie chcąc dłużej oglądać tych jakże żenujących scen, ponownie postanowił zmienić miejsce. Bez zastanowienia ruszył w kierunku, z którego przyszedł i o dziwo już chwilę później znalazł… miejsce siedzące. Wprost nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu. Jedno, jedyne miejsce, promieniujące wolną przestrzenią, zdawało się czekać właśnie na niego.
A ci kretyni tam stoją — pomyślał, zerkając na pokaźną grupę pasażerów stojących w przejściach między kolejnymi rzędami siedzeń.
— Przepraszam, wolne?
Eryk uśmiechnął się uprzejmie do siedzącej przy oknie pięknej dziewczyny, zajętej akurat rozmową przez telefon, a gdy ta skinęła głową, rozsiadł się wygodnie.
— Więc mówię mu ty stary pedofilu! Na co on mi, rozumiesz, odparł, że mam szlaban. Ogarniasz to, Tośka?! Dał mi szlaban, a ja mam przecież, rozumiesz, dwadzieścia trzy lata! Jak on w ogóle… Tak, tak, powiedziałam. Ale, rozumiesz, koleś jest jednak moim ojcem. Nie, nie adoptowali mnie, Tośka, ty wredna zdziro! — To powiedziawszy dziewczyna roześmiała się głośno, zakłamując w ten sposób surowość wypowiedzianych właśnie słów. — Najchętniej nasrałabym mu na ten łysy plac pośrodku głowy. On, rozumiesz, ma czterdzieści trzy lata, a już, rozumiesz, łysieje!
Eryk robił, co mógł, by nie słyszeć tej żenującej rozmowy, ale nie sposób było mimowolnie się w nią nie wsłuchiwać. W tej chwili po raz pierwszy uświadomił sobie, że zapomniał wziąć słuchawek, dzięki którym mógłby się wyłączyć i przenieść w błogi świat ulubionej muzyki, jak to czynił siedzący obok niego chłopak. Na pierwszy rzut oka młody pasażer wyglądał na solidnego typa. Nastolatek, przyodziany w szeroką, szarą bluzę i równie szerokie spodnie z krokiem w okolicach kostek, przypominał prawdziwego rapera z Bronxu lub chociaż pierwszego z brzegu, polskiego blokowiska — ostatniego z szybko ginącego gatunku tych skrajnie zaniedbanych. Tymczasem z okolic jego wielkich jak talerze satelitarne nauszników dobiegały kolejne słowa znanego utworu nie mniej znanej, polskiej wokalistki. To nie ja byłam Ewąąąąą, to nie jaaa skradłam nieeee-e-e-booo niosło się po pociągu, przyprawiając o dreszcze.
Eryk był przekonany, że chłopak pożyczył em-pe-trójkę od siostry albo dziewczyny, przez pomyłkę uruchomił nie tę playlistę którą chciał, po czym zasnął i mógł nawet nie słyszeć, jakiego rodzaju piosenki tłukły się wokół jego uszu. W tym przekonaniu utwierdziły go chwilę później słowa kolejnego hitu, tym razem autorstwa nastoletniej idolki młodych pokoleń, niedawnej uczestniczki znanego telewizyjnego talent-show.
Spośród siedzących wokół melomana pasażerów jedynie wciąż głośno rozmawiająca dziewczyna zdawała się nie zwracać uwagi na wyraźnie słyszalną, intrygującą listę przebojów.
— ...i wtedy, rozumiesz, rzuciłam go w cholerę, bo powiedział mi, że mam krzywą twarz. Tośka, możesz to pojąć?! Zrozumiałabym, gdyby mówił o tobie, ale on, rozumiesz, mówił o mnie!

Jakby tego było mało, nozdrza Eryka po pewnym czasie zaczęła drażnić mieszanina wyjątkowo intensywnych zapachów. Wszystkie siedzące w pociągu kobiety najwyraźniej postanowiły wylać na siebie hektolitry wszelkiego rodzaju pachnideł. W powietrzu jednak, oprócz ostrych lub wyjątkowo słodkich aromatów, dało się też wyczuć nieprzyjemną woń ekskrementów. Eryk przez kilka minut rozglądał się dyskretnie w poszukiwaniu źródła fetoru, aż w końcu udało mu się je dostrzec. Spora część podeszwy buta siedzącego obok zniewieściałego rapera umazana była brązową substancją. Fakt ten, podobnie jak sam zapach odchodów, zdawały się nie robić na chłopaku wrażenia. Raper, zasłuchany akurat w przebój młodego kanadyjskiego idola nastolatek, promieniował uśmiechem. Oczy miał zamknięte, nos, jak przypuszczał Eryk, najprawdopodobniej też.
— Tak, Tośka, kupiłam, ale boję się sprawdzić. Co będzie, jeśli się okaże, że zaszłam? Mówiłam, żeby mnie nie zalewał, ale, rozumiesz, nie zdążył wyjąć! Ojcu wypadnie reszta włosów, matka powiesi się na żyrandolu, a ja, rozumiesz, zostanę z fasolką sama! No co ty, Tośka, jasne, że nie znam! Nie wiem, nie zdążyłam się przyjrzeć. Pamiętam, że był Latynosem, więc jest szansa, że dziecko też będzie ciemne. Dziewczynki mieć nie chcę, bo mi się, rozumiesz, jeszcze trafi taka cholera jak ja albo, nie daj Boże, jak ty, Tośka!
Eryk zamknął oczy. Próbował zasnąć, jednak głośna, niekończąca się rozmowa dziewczyny skutecznie mu to uniemożliwiała. Zrezygnowany, zaczął więc rozglądać się po wagonie, analizując postawy kolejnych pasażerów i z czasem wyodrębniając spośród nich wyraźnie się zarysowujące grupy.
Sporo było na przykład ludzi czytających książki. Fenomenu tego typu zachowania, przy całym szacunku do szeroko pojętego czytelnictwa, Eryk nigdy nie mógł zrozumieć. Często miał wrażenie, że ludzie czytający książki w środkach lokomocji chcieli po prostu zabłysnąć. Sam niejednokrotnie próbował się za to zabrać i doskonale pamiętał, że nawet najdrobniejsze ruchy pociągu, tramwaju czy autobusu skutecznie go rozpraszały i przyprawiały początkowo o ból oczu a ostatecznie także głowy. Z tym większym zaciekawieniem obserwował pasażerów, którzy usiłowali czytać, stojąc. Miotani na prawo i lewo najdrobniejszymi ruchami składu, dzielnie walczyli, i z wyraźnym zacięciem na twarzach udawali niczym niezmącone skupienie. W gruncie rzeczy jednak Eryk był im wszystkim wdzięczny. W końcu na swój sposób ukazywali nieprawdziwość zakłamanych jego zdaniem statystyk, mówiących o niechęci rodaków do czytania.
Oprócz pasjonatów literatury, wśród pasażerów wyraźnie wyodrębniała się też chyba najliczniejsza grupa melomanów, podobnie jak młody raper raczących współpasażerów wyjątkowo głośnymi dźwiękami słuchanych właśnie piosenek. Istotnie, uzbrojony w małe, nieco większe lub gigantyczne słuchawki był niemal co drugi pasażer, niezależnie od wieku. Ci z bardziej podzielną uwagą (lub większą potrzebą zabłyśnięcia) łączyli nawet słuchanie muzyki z czytaniem książek, niekoniecznie tradycyjnych. Moda na czytniki e-booków, która lotem błyskawicy rozlewała się po całym kraju, siłą rzeczy musiała być też zauważalna w pociągu.

Podróż mijała Erykowi dosyć szybko. Pociąg mknął przez kolejne województwa, zatrzymując się tylko na największych stacjach. O dziwo przez niemal dwie godziny, jakie upłynęły od początku podróży, nikt nie poprosił go już o opuszczenie zajmowanego miejsca. Przez pewien czas Eryk zastanawiał się nawet, czy ten fakt nie powinien był go zaniepokoić. Może na tym konkretnym fotelu swoją kolonię założyły wszy? Albo pod siedzeniem ktoś ukrył bombę lub zwłoki? A co jeśli było to miejsce skażone biologicznie, obsypane wąglikiem, obsikane, ewentualnie świeżo malowane? Eryk dyskretnie pomacał się po plecach. Ubranie miał suche. Ewentualnie też pustkę na tym fotelu można było tłumaczyć fetorem spod buta rapera lub jego głośną muzyką. Z czasem przestał więc szukać dziury w całym, i z zadowoleniem wsłuchiwał się w kolejno po sobie następujące komunikaty pociągowego syntezatora. Zbliżamy się do stacji Łowicz.
Już niedaleko — pomyślał, nieco tym faktem zaskoczony. Gdy pociąg zbliżał się do peronu, na widok tabliczki z nazwą miasta chłopak nabrał ochoty na dżem. W tym momencie był jednym z tych nielicznych pasażerów, którzy mimo sprzyjających warunków nie spali. Niektórzy, pogrążeni we śnie, opierali głowy na ramionach siedzących obok, niekiedy zupełnie im obcych ludzi, co wyglądało na swój sposób komicznie. Tylko co odważniejsi spośród potraktowanych jak podgłówki pasażerów decydowali się zwrócić im uwagę.
— Pani weźmie te tłuste kłaki, bo mi płaszcz nasiąknie! — oznajmiła z obrzydzeniem jakaś starsza kobieta, siedząca kilka foteli na lewo od Eryka, a gdy opierająca się o nią dziewczyna nie zareagowała, pogrążona w błogim świecie snu, staruszka, ubrawszy gumowe rękawice, chwyciła ją za głowę i odepchnęła na drugi bok.
Uderzywszy głową w zimną szybę dziewczyna ocknęła się, nie do końca świadoma wydarzeń sprzed kilku sekund.
— Przepraszam… — Siedzący na ukos od Eryka mężczyzna szturchnął nogą młodego rapera, który, nie zdjąwszy słuchawek, zasnął z otwartą buzią. — Przepraszam, próchnica wchodzi panu na lewą, górną czwórkę. Trzeba borować.
Nie doczekawszy się odpowiedzi ze strony chłopaka, mężczyzna wstał i wyjąwszy z torby jakieś narzędzia podszedł do niego, bez skrępowania zaglądając raperowi do otwartej buzi. W momencie gdy ubrał już białe, gumowe rękawiczki, chłopak obudził się i zobaczywszy przed sobą twarz wpatrzonego w niego mężczyzny, krzyknął:
— Co ty robisz, powalony zboku?!
— Czwóreczkę trzeba będzie nawiercić, jak widzę. Piąteczkę też — oznajmił dentysta-fanatyk, jak gdyby nigdy nic.
Oburzenie potencjalnego pacjenta zdawało się nie robić na nim najmniejszego wrażenia i zapewne na miejscu zabrałby się do założenia plomby, gdyby chłopak w odpowiedniej chwili nie zerwał się na równe nogi.
— Zwyrol! — wrzasnął nastolatek i chwilę później zniknął w gąszczu stojących pomiędzy fotelami pasażerów.
Na jego miejsce, niczym na sadzawkę pośrodku pustyni, w jednej chwili rzuciło się kilka osób. Wszak razem z chłopakiem zniknął odór rozdeptanego gówna.
Eryk ze zdumieniem spostrzegł, że zagrożonych interwencją dentysty było wielu pasażerów. Niemal co drugi spośród pogrążonych we śnie miał otwarte usta.
Tylko nie zaśnij, tylko nie zaśnij — powtarzał sobie w myślach, z niepokojem analizując stan swojego uzębienia.
Szczęśliwie na następnej stacji dentysta wysiadł i Eryk mógł odetchnąć z ulgą. Nie miał już jednak czasu na sen. Widoczna zza szyby tabliczka z napisem Sochaczew zwiastowała nieuchronnie się zbliżające osiągnięcie celu podróży. Akurat w momencie, gdy Eryk poczuł, że zaschło mu w gardle, pojawiła się obok niego młoda, uśmiechnięta dziewczyna, pchająca przed sobą wózek z napojami i przekąskami.
— Gorące i zimne napoje, słodycze, kanapki. Lody na patyku, prezerwatywy we wszystkich rozmiarach i smakach, bilety do teatru, gazety! — zawołała nienaturalnie grubym głosem.
Jeden z pasażerów, wystraszony tym nagłym wrzaskiem, upuścił na spodnie otulonego śmietaną eklerka, którego właśnie usiłował ugryźć. Eryk tymczasem poczuł ukłucie głodu. Wypchany smakołykami wózek, taranujący bezlitośnie zalegające w przejściu między siedzeniami bagaże i co mniejsze dzieci przypomniał mu, jak wiele czasu minęło od jego ostatniego posiłku. Wymacawszy więc w kieszeni spodni portfel, zawołał:
— Halo, proszę pani!
— Tak? — Dziewczyna z anielskim uśmiechem zatrzymała się obok niego. — Coś podać?
— W jakiej cenie są rogaliki?
Eryk wskazał palcem na apetycznie wyglądające croissanty, takie same jak te, które zwykł kupować w sklepie spożywczym na swoim osiedlu.
— Osiem złotych — usłyszał w odpowiedzi. — Albo dwanaście euro, jak pan woli.
— Za kilogram?
— Żartowniś z pana! Za sztukę, oczywiście.
Eryk odruchowo chwycił się za serce. W jednej chwili poczuł, jak coś ciężkiego opadło mu na dno żołądka. Nie mógł się już wycofać. Głupio by to wyglądało. Co by sobie o nim pomyślała ta piękna dziewczyna i inni pasażerowie?
— A kanapka? — brnął dalej w nadziei, że uda mu się chociaż wyjść z tej sytuacji z twarzą i kupić coś zdecydowanie tańszego lub chociaż wartego swojej ceny.
Los mu jednak nie sprzyjał.
— Dziesięć złotych lub dwadzieścia trzy euro.
To przecież tylko bułka — pomyślał z przerażeniem, choć sztuczny uśmiech nieznikający z jego twarzy miał sugerować, że wysoka cena nie zrobiła na nim wrażenia.
— To ja chyba wezmę piwo — powiedział w końcu.
W istocie, miał teraz ochotę się napić, najlepiej wódki, i to nie jednego kieliszka.
— Proszę bardzo. — Dziewczyna sięgnęła po puszkę z logo znanego, polskiego browaru. — Piętnaście złotych, trzydzieści euro lub dwa miliony koron czeskich. Plus mandat, jeśli zdecyduje się pan wypić napój na miejscu. — Mówiąc to dziewczyna cały czas promiennie się uśmiechała, zupełnie jakby składała mu najszczersze życzenia z okazji świąt.
— Ostatecznie zdecyduję się na herbatę.
Grzebiąc w portfelu Eryk czuł na sobie zaciekawione spojrzenia innych pasażerów. Starał się je jednak ignorować. Zapłaciwszy osiem złotych odczekał, aż odgłosy oddalającego się wózka ucichną, po czym otarł krople potu z czoła. Pospiesznie też odłożył plastikowy kubek na stoliczek pod oknem, by nie poparzyć sobie rąk wrzącym napojem.
Najdroższa herbata, jaką kiedykolwiek miał okazję pić, w smaku niczym szczególnym się nie wyróżniała. Zrezygnowany sfinalizowaniem najgorszej w życiu inwestycji, Eryk oparł się o szybę i zaczął obserwować pogrążony w wiosennym słońcu peron. Pociąg stał na stacji już od dobrych kilku minut. Maszynista najprawdopodobniej czekał, by przepuścić inny skład, poruszający się po tym samym torze. Odwieczne przyczyny opóźnień pociągów na przestrzeni lat zmianom akurat nie ulegały.
Pogrążony w rozmyślaniach, Eryk obserwował dziesiątki wyjątkowo brzydkich gołębi bombardujących dopiero co odnowione perony gradem różnobarwnych odchodów. Ptaki obsiadły niemal wszystkie powierzchnie na całej stacji, nie omijając nawet tych, do których przymocowane były mające je odstraszać cienkie, metalowe druciki. Jakiś chłopczyk biegał między niewzruszonymi tym faktem ptakami, rzucając w ich kierunku nieproporcjonalnie wielkimi fragmentami chleba i bułek, ewentualnie też całymi bułkami. Kilka gołębi poderwało się w górę, srając przy tym na wszystkie strony, gdy dzieciak rzucił w nie bochenkiem. Parę metrów dalej stali rodzice malca i z uciechą fotografowali każdy jego krok. Fakt, że ich syn do połowy obsrany był przez gołębie, najwyraźniej nie robił na nich większego wrażenia.
Eryk obserwował tę groteskową scenę jeszcze przez kilka minut, do czasu gdy pociąg wreszcie drgnął i z minuty na minutę zaczął się rozpędzać. Spojrzawszy na zegarek, z zadowoleniem stwierdził, że skład nie zanotował do tej pory najmniejszego nawet spóźnienia i zgodnie z rozkładem odwiedzał kolejno po sobie następujące stacje. Być może więc dłuższe postoje uwzględniano w rozkładach. Eryk nadal pamiętał, jak kilka lat wcześniej zmuszony był spędzić w pociągu niemal całe ferie zimowe. Skład, którym wówczas jechał, dotarł do Zakopanego dwa tygodnie po tym, jak wyruszył z Warszawy.

Gdy po pewnym czasie za oknami zaczęły się pojawiać niewyraźne zarysy wieżowców warszawskiego Śródmieścia, do wnętrza pociągu wkradło się znaczne ożywienie. Ludzie w jednym momencie zabrali się za ściąganie co większych toreb z półek nad głowami, uderzając niejednokrotnie fragmentami bagażu postronne osoby. Spora grupa pasażerów udała się też w kierunku toalet, by nie musieć płacić za wątpliwą przyjemność skorzystania z takowych w mieście. Również Eryk uległ pokusie. Mimo że poza zakupioną herbatą nie pił tego dnia żadnego innego płynu, w podenerwowaniu zaczął wyobrażać sobie mogący go obezwładnić w późniejszym czasie nacisk na pęcherz. Dodatkowo z niewytłumaczalnego zdenerwowania, które ogarniało go zawsze, gdy pociąg którym jechał zbliżał się do stacji docelowej, zaczął odczuwać nacisk drugiej z najistotniejszych potrzeb fizjologicznych.
Rzuciwszy więc pożegnalne spojrzenie w kierunku komfortowego fotela, ustawił się w kolejce do najbliższej toalety. Zdążył w ostatniej chwili, bowiem przed nim stały tylko trzy osoby a za nim po kilku minutach już prawie trzydzieści.
— Mamo, ale ja nie chcę siku! — krzyczał mały chłopiec, szarpiąc mamę za pstrokatą, zieloną spódnicę w żółte karpie. Był to ten sam dzieciak, którego Eryk widział na początku podróży.
— Jasiu musisz! — nalegała matka chłopca. — Później nie będzie okazji.
— Nie sikaj! — podburzała brata stojąca obok dziewczynka, i w geście złośliwości pociągnęła mamę za spódnicę, omal jej nie rozdzierając.
— KAROLINA, DO DIABŁA! — Młoda matka oprócz pamięci najwyraźniej traciła też nerwy.
Eryk cierpliwie ignorował rozgrywające się przed nim sceny. Od dawna nie lubił dzieci. Gdy po pięciu minutach udało mu się wreszcie wejść do toalety, dodatkowo poczuł potrzebę puszczenia pawia. Małe i stosunkowo nowoczesne pomieszczenie, uzbrojone w miliardy podświetlanych przycisków, szczególnie w okolicach ustępu zachlastane było różnego rodzaju płynami. Deska sedesowa ociekała moczem, zupełnie jakby ludzie nie potrafili z niej korzystać. Nie lepiej było na podłodze, gdzie szczyny mieszały się z porozrzucanymi fragmentami papieru toaletowego, chusteczek i papierowych ręczników. Eryk w jednej chwili uświadomił sobie, że gdy tylko opuści ubikację, podejrzenie o doprowadzenie jej do takiego stanu padnie na niego.
Nad sedesem przyczepiona była niewielka tabliczka opatrzona napisem Prosimy nie wrzucać do sedesu następujących przedmiotów: z przekreślonymi czerwoną linią obrazkami chusteczek higienicznych, papierosów, podpasek, tamponów, prezerwatyw, pieluch i testów ciążowych. Jak można się domyślić, w muszli pływały wszystkie z wcześniej wymienionych przedmiotów i wiele innych, nieuwzględnionych na tabliczce. Dodatkowo ktoś nawrzucał do środka niewyobrażalną ilość papieru toaletowego, który szczelnie oblepił ścianki ustępu. Eryk musiał kilkunastokrotnie użyć spłuczki, by pozbyć się zatoru. Dopiero gdy wszystkie niepożądane elementy spłynęły, pozwolił sobie na załatwienie nieco już naglącej potrzeby. Pech chciał, że gdy było po wszystkim, spłuczka, najpewniej pozbawiona wody, odmówiła posłuszeństwa. Nie było już jednak czasu na żadne działania, bowiem do drzwi zaczęli się dobijać zniecierpliwieni długim oczekiwaniem pasażerowie. Obmywszy więc pospiesznie ręce, czerwony ze wstydu Eryk wyszedł z toalety i popędził na drugi koniec pociągu, by uniknąć ewentualnych późniejszych spotkań z ludźmi, którzy odwiedzili ubikację zaraz po nim.

Po upływie następnych pięciu minut pociąg wjechał wreszcie do miasta. Przesuwające się za oknami coraz wyższe budynki zwiastowały bliskość centrum stolicy i gdy tylko skład opuścił stację Warszawa Zachodnia, Eryk ruszył w stronę drzwi, gdzie tłoczyła się już spora grupa pasażerów. Chwilę później wszyscy pogrążyli się w ciemnościach, ponieważ pociąg wjechał do podziemnego tunelu.
Dochodziła piętnasta, gdy ostatni wagon cicho i z gracją, bez zbędnego szarpania zatrzymał się przy krawędzi jednego z zatłoczonych peronów. Podróż dobiegła końca i naraz dziesiątki ludzi zaczęły z dziką furią naciskać niewielkie przyciski na drzwiach. Mechanizm nie chciał jednak zaskoczyć, blokowany nieustannym „klikaniem”, tudzież trzaskaniem w guziki pięścią.
— Proszę poczekać, aż zaświeci się zielona lampka! — zawołała w pewnym momencie konduktorka, widząc że dziki tłum zaraz wyważy drzwi.
Ludzie zachowywali się tak, jakby przebywanie w pociągu choćby o kilka sekund dłużej mogło skutkować zarażeniem się dżumą.
— Drodzy państwo, ostrożnie, bez pośpiechu! Ten pociąg i tak nie jedzie dalej, wszyscy zdążą wysiąść. Trzeba czekać na zielone światełko!
— Chyba wiem lepiej! — warknęła zawzięcie jakaś kobieta, z gatunku tych, które rzeczywiście zazwyczaj wiedzą lepiej, po czym pociągnęła za dźwignię awaryjnego otwierania drzwi, zrywając blokującą ją plombę.
— Tak nie wolno! Matko jedyna, to tylko odrobina techniki! Zapłaci pani mandat! — wrzasnęła konduktorka, ale nikt już jej nie słuchał.
Ludzie, a wśród nich Eryk, wysypali się z pociągu, dodatkowo zwiększając panujący na peronie ścisk. Odrestaurowany przed piłkarskimi mistrzostwami dworzec nie śmierdział już kebabami i moczem, co Eryk zauważał z zadowoleniem przy okazji każdej kolejnej wizyty w stolicy. Podziemia Dworca Centralnego w niczym już nie przypominały szalety publicznej, co na znacznej części pasażerów robiło wyraźne wrażenie.
— Where’s the fucking exit? — zastanawiał się na głos jakiś ciemnoskóry chłopak, najwidoczniej zagubiony w tłumie. — Is this a fucking Tokyo?
— Ich weiß nicht, du dumme Schlampe, wo kann ich ein Ticket kaufen! Überprüfen Sie auf der Karte oder fragen Sie jemanden! — wrzeszczała do swojej koleżanki rudowłosa dziewczyna w pstrokatym kapeluszu. — Dies ist nicht Russland, es ist Polen. Sicherlich jemand auf den Zug spricht deutsch!
— Est-ce que quelqu'un ici parle français? J'ai besoin d'aide! — nawoływał inny mężczyzna, z burzą czarnych, lokowanych włosów na głowie.
Tak charakterystyczna dla Warszawy mozaika narodowości zawsze pociągała Eryka i gdyby miał wolną chwilę, pewnie pomógłby wesołym Niemkom znaleźć kasę biletową. Nie miał jednak wiele czasu, dlatego zignorowawszy obcokrajowców zaczął się przeciskać przez tłum w kierunku ruchomych schodów prowadzących do hali głównej. Jako że schody ruchome były tylko z nazwy, minęło dobrych kilka minut, nim Eryk znalazł się w przestronnej i odnowionej lecz wyraźnie niezagospodarowanej hali. Nie chcąc zostawać w tym miejscu ani minuty dłużej, przez najbliższe drzwi wyszedł na zewnątrz, gdzie w jednej chwili naparł na niego tak charakterystyczny dla miasta tej wielkości zgiełk. Naparli też taksówkarze, przekrzykując się jeden przez drugiego.
— Gdzie pana zawieźć?
— Chce pan zamówić kurs do Malborka?
— Podwiozę tanio w każde miejsce!
Niepełne uzębienie i wschodni akcent niektórych spośród nich nie wzbudzały zaufania Eryka. Poza tym cel jego podróży znajdował się na tyle blisko dworca, że osiągnięcie go nie wymagało korzystania z żadnego innego niż własne nogi środka transportu.

Wysoki, nieco już przybrudzony i podniszczony Pałac Kultury i Nauki prezentował się okazale na tle bezchmurnego nieba. Już po zaledwie kilkunastu minutach pieszej wędrówki Eryk znalazł się przy jednym z wejść do tego wątpliwej urody symbolu stolicy. Wszedłszy do środa podszedł do wielkiej tablicy informacyjnej, z której szybko dowiedział się, że tegoroczny Zlot Miłośników Polskiej Kolei miał się odbyć w Sali Koncertowej na szóstym piętrze. Kolej, mimo wszystkich swoich wad i niedociągnięć, mimo znikającej powoli niewygody i niedoskonałości (a może właśnie dzięki tym cechom) od lat pociągała Eryka i budziła w nim niezdrowe uczucie fascynacji. I mimo że w pociągach nie raz przeżył już koszmar, mimo że wielokrotnie psioczył i utyskiwał na kolej, zarzekając się, iż nigdy więcej nie skorzysta z usług żadnego z kolejowych przewoźników, prędzej czy później i tak lądował w jakimś wagonie. To z podróżami pociągiem wiązał najlepsze i najciekawsze wspomnienia z dzieciństwa. I miłości tej nie był w stanie zakłócić zaplanowany na tę noc, osiemdziesiąty już w tym roku strajk generalny kolejarzy, walczących tym razem o prawo do darmowych przejazdów dla kolejnych stu pokoleń swoich rodzin. Eryk kochał pociągi i nie przejmował się tym, że kolejarze zamierzali w nocy na znak protestu wysypać pasażerów na tory. Nie myśląc o przyszłości, wyszukał w tłumie kilku znajomych z Klubu Przyjaciół Pociągu i chwilę później razem z nimi wszedł do sali, w której siedziała już większość miłośników podróżowania po nie zawsze równych torach.


Cześć! Dziękuję za Twój czas poświęcony mojej twórczości. Jeśli chciał(a)byś podzielić się ze mną swoją opinią/spostrzeżeniami dotyczącymi tekstu, pochwalić lub wytknąć błędy albo po prostu wymienić się innymi uwagami, a nie posiadasz konta na stronie, napisz do mnie — smit9@wp.pl, z przyjemnością poznam Twoje zdanie.

W związku z kilkoma nieprzyjemnymi sytuacjami jakie miały miejsce w ostatnim czasie przypominam też, że kopiowanie części lub całości moich tekstów, zamieszczanych na tym portalu, w tym w szczególności ich rozpowszechnianie bez mojej zgody oraz bez podania autora stanowi złamanie prawa. Regularnie kontroluję, czy moje opowiadania lub ich fragmenty nie są bezprawnie kopiowane i w razie wykrycia kradzieży (tak, w świetle prawa to jest kradzież) interweniuję. Każdy tekst stanowi własność intelektualną jego autora!

Podpis: 

Smith marzec/kwiecień 2014
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sprawca (fragment) Taedium vitae Nikifor wrócił
Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi? To osobliwość Krynicy, o biografii niezgodnej ze schematem bajki, ani schematami życia, ciągle pełnej tajemnic.
Sponsorowane: 70Sponsorowane: 65
Auto płaci: 65
Sponsorowane: 20

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2021 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.