https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
200

Od gołębia do Gołębiewskiego

Autor płaci:
200

  Jeśli uwierzysz, że odchody gołębia mogą Ci przynieść szczęście, jak mówią , to zobacz co się może zdarzyć.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W lipcu nagrodą jest książka
Nawiedziny

Powodzenia.

SPONSOROWANE

Od gołębia do Gołębiewskiego

Jeśli uwierzysz, że odchody gołębia mogą Ci przynieść szczęście, jak mówią , to zobacz co się może zdarzyć.

Sprawca (fragment IV)

Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa.

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Noc wichrów

Fragment "Sycylijskiego pioruna"

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1198
użytkowników.

Gości:
1198
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 79126

79126

PROROCTWA SPEŁNIAJĄ SIĘ INACZEJ?

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
16-01-25

Typ
I
-inny
Kategoria
Fantastyka/Historia/Pisarstwo
Rozmiar
28 kb
Czytane
1937
Głosy
1
Ocena
5.00

Zmiany
16-01-25

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: tsole Podpis: tsole
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Profetyczne próby literackie na przykładach 3 książek: "Obóz świętych" Raspaila, "Wyspa Krym" Aksionowa i "Uległość" Houellebecqa.

Opublikowany w:

Czas Fantastyki 4(44)/2015

PROROCTWA SPEŁNIAJĄ SIĘ INACZEJ?

Powieści gatunku social i political fiction mają dobrą passę. Z wypiekami na twarzy lubimy zanurzać się w opowieściach zwłaszcza, gdy próbują odsłonić, co nam przyniesie przyszłość, lub jak wyglądałaby teraźniejszość, gdyby w przeszłości coś poszło inaczej niż poszło (historie alternatywne). Niektóre powieści tego gatunku zawierają elementy profetyczne. Czy jest to przypadek, czy ukryty geniusz autorów, trudno rozsądzić. Tak czy owak, roztaczane przez nich wizje i przepowiednie raczej nie spełniają się dosłownie. Nawiązując do św. Pawła, można by rzec, że coś tam widzieli, lecz jakby w zwierciadle, niejasno (1 Kor 13,12).
W niniejszym artykule przedstawię refleksje nad trzema książkami tego gatunku, zawierającymi prorockie wizje, które wydają się spełniać na naszych oczach.

„Obóz świętych” czyli imigranci szturmują raj

Jean Raspail, francuski pisarz i podróżnik to postać barwna, ciekawa i kontrowersyjna. Po ojcu jest zagorzałym monarchistą i wrogiem politycznej poprawności. Przekonania te przelewa na papier w wielu powieściach, nie szczędząc słów krytyki pod adresem rewolucji francuskiej, obnażając jej barbarzyńskie oblicze. Jednak wydana w 1973 r. powieść „Obóz świętych” należy do gatunku social fiction. W 2005 r. książka ukazała się w Polsce – akurat na fali zamieszek etnicznych we Francji, które sprawiły, że została uznana za ziszczającą się przepowiednię. Dziś, wznowiona przez wydawnictwo Fronda, w kontekście fali imigrantów z Bliskiego Wschodu, znów nabiera szczególnej aktualności.
Trzeba zauważyć, że pierwsze wydanie książki przeminęło raczej bez echa; zostało przemilczane przez postępowe salony Francji. Nic dziwnego, bo powieść zawiera ekstremalną dawkę niepoprawności politycznej; ostrze ironii skierowane jest na współczesną cywilizację białego człowieka pławiącego się w konsumpcyjnym dobrobycie i równolegle pałającego obłudnym zatroskaniem o los tzw. „Trzeciego Świata”.

Kiedy Prezydent USA zaprosił kurtuazyjnie naród chiński do udziału w uroczystościach dwustulecia kraju, w amerykańskiej prasie ukazał się dowcip rysunkowy: prezydent stoi nad brzegiem Pacyfiku i, obserwując mrowie płynących wpław Chińczyków, mówi przerażony: „O Boże, oni to potraktowali dosłownie!”
Nie wiem, czy autor owego dowcipu czerpał inspirację w napisanej 20 lat wcześniej powieści Raspaila, ale zbieżność pomysłów jest uderzająca. Oto gdzieś w początkach XXI wieku, z inspiracji europejskich lewicujących pseudointelektualistów wyrusza z Kalkuty flotylla złożona z setki zdezelowanych okrętów, z milionem Hindusów na pokładach. Flotylla zmierza na Zachód. Gdzie? Nikt nie wie. Kontaktu z nią nie ma; na mostku kapitańskim flagowego okrętu jest niepiśmienny parias, który pod wpływem szalonego filozofa z Europy został spontanicznym przywódcą tego makabrycznego rejsu. Ów parias, z zawodu ugniatacz krowiego łajna, trzyma na barkach swojego niedorozwiniętego pod każdym względem syna-potworka. Ktoś przypadkiem włożył potworkowi czapkę kapitańską - i odtąd on dowodzi flotyllą. On - czyli jego przypadkowe gesty i grymasy. W ten symboliczny sposób Raspail roztacza wizję konfrontacji między cywilizowaną Europą, która na racjonalizmie zbudowała swą potęgę, a bezrozumną, lecz zdesperowaną tłuszczą, która ma tylko jedno pragnienie: także partycypować w dobrodziejstwach zachodniego raju. Odrzucane są też wszelkie próby humanitarnej pomocy, którą Zachód z właściwą sobie „troskliwością” organizuje. W tle peregrynującego miliona hinduskich biedaków obserwujemy opisane z mistrzowską obrazowością i werwą reakcje świata. Elity europejskich państw myślą gorączkowo, co tu zrobić, żeby armada nie zechciała przypadkiem wylądować właśnie u nich. Władze są bezsilne i skonsternowane; nie mają żadnego pomysłu na rozwiązanie problemu. Przecież nikt nie odważy się wydać rozkazu strzelania do tłumów. Media zachowują się jak ćma lecąca w kierunku płomienia, szermują postępowymi hasłami o humanitaryzmie i sprawiedliwości społecznej, jakby nie postrzegając dramatyzmu i absurdalności sytuacji. Postępowi księża zachwycają się szansą na wykazanie miłosierdzia wobec zbliżającego się do Europy „miliona Chrystusów” (nawiasem mówiąc, w wizji Raspaila papież to Benedykt XVI, ale na tym podobieństwo do kard. Ratzingera się kończy). Im bliżej dnia „zero”, tym większy chaos i panika. W miarę zbliżania się flotylli pewność mediów przeradza się w panikę. Gwiazdy ekranów TV i szpalt dzienników, liderzy elitarnych salonów w pośpiechu uciekają na „z góry upatrzone pozycje” - czyli do bezpiecznej Szwajcarii, gdzie czekają równie bezpieczne bankowe konta. Mieszkańcy dotkniętych inwazją terenów uciekają na północ, z kolei na opuszczone tereny ciągną tłumy amatorów rewolucji: żuliki, lokatorzy opuszczonych więzień w kuriozalnej symbiozie z lewacką pseudointelektualną młodzieżą - to zapewne efekt obserwacji pacyfistycznych ruchów lewicująco-hippisowskich, które brylowały na ulicach Francji w 1968 r. Wreszcie wizja najcelniejsza: oto w ogarniętej anarchią Francji wyłażą z etnicznego podziemia arabscy imigranci. Wyłażą i pokazują swoje pazury. Czas na apokalipsę. Tu trzeba zauważyć, że tytuł „Obóz świętych” jest aluzją do fragmentu Apokalipsy św. Jana, który stanowi czołowe motto powieści:

A gdy się dopełni tysiąc lat, wypuszczony zostanie szatan z więzienia swego i wyjdzie, by zwieść narody, które są na czterech krańcach ziemi, Goga i Magoga, i zgromadzić je do boju; a liczba ich jak piasek morski. I ruszyli na ziemię jak długa i szeroka, i otoczyli obóz świętych i miasto umiłowane. I spadł z nieba ogień, i pochłonął ich. A diabeł, który ich zwodził, został wrzucony do jeziora z ognia i siarki, gdzie znajduje się też zwierzę i fałszywy prorok, i będą dręczeni dniem i nocą na wieki wieków. (Ap, 20:7-10)

Jak się to wszystko skończy? Nie chcę spojlerować, zachęcam do lektury. Powiem tylko, że książka jest celną przestrogą przed markowaną „troskliwością na pokaz”, zachłystywaniem się szczytnymi hasłami o równości, tolerancji, godności każdego człowieka, za którymi nie idą czyny. Jeśli nie pójdą, znajdziemy się niechybnie w takiej sytuacji, jak owa mucha ze znanego clipu M. Poniedzielskiego, która dopóty popisywała się swymi lotniczymi ewolucjami, dopóki nie spalił jej skrzydeł płomień z kuchennego palnika. Obserwując, co się dzieje „w temacie” imigrantów z Azji i Afryki do Europy, można już poczuć swąd tego płomienia.

Wyspa Krym, czyli aneksja na życzenie

O ile Raspail snuł własny wątek historii, o tyle Aksionow w książce „Wyspa Krym” opowiada historię alternatywną. Wasilij Aksionow (1932-2009) to jeden z największych współczesnych prozaików rosyjskich. Piszę „rosyjskich”, bo choć większość swego życia spędził w ZSRR, to trudno go traktować jako pisarza radzieckiego. Co prawda, publikował w oficjalnych wydawnictwach, lecz przemycał w nich, wykorzystując elementy absurdu, groteski, surrealizmu, baśni i fantastyki, treści „godzące” w najlepszy z ustrojów, na domiar zadawał się z innymi nieprawomyślnymi twórcami, wobec czego szybko przestano wydawać jego utwory, argumentując, że jego twórczość jest „nieradziecka i nieludowa”. W geście solidarności z innymi dysydentami Aksionow sam wystąpił ze Związku Pisarzy ZSRR, a kolejne jego utwory (np. powieści „Wyspa Krym” czy „Oparzenie”) pisane były już bez zamiaru publikowania w Kraju Rad; ukazywały się głównie w USA. Nie było więc zaskoczeniem, że w 1980 r. niepokorny pisarz został wydalony z ZSRR. Osiadł w USA. Po rozpadzie ZSRR przywrócono mu obywatelstwo Rosji, którą od czasu do czasu odwiedzał.

Powieścią Aksionowa opowiadającą alternatywną historię jest wspomniana „Wyspa Krym”. Za sprawą aktualnej sytuacji politycznej w tym rejonie świata obserwujemy renesans popularności tej powieści; nie ukrywam, że i ja sięgnąłem po nią z tych właśnie powodów.
Streszczając powieść w jednym zdaniu, można rzec, że jest to historia aneksji Krymu przez Rosję (ściślej: ZSRR). Trudno tu jednak mówić o jakimś profetyzmie autora. Krym w tej powieści jest bowiem państewkiem rosyjskim powstałym w rezultacie porewolucyjnych zawirowań, konkretnie wojny domowej między białymi i czerwonymi. Broniony przez nieliczną armię pod dowództwem barona Piotra Wrangela nie uległ czerwonym. Ściślej, rozwidlenie ścieżek historii rzeczywistej i alternatywnej, którą kreuje Aksionow, nastąpiło 20 stycznia 1920 r. kiedy to zwycięska dotąd armia proletariacka doznała przerażającej klęski za sprawą lejtnanta Bayle-Landa, wesołego pryszczatego Anglika, który był dowódcą wieży działowej na angielskim liniowcu „Liverpool“ uczestniczącym w walkach po stronie białych. Nie uległ on magii „logiki walki klasowej”, która opanowała umysły marynarzy i żołnierzy dezerterujących i przechodzących na stronę bolszewików. Nie uległ, bo miał lekkiego kaca. Zmusił swoich artylerzystów do pozostania w wieży, co więcej, wycelował działa w nacierające kolumny i otworzył ogień potężnymi szesnastocalowymi pociskami. Szeregi wroga zmieszały się, wybuchła panika i to było zaczynem owej klęski czerwonych.

Pozostawszy w rękach białych, Krym funkcjonował przez wiele lat jako wolne państwo, w którym pielęgnowano to, co stanowiło o etosie Rosji, a co zmiotła z areny dziejów bolszewicka miotła. Choć położone w geopolitycznej „jaskini lwa”, było państwem par excellence zachodnim: miało ustrój parlamentarny, wymienialną walutę i zapewniało swym obywatelom swobodny dostęp do świata, nie tylko tego wolnego – także do ZSRR, który z czasem oswoił się i, pogodziwszy się z myślą, że Krym jest stracony dla komunizmu, utrzymywał z niezawisłą republiką w miarę poprawne stosunki.

Jak więc doszło do aneksji? Na życzenie mieszkańców! Autentyczne, nie propagandowe. Stało się to w dużej mierze za sprawą głównego bohatera powieści Andrieja Łucznikowa, wydawcy i redaktora naczelnego opiniotwórczego periodyka „Russkij Kurier”. Był to światowiec mający rozległe znajomości w europejskim, amerykańskim, a także sowieckim establishmencie. Dysponował więc pełnym rozeznaniem w różnicach między systemami społeczno-politycznymi i tym, co one ludziom są w stanie zaoferować. Miał pełną świadomość, że na Krymie, należącym do wspólnoty państw kapitalistycznych, jest wszystko, czego brak w Związku Radzieckim: dobrobyt, wolność, kwitnąca gospodarka, etc. Wiedział, że Kraj Rad jest całkowitym przeciwieństwem Krymu: panuje w nim bieda, powszechne zastraszenie, korupcja i obrzydliwe donosicielstwo. I dysponując takim rozeznaniem dał się uwieść Idei Wspólnego Losu głoszącej potrzebę, wręcz dziejową konieczność zjednoczenia Krymu z Rosją – ściślej przyłączenia tej szczęśliwej krainy do ZSRR, by podzielić los dwustu pięćdziesięciu milionów naszych braci, którzy od dziesiątków lat w cierpieniach i przebłyskach triumfu wcielają w życie niepowtarzalną duchową i mistyczną misję Rosji i narodów kroczących u jej boku.

Czytając powieść, odnosiłem wrażenie, że ten Andriej to jakiś „polieznyj idiot”, bo nic na to nie wskazywało, że komunistyczny agent. No dobrze, takich wszak nie brakuje, zwłaszcza w snobujących szeregach śmietanki towarzyskiej (vide „Obóz świętych”). Dlaczego jednak idea głosząca, że obywatele Krymu powinni dzielić los braci Rosjan oficjalnie budujących świetlaną przyszłość komunizmu, a realnie żyjących w nędzy i zastraszeniu, „chwyta” i zdobywa coraz szersze rzesze zwolenników tej suwerennej republiki? Dlaczego społeczeństwo zażywające wolności w każdej z jej odmian: politycznej, gospodarczej, fizycznej i duchowej dobrowolnie wyciąga ręce do założenia mu kajdan totalitaryzmu? Przecież to zionie widocznym z daleka absurdem.

Ale przecież Aksionow to Rosjanin, dobrze zna swoich rodaków. Podobnie jak Alosza Awdiejew. A ten w rozmowie z Konradem Piaseckim tak mówi o swoich rodakach: Rosjanie to ludzie autorytarni. Lubią silną władzę, bo wtedy wierzą, że jest porządek. Rosjanie nie chcą wolności, dla nich to oznacza nieporządek. Rosjanie są w pewnym sensie niewolnikami.
Wygląda na to, że Aksionow chce nas przekonać, iż rosyjska w ogromnej większości społeczność Krymu, pomimo życia w „wolnym świecie” uległa jakimś (genetycznym?) skłonnościom do totalitaryzmu.

Dochodzi zatem do aneksji, mimo, że radzieckie władze (w przeciwieństwie do putinowskich) wcale się do tego nie kwapią; po zorganizowanym referendum, w którym krymska społeczność w sposób miażdżący opowiada się za przyłączeniem do ZSRR, Duma Państwowa Republiki kieruje prośbę do rządu radzieckiego o włączenie Wyspy Krym w skład Związku Radzieckiego jako republiki związkowej. Przy czym (o naiwności!) działacze Idei Wspólnego Losu proszą, żeby podczas aneksji nie było żadnego barbarzyństwa, żadnej okupacji. To w naszym przypadku jest całkiem zbędne. Czesi jako obcy chcieli odejść, my jesteśmy swoi, chcemy się przyłączyć. Przemoc nie jest potrzebna. Potrzebny jest takt, cierpliwość... Przecież zgodnie z konstytucją każda republika ma prawo do wystąpienia ze związku, do kontaktów na arenie międzynarodowej, nawet do posiadania własnych sił zbrojnych. Nasza armia będzie częścią Armii Radzieckiej, więc po co okupacja?
Rzecz jasna, Sowieci anektują po swojemu. Czyli militarnie. Chciałoby się jednak powiedzieć – po putinowsku, bo podobnie jak obecna realna, tamta fikcyjna aneksja przebiegała bez większych ofiar. No i z typowym ruskim bałaganem.

Powieść kończy mistrzowska scenka z udziałem wiodącego beztroskie, włóczęgowskie życie syna Andrzeja Łucznikowa, który chyba jednak wyczuł, na co się tu zanosi i wraz z ferajną postanowił uciec na pontonie do Turcji. Scenka ta mówi nam więcej o naturze Rosjan niż całe tomiszcze. Zaczyna się od tego, że ponton uciekinierów został namierzony przez flotę sowiecką. Oto co się dzieje:

U kapitana - lejtnanta Płużnikowa, szefa wachty sygnałowej lotniskowca „Kijew“ zameldował się jeden z operatorów, starszy marynarz Gulaj.
- Co tam, Gulaj? - skrzywił się kapitan - lejtnant Płużnikow, który liczył minuty pozostałe do końca wachty, marząc o zejściu na ląd. (…)
- Towarzyszu kapitanie, jakiś obiekt na radarze.
Ale drań z tego Gulaja. Po co robić tyle rabanu? Co mu przeszkadza ta pchełka w rogu ekranu? Może ktoś tratwą pryska do Turcji? Po kiego... Teraz trzeba meldować dowódcy, bo ten Gulaj gotów jeszcze donieść...
Spojrzał uważnie na starszego marynarza. Sympatyczna facjata, wyrazista, szczera - taki nie sypnie. A może właśnie... Wrócił do swego pulpitu, połączył się z dowództwem, zameldował regulaminowo: jakiś obiekt płynie od brzegu w kierunku wód neutralnych w sektorze takim to a takim...
Szef wachty okrętowej komandor Zubow był wściekły na Płużnikowa. Wielka rzecz, że ktoś stąd ucieka. Nie da się w ciągu jednego dnia zaszczepić wszystkim świadomości klasowej. No i dobrze, że uciekają, będzie więcej miejsca na lądzie. Nie będę nikomu meldował, a Płużnikowowi powiem, że zostanie wyróżniony. Obok Zubowa stał jego zastępca komandor - porucznik Grankin, udawał, że nie słyszy, ale na twarzy zwróconej w stronę reklam świetlnych Sewastopola pojawił się lekki uśmieszek.
Ten pedał mnie testuje, pomyślał Zubow o Grankinie. Ale ja zrobię mu kawał.
- Proszę zameldować dowódcy - rozkazał Zubow. Dowódca lotniskowca kontradmirał Blincow przebywał właśnie w swojej sypialni, dokąd się udał, by odbyć prywatną rozmowę z małżonką, która jak zwykle odpoczywała na daczy w Pieriediełkinie. Należało uściślić listę zakupów w kapitalistycznym jeszcze Sewastopolu i, co ważniejsze, dowiedzieć się za pomocą im tylko znanego systemu aluzji, co tam z młodszym synem Sławą, czy nocował w domu, czy też drapnął na Cwietnoj Bulwar do swojej panienki.
I w takim momencie ten cholerny Grankin zwraca mu głowę idiotyczną pchełką w morzu. Oczywiście, na takich jak Grankin trzyma się tu wszystko, ale nie budzą oni sympatii.
Tak czy inaczej, kwadrans po sygnale marynarza Gulaja z lotniskowca „Kijew“ w kierunku pchełki wędrującej po bezkresnym morzu wystartował śmigłowiec bojowy pilotowany przez starszych lejtnantów floty Związku Radzieckiego Komarowa i Makarowa.


Nie zdradzę czy przeżyli. Przeczytajcie! Zwłaszcza, że powieść czyta się świetnie. Jest urozmaicona wieloma atrakcyjnymi wątkami od sensacyjno-szpiegowskiego poprzez przygodowy, obyczajowy, po nieobyczajny czyli erotyczny. Niemniej to wszystko należy traktować jako „masło” ułatwiające przełknięcie dość czerstwej kromki, jakim jest pełen dylematów dramat ludzi postawionych w historycznym rozkroku między narodową tradycją, a brutalną rzeczywistością totalitaryzmu.

Uległość, czyli inwazja islamu w wersji soft

Powieść „Uległość” francuskiego pisarza, eseisty i poety Michela Houellebecqa, któremu za dotychczasową twórczość i zachowanie salony polityczno poprawne przyszyły łatkę skandalisty, należy do gatunku political fiction i podobnie jak „Obóz świętych” przedstawia przyszłość, choć (w stosunku do daty powstania) niezbyt odległą. Książka była krytykowana jeszcze przed publikacją za „uczestniczenie w tworzeniu klimatu islamofobii”. Trudno byłoby spodziewać się czegoś innego, skoro Houellebecq już w 2001 r. w wywiadzie otwarcie wyznał: „Najgłupszą religią jest, powiedzmy to sobie szczerze, islam. (...) Biblia przynajmniej jest piękna, bo Żydzi mieli talent literacki, dzięki czemu można im wiele wybaczyć” (ciekawe, że wypowiedź ta miała miejsce w kontekście nawrócenia się na islam matki literata). Rozdrażnienie salonów może budzić już sam tytuł nowej powieści: "Soumission" (co się tłumaczy jako uległość, poddanie, posłuszeństwo). Houellebecq nie bez powodu nawiązuje do arabskiego słowa „islam” oznaczającego właśnie posłuszeństwo, całkowite oddanie się Bogu, bo opowieść (póki co fikcyjną), którą snuje dotyczy przejęcia władzy we Francji przez islam.

Jest rok 2022, dobiega końca druga kadencja prezydenta Hollande'a. W wyborach prezydenckich murowany wedle sondaży kandydat, liderka Frontu Narodowego Marine Le Pen, przegrywa w drugiej turze z Mohammedem Ben Abbes, przywódcą partii Muzułmańskie Braterstwo, do czego walnie przyczyniają się socjaliści i centroprawica. Tak, tak, wedle Houellebecqa, francuski elektorat lewicowo-centrowy, w przeciwieństwie do sympatycznego Pawlaka z „Samych swoich”, woli wroga obcego niż „swojego”!
Co prawda, Muzułmańskie Braterstwo to nie ISIS, mowy nie ma o dżihadzie, lecz niezwłocznie i z konsekwencją wprowadza w kraju prawa szariatu. Skażone indyferentyzmem, otumanione polityczną poprawnością społeczeństwo przyjmuje to może bez entuzjazmu, lecz z obojętnością i (tytułową) uległością.

Paradoksalnie, islam jest dla Francji terapią ozdrowieńczą. Wprowadzane przez Ben Abbesa i jego świtę reformy sprawiają, że znacząco spada przestępczość i bezrobocie, podstawą gospodarki zostaje biznes rodzinny, za sprawą znaczącej podwyżki świadczeń rodzinnych spada zatrudnienie kobiet, które spełniają się jako rodzicielki i piastunki dzieci, tudzież westalki wspólnoty rodzinnej. Zatrzymaniu ulega fala nieokiełznanego erotyzmu, wycofanego ze sfery publicznej na powrót do prywatnej. Reformy te mają na celu przywrócenie rodzinie, jako podstawowej komórce społecznej, jej dawnego miejsca i godności. Czyli miód dla konserwatystów i piołun dla lewaków.
Islamski przywódca państwa jest człowiekiem inteligentnym, sprytnym i dalekowzrocznym. Ma świadomość wagi procesu wychowania – stąd pierwszy impet skierowany jest na przejęcie szkół i uczelni, czyli systemu edukacji. Zostaje ona uproszczona i zredukowana do minimum (obowiązek szkolny kończy się na szkole podstawowej); pojawiają się zachęty do nauki rzemiosła, natomiast finansowanie szkolnictwa średniego i wyższego całkowicie przechodzi do sektora prywatnego.
Ale Ben Abbes ma większe ambicje: dąży do odbudowy Imperium Rzymskiego – oczywiście w wersji islamskiej. Aktywnie zabiega o przyjęcie krajów muzułmańskich w basenie Morza Śródziemnego. Trzeba ze smutkiem przyznać, że w przeciwieństwie do zblazowanych elit politycznych Europy potrafi skutecznie realizować swoje wizje.

Całą tę historię obserwujemy oczami głównego bohatera – naukowca (literaturoznawcy) Francisa, zatrudnionego na Sorbonie. Francis specjalizuje się w twórczości Jorisa-Karl Huysmansa, dekadenckiego pisarza i skandalisty z drugiej połowy XIX w. Można odnieść wrażenie, że jest on duchowym przywódcą naszego bohatera, który, znajdując się w połowie życia, wyraźnie cierpi na kryzys wieku średniego. Nie utrzymuje kontaktów z rodziną, nie ma przyjaciół, choć od czasu do czasu toczy dyskusje ze znajomymi. Pozwala to autorowi na wyłuszczanie swoich złotych myśli i poglądów w sferze polityki, historiozofii, antropologii czy religii. Francis jest człowiekiem mentalnie niezbornym: romansuje ze studentkami, nie stroni od serwisów pornograficznych w necie, czy usług pań z agencji towarzyskich, lecz potrafi pięknie kontemplować posążek Czarnej Madonny z Rocamadour, do której pielgrzymowali królowie Francji: Matka Boska siedziała wyprostowana, z zamkniętymi oczami, z nieobecnym, jakby pozaziemskim wyrazem twarzy, z koroną na głowie. Dzieciątko Jezus – prawdę mówiąc, rysy jego twarzy nie miały w sobie nic z dziecka, ale raczej dorosłego lub wręcz starca – siedziało również wyprostowane na jej kolanach, też z zamkniętymi oczami, z mądrą twarzą o ostrych, mocnych rysach, z koroną na głowie. W ich pozach nie było widać ani czułości, ani miłości macierzyńskiej. To nie było Dzieciątko Jezus, lecz Król Wszechświata. Emanujący z niego spokój, wrażenie duchowej mocy i nieuchwytnej siły budziły niemal lęk. W tym surowym posągu czuło się coś innego niż przywiązanie do ojczyzny, do ziemi, czczenie męskiej odwagi żołnierza lub nawet dziecięce pragnienie matki.

Wskutek wprowadzanych przez islamistów reform Francis zostaje przeniesiony w stan emerytalny z lukratywnym wynagrodzeniem. Niespecjalnie się tym martwi, po prawdzie czuje się już zblazowany i wypalony. Lecz po rozmowie z rektorem, który proponuje mu powrót, nie odmawia, choć warunkiem jest przejście na islam. Co prawda, nie da się już romansować ze studentkami, ale przecież uzyska przywilej posiadania trzech żon! Nie wspominając o niebotycznym wynagrodzeniu (trzeba tutaj wyjaśnić, że Sorbonę przejęła na własność Arabia Saudyjska).

W końcówce powieści autor decyduje się na ciekawy trick warsztatowy, przechodząc na czas przyszły, przez co opowieść nabiera cech marzenia: Kilka miesięcy później znowu zacznę prowadzić zajęcia i oczywiście spotykać studentki – ładne, nieśmiałe, z zasłoniętymi twarzami. Nie wiem, w jaki sposób informacje o znaczeniu wykładowców krążą wśród studentek, ale krążyły od zawsze i nieuchronnie, nie sądzę więc, żeby cokolwiek miało się w tym zakresie zmienić. Każda z tych dziewcząt, choćby najładniejsza, będzie szczęśliwa i dumna, jeśli mój wybór padnie właśnie na nią, i będzie się czuła zaszczycona, mogąc dzielić ze mną łoże. Wszystkie będą godne miłości, a ja na pewno zdołam je pokochać.
Podobnie jak kilka lat wcześniej w wypadku mojego ojca, otworzy się przede mną nowa szansa: szansa na drugie życie, niemające większego związku z poprzednim.
I niczego nie będę żałować.

Marzenie to, czy samousprawiedliwianie? Nie wiem. Ale uległość widać tu w pełnej klasie.

Słyszy się powszechne utyskiwania na to, że muzułmanie niechętnie się integrują. W książce Houellebecqa Francuzi tej wady nie mają. Integrują się z kulturą islamską bardzo gładko, bez oporów, właśnie spolegliwie. Czy to obraz prawdziwy, nie mnie oceniać. Dziwi mnie tylko, że powszechnie (zwłaszcza w środowiskach laickich) zarzuca się Houellebecqowi islamofobię. Akurat po lekturze tej książki podejrzewałbym go raczej o islamofilię. Przecież przedstawia muzułmanów jako inteligentnych, uporządkowanych, konsekwentnie i racjonalnie realizujących swoje plany. W jego wizji islamska Europa będzie jedną z pierwszych potęg gospodarczych świata i z każdym będzie mogła rozmawiać jak równy z równym. Ben Abbes natomiast w jakimś sensie jest kontynuatorem de Gaulle’a, którego celem była wielka polityka arabska Francji.
Już bardziej chrześcijanie powinni wieszać psy na Houellebecqu, bo ich nie oszczędza; oto stosowny cytat: Przymilając się i zawstydzająco wdzięcząc do postępowców, Kościół katolicki utracił zdolność do przeciwstawienia się upadkowi obyczajów. Utracił zdolność do jednoznacznego i energicznego odrzucenia małżeństw homoseksualnych, prawa do aborcji i pracy kobiet.
Już prędzej nazwałbym Houellebecqa eurofobem, skoro pisze: Spójrzmy prawdzie w oczy: Europa Zachodnia doszła do tak odrażającego stanu rozkładu, że sama siebie nie jest w stanie uratować, nie bardziej niż starożytny Rzym w piątym wieku naszej ery.
Jak zauważyłem, rzeka wyzwisk i obelg pod adresem Houellebecqa płynie przede wszystkim z polityczno poprawnych salonów. Najwyraźniej chodzi o zagłuszenie niewygodnych tez stawianych wobec postoświeceniowych, „postępowych” ideologii: Prawdziwym wrogiem muzułmanów, którego boją się i nienawidzą bardziej niż czegokolwiek innego, nie jest katolicyzm, tylko laicyzm, państwo świeckie, ateistyczny materializm. Trudno też, by podobała się w owych salonach historiozoficzna refleksja, którą Houellebecq wkłada w usta jednego z rozmówców Francisa: Tamta Europa, będąca szczytowym osiągnięciem ludzkiej cywilizacji, popełniła trwające kilka dekad samobójstwo. W całej Europie pojawiały się ruchy anarchistyczne i nihilistyczne, wezwania do przemocy, negowanie jakichkolwiek zasad moralnych. Kilka lat później wszystko się zakończyło niepojętym szaleństwem Pierwszej Wojny Światowej. I Freud doskonale to zrozumiał, podobnie jak Tomasz Mann: skoro dwa najbardziej rozwinięte, najbardziej cywilizowane narody świata, francuski i niemiecki, mogły sobie zgotować tak bezsensowną rzeź, Europa jest już martwa.
A nam wszystkim nie w smak będzie fundowana przez autora perspektywa: Odrzucenie ateizmu i humanizmu, podporządkowanie kobiety mężczyźnie, powrót do patriarchatu – w każdym aspekcie prowadzą jedną i tę samą walkę. Walka ta, niezbędna do wdrożenia nowego, organicznego etapu rozwoju cywilizacji, nie może już być prowadzona w imię chrześcijaństwa; dzisiaj to islam, religia siostrzana, ale młodsza, prostsza i prawdziwsza, tak więc to właśnie islam przejął dzisiaj pałeczkę.
Niektórzy pocieszają się, że to tylko powieść satyryczna, że autor drwi z Francji dumnej ze swego sekularyzmu. Jednak sam pisarz zapewnia, że tak nie jest: - Może drobne fragmenty mają w sobie coś z satyry, ośmieszam w nich troszkę dziennikarzy i polityków, ale ani sama książka, ani jej główni bohaterowie nie mają z satyrą nic wspólnego.

Tak czy owak Houellebecq rysuje nam inwazję islamu racjonalnego, ucywilizowanego, islamu z ludzką twarzą – czyli inwazję w wersji soft. Lecz, jak o tym wspomniałem na początku, przepowiednie rzadko spełniają się dosłownie. Dziś rysują się nam raczej perspektywy inwazji islamu dzikiego, antycywilizacyjnego i okrutnego - inwazji w wersji hard.
Pozostaje nam jedynie modlić się, aby z dwojga złego została zrealizowana wersja soft.
Ale do kogo? Jeszcze do Boga Ojca, czy już do Allacha?


OBÓZ ŚWIĘTYCH
Autor: Raspail Jean
Przekład: Marian Miszalski
Wydawca: Klub Książki Katolickiej’2005/Fronda’2015
ISBN: 838-84-81622/ 978-83-64095-42-9

WYSPA KRYM
Autor: Wasilij Aksionow
Przekład: Maria Putrament
Wydawca: Amber’2001
ISBN: 837-24-56305

ULEGŁOŚĆ
Autor: Michel Houellebecq
Przekład: Beata Geppert
Wydawca: WAB’2015
ISBN 97883280-2120-4

____________________________________

http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/wywiady/kontrwywiad/news-awdiejew-czuje-potworny-wstyd-w-ro
sji-modla-sie-do-ikon-z-pu,nId,1353498?f=l&filter=4

Podpis: 

tsole 11-09-2015
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sprawca (fragment IV) Sprawca (fragment III) Sprawca (fragment II)
Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa. Fragment III. Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e
Sponsorowane: 85Sponsorowane: 80
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 75

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2022 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.