https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
30

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 53

  Życie w ciemnościach, zielenią tętni.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W styczniu nagrodą jest książka
Piąta kobieta
Henning Mankell
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 53

Życie w ciemnościach, zielenią tętni.

Kraina Niekończącej się Bajki -cz.II. rozdział VII

Pajacyk zagryzł wargi, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo Las Umarłych go zaskoczył. Gęsiej skórki na drewnianym grzbiecie nie brakowało.

Hagan - Wyjście w mrok

Pierwsze fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda.

Hagan - Ciało bez kości

Drugie fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Kolejne pojawi się niebawem. (Prolog w opowiadaniu Wyjście w mrok)

Kraina Niekończącej się Bajki - cz.II. roz. VIII

— Pajacu! Duchy! Krążą wokół nas, szukają dziury, by się tu dostać. Popatrz, jestem biały jak prześcieradło — wyszeptał bez tchu.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Bliskie spotkania

Chodźmy...

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
991
użytkowników.

Gości:
990
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 80460

80460

SREBRNY KLUCZYK

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
17-03-19

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantastyka/-/-
Rozmiar
36 kb
Czytane
1964
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
17-04-05

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: lunatyk Podpis: lunatyk
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Kiedyś, dawno, wrzuciłam tu jeden swój tekst ("Pustelnik i Kalia"). A dziś przypomniało mi się, że dwa czy trzy lata temu napisałam do tamtego tekstu sequel. Nie wiem, czy udany. Ale jego miejsce też jest tutaj.

Opublikowany w:

SREBRNY KLUCZYK

I

Toja siedzi na ławce w parku. Jest ciepły, wiosenny wieczór. W powietrzu czuć zapach młodych liści. Szelest. Ktoś się za nią porusza. Toja nie może się odwrócić, żeby sprawdzić, kto to. Ogarnął ją dziwny paraliż, niemożność wykonania jakiegokolwiek ruchu. Strach, to nic więcej, tylko paraliżujący strach, nie, to nie jest możliwe, żeby strach do tego stopnia sparaliżował wiedźmę. Nie byle wiedźmę, Toję. Jest ciemno. W parku odbywa się przedstawienie i wszystkie światła są skierowane na scenę. Jakiś psychopata morduje młode kobiety. Właściwie Toja dobrze nie widzi, nie słyszy wyraźnie, ale z jakiegoś powodu wie, że to właśnie odbywa się na scenie. I wie, że będzie następna. Po prostu wie. To ma związek z tym szelestem, ruchem za nią w mroku. Jego oddechem na jej szyi. Taki jest scenariusz tej sztuki, i ona, na którymś tam poziomie świadomości została o tym poinformowana i na którymś tam poziomie świadomości się na to zgodziła. Nie, ona wcale tego nie chce, żadna zdrowa na umyśle osoba tego nie chce, po prostu oznajmiono jej, że taką dostała rolę, i jedyne, co teraz może zrobić, to ją dobrze odegrać. Nie, wcale jej się ta rola nie podoba, ale nie ma to najmniejszego znaczenia, ponieważ nie może tak po prostu wstać z tej ławki i odejść. Jej wola jest sparaliżowana. Czy na pewno? A może wcale nie, może po prostu zwyczajnie dała się wciągnąć. Może spektakl zafascynował ją do tego stopnia, że nie może odejść, nie obejrzawszy go do końca. Nawet jeżeli zna już zakończenie. Nawet jeżeli tym zakończeniem jest jej własna, najrzeczywistsza w świecie śmierć.
Siada na łóżku i przeciera oczy. Znowu ten sam idiotyczny sen. Za pierwszym razem go zignorowała, za drugim też, to już trzeci. To jednak niezbyt miła perspektywa, śnić coś takiego do końca życia. Może ktoś próbuje nawiązać z nią kontakt, może warto przyjrzeć się temu uważniej? Tylko czemu się tu przyglądać? Od czego zacząć? Może od dobrej kawy?
Idąc po kawę przegląda się w opartym o ścianę, zakurzonym lustrze. Strąki długich, czarnych włosów, na twarzy trzy poprzeczne blizny. Ciemne oczy. Rozmasowuje twarz. Lubi dotykać swoich blizn, to pamiątka po walce. Zwycięskiej walce. Kalia, jej przyjaciółka i słynna uzdrowicielka, proponowała, że pomoże jej się ich pozbyć. Ale Toja się nie zgodziła. Blizny są chlubą wojownika. A te mają dla niej znaczenie osobiste - przypominają jej, zawsze i wszędzie, o wrogu, który próbował zabić ją i bliskie jej osoby i którego pokonała. Na zawsze.
Zapala pochodnie. Wyciąga z półek wszystkie księgi, rękopisy, zwoje, notatki, które mówią o snach, zanosi je na środek komnaty, ustawia w wysokie słupki. Przejrzawszy wszystkie regały, przechodzi do kolejnych pokoi.
Toja mieszka w olbrzymim, opuszczonym zamku. Zamek stoi w samym sercu północnych lasów, nie wiedzie do niego żadna droga i nigdy nie dotarł tu żaden człowiek. To magiczne miejsce, coś w rodzaju olbrzymiej biblioteki, pełnej starych rękopisów, kurzu i pajęczyn. Jedynym towarzyszem wiedźmy jest Kai, olbrzymi czarny wilk, który niegdyś był człowiekiem. Za długo jednak przebywał w wilczej skórze i gdy Toja go odnalazła, było już za późno, by mogła bezpiecznie przywrócić mu ludzką postać. Kai jest bratem Toi, kiedy wiedźma się uśmiecha, można dostrzec, że i jej zęby przypominają nieco wilcze kły. Ale rzadko przybiera postać wilczycy. Woli nie ryzykować. Tym bardziej, że nie jest to zmiana tylko fizyczna - zwłaszcza kiedy jest naprawdę wściekła, czuje, że jej umysł opanowuje jakiś obcy umysł i że transformacja jest blisko. Zwykle udaje jej się powstrzymać - aż za dobrze zdaje sobie sprawę, jak trudno może być powrócić potem do ludzkiej postaci.
Wieczór zapada szybko. A wraz z nim przybywa Kalia, która mimo dzielącej je odległości wyczuła, że jest potrzebna. Kalia to dawna wychowanica Toi, obecnie słynna uzdrowicielka. W przeciwieństwie do swojej byłej opiekunki na mieszkanie wybrała sobie ciepłe, nadmorskie południe. Ma kasztanowe włosy, jasną cerę, i lubi amarantowy kolor. Wiedźmy łączy specyficzna więź, to Toja odnalazła Kalię, wyzwoliła ze smutnego życia, jakie było jej przeznaczone i zrobiła z niej wiedźmę. Każda wiedźma tylko raz może podzielić się mocą. Dlatego długo szuka odpowiedniej osoby, wiedząc, że będzie z nią związana już na zawsze; Toja szukała Kalii kilkanaście lat.
Obu wiedźmom służą latające węże, potężne stworzenia pochodzące ze starszego niż nasz świata. Choć „służą” to nie jest odpowiednie określenie. Pewnego dnia pojawiają się przy nich nie wiadomo skąd, i odtąd już zawsze im towarzyszą, chyba że… właśnie, pewnego dnia mogą nie wiadomo gdzie zniknąć. Bez słowa wyjaśnienia. „Duch wieje, gdzie chce” jak napisano w jednym ze starożytnych rękopisów. Potem rękopis ten dostał się w ręce ludzi, którzy swoim zwyczajem przepisali go na nowo (oni wszystko zawsze przepisują, a zwłaszcza to, czego nie są w stanie zrozumieć), zupełnie przy tym wypaczając jego przesłanie. Strzeżenie starożytnych pism przed zachłannymi ludzkimi dłońmi to jedno z najważniejszych zadań wiedźm. Straszne rzeczy mogłyby się wydarzyć, gdy moc zapisanych w nich słów niepowołani wykorzystaliby do własnych celów.
Przez większość czasu węże pozostają uśpione, owinięte wokół bioder, szyi, ramienia lub nadgarstka wiedźmy, ze skrzydłami przyrośniętymi do boków. Niewprawne oko łatwo może je wziąć za coś w rodzaju dziwacznej, okultystycznej biżuterii. Budzą się, kiedy jest to potrzebne, najczęściej żeby przenieść wiedźmę w inne miejsce, dużo szybciej i wygodniej niż wszelkie znane środki transportu. Mogą również pomagać im w magiczny sposób, choć ta magia pozostaje dla nas często niezauważalna, pochodzi przecież z innego świata. Już sama obecność węża wlewa w „jego” wiedźmę siłę i spokój.

Tej nocy przyjaciółki spały razem. I może to właśnie dzięki temu Toi udało się spojrzeć na rozgrywającą się w parku scenę z boku. Pierwszym, co rzuciło jej się w oczy, była ta dziewczyna w zielonej sukni, rudowłosa. Tchnienie mordercy na jej szyi i przesuwający się z tyłu cień. Wiedźmy obudził Kai, który wskoczył na łóżko i zaczął wściekle warczeć.
Kalia nie widziała snu, ale mogła go odczytać bezpośrednio z myśli Toi. Uwagę wiedźm zwrócił dziwny krój sukni nieznanej dziewczyny, który przywiódł im na myśl renesansową modę.
- Przypomnij sobie, Toja, znasz jakąś historię o wiedźmach, wiążącą się jakoś z renesansem?
- Dlaczego myślisz, że to jest wiedźma?
- Sama powiedziałaś, że wydaje ci się, że ona próbuje się z tobą skontaktować!
- No i?
- A kto inny mógłby?
Cała Kalia. Czasem przypomina Toi bezradne, zagubione i jakże naiwne dziecko. Może dlatego, że taką ją wtedy, kilkanaście lat temu, po raz pierwszy zobaczyła. A Kalia, choć dzięki własnym zdolnościom dawno już zdobyła uznanie i sławę, ciągle w oczach Toi szuka odpowiedzi, ciągle patrzy na nią jak na swoją mistrzynię i opiekunkę.
- Pomyśl Kalia, kto inny mógłby próbować się ze mną skontaktować?
- Hmm, właściwie jest bardzo dużo możliwości. Ale kluczem jest renesans, czuję to.
Toja wzdycha. Wstaje. Zapala pochodnie. Znowu przemierza wszystkie komnaty zamku, tym razem metodycznie wyciągając z półek wszelkie księgi i manuskrypty mające jakikolwiek związek z epoką renesansu. Obok starych słupków wyrastają nowe, jeszcze większe. To dlatego, że wiedźm było w tej epoce dużo więcej.
- I co teraz? Przestudiowanie tego wszystkiego zajmie nam dobre klika lat.
- Hmm, może więc oddzielmy te, które mają związek i ze snami i z renesansem.

II

Tak im minął dzień. Na szukaniu informacji, przeglądaniu ksiąg. Przestawianiu ich z miejsca na miejsce. Ustawianiu nowych słupków i rozdzielaniu starych na części, Kalia nastawała na to, aby wziąć też pod uwagę wszystkie pozycje mogące mieć coś wspólnego z przedstawieniami na otwartym powietrzu. I z zielonym kolorem. I z wiosną. Wszystko mogło mieć znaczenie. Toja tylko zgrzytała zębami słysząc te kolejne wymysły. Ale ponieważ nie przychodziło jej nic lepszego do głowy, posłusznie wypełniała polecenia swojej wychowanicy. W duchu zazdrościła Kajowi, który swoim zwyczajem wybrał się na polowanie. Wrócił wieczorem, z ciepłym jeszcze kawałem łosiowego mięsa w zakrwawionej paszczy. Toja z radością oderwała się od ksiąg, żeby przygotować posiłek. Nie wierzyła, że uda im się w tak banalny sposób znaleźć rozwiązanie zagadki, fartem otwierając odpowiednią księgę na odpowiedniej stronie. I to akurat dziś.
Następnej nocy sen oczywiście znowu się przyśnił, ale Toja zauważyła nowy szczegół - czarną tasiemkę na szyi dziewczyny, a na niej mały, srebrny kluczyk. Był tam wcześniej, czy go nie było? Znowu poczuła na swojej szyi oddech mordercy, ale to do rudowłosej, nie do niej, zbliżył się cień, wyciągnął rękę i poprowadził na scenę. Ułożył ją w skrzyni z otworami na nogi i głowę, takiej jak te używane w przedstawieniach magików. Zatrzasnął wieko, przez chwilę mocował się z zardzewiałym mechanizmem zamka, potem wyprostował się i wyrzucił klucz za siebie. Podniósł piłę. Skąd się u licha wzięła w renesansie mechaniczna piła?!!! przyszło na myśl wiedźmie, ale już za chwilę sparaliżował ją strach. Wiedziała, że tym razem to nie jest żadna iluzjonistyczna sztuczka, że jeśli nic nie zrobi, to się stanie naprawdę. Ale czy nie na tym właśnie polega ten trick, żeby wszystkich nabrać? Każda osoba na widowni, nawet ta najbardziej racjonalna, ta, która nigdy przenigdy by się do tego nie przyznała, przez chwilę, przez króciutki ułamek sekundy wierzy, że jest świadkiem morderstwa, a potem zmartwychwstania, że na jej oczach dokonuje się taniec życia i śmierci, misterium, a właściwie jego parodia. Ale nie tym razem. Tym razem to się stanie naprawdę. Tym razem jest odwrotnie, to nawiązanie do starego tricku jest próbą oszustwa. Skąd Toja to wie? Po prostu wie, na tym polega bycie wiedźmą, że się wie, stąd pochodzi to słowo, wiedźma po prostu wie, i nie ma żadnego znaczenia skąd.
- Klucz!!!!! - drze się Toja z całych sił, i ten krzyk ją budzi, ale, kiedy siada na łóżku, uświadamia sobie, że z jej ust wydobywa się tylko niewyraźny szept. Kalia siedzi obok niej, uważnie patrzy. Toja czuje, że tej nocy już nie zaśnie. Siada do swoich rękopisów, nie do tych, które poprzedniego dnia pracowicie porządkowała w nikomu niepotrzebnych słupkach, siada do przerwanej przez serię snów pracy. Jej uszy wypełniają znajome i jakże niespodziewanie przyjazne, jakże ciepłe szepty w starożytnych, dawno wymarłych językach. Nieżyjące od tysięcy lat wiedźmy otulają ją plątaniną przez nikogo już chyba prócz niej nierozumianych słów, niesłyszanych od wieków dźwięków, kołyszą. Burza myśli w jej głowie powoli się ucisza. Wstępuje w nią dziwna pewność. Zasypia.

Znowu jest w tym parku, po raz drugi tej nocy. Siedzi na ławce i z wysiłkiem wpatruje się w scenę. Obraz jest zamazany, niewyraźny. Na szyi czuje tchnienie mordercy, ale nie zwraca na to najmniejszej uwagi. Rudowłosa zamknięta w skrzyni i on podnoszący mechaniczną piłę. Ze skrzyni cieknie woda, pojawia się pies, który zaczyna ją zlizywać, to nie pies, to wielki czarny wilk, Kai. Kai podnosi łeb i zaczyna warczeć. Cicho Kajuś, cicho, nie budź, nie przeszkadzaj, szepce wiedźma. Zastyga w bezruchu uniesiona ręka z piłą. Ale Toja wie, że to nie wilk przestraszył mordercę. Ona, która jeszcze chwilę wcześniej nie mogła dostrzec wyraźnie, rozróżnić konturów poruszających się na scenie postaci, widzi teraz jakby znajdowała się tuż przy niej, pionową, wężową źrenicę. Hipnotyzujące spojrzenie smoka. Spojrzenie zamkniętej w skrzyni rudowłosej. Uświadamia sobie, że to właśnie to spojrzenie również ją paraliżuje. Że jeśli nie wstanie, jeśli nic nie zrobi, to to wszystko tak będzie trwać, wiecznie. W zawieszeniu. To wszystko się zatrzyma. I będą tak trwać, jak unieruchomiony na zawsze żywy obraz: morderca, jego ofiara i ona, widz.
Przez chwilę myśli o swoim wężu, łagodnie opasującym jej biodra. Czy on też został zahipnotyzowany? Nie, to niemożliwe, to byłoby śmieszne. Dlaczego więc się nie budzi, dlaczego nie staje w jej obronie? Odpowiedź może być tylko jedna: dlatego, że wie, że wiedźma sama da sobie radę.
Wyrywa się spod władzy smoczego spojrzenia. Wstaje. Wchodzi na scenę. Wyjmuje piłę z rąk psychopaty, bez trudu przecina nią zamek skrzyni. Zdejmuje kluczyk z szyi rudowłosej. Bez słowa. Odwraca się. Idzie do zamku. Jej kroki, ich odgłos w pustych korytarzach. Znajduje i otwiera te drzwi. Jeden po drugim wyciąga trupy kobiet. Wlecze je do parku. Grzebie. Potem spokojnie wraca na miejsce spektaklu. Wie, że aktorzy będą trwać w pozach, w których ich pozostawiła, on z uniesionymi w górę rękoma, ona wpatrzona w niego swoim wężowym wzrokiem, żywa lecz nieruchoma w otwartej skrzyni. Podnosi psychopatę. Jest twardy i sztywny jak kawałek drewna, ale nie daje się omamić złudzeniu. Niesie go do tej komnaty, w której składował zwłoki swoich ofiar, i zamyka. Znowu wraca. Kluczyk chowa do kieszeni. Na skrzyni siedzi średniej wielkości smok. Ma zielone skrzydła i rząd rudych kolców, ciągnący się od czubka głowy po ogon. Wyciąga łeb w jej stronę. Toja patrzy prosto prosto w jego ślepia, nie poddając się hipnozie. 
- Kim jesteś? - pyta.

Toja siedzi w modnej kawiarni naprzeciw modnie ubranej rudowłosej. U jej nóg spokojnie leży Kai. Wiedźma rozgląda się przez chwilę, napotykając kilka niekoniecznie przyjaznych spojrzeń. Dziwnie musi tu wyglądać w swoim starym, powyciąganym ubraniu, z włosami zwisającymi w strąkach, pozlepianymi strzępami starych pajęczyn. O bliznach nie wspominając. Rudowłosa w modnej zielonej sukience otacza wymanikiurowanymi palcami przezroczysty pucharek z trójkolorową latte. Uśmiecha się, niby przyjaźnie, tak naprawdę uważnie obserwując każdy ruch wiedźmy. Przed Toją staje kelnerka.
- Mamy zakaz wprowadzania psów do lokalu.
Wiedźma przez chwilę patrzy na nią zdziwiona:
- To ich nie wprowadzajcie.
- Proszę wyprowadzić psa.
- To nie jest pies - odpowiada spokojnie Toja. - To jest wilk. I nie, nie wyprowadzę go.
- W takim razie proszę o opuszczenie lokalu.
- A ja proszę o przyniesienie mi kawy. Podwójne espresso, podwójne mleko i kilka kropel syropu karmelowego - wiedźma odwraca się od kelnerki i przerzuca wzrok na rudowłosą, z zagadkowym uśmiechem obserwującą zajście.
- Jeśli natychmiast nie opuści pani lokalu lub nie wyprowadzi… zwierzęcia będziemy zmuszeni wezwać policję - dobiega z boku głos kelnerki.
- A wzywajcie sobie, nawet samego papieża - Toja nie patrzy w jej stronę. Patrzy na rudą. Po co ją tu zaciągnęła?
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie - rzuca krótko odchylając się lekko w fotelu.
- Chciałam to zrobić w bardziej… odpowiednim miejscu.
Toja, która dużo lepiej czuła się w wiosennym parku, obok własnoręcznie zakopanych zwłok kilkunastu młodych kobiet i psychopaty zamkniętego w jednej z komnat renesansowej rezydencji, nie komentuje. Czuje, że coś tu jest nie tak, że toczy się tu jakaś dziwna gra, ale nie widzi powodu, aby dać to po sobie poznać.
- Skoro to miejsce jest dla ciebie bardziej odpowiednie - słucham.

III

Na imię mi Olena. Pochodzę z ubogiej rodziny. Ojciec odszedł, zanim się urodziłam, pewnie zresztą wcale nie byli z matką razem, choć ona nigdy by się to tego nie przyznała. Od najmłodszych lat z zawiścią patrzyłam na te dzieci, które mają więcej niż ja. Zabawek, ubrań, rodziców, dziadków, dobrych rzeczy do jedzenia. Postanowiłam sobie, że jak tylko trochę podrosnę, zmienię to, przy pierwszej sposobności. Nauka przychodziła mi łatwo, i na początku możliwość zmiany upatrywałam właśnie w tym, w swoich zdolnościach, wykształceniu, ciężkiej pracy, wysokim stanowisku. Interesowałam się tylko dobrze płatnymi zawodami, miałam nawet specjalny notes, w którym zapisywałam wszystkie za i przeciw poszczególnych profesji. Pod względem zarobków oczywiście. Zachłannie pochłaniałam życiorysy najbogatszych ludzi świata. Zwłaszcza tych, którzy, tak jak ja, wywodzili się z nizin.
Byłam zdolna, pracowita i zdeterminowana, i pewnie osiągnęłabym bez trudu postawiony sobie cel, gdyby nie seria niby zwykłych zdarzeń, które jednak wywarły na mnie olbrzymi wpływ. Pierwsze z nich miało miejsce kiedy miałam 13 lat, moja matka wyszła wtedy powtórnie za mąż. Mój ojczym nie był nikim szczególnym, no ale miał w miarę dobrą pracę, stabilne zarobki i zażyło się nam wszystkim dużo lepiej. Matka wkrótce urodziła mu syna i całą swoją uwagę poświęciła odtąd nowemu dziecku. Miałam wrażenie, że najbardziej by chciała, żeby coś mi się stało, żebym umarła albo przynajmniej w jakiś magiczny sposób zniknęła z domu. Chciała zacząć życie od nowa, i moja obecność była dla niej nie tylko zbędna, ale wręcz szkodliwa, bo przypominała o tym, co było przedtem, o kompletnej porażce, którą było dla niej urodzenie nieślubnego dziecka (czyli mnie, oczywiście) i związane z tym wyrzeczenie się jej przez rodzinę. W jakiś tam sposób to naturalnie przeżyłam, ale nie specjalnie. Nigdy nie byłam przesadnie uczuciowa czy sentymentalna. Dużo większe wrażenie wywarło na mnie coś zupełnie innego.
Mimo że zupełnie nie po dziecięcemu byłam od najmłodszych lat gorącą wyznawczynią praktycznego materializmu, byłam również wciąż jeszcze małą dziewczynką i niespecjalnie rozumiałam się na męsko-damskich sprawach, dlatego na początku nie przywiązywałam wagi do pewnych zachowań mojego ojczyma, które w bardziej doświadczonej kobiecie od razu wzbudziłyby czujność. Co takiego robił? Nic specjalnego, jak mi się na początku (naprawdę!) wydawało. Na przykład wchodził do łazienki i przyglądał mi się, kiedy się czesałam lub malowałam. Dawał mi drobne upominki albo niewielkie sumy pieniędzy, starając się robić to w tajemnicy przed matką, co akurat, biorąc pod uwagę nasze niełatwe relacje, było mi na rękę. Kilka razy otarł się o mnie, jakby przypadkiem, w drzwiach. Nie był głupi, niespiesznie, choć konsekwentnie rozbudzał moją seksualność, nie rzucając się na mnie jak jakiś wygłodzony młodzik, lecz czerpiąc przyjemność z samego dążenia do celu. Ja też nie byłam głupia, i kiedy tylko zorientowałam się o co chodzi, od razu zaczęłam kombinować, jak mogłabym wykorzystać swoje nowe moce w dążeniu do własnego celu.
Ten ojczym, on nic dla mnie nie znaczył, był czymś w rodzaju worka treningowego. Krok po kroku uczyłam się swojej nad nim władzy, teraz to ja ocierałam się o niego w drzwiach, a kilka chwil później, kiedy pod nieobecność matki zaglądał do mojego pokoju, rzucałam mu w twarz te kilka marnych banknotów, które usiłował mi wepchnąć i prowokacyjnie ubrana wychodziłam z domu. Szłam najczęściej do biblioteki, nie porzuciłam jeszcze wtedy zupełnie myśli o zdobyciu świata nauką i ciężką pracą, ale on przecież nie musiał o tym wiedzieć. Następnym razem przynosił więcej pieniędzy, czasami wystarczająco dużo, abym mogła zaakceptować tę sumę. Założyłam sobie konto i oszczędzałam, w sekrecie oczywiście. Traktowałam te ciężko zapracowane pieniądze jak kapitał, który kiedyś może się okazać bardzo potrzebny. I bacznie rozglądałam się za lepszym celem niż mój nieszczęsny ojczym. Zdawałam sobie oczywiście sprawę, że nie ja jedna wpadłam na pomysł poprawienia swojej pozycji społecznej przy pomocy umiejętnie wykorzystanych kobiecych powabów, że mam dużą konkurencję. Tak nauczyłam się nienawidzić innych kobiet, choć… chyba to jednak moja matka odegrała najważniejszą rolę w kształtowaniu się tego uczucia. Jej niechęć do mnie, traktowanie mnie jak ciężar, balast, jej pogarda dla mnie, jako niechcianego dziecka z niepełnej rodziny, choć byłam przecież jej własnym dzieckiem. Jej zwierzęcość, tak bym to nazwała, kiedy w ciąży żarła bez opamiętania kiszone ogórki, a potem kiedy bez żadnego zażenowania wyciągała przy mnie tę swoją napuchniętą, obwisłą pierś, żeby ją wepchnąć legalnemu” tym razem, rozwrzeszczanemu bachorowi. Jej nieumiejętnie skrywana za maską poświęcenia interesowność.
Pewnego dnia stało się, co się prędzej czy później musiało stać, z jakiegoś powodu wróciła wcześniej do domu i zastała mnie w niedwuznacznej sytuacji z ojczymem. Wyrzuciła mnie z domu, a jemu, cóż, przekalkulowała sobie, że jemu bardziej się jednak opłaca przebaczyć. Zdaje się, że wytrzymał z nią jeszcze dwa lata, choć dobrze nie wiem, nie interesował mnie ich los.
Nie wylądowałam jednak na ulicy. Miałam przecież skrupulatnie przez kilka lat gromadzony kapitał. No i spory bagaż doświadczeń. Szybko się zebrałam, wyprowadziłam do innego miasta. Byłam wtedy studentką, miałam 21 lat. Niedługo później spotkałam jego. Idealnie spełniałam jego wymagania, byłam młoda, samotna, piękna, nie utrzymywałam kontaktu z rodziną. Nikt nie dowiedziałby się o moim zniknięciu, jakby co. No i leciałam na pieniądze, a tych miał pod dostatkiem. W swojej naiwności wyobrażałam sobie, że nie on mnie, a ja jego złapałam na wędkę. Najważniejsza lekcja była wciąż jeszcze przede mną.
Wkrótce zamieszkaliśmy razem, w jego otoczonej parkiem willi za miastem. Po mistrzowsku odrestaurowanej renesansowej rezydencji. Miał fioła na punkcie tej epoki, mnie też często przebierał w renesansowe suknie, szyte na miarę przez specjalizującą się w modzie tej epoki doktorantkę Akademii Sztuk Pięknych, której płacił jakieś grosze. Tak naprawdę nie był żadnym znawcą sztuki, tylko zwykłym snobem z pieniędzmi, egocentrykiem z zawyżoną samooceną, ale było to dla mnie zupełnie nieważne.
Przez jakiś czas żyłam sobie wygodnie i kombinowałam, jakby tutaj zyskać prawa do jego majątku, bo pozycja utrzymanki, chociażby najdroższej, nie mogła zaspokoić moich ambicji. Konsultowałam się z prawnikami, kiedy wyjeżdżał, niestrudzenie grzebałam w jego dokumentach. Jego rodzice i żona od kilku lat nie żyli, żadnych informacji o rodzeństwie nie znalazłam, o dzieciach też nie. Idealna sytuacja. Z radości zacierałam ręce. Gdyby się ze mną ożenił, a potem nagle umarł, najlepiej podczas jednej ze swoich służbowych podróży. Miał dużą nadwagę, może atak serca? Piękny scenariusz. I jak najbardziej wykonalny. Z drugiej strony jednak, korporacja, której był właścicielem, przynosiła olbrzymie zyski i postanowiłam najpierw trochę się od niego poduczyć, z pierwszej ręki poznać zagadnienia związane z jej zarządzaniem, jak najgruntowniej i możliwie w najkrótszym czasie. Zmieniłam profil studiów i zaczęłam rozważać, jakiej metody użyć, by najskuteczniej i najszybciej zmusić go do współpracy. Ku mojemu zdziwieniu pomysł mojego udziału w kierowaniu firmą wcale go nie zachwycił, raczej rozśmieszył. Oczywiście docenił moją chęć pełniejszego uczestnictwa w jego życiu, ale okazało się, że ma już przygotowaną dla mnie rolę, choć niekoniecznie taką, jaką sobie zaplanowałam. Miałam urodzić mu dziecko, syna. Tego ode mnie chciał. Oniemiałam.
Na początku rozśmieszyła własna naiwność. Pięćdziesięciokilkuletni mężczyzna, bez żadnej rodziny, bez więzi, jakże mogłam się nie domyślić, że chodzi właśnie o to. Że chciał mieć swojego następcę, swojego Igorka juniorka. I szukał do tego młodej, niebrzydkiej, w miarę inteligentnej i bez rodzinnych zobowiązań, będąc bowiem człowiekiem zamożnym nie chciał brać sobie na głowę żadnych babć, cioć, wujków, całej tej hałastry. Chciał syna - całego dla siebie, do kształtowania na swój obraz i podobieństwo. Na potrzebę chwili zaakceptowałam tę sytuację, dziecka w razie czego pozbyć się nie jest trudno, a z drugiej strony łatwo można je zmanipulować i wykorzystać jako cennego sprzymierzeńca. No i odłożyłam tabletki.
I nic. Los spłatał mi figla, po kilku miesiącach bezowocnych starań o potomka okazało się, że jestem bezpłodna. Oczywiście mu o tym nie powiedziałam. Choć widziałam, że chyba czegoś się domyśla, a przynajmniej że się trochę niecierpliwi. Jeszcze raz przemyślałam swoją sytuację. Wreszcie do mnie dotarło, że to nie ja jego, lecz on mnie złapał na wędkę i że najwyższy czas odwrócić role, zamiast brnąć dalej w ten cały bezsens. Jednak nie przy pomocy moich kobiecych wdzięków, o nie. Wiedziałam, że jego pragnienie posiadania męskiego potomka było dużo silniejsze niż zwiotczałe żądze, których zaspokajanie było, jak mi się dotąd zdawało, moim jedynym zadaniem. Było dla mnie jasne, że jeśli nie spełnię jego oczekiwań, bez skrupułów znajdzie sobie inną. W takiej konfiguracji próba zmuszenia go do małżeństwa byłaby samobójstwem. Doprowadzało mnie to do wściekłości.
Ja, ja, z moją ciężką pracą, z moją determinacją, z moim jasno wyznaczonym celem dałam się zapędzić w kozi róg, przez dobry rok obsługując obleśnego, brzuchatego dziada, do którego poza obrzydzeniem powoli zaczynałam czuć najczystszą i najprawdziwszą w świecie nienawiść. Pragnęłam odtąd czegoś więcej niż tylko jego pieniędzy. Pragnęłam zemsty. Nawet bardziej niż tych pieniędzy, które już od dawna przeliczałam w bezsenne noce, jak inni liczą owce czy barany. Czułam je wszystkie w moich palcach, każdy banknot, każdą monetę. A teraz on mi je zabrał, wszystkiego mnie pozbawił. Wszystkiego co powinno być, co już było MOJE. Złapał na wędkę, jak pierwszą lepszą zieloną kozę. Opamiętałam się jednak i obmyśliłam plan.
Wiedziałam, że kiedy dowie się, że nie mogę mieć dzieci, będzie szukał innej. Wiedziałam, jak ważna jest dla niego dyskrecja. Wiedziałam o nim wszystko, czego potrzebuje, na co zwraca uwagę, co lubi. Znałam go od podszewki i znałam też kobiety. Wiedziałam, gdzie szukać dla niego idealnej kandydatki. Opanowałam się więc, wyznałam mu, że jestem bezpłodna i zaproponowałam usługę. Naturalnie za odpowiednią opłatą, ale tym razem pieniądze były tylko pretekstem, przykrywką dla mojego prawdziwego motywu. Wiedział, że jestem chciwa, i dlatego tak łatwo dał się omamić.
A ja? Wybierałam tylko takie panienki, które były niezdolne do tego, żeby zdecydowanie się mnie pozbyć, wyrzucić z domu. Wybierałam takie, które potrzebowały mentorki, opiekunki, matki, trochę zagubione, zastraszone, naiwne. On miał swoje wymagania, ja miałam swoje, o których on nie musiał wiedzieć. Wreszcie byłam górą. Przekonałam go, że będzie potrzebna pomoc, kiedy urodzi się dziecko. Pomoc dyskretna i umiejętna, moja pomoc. Przecież nie wiadomo, czy w młodej matce nie obudzi się ten tak zwany macierzyński instynkt czy inny biologiczny zew, czy nie będzie sobie zbyt dużo wyobrażać, czy nie stanie się problemem, czy nie okaże się zbyt zachłanna lub zaborcza. Może trzeba się jej będzie pozbyć? Może najlepiej byłoby od razu się jej pozbyć, i oddać ten skarb, to dziecko, w zaufane ręce. Moje, oczywiście. Subtelnie, pokrętnie zasiewałam w nim ziarna tej i podobnych obaw, uzależniałam go od siebie, oplątywałam moją siecią. Coraz bardziej mi ufał, coraz trudniej mu się było beze mnie obejść, a o to mi właśnie chodziło.
Widzę, że wcale cię nie zdziwiło, że powiedziałam „panienki”. Przecież wystarczyłaby jedna. Tak, oczywiście, ale każda z nich, w jednym lub innym pięknym momencie, obowiązkowo kiedy ciąża była już widoczna, a nierzadko całkiem niedługo przed rozwiązaniem, znikała w tajemniczy sposób. Byłam naprawdę dobra, udało mi się go tak oszukać kilkanaście razy, trzynaście czy czternaście, nie pamiętam, nie prowadziłam dokładnego rachunku, ty chyba też nie, prawda? Drzwi do tego pokoiku są magiczne, nie widział ich, choć niewykluczone, że czuł zapach… Ty mogłaś je dostrzec, bo jesteś wiedźmą. W końcu jednak zaczął się czegoś domyślać, choć dopiero to dzięki tobie odkrył dzisiaj całą prawdę. Wreszcie, po tylu latach, dostrzegł mnie i ocenił, zapałał do mnie uczuciem, choć nie była to oczywiście miłość. Raczej odbicie tego, czym ja przez cały ten czas darzyłam jego. Nienawidzi mnie, ściga wszędzie, i ze wszystkich sił pragnie unicestwić, zamordować, ale nie może. Nie może się również ode mnie uwolnić. Podobnie jak ja, poczuł namiętność silniejszą niż ta, której do tej pory się oddawał, silniejszą niż chciwość, silniejszą niż pragnienie posiadania dziecka, najsilniejszą ze wszystkich namiętności - nienawiść i pragnienie zemsty.

IV

- Mówiłaś wcześniej, że chciałaś go zabić, dlaczego więc tego nie zrobiłaś, jesteś przecież smokiem?
- Zwykłą jaszczurką w porównaniu z tym, którego nosisz owiniętego wokół talii.
- Wiesz, o czym mówię.
- Właśnie w ten sposób się nim stajesz. Ludzie mówią, że chciwość jest najważniejszą cechą smoka, ale sama chciwość nie wystarczy, żeby obudzić w sobie jednego z nich. Na jej bazie musi wykiełkować, a potem osiągnąć odpowiednie natężenie nienawiść i pragnienie zemsty. Musisz się im oddać, całkowicie poświęcić się na ich ołtarzu. Potem to już nie ty decydujesz, lecz on decyduje za ciebie. Transformacja dokonuje się nie tylko w ciele, ale i w umyśle. Przede wszystkim w umyśle. Wiesz coś o tym, prawda? Do swojej dawnej cielesnej postaci mogę wrócić w dowolnym momencie, ale to tylko pozory. Dawną sobą nie będę już nigdy.
Toja uważnie patrzyła w oczy smoczycy. Nie kłamała. Ale po co ją tu ściągnęła, po co opowiedziałą jej całą tę historię? Przecież nie żeby prosić o pomoc.
- Kontynuuj - rzuciła, widząc, że jej rozmówczyni zamilkła.
- Niewiele pozostało do opowiedzenia. Pytasz, dlaczego go nie zabiłam - ja już nie chcę, żeby on umarł, nie chcę jego pieniędzy, smoczy umysł pozwolił mi zrozumieć, że one od początku były MOJE, że wszystkie pieniądze świata zawsze były, są i będą MOJE. Nie chcę więc żeby umarł, ale nie dlatego, że mu wybaczyłam, o nie, smoki nie wybaczają nigdy. Moim jedynym pragnieniem jest nieprzerwanie, w każdej sekundzie, zadawać mu ból, największy jaki może znieść, największy jak to możliwe - smoczyca uśmiechnęła się i wypielęgnowaną dłonią poprawiła rude loki.
- A więc torturujesz go?
- Tortura. Śmieszne słowo. Kojarzy się z metalowymi szczypcami, hiszpańskimi butami, wyrywaniem paznokci. Dobre dla niedorozwiniętych sadystów. Największą torturą dla niego, najstraszniejszą katuszą jest moja ciągła obecność, to, że codziennie, każdego dnia musi na mnie patrzeć, widzi mnie i nie może zadać mi bólu, nie może mnie dosięgnąć. Czasami go podpuszczam, pozwalam mu się zbliżyć, czuję na swojej skórze jego podniecenie, jego oddech, zemsta jest tuż, tuż, już prawie czuje jej smak, smak mojej krwi na języku i w ostatnim momencie…
- Nie musisz kontynuować, zdaje się, że mi to zademonstrowałaś. Inna rzecz mnie bardziej interesuje. Dlaczego mnie ściągnęłaś, po co jestem ci potrzebna?
- Ha! Wiedziałam, że w końcu dojdziemy do tego punktu. Nie ma dobrego spektaklu bez widzów. Bez tych, którzy lubią albo nie lubią, opowiadają się po jednej albo drugiej stronie, plują na siebie wzajemnie albo bronią lub atakują razem z nami. Komentują. Poświęcają nam cząstkę swojej uwagi, cząstkę siebie, zachęcają do walki. Jesteś moim człowiekiem już przez samo to, że dajesz się wciągnąć, nieważne po której stronie się opowiadasz. Swoją energią napędzasz nasze mechanizmy, dajesz nam swoją świeżą siłę, swoją cząstkę nienawiści, zemsty, strachu. Kłęby ciemnych uczuć wirują wokół nas jak płatki śniegu podczas gdy tańczymy swój odwieczny taniec. Tak, dobrze to zrozumiałaś, jesteś dla nas tylko dekoracją, ale my, smoki, kochamy dekoracje, nie potrafimy się bez nich obejść. Poza tym… przez całe dzieciństwo pozostawałam w cieniu innych, nie myśl, że bycie na piedestale nie sprawia mi teraz przyjemności. Bycie tą, której zazdroszczą, której nienawidzą i którą skrycie podziwiają. Tą, której się brzydzą, na którą nie mogą patrzeć i od której nie mogą oderwać oczu.
- Ale mnie to wszystko nie interesuje, pomyliłaś się, to nie jest mój świat - Toja wstała i odwróciła się w stronę wyjścia.
- Jeszcze jedno - usłyszała za sobą szept, czy może syk. Smoczyca nadal się uśmiechała, wcale nie zbita z tropu jej uwagą. - Masz coś, co należy do mnie.
- Co takiego?
- Klucz.
- Po co ci on?
- Usiądź, to ci powiem.
Toja posłusznie usiadła. Wiedziała, że to podstęp, że zbyt łatwo dała się zatrzymać. Ale mimo wszystko chciała wiedzieć. Hipnoza?
- Wypuszczę go, oczywiście. A potem będziemy kontynuować nasz taniec. Pełniejszy teraz dzięki temu, że zostawiłaś w nim cząstkę siebie, że się wmieszałaś. Będziemy wciągać w niego coraz więcej i więcej ludzi, cały świat - mówiła zamawiając kolejną kawę, jakby planowała zostać tu jeszcze długo.
- O ile świat da się wciągnąć - roześmiała się Toja i rzuciła jej klucz. - Łap!
- Nie będziesz próbowała mnie powstrzymać?
- Chyba sobie żartujesz! Już ci powiedziałam, że mnie to nie interesuje.
Toja spokojnie odwróciła się od stolika i skierowała w stronę wyjścia. Kai podniósł się ciężko i poczłapał za nią. Zielony smok rozrósł się do gigantycznych rozmiarów, rozpostarł skrzydła, rozbijając ściany budynku, wściekle zaryczał. Poderwał się do lotu. Spod jego skrzydła wypadł malutki srebrny przedmiot, klucz. Do niczego mu tak naprawdę niepotrzebny. Po chwili dołączył do niego drugi smok, czarny, ze srebrnymi łuskami na łbie i stalowym połyskiem w ślepiach i oba monstra rozpoczęły okrutną walkę czy raczej potworny taniec. Padały budynki, wylatywały w powietrze szpitale i szkoły, ginęły masy mężczyzn, kobiet i dzieci. Pokojowo do tej pory nastawieni względem siebie ludzie rzucali się na siebie i zabijali we wściekłym szale. O granice państw, o demokrację, o złotą wolność, o karpia na świąteczny stół. O więcej rzeczy. O dostęp do dóbr. O zasoby. O prawa człowieka. A przede wszystkim, dlatego że za długo byli w cieniu, byli w tle i nagle poczuli, że ktoś, coś, daje im siłę, daje im prawo, żeby to wszystko zmienić. Że ktoś sankcjonuje ich pielęgnowane dotąd w ukryciu rozgoryczenia, frustracje, nienawiść i pragnienie zemsty.
Wiedźma stała jak urzeczona, wpatrując się w to dziwne widowisko. Nagle poczuła na ręku czyjś dotyk.
Siedziała znowu przy kawiarnianym stoliku, a naprzeciw siebie zamiast smoczycy zobaczyła uśmiechniętą twarz Kalii. Zupełnie inaczej uśmiechniętą. Właściwie zapomniała już, że można się tak uśmiechać. Kelnerka właśnie przyniosła zamówioną dawno kawę. Kai mruknął i poruszył się przez sen, co sprawiło, że uroniła kilka kropel. Przyjaciółka machnęła kasztanową grzywą wskazując parę przy sąsiednim stoliku. Około pięćdziesięcioletni mężczyzna, ze sporą nadwagą, choć poza tym nieźle zakonserwowany i młoda dziewczyna, na oko dwudziestka, w modnej zielonej sukience, zalotnie obejmująca wypielęgnowanymi dłońmi pucharek z trójkolorową latte. Na pierwszy rzut oka flirtowali i śmiali się beztrosko, on ze wszystkich sił starał się pokazać, że mimo wieku i nadwagi jest w doskonałej formie, dowcipny, wesoły, inteligentny, ona niewiele mówiła, od czasu do czasu pomrukiwała tylko zmysłowo.
- Zgubiłam się już. To ciągle sen, czy rzeczywistość? - zapytała zdezorientowana i jakby trochę zmęczona Toja.
- Kogo to obchodzi - wzruszyła ramionami Kalia. - Całkiem nieźle udało jej się wszystko zapętlić, ale odczekamy chwilę i poziomy same wrócą na miejsca - dodała uspokajająco. - Najważniejsze, że wygrałaś.
- Co wygrałam?
- Jak to co? Nie dałaś się wciągnąć.
- A, to… zawsze to samo - Toja westchnęła głęboko. - Jesteśmy wiedźmami - rozpoczęła swój klasyczny już, na pamięć wyuczony przez Kalię monolog. - Służą nam latające węże. Istoty obdarzone niezwykłą mądrością, pochodzące ze świata starszego niż nasz, być może najstarszego ze wszystkich światów. Czy naprawdę nie zasługujemy na jakąś lepszą opowieść?
- Olbrzymy? - ze śmiechem zasugerowała Kalia.
- Czarodzieje - podchwyciła Toja.
- Zaklęci rycerze?
- Księżniczki.
- Złote rybki.
- Smoki.
- Tojka, przecież właśnie walczyłaś ze smokiem!
- Et, jaki smok, taka walka… Sama siebie nazwała zwykłą jaszczurką. Grzebałam tylko trupy. I seryjny morderca, czy raczej morderczyni zaoferowała mi rolę w swoim amatorskim teatrzyku. A mój wąż nie uznał za stosowne mrugnąć okiem, żeby mi pomóc…
- Za to czuję, że teraz chętnie się zbudzi, żeby zanieść cię do domu na zasłużony odpoczynek. Po tych trupach i mordercach co powiesz na zmianę klimatu? Odwiedziny w mojej nadmorskiej willi? Upalne słońce, ciepłe, turkusowe morze? Nocne kąpiele w blasku księżyca? Przygotuję trochę wzmacniających naparów, czuję, że jakaś depresja cię dopada, za dużo czasu wśród zakurzonych ksiąg na zimnej i ciemnej północy.
- Dobrze, ale na niedługo. Kai potrzebuje do szczęścia tych właśnie zimnych i mrocznych północnych lasów. A ja nie potrafię być szczęśliwa, jeśli on nie jest.

Podpis: 

lunatyk styczeń 2015
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Kraina Niekończącej się Bajki -cz.II. rozdział VII Hagan - Wyjście w mrok Hagan - Ciało bez kości
Pajacyk zagryzł wargi, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo Las Umarłych go zaskoczył. Gęsiej skórki na drewnianym grzbiecie nie brakowało. Pierwsze fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Drugie fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Kolejne pojawi się niebawem. (Prolog w opowiadaniu Wyjście w mrok)
Sponsorowane: 25Sponsorowane: 20
Auto płaci: 20
Sponsorowane: 20
Auto płaci: 20

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2022 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.