https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
80

Sprawca (fragment III)

Autor płaci:
100

  Fragment III.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W styczniu nagrodą jest książka
Upiory
Jo Nesbo
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Taedium vitae

Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?

Klejnocik

Od tej pory miałam inne życie. Nie jest ono warte opowiadania, bo to już historia. Poza faktem, że mając niespełna 21 lat, postawiona przez życie pod ścianą...

Trudna miłość

Początkowo wszystkie myśli skupiają się na miłości. Później miłość skupia się na myślach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1074
użytkowników.

Gości:
1074
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 77249

77249

Horyzont Zdarzeń

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
14-08-03

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantasy/Horror/Przygoda
Rozmiar
37 kb
Czytane
1697
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
14-08-03

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: forgod Podpis: forgod
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Opowiadanie fantasy. ciekawe

Opublikowany w:

Brak

Horyzont Zdarzeń

Siąpił zimny deszcz. Stalowe chmury zdawały się schodzić z odległych gór wprost na ziemię. Padało od kilku dni - odkąd zacząłem uciekać przed siebie byle dalej od śmierci, która kroczyła krok w krok za mną. Ziemia była nasiąknięta wodą podobnie jak drzewa. Ja też byłem przesiąknięty. Skórzana kurtka zdawała się ważyć kilka razy więcej teraz pod wieczór niż o świcie. Słońce chyliło się ku zachodowi to znak, że trzeba poszukać miejsca na odpoczynek. Myślałem tylko o ściągnięciu butów i skarpet, aby stopy mogły wreszcie odetchnąć świeżym powietrzem i wyschnąć.
Dookoła zaczynał panować półmrok i chłód. Zbliżyłem się do skraju lasu. Przede mną ukazała się podmokła łąka. Ostrożnie wychyliłem się spod krzaków i rozejrzałem się. Łąka powoli zarastała krzakami i mniejszymi drzewami. Widać było, że jej czas był już policzony. W ciągu kilku lat zarośnie i nie będzie po niej żadnego śladu, to był znak, że była dziełem ludzkich rąk, które usunęły drzewa i zarośla, aby mieć dostęp do pastwiska dla zwierząt. Musiałem zachować ostrożność. Nie wiedziałem, co mogło się tutaj czaić skryte w zaroślach i zwolna się podnoszącej mgle. Mgła robiła się zimna i ponura. I Tajemnicza. Obłoki jej krążyły z wolna kilka centymetrów nad ziemią.
Gdy wytężyłem wzrok po drugiej stronie łąki – ponad kilometr od miejsca, w którym przycupnąłem- ujrzałem niewyraźny zarys chatki. Stanąłem jak wmurowany i nasłuchiwałem. Przestraszyłem się tego niewiarygodnego widoku. W tak odludnej okolicy i po tylu dniach szaleńczej ucieczki w końcu dojrzałem ludzką siedzibę. Dość porządną jak mi się wydawało, ponieważ miała podmurówkę i cały dach, z którego wystawał mały komin i co ważniejsze wydawała się od dawna opuszczoną. Na trawie nie było widać żadnych śladów człowieka, więc wyglądało na to, że przynajmniej od kilku lat nikt w niej nie przebywał. Postanowiłem ostrożnie obejść całą łąkę skrajem lasu, aby dojść do chaty. Szybko zapadał zmierzch, a ja marzyłem o ciepłym i suchym schronieniu. Kilkudniowy marsz po bezdrożach dawał mi się mocno we znaki. Idąc na granicy lasu i łąki zauważyłem szereg śladów działalności człowieka: pnie po ściętych drzewach, paliki powbijane w różnych miejscach wśród trawy, pewnie do pętania zwierząt, które kiedyś tam wypasano. Żadnej drogi lub ścieżki nie zauważyłem. To było dziwne i zarazem niepokojące. Chata była samotna, nie była częścią żadnej osady ukrytej dalej wśród drzew. Wyglądała raczej na kryjówkę. Ślady, które mijałem zdradzały mi, co najmniej kilkuletnią nieobecność człowieka w tym miejscu, ale z moim szczęściem mogło się to teraz zmienić na moją niekorzyść.
Byłem już tylko kilkadziesiąt metrów od chaty, nieopodal której stała spora szopa z uchylonymi drzwiami i opartymi o niedrewnianymi widłami. Zatrzymałem się pod sporą sosną rosnącą tuż przy szopie. Zmierzchało i mało, co widziałem. Ostrożnie, aby nie zdradzić swojej obecności podszedłem do uchylonych drzwi szopy i zajrzałem do środka. Nic nie zobaczyłem, była niemal pusta. W rogu leżało kilka kłód drewna - pewnie przygotowanych na opał i jakieś nic nie warte graty porozwieszane na ścianach. Oprócz szumu drzew i uderzających o dach ciężkich kropel deszczu spadających z nisko wiszących gałęzi, nic niepokojącego nie usłyszałem. Podszedłem do chaty, z bliska okazało się, iż była zbudowana z ciężkich bali jodłowych i świerkowych, ściętych w pobliskim lesie, osadzonych na kamieniach połączonych gliną. Masywne drzwi wychodziły wprost na łąkę. Chata miała jedno okno z przodu nieopodal drzwi i drugie z tyłu z którego można było obserwować las, pobliskie wzgórza i komórkę teraz jednak były szczelnie pozamykane okiennicami, poprzez które nic nie mogłem zobaczyć. Postanowiłem wejść do środka, aby znaleźć jakiekolwiek schronienie przed nocą, chłodem i deszczem i Bóg wie czym jeszcze. Drzwi jednak były zamknięte i nie widać było klamki. Spróbowałem siłą je wyważyć, jednak nic z tego nie wyszło. Były zbyt mocne. Zacząłem je uważnie oglądać szukając zamka lub klamki. I nic nie zauważyłem, dopiero po chwili spostrzegłem w górnym rogu mały rygielek, który skutecznie utrzymywał je w zamknięciu. Powoli go odsunąłem i uchyliłem drzwi. Z cichym skrzypnięciem poddały się mojej woli i wypuściły ze środka stęchłe, ale jednak suche powietrze. Skradałem się do środka ostrożnie jak złodziej, chociaż nie było szans na znalezienie w środku kogokolwiek. Dom wyglądał na opuszczony i to od dłuższego czasu. W środku panowały zupełne ciemności i kurz, który wyczuwałem nosem, jako coś nowego po tylu dniach wilgoci. Ja zaś padałem ze zmęczenia. Stopy, które od dłuższego czasu były przemoczone piekły mnie tak straszliwie, że każdy krok stawał się męczarnią. Zamknąłem po omacku za sobą drzwi za zasuwę i położyłem się zaraz za drzwiami w suchych sieniach. Teraz i tak nic bym nie dostrzegł w dalszej części domu z powodu braku jakiegokolwiek oświetlenia. Od kilku dni spałem po lasach w ubraniu, przemoczony i ścigany przez groźnego wroga także teraz poczułem się jak w najlepszym łożu pod puchową pierzyną. Jaka ulga - pomyślałem zdejmując z nóg ciężkie i przemoczone buty. Z wycieńczenia traciłem przytomność. W głowie miałem jedno – wyschnąć i wyspać się. Pod głowę podsadziłem sobie plecak i okryłem się kurtką, która jak miałem nadzieje powinna wyschnąć do rana. Doznałem przyjemnego uczucia układając się do snu, który stał wtedy dla mnie rzeczą najważniejszą. Byłem tak wyczerpany, że nie zważałem na nic i nikogo. Chciałem już tylko spać.
Sen przyszedł szybko.
Zbudził mnie odgłos pioruna tak głośny aż zadźwięczało mi w uszach, poczułem jak drży ziemia. Musiał uderzyć nieopodal. Szybko zerwałem się z podłogi do końca nie wiedząc gdzie się znajduję. Zaskoczyła mnie całkowita ciemność. Po omacku wymacałem zasuwę i ją odsunąłem. Na zewnątrz szalała burza. Uderzyła mnie ściana deszczu. Przeszedł mnie dreszcz zimna i wilgoci. Wydawało mi się, że było gdzieś około południa jednak dokładnie ciężko było to ocenić, ponieważ utrudniały to ciemne chmury nisko wiszące nad ziemią oraz pobliskie, wysokie góry oddzielające pogranicze królestwa Forgod od Ziem Północnych, które miały być dosyć bezludne jednak jak się ostatnio okazało takimi nie były. Zmrużyłem oczy rozglądając się wokół mojego schronienia wypatrując czegokolwiek, co nakazywałoby mi szybką ucieczkę. Jednak wydawało się, że nikt mnie nie obserwował. Stałem tak - nie wiem jak długo - wpatrując się w deszcz i wypatrując czegokolwiek na horyzoncie zdarzeń.
Poczułem głód. Cofnąłem się do środka jednak nie zamykając drzwi, aby wpadało trochę światła do środka. Wyjąłem z plecaka jeden z ostatnich kawałków tłustego sera i czerstwego ciemnego chleba. Zacząłem to przeżuwać. Stwierdziłem iż nadeszła chwila, aby rozejrzeć się po wnętrzu chaty, w której sieniach spędziłem noc. Powoli otworzyłem drzwi prowadzące do następnego pomieszczenia. To musiała być kuchnia. Pod ścianą stał spory stół a po środku był niewielki gliniany piec, nad którym ze stalowych łańcuchów zwisały dwa kociołki a z boku stała osmalona patelnia. Wszystko było czyste. Podłoga musiała być kiedyś pozamiatana, ponieważ oprócz kurzu nie było na niej żadnych śmieci. Odryglowałem okiennicę wpuszczając trochę światła poprzez mętne szkło szyby w oknie. Tuż przy piecu stał toporny regał z kilkoma słoikami. Po pobieżnym zbadaniu okazało się, iż znajdowały się tam zioła. Wszedłem do następnego pomieszczenia, całkowicie zaciemnionego. Centralną część pomieszczenia zajmowało spore łoże okryte skórami zwierząt zapewne upolowanymi w okolicach. W kącie stał łuk ze zdjętą cięciwą. Widziałem już takie u najeźdźców. Nie był zbyt wielki. Dobry do strzelania do ludzi jak i na polowania. Wykonany był z dwóch kawałków drzewa cedrowego. Sklejony bardzo wytrzymałym klejem rybim zrobionym z gotowanych pęcherzy ryb. Ramiona były obwiązane korą brzozową, która się delikatnie łuszczyła. Cięciwa również była owinięta cienką warstwą kory. Dobra broń jednak nie byłem wybitnym łucznikiem i musiałem go odłożyć jako nieprzydatny mi w chwili obecnej. W rogu pomieszczenia stał wielki obity miedzią kufer. Jego wieko było uchylone. Wiedziony ciekawością szybko podszedłem do niego. Był jednak niemal pusty. W środku leżało kilka ciężkich, zimowych ubrań, jakiś futrzana czapka i lniany worek. Zdradzało to, iż ostatni mieszkaniec musiał opuścić tę chatę późną wiosną lub latem i zamierzał tu kiedyś powrócić.
W domu robiło się zimno. Zastanawiałem się czy nie napalić w piecu. Jednak to mogło zdradzić komuś moje schronienie. Dym w bezludnych okolicach można było wyczuć z bardzo dużej odległości. Jednak nie chcąc ryzykować ciężkiego przeziębienia musiałem się ogrzać, postanowiłem więc rozpalić w piecu. Ostatnie siedziby ludzkie zostawiłem za sobą kilka dni temu uciekając przed najazdem dzikich najeźdźców z północy i ich pościgiem. Tak długo kluczyłem, że gdyby byli na moim tropie to by już mnie znaleźli. Nie sądzę, aby czekali aż rozpalę ogień. Jesienne wieczory robiły się coraz zimniejsze a ja tęskniłem za odrobiną ciepła. W nocy spędzonej w sieniach domostwa ubranie zdążyło, co prawda przeschnąć jednak było mi zimno. Z tą myślą wyszedłem za zewnątrz i w rzęsistym deszczu poszedłem do szopy przynieść kilka polan drewna aby rozpalić w piecu. Okazało się, że opału jest mniej niż mi się wcześniej wydawało. Wziąłem tyle ile dałem rady i przyniosłem do kuchni i ułożyłem tuż przy piecu. Na szczęście okazało się suche i nie miałem problemów z rozpaleniem ognia. Przy pomocy krzesiwa i hubki szybko się z tym uporałem. Drewno paliło się cudownie i nie mogłem oderwać od ognia wzroku. Patrząc na palenisko w piecu straciłem poczucie czasu. Zapach palącego się drewna był odurzający a trzaskanie ognia usypiało. Ocknąłem się dopiero, gdy w całej izbie zrobiło się przyjemnie ciepło. Szybko zdjąłem ubranie i rozwiesiłem je na krzesłach, które podsunąłem do pieca. Stałem niemal nagi i czekałem aż ubranie stanie się całkowicie wysuszone. Wtedy je włożyłem i usiadłem ponownie przed ogniem. Pod wpływem ciepła obudziło się we mnie pragnienie i niesamowity głód. Po drugiej stronie łąki mijałem spora ilość krzewów dzikiej róży, z której owoców mogłem sporządzić sobie wzmacniający wywar. Wystarczyło znaleźć jakieś źródło wody. Z kufra zabrałem lnianą torbę a znad pieca zdjąłem z łańcuchów spory sagan na wodę.
Na zewnątrz powoli zmierzchało. Szybko przebiegłem łąkę i dotarłem do zarośli dzikiej róży, które mijałem poprzedniego popołudnia. Nazbierałem pół torby owoców, przewiesiłem ją na plecy i ruszyłem na poszukiwania źródła. Z tej strony doliny żadnego nie mijałem podążając w stronę chaty. Także teraz musiałem okrążyć dolinę i liczyć na szczęśliwy los. Obecności źródła czy też rzeczki lub potoku byłem pewny, ponieważ nikt nie stawiałby schronienia w miejscu beż dogodnego dostępu do źródła wody pitnej. Jednak szedłem doliną już około godziny i niemal pogodziłem się z myślą ze nie będę miał, co pić, gdy usłyszałem w pobliskich zaroślach cichy plusk wody. Trzysta metrów od chaty wił się niewielki potok. Nie mogłem stwierdzić czy jest głęboki, ponieważ zapadały ciemności i nie widziałem już za dobrze. Napiłem się wody prosto z nurtu, opłukałem dokładnie sagan i nabrałem aż po wierzch wody, z którą ruszyłem z powrotem. W piecu już przygasał ogień. Dorzuciłem dwa polana i powiesiłem sagan na łańcuchach nad paleniskiem sam zaś usiadłem przy stole i wysypałem owoce dzikiej róży. Czekało na mnie sporo pracy. Wyjąłem nóż i każdy owoc przecinałem na połówki. Następnie wydłubywałem z każdego nasiona i drażniące włoski. Musiałem robić to ostrożnie, ponieważ duża ilość włosków na skórze skutecznie mogła uprzykrzyć mi sen. Gdy woda się zagotowała wrzuciłem do niej kilka garści owoców i gotowałem kilkanaście minut. Potem dłońmi owiniętymi szmatami zdjąłem sagan z ognia i postawiłem obok ognia, aby się ciągle nie grzał. Wlałem sobie trochę tego wywaru do glinianego kubka i nie czekając na ostudzenie wysiorbałem cały. Potem wypiłem jeszcze jeden. Opity takim kompotem położyłem się do snu w czyimś łóżku okryty ciepłymi skórami i zapadłem w sen. Sen miałem niespokojny śniłem o najeździe ludów północy na spokojne miasto przygraniczne i zrównanie jego z ziemią.
To był dziwny najazd, nie brali w niewolę, tylko zabijali. Pośród najeźdźców wyróżniali się ubrani w jaskrawe kolory jeźdźcy, którzy wydawali się nie brać udziału w całej tej rzezi. Oni krążyli dookoła i jakby czegoś szukali. Ja chciałem się dowiedzieć czego tak pilnie poszukiwali.
Najpierw ludzi zaczęły niepokoić przystrojone kolorowymi szmatkami modrzewie. Wychodziło się nad ranem z osady i przy skrzyżowaniu dróg ukazywał się ustrojony modrzew. To był znak, że ciemne moce szykują się do nieszczęścia. Przystrojone drzewa pokazywały się od kilku lat. Jednak nigdy nie udało się schwytać sprawców niepokojów. Najstarsi mieszkańcy pogranicza opowiadali pradawne opowieści które interpretowały przybrane drzewa, jako oznaki niechybnego nieszczęścia, jednak nikt nie dawał im w to wiary. W pewną wrześniową noc zdarzyło się i nadeszli Oni ubrani w grube skóry i uzbrojeni w łuki włócznie i żelazne miecze. Nad miasteczko najpierw nadciągnął dym ze spalonych pobliskich osad a wraz z nimi pierwsi rozhisteryzowani uciekinierzy, którzy opowiadali straszliwe rzeczy o napastnikach. Ze wzgórz było widać łuny pobliskich pożarów. Wybuchła panika i kto tylko mógł zabierał swoje rodziny i majątek i czym prędzej uciekał w dal. Ja miałem zostać, aby sprawdzić, kto był najeźdźcą i jakie miał cele. Bramy do miasta nikt nie próbował pilnować ani jej bronić, ponieważ przez nią przetaczała się ogromna fala ludzi, którzy uciekali z osady do osady próbując ratować życie i dobytek. Przez cały dzień trwał chaos. Oni jednak nie atakowali. Do wieczora okolice się całkiem wyludniły, w mieście pozostało kilka osób, które zajmowały się szabrownictwem i ja. Wszedłem o zmierzchu na dach budynku na skraju miasta i zacząłem się rozglądać w oczekiwaniu najeźdźców. Jednak nie było ich jeszcze widać. Nie spieszyli się. Oczyszczali okolice ze wszelkich przejawów działalności ludzkiej i samych ludzi których zabijano na miejscu nie pytając o nic. Ale uciekających nie ścigano tak więc każdy kto tylko mógł uciekał. Powoli dopalały się pożary w okolicznych wsiach i zapadała cisza. Ułożyłem się wygodnie i postanowiłem czekać. Przez cała ciepłą i nieco duszną noc nic się nie działo. Ale gdy tylko słońce zaczęło zdradzać chęć wyjrzenia spoza horyzontu usłyszałem, iż się zbliżają. Szli gęsiego z różnych kierunków, dobrze wiedzieli ze nikt nie będzie bronił miasta. Po dojściu do miasta skierowali się prosto w stronę ratusza, jednego z niewielu budynków, który nie był zrobiony z drewna. Było ich kilkuset, jednak wiedziałem, że to niewielka cześć tych, którzy czekali na okolicznych wzgórzach i lasach. Przed ratuszem który ze swojego miejsca widziałem całkiem wyraźnie zebrało się ich kilkunastu. Reszta rozpierzchła się po miasteczku rabować. Okazało się że przed podpalaniem budynków ogałacali je ze wszystkich metalowych przedmiotów. Ci którzy stali przed ratuszem mieli przygotowanych kilka kilofów i łopat. Zaczęli nimi rozbijać róg jednej ze ścian. Po chwili wyjęli z niej kamień węgielny. Który ostrożnie zawinęli w delikatną skórę. A jeden z nich zadął w róg. Na jego dźwięk z lasu wynurzyło się dwóch ubranych w jaskrawe kolory jeźdźców szybko galopujących w stronę ratusza. Odebrali zawiniątko i zniknęli tak tajemniczo jak się pojawili a wraz z nimi reszta zaczęła odwrót do lasu. Ci którzy wydobyli tajemniczą rzecz ze ściany tego rozpadającego się jak teraz zauważyłem budynku rozpierzchli się po miasteczku zbierając wszystko co im się tylko stanowiło jakąkolwiek wartość. Pomny na to że pozostawiali po sobie zgliszcza postanowiłem czym szybciej zejść z dachu i dotrzeć do lasu za jaskrawymi jeźdźcami . Nie było takie proste. Co prawda w miasteczku nie zostało więcej niż kilkudziesięciu najeźdźców ale ryzyko zauważenia przez nich było wielkie. Delikatnie zsunąłem się po wilgotnej ścianie z dachu i zeskoczyłem na miękką trawę która wytłumiła ten odgłos. Ostrożnie podbiegając od domu do domu oraz od zgliszcz do zgliszcz korzystając z dymów wzniecanych pożarów dostałem się do palisady, szybko się na nią wspiąłem i przeskoczyłem. Przede mną znajdowało się kilkaset metrów otwartej łąki którą musiałem przebiec jak najszybciej aby wydostać się cało z miasteczka. Zastanawiałem się czy biec w stronę w którą wycofywali się agresorzy - narażając się na szybkie wykrycie czy też czy udać się w przeciwną stronę zwiększając szansę na przeżycie. Chwilę się wahałem wybrałem jednak ucieczkę. Wykonałem szybki sprint w stronę lasu i po dwóch minutach go osiągnąłem, przebiegłem w nim kilkadziesiąt metrów kierując się w stronę największych i najbardziej kolczastych zarośli po czym upadłem pod krzakiem tarniny i zacząłem nasłuchiwać. Przez dłuższą chwilę słuchałem tylko głośnie dudnienie mojego serca. Gdy uspokoiłem tętno doszły do moich uszu inne dźwięki. Szum drzew, odgłosy ptaków oraz pękające gałęzie gdzieś niedaleko. Czyli ktoś ruszył za mną sprawdzić kto kręci się w okolicach zamiast ratować się ucieczką. Kroki musiały być stawiane ostrożnie ponieważ odgłosy pękających gałązek dobiegały do mnie rzadko. Postanowiłem zmienić pozycję z leżącej na przykucniętą co dawało mi większa możliwość obserwacji pobliskiej okolicy spomiędzy gęstych krzaków oraz szybkiego zerwania się do ucieczki lub obrony przed niebezpieczeństwem. Zauważyłem jednego z nich. Znajdował się kilkadziesiąt metrów ode mnie i szedł dosyć pewnie w moją stronę jednak zdawałem sobie sprawę że mnie nie widzi. Wiedziałem że jeżeli nie znajdzie mnie w ciągu kilku minut wycofa się . Widać było iż nie ma ochoty samotnie zagłębiać się głębiej w nieznajomy las. Rozglądał się ostrożnie jak gdyby to go ścigali a nie on. Uzbrojony był w krótki miecz wiszący u pasa oraz w włócznię którą trzymał w postawie bojowej w dłoniach. Pewnie gdy się zorientował że sam ruszył w pogoń zastanawiał się czy jest warto. Uciekinierzy zawsze mają przy sobie cenne rzeczy jednak często gotowi są walczyć. Człowiek który nigdy nie walczył w obronie życia czy też nikogo nie zabił małe ma szansę z wprawionym zabójcą. Jednak zawsze może go poważnie zranić.
Ścigający nagle się wyprostował jakby coś usłyszał i szybko ruszył w moją stronę. Sądziłem że nie mnie usłyszał czy też zauważył jednak napiąłem mięśnie i wyjąłem krótki zakrzywiony nóż z pochwy. Metr za metrem zbliżał się do mnie jednak na mnie nie patrzył. Zgadywałem że jest sam i wiedziałem że z tego lasu już nie wyjdzie. Gdy tylko znalazł się około dwóch metrów ode mnie postanowiłem go zabić. Czekałem tylko aż się zbliży do mnie na dogodną odległość ponieważ mógł mnie z większej odległości łatwo przebić swoją włócznią. Znowu coś usłyszał. I popełnił błąd odwrócił się plecami do mnie i zrobił krok do tyłu zbliżając się. Zrobiłem spory zamach i wbiłem mu nóż tuż nad uchem w skroń. Ledwo przebiłem czaszkę. Lewą ręką złapałem go za szyję starając się zamortyzować upadek. Przez chwile zastanawiałem się czy zdążył coś poczuć. Pewnie tak. Ale niezbyt długo. Wciągnąłem go pod tarninę i przeszukałem. Przy sobie miał oprócz uzbrojenia kilka rzeczy zrabowanych w miasteczku. Były jednak zawinięte w zakrwawioną szmatkę dla tego też z obrzydzeniem odrzuciłem je na bok. Średnio interesowały mnie łupy na których była świeża krew właścicieli. Nie miał przy sobie nic więcej przydatnego. Postanowiłem go dokładnie ukryć. Jego kompani gdyby się zorientowali że ktoś go ubił mogliby się poważniej zająć pościgiem. Postanowiłem śledzić ich aż do obozowiska aby zdobyć jakieś informacje co było zgodne z moją misją. Zostałem przysłany aby dowiedzieć się czegoś więcej o tych dziwnych najazdach. Ponieważ wszystkie wcześniejsze poselstwa wieszali na drzewach nie sposób było z nimi pertraktować. Ataki ich były szybkie i mordercze. Napastnicy po kilkunastu dniach znikali i nie dawali znaku życia czasami przez kilka lat. Odwet był utrudniony tym że należało przebyć góry co zabierało armii sporo czasu a za górami leżały ziemie północy gdzie lato trwało kilka tygodni a przez resztę roku panowały ogromne mrozy. Wydawało się że napastnicy organizują się w armię tylko sporadycznie. Ale armię która była niesamowicie mobilna i dosyć liczna. Przynajmniej na tyle aby pustoszyć tereny przygraniczne. Liczne pościgi wysyłane za napastnikami wracały z niczym. Miasteczka leżące na rubieżach królestwa te najbardziej narażone na ataki nie były aż tak ważne z punktu widzenia ekonomicznego czy też militarnego . Dlatego tez nie było opłacalne dla nikogo otaczanie ich murami lub utrzymywania w nich licznych posterunków w celu odparcia ataku. Ale opłacalne dla mieszkańców trudniących się myślistwem i rolnictwem.Legendy mówiły tez iż po drugiej stronie gór leżały owiane legendami kopalnie złota i kamieni szlachetnych. Dla władcy idealne było by zlokalizowanie stolicy najeźdźców lub dużego osiedla i zastosowania taktyki spalonej ziemi. Chodź armia najeźdźców wydawała się dobrze zorganizowana i bitna nie była żadnym przeciwnikiem dla zaciężnej armii imperium. Kilkukrotnie planowano odwet ale kończyło się na rajdach zwiadowców którzy bądź przez całe lato nie spotykali żywej duszy i musieli ratować życie ucieczką przed nadciągająca zimą bądź to wpadali w sidła i wnyki myśliwych którzy zaczynali na nich polować jak na zwierzynę. Były różne domysły na ich temat. Jedni twierdzili iż byli kapłanami pradawnych bogów którzy szukali tutaj starożytnych artefaktów inni zaś obawiali się wędrówki ludów północy którym mogło się robić za ciasno za górami i którym marzyło się życie w ciepłych krainach wolnych od mrozu i lodu przez osiem miesięcy w roku. Jakiekolwiek były przyczyny najazdów na nasze ziemie, kończyły się one zawsze w jeden sposób jedna z osad lub miasteczek była spalona ludzie wymordowani a dobytek zagrabiony. W dodatku wydawało się iż najazdy te miały także na celu wykopaliska archeologiczne. O czym sam miałem okazje się przekonać.
Dobiegłem na skraj lasu i rozejrzałem się. Od mojej ucieczki z miasteczka minęło już sporo czasu. Ostatni grabieżcy znikali w oddali a z dopalających się budynków buchał gęsty dym zasnuwając całą okolicę. Ruszyłem za nimi pieszo bo nie miałem konia. Nie mogłem się z nim ukryć w mieście, tak więc przeczuwając wydarzenia sprzedałem go przed najazdem.
Szybko się oddalali ale zostawiali wyraźny ślad najpierw na trakcie potem na polnej drodze a w końcu na łąkach. Ich obozowisko okazało się leżeć spory kawał drogi od miasteczka więc musiałem wytężyć wszystkie swoje siły aby ich nie zgubić. W końcu dostrzegłem ich obóz. Był ogromne, musiało przebywać w nim kilka tysięcy osób. Ale nie mogłem tego stwierdzić na pewno ponieważ było jeszcze daleko ode mnie a ja obawiałem się złapania przez straże które były rozstawione dookoła. Krążyłem ostrożnie aż do wieczora wokół obozu będąc jednak ciągle ponad kilometr od niego. Niczego ciekawego się nie dowiedziałem poza tym że mieli ze sobą stado ogromne stado reniferów które zabijali i zjadali na miejscu. Ale to wiedziałem już wcześniej. Dziwne było to że wcześniej nikt nie zbliżył się na tyle aby ocenić wielkość obozowiska. Zastanawiałem się nad tym i w końcu wpadłem na myśl że pewnie ktoś widział obóz z bliska ale tego nie przeżył. To była dla mnie przestroga. Po chwili wiedziałem dlaczego nikomu nie udało się szpiegować ich obozu. Usłyszałem szczekanie psów. I je zobaczyłem. Były ogromne. Do pilnowania obozu były średnio przydatne bowiem ten był wielki i sporo w nich było zwierząt oraz ludzi. Jednak po za nim były wyśmienite do tropienia szpiegów i zwiadowców wroga. Musiałem jak najszybciej uciekać stamtąd ponieważ z obozu wyszło kilka patroli z psami w tym jeden który kierował się prosto w moją stronę. Wbrew opowieściom barowym przed psem tropiącym nie jest łatwo uciec gdy wpadnie na trop. Uratować może wtedy szeroka rzeka z czymś na czym możemy przepłynąć spory kawałek lub oberwanie chmury. W innym przypadku możemy liczyć tylko na to że jesteśmy w lepszej kondycji niż ścigający nas ludzie. Tutaj na przedgórzu szerokich rzek nie było a na deszcz to może i się zanosiło ale kto mi obieca że to będzie ulewa. Przyśpieszyłem marsz aby jak najszybciej ukryć się w lesie. Teren który teraz mijałem był porośnięty krzakami i z rzadka rozłożystymi drzewami. Po kilkunastu minutach wlazłem na jedno z nich aby się rozejrzeć, Już w połowie wysokości zobaczyłem jak biegną w moim kierunku. Nie spuścili psów czyli nie wiedzieli jeszcze czy jest to świeży trop ale wystarczyło aby dostrzegli wyraźny ślad moich butów aby pościg zaczął się na dobre. Przy takiej odległości którą pokonałem wiedziałem że lada chwila to zrobią i spuszczą psy. Ruszyłem przed siebie. Po kilkuset metrach usłyszałem potok wbiegłem w niego. Stopy mi zdrętwiały z zimna i wilgoci ale chciałem choć w ten sposób spowolnić psy o ile było to możliwe. Po przebyciu kilku kilometrów nie miałem już siły dalej brnąć w zimnej wodzie i wyszedłem na brzeg. Wiedziałem że idą za mną toteż wcale nie zwalniałem. Nie sądziłem aby mieli zamiar mnie gonić w nieskończoność ale wolałem nie ryzykować i biegłem truchtem aż do wieczora gdy prawie zemdlałem pod drzewem i zasnąłem. Zbudził mnie zimny i wilgotny świt. Każdy mięsień mojego ciała był palił mnie ogniem. Ledwo wstałem z ziemi i wbiegłem na pobliskie wzgórze wypatrując pościgu. Dostrzegłem ich kilka kilometrów za mną. Byli bardzo zdeterminowani aby mnie dopaść. Czyżby aż tak bali się szpiegów? Czy byli aż tak skrupulatni w wypełnianiu rozkazów? Przecież mogli dawno zawrócić i powiedzieć w obozie iż stracili trop. Zrezygnowany brnąłem dalej w las który piął się coraz wyżej wraz ze zbliżaniem się do gór. D wieczora widziałem i słyszałem ich jeszcze dwa razy. Ciągle utrzymywałem odległość. Nie zauważyłem aby się do mnie zbliżyli w związku z czym miałem cichą nadzieję że następnego ranka zrezygnują i zawrócą do obozu. Następną noc także spędziłem na ziemi. Miałem już tego dosyć. Czułem jak organizm w szybkim tempie słabnie pod wpływem tego ogromnego wysiłku oraz słabej diety ponieważ nie miałem przy sobie zbyt dużej ilości zapasów. W ten sposób po kilku dniach dostałem się w okolice samotnej chatki. Rano gdy się w niej obudziłem stwierdziłem że albo znajdę coś do jedzenia albo umrę tutaj z głodu. Niestety w samej chacie nie było żadnej żywności ale pobliskie lasy musiały być pełne zwierzyny na którą nikt od dłuższego czasu nie polował. Postanowiłem założyć wnyki w okolicznym lesie i liczyć na swoje szczęście. Były to proste pułapki sporządzone z drutu i mocnego sznura znalezionego w szopie za domem. Pewnie i w tym celu tam wisiały pod sufitem. Najlepszym miejscem były okolice strumienia tam tez założyłem w obrębie kilkuset metrów sporo pułapek, po czym wróciłem do domostwa. Zacząłem dokładnie przeglądać rzeczy pozostawione przez poprzedniego właściciela domostwa. Jednak nic nowego nie odkryłem. Zapadał zmrok. Wypiłem dwa kubki wywaru z dzikiej róży i zasnąłem. Wstałem jeszcze przed świtem. Głód opanował moje myśli. Szybko zebrałem się do wyjścia i ruszyłem na obchód pułapek na zwierzęta. Po drodze udało mi się znaleźć kilkadziesiąt grzybów które musiałem ominąć poprzednio rozkładając pułapki na zwierzęta. Sprawdziłem już większość z nich ale wszystkie były puste. Zrezygnowany szedłem od pętli do pętli i zbierałem je od czasu do czasu znajdując grzyby, miałem już ich naprawdę sporo. Zebrałem wszystkie pułapki porozstawiane pomiędzy drzewami w lesie i zostało mi tylko kilka rozstawionych na granicy lasu i łąki gdy usłyszałem szamotanie się zwierzęcia w jednej z pułapek, rzuciłem worek z którym szedłem i rzuciłem się przed siebie w stronę zdobyczy. Był to spory zając który szamotał się w pętli coraz mocniej ja zaciskając. Nie zwlekając podciąłem mu gardło i schowałem do worka. Zebrałem pozostałe druty i szybko wróciłem do chatki. Przed nią rosło spore drzewo na którym przywiązałem zwierzę za łapki tak że wisiało tworząc literę Y. Ułatwiło mi to dokładne sprawienie mi jej przed przyrządzeniem, Po kilku minutach zając wraz z grzybami gotował się w garnku. W tym czasie wyszedłem z drugim garnkiem nad potok po czystą wodę. Po około dwóch godzinach zając był gotowy. Najpierw wypiłem wywar zabijając pierwszy głód potem zabrałem się za grzyby i same mięso jedząc jednak powoli aby mi nie zaszkodziło. Zastanawiałem się nad tym co mam robić. Czy wracać do cywilizacji narażając się na schwytanie czy tez poczekać jeszcze kilka dni dając czas najeźdźcom na wycofanie się gdyż ich najazdy nigdy nie trwały długo. Postanowiłem poczekać jeszcze dwa trzy dni i wracać do królestwa opowiedzieć czego się dowiedziałem. A wiele się nie dowiedziałem jednak przeżyłem.
Szybki posiłek sprawił iż stałem się niesamowicie senny. Postanowiłem się zdrzemnąć aby odzyskać część sił. Połowa zająca pozostała w garnku tak wiec nie musiałem martwić się o pożywienie, przynajmniej na razie. Zwlokłem się do łóżka i zasnąłem. Zbudziłem się mokry od potu. Musiało być już po południu i czułem się wypoczęty. Obszedłem ponownie chatę i szopę która znajdowała się za nią. Nic nowego nie odkryłem. Wróciłem na skraj łąki na gdzie wcześniej upolowałem zająca i rozstawiłem kilkadziesiąt pułapek mając nadzieję że następnego dnia znajdę w nich pożywienie i nazbierałem kilkadziesiąt dorodnych grzybów które okazały się doskonałym dodatkiem do upolowanej zwierzyny. Do chaty postanowiłem wracać wzdłuż potoku z którego czerpałem wodę widziałem bowiem iż byli mieszkańcy coś przy nim robili ponieważ było tam sporo śladów ich działalności. Kilka ściętych drzew oraz mostek przez potok. Mostek ten oznaczał iż często się przez niego ktoś przeprawiał i to z ładunkiem. Trzeba było to sprawdzić póki nie nastał jeszcze wieczór. Szybko przeszedłem przez mostek na drugą stronę i poszukałem śladów dokąd miał prowadzić. Jednak nie było to proste tego powodu iż dawno nikt tutaj nie chodził i nie było żadnych śladów. Po drugiej stronie potoku rosły gęste krzaki. Mostek prowadził prosto w bujne zarośla. Dziwne. Przeszukałem je dokładnie ale nie znalazłem w nich nic wyjaśniającego zagadkę mostku nad potokiem. Obok stały spore głazy a z drugiej strony była łąka. Dokładniejsze zbadanie tematu pozostawiłem na następny dzień ponieważ słońce powoli chowało się za górami - zapadał zmrok oraz zaczynał siąpić zimny deszcz. Praktycznie nic dzisiaj nie zrobiłem a wróciłem do chaty pod sam wieczór. Ciemności szybko zapadły. Tak więc po wypiciu gorącego wywaru położyłem się spać. Sen przyszedł szybko też szybko odszedł. Obudziłem się zlany zimnym potem mając naprężone wszystkie mięśnie. Nie pamiętałem co mi się śniło i co mnie tak przeraziło. Wydawało mi się tylko iż w chwili gdy się budziłem przed domem słyszałem kroki i stłumiony charkot. Szybko zerwałem się na nogi i na palcach podszedłem do zamkniętej okiennicy aby nasłuchiwać. Wyraźnie słyszałem dziwne odgłosy. Kroki. Słyszałem szeleszczące gałęzie, ale szeleszczące nie na wietrze. Byłem tak przerażony że aż żołądek podszedł mi do przełyku i poczułem nudności. Na zewnątrz wiał wiatr wydając ponure odgłosy w gałęziach drzew. Przez dłuższą chwilę nic innego nie słyszałem gdy dotarło do mnie że stoję na palcach i prawie nie oddycham. Rozluźniłem się na chwilę gdy usłyszałem szuranie na dachu. Jakby coś tam wskoczyło. Szybko przebiegłem do drugiego pomieszczenia i wyjąłem broń. Byłem gotowy na atak. Jednak przeciwko czemu miałem walczyć nie wiedziałem. Strach sparaliżował mnie momentalnie. Zacząłem modlić się o świt. Zupełnie straciłem rachubę czasu i nie wiedziałem czy jest to późny wieczór, głęboka noc czy wczesny ranek. Wiedziałem tylko że była to moja ostatnia noc tutaj. Następną postanowiłem spędzić daleko stąd. Wszystkie szmery i drapania ustały i nic już więcej nie słyszałem. Jednak do rana nie zmieniłem pozycji i stałem spięty przy okiennicy. Nigdy tak się nie bałem. Ciągle próbowałem przywołać w pamięci to co mi się śniło jednak nie mogłem tego uczynić w żaden sposób. Gdy tylko przez okiennice zaczęły przedzierać się pierwsze smugi światła szybko się spakowałem i wręcz wybiegłem na zewnątrz. To co zobaczyłem sprawiło że przyklęknąłem ze zgrozy. Kilka najbliższych drzew było całkiem pozbawionych kory. Próbowałem przywołać z pamięci ich widok z wczoraj. Jednak byłem pewien że kilka godzin temu były całe i zdrowe. Po gołym pniu ściekały soki. Widać było iż kora została zerwana niedawno. Dach był uszkodzony w kilku miejscach jak gdyby ogromny pazur go przeorał i porozrzucał kawałki w okolicy. Najbliższe zarośla przestały być schronieniem do którego chciałem się jak najszybciej dostać a stały się miejscem z którego mogło nadciągnąć śmiertelne niebezpieczeństwo. Nie wiedziałem co robić. Ruszyłem na przełaj przez łąkę aby dalej od tego przeklętego miejsca. Nawet się nie oglądałem za sobą. Bałem się tego co mogłem zobaczyć. Po kilku godzinach szybkiego marszu osunąłem się ze zmęczenia pod rozłożystą sosną na w miarę suchym igliwiu i odpoczywałem. Chciałem być pewien że nikt i nic mnie nie ściga. To mnie trochę uspokoiło. Jednak siąpiący deszcz szybko popsuł mi humor który i tak nie był zbyt dobry. Po kilkudziesięciu minutach wstałem aby wyruszyć w dalszą drogę gdy poczułem na sobie czyjś wzrok. Odczucie że ktoś na mnie patrzy było wręcz namacalne. Instynkt mi podpowiadał żeby uciekać. Podniosłem wzrok a z mojego gardła wydobył się niemy krzyk. Na jednej z najwyższych gałęzi wisiał obdarty ze skóry zając z którego kapała z niego krew. Jakby dopiero co zawisł, wydawało się że się porusza. Przerażony obejrzałem się dookoła. Nikogo nie widziałem i nie słyszałem, jednak w górę już nie spojrzałem ze strachu. Uciekałem jak ścigane zwierzę byle dalej. Gdy myślałem o najbliższej nocy ogarniała mnie ślepa panika. Wiedziałem że nie zatrzymam się dopóki nie dotrę do najbliższej osady ludzkiej. Coś mnie ścigało i to coś nie było z naszego świata. To coś nie chciało mnie zabić a chciało abym oszalał. Przerażało mnie to że chociaż istota ta miała ogromną siłę to jednak zaatakowała mój umysł. Byłem bliski postradania zmysłów ze zmęczenia i strachu. Tak minął mi dzień. Każdy szelest dobiegający z pobliskich zarośli powodował atak paniki. Nie czułem głodu a pragnienie gasiłem wodą z rzeczek i potoków które mijałem dosyć często. Chciałem jak najszybciej wyjść z lasu na otwartą przestrzeń - która niosła nadzieję ucieczki przed tym czymś. Z lasem kojarzyły mi się najgorsze koszmary. A najgorsza była cisza która mnie powoli otaczała. Po jakimś czasie uświadomiłem sobie że otaczający mnie świat umilkł. Słyszałem szum drzew i plusk wody ale nie słyszałem ptaków ani owadów. Jakby wszystkie zwierzęta zniknęły. Kilka razy zatrzymywałem się i nasłuchiwałem jednak nic nie słyszałem. Czułem tylko po dłuższym postoju czyjś wzrok na sobie. Wtedy szybko zrywałem się do ucieczki i biegłem. I tak było do wieczora. Ogarnęła mnie groza gdy zorientowałem się że wokoło mnie nastała noc. W lesie nic nie widziałem. Aby się posuwać do przodu musiałem wystawić przed siebie doń aby nie uderzać raz za razem w drzewa. Tak poruszałem się przez jakieś pół nocy gdy zemdlony padłem na ziemię i straciłem przytomność. Uprzytomniłem sobie że nie można mi zasnąć bo będę na łasce niewiadomego. I zaraz potem uświadomiłem sobie że śpię. To był koszmar. Szybko zerwałem się szczęśliwy że żyję przerażony nie wiedząc jednak gdzie się znajduję. Była noc, niesamowicie cicha i przerażająca ze wszystkimi swoimi szelestami i groźbami. Miotałem się jak oszalały wśród drzew i zarośli co chwila w coś uderzając jednak nie zaprzestawałem ucieczki. Czułem jak adrenalina dodaje mi sił z resztek zapasów które mi pozostały. Nie wiem jak długo biegłem jednak w końcu musiałem w coś mocno uderzyć bowiem ogarnęła mnie jasność. Czułem jak się poruszam na czymś co się kołysze. Światło straszliwie raziło mnie w oczy chociaż miałem zamknięte powieki.
-Gdzie jestem? Zapytałem –gdy się obudziłem. Czułem że się poruszam na wozie. Leżałem pośród siana oczy miałem czymś przewiązane tak że nic nie mogłem zobaczyć. Gdzie jestem wyszeptałem. Ledwo sam słyszałem swój głos. Postanowiłem wstać. Uniosłem tułów i z powrotem padłem nie mając siły utrzymać się prosto. Wóz się zatrzymał.
Uniosłem dłonie do oczu chcąc zdjąć opaskę przez która nic nie widziałem. Gdy miałem już ja ściągać, silne dłonie powstrzymały mnie.
-Spokojnie – usłyszałem. Spokojnie nie ściągaj jej. Nic ci nie grozi ale masz chore oczy.
-Gdzie jestem – cicho zapytałem głos który do mnie przemówił – gdzie mnie wieziecie?
-Jesteś z nami bezpieczny. Znaleźliśmy Cię Panie błąkającego się pomiędzy drzewami i bełkoczącego coś w nieznanym języku.
-Gdzie jedziemy ?- zapytałem.
- Do Ufy. – Usłyszałem. – Za dwa dni tam dojedziemy. Panie biegałeś z zamkniętymi oczami po lesie i krzyczałeś. Teraz Musisz coś zjeść. Od trzech dni leżałeś w gorączce popijając tylko od czasu do czasu wodę spieczonymi ustami.
Ufa - duże miasto leżące kilka dni drogi od osady która spalili najeźdźcy. Poczułem się bezpiecznie. Poprosiłem aby zatrzymali wóz na którym mnie wieźli. Chciałem wstać. Jednak i ta próba zakończyła się niepowodzeniem, byłem całkowicie wynędzniały. Czyjeś ręce mnie uniosły i przytrzymały w pozycji wyprostowanej.
-Uchyl usta dostaniesz rosołu.
Po chwili poczułem jak ktoś przystawia mi miskę do ust z zimną jednak niesamowicie smaczną zupą.
- Dobre wyszeptałem po kilku męczących łykach.
-To panie twój zając, biegałeś z nim. Miał oderwana głowę i był wyprawiony.
Na dźwięk tych słów przeszedł mnie dreszcz przerażenia.
-To nie mój zając - wyszeptałem i zapadłem w sen.

Podpis: 

forgod 2014
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sprawca (fragment II) Sprawca (fragment) Taedium vitae
Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?
Sponsorowane: 75Sponsorowane: 70Sponsorowane: 65
Auto płaci: 65

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2021 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.