https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
81

Listy do M

Autor płaci:
100

  Dawno tu nie byłem...  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W październiku nagrodą jest książka
Wielki Gatsby
Francis Scott Fitzgerard
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Listy do M

Dawno tu nie byłem...

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Taedium vitae

Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?

Dom Przemian

Nie pozostaje mi nic innego, jak żywić nadzieję, że wrócę, by czytać dalej. Dobranoc — wyszeptałam, wychodząc do innego życia.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Bliskie spotkania

Chodźmy...

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1330
użytkowników.

Gości:
1330
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81500

81500

Zdrowie na budowie!

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
21-06-04

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Biografia/Historia/Inne
Rozmiar
12 kb
Czytane
211
Głosy
1
Ocena
5.00

Zmiany
21-06-04

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Marian Podpis: Marian
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Opowieść o Polakach w Niemczech.

Opublikowany w:

Zdrowie na budowie!

Ludzie jeżdżą na Zachód zrywać jabłka, zbierać truskawki lub pracować na budowach. Ludzie jeżdżą, to chyba mógłbym i ja. Ledwo się w mojej głowie zalęgnął ten pomysł, a już jego realizacja niespodziewanie sama spadła z nieba.
– Czy nie pojechałbyś do Niemiec jako tłumacz? – zadzwonił któregoś dnia kolega. – Znam firmę, która prowadzi tam budowy. Ja będę kierownikiem jednej z nich, ale nie znam niemieckiego.
Nie namyślałem się długo i za kilka dni pojechaliśmy do siedziby wspomnianej firmy, gdzie przyjął nas jej właściciel o posturze beczułki.
– Zaraz sprawdzę, czy pan zna niemiecki – powiedział do mnie na przywitanie. – To jest umowa po niemiecku. Niech pan ją przetłumaczy. Ja wszystko wiem, co tam jest napisane – ostrzegł i podał mi kilka zadrukowanych kartek.
Umowa zaczynała się typowo: „Düsseldorf, dnia..., spisana pomiędzy...” . Nim doszedłem do tłumaczenia konkretów, grubasek był już zadowolony.
– Widzę, że język pan zna, więc pan pojedzie – zdecydował. – Tam jest niemiecki majster, który pilnuje roboty, a pan z kolegą będziecie pilnować jego, żeby mnie nie kantował. Tamte szwaby mnie oszukują. Jak w umowie jest napisane, że za daną robotę ma być dwa tysiące marek, to oni płacą tylko półtora tysiąca. Stale wymyślają jakieś korekty. Kantują mnie i już!
– A może w umowie jest tak napisane? – zapytałem.
– No to sprawdzicie tę umowę i poinformujecie mnie – zakończył.
– Pan wie, że na pracę w Niemczech potrzebne jest zezwolenie? Czy pan je załatwi? – zapytałem..
– Jasne! Przynieś mi pan tylko paszport. Załatwimy wszystko – odpowiedział.
W ustalonym dniu stawiliśmy się z kolegą w punkcie, skąd autobus zabierał pracowników wyjeżdżających do Niemiec. Byli to ludzie z okolicznych wsi, przyuczeni do budowlanki w zawodówkach lub przez ojców przy budowach swoich domów. Prawie wszyscy pracowali już w Niemczech, niejeden nawet w tej firmie i mieli zagraniczne obycie budowlane.
Usadowiliśmy się w autobusie, szef rozdawał paszporty i zagadywał nas familiarnie:
– No jak, chłopaki? Flaszki na drogę macie? A coś do przepicia też?
Odpowiedział mu potwierdzający pomruk.
Obejrzałem mój paszport, ale nie znalazłem w nim zezwolenia na pracę.
– Gdzie jest zezwolenie? – zapytałem szefa.
– Nie zdążyliśmy załatwić, ale zrobimy to w Kolonii. Nich się pan nie martwi – odpowiedział.
Mimo, że wiedziałem, na jakie kłopoty się narażam, postanowiłem jechać, bo naiwnie wierzyłem, że zezwolenie zostanie załatwione w Niemczech.
Autobus ruszył i butelki z wódką też poszły w ruch.
– To pon bedzie nosym kieruwnikiem? – zagadnął mnie sąsiad i podsunął kieliszek.
– Ja nie, tylko on – pokazałem na kolegę i wypiłem co mi nalano. – Ja będę tłumaczem.
– No! Ponie kieruwniku! Nopijcie się! – zawołał sąsiad do kolegi i nalał mu od serca.
Kolega wypił zachowując twarz prawdziwego budowlańca.
Po ciężkiej nocy, skacowani dotarliśmy na naszą budowę, która była prawie w centrum Düsseldorfu. Zakwaterowanie mieliśmy w starym budynku w jej pobliżu. Ściany w pokojach były odrapane, łóżka piętrowe, kuchnia i łazienka zdewastowane, ale jakoś mieszkać było można.
Od jutra miałem zacząć współpracę z niemieckim majstrem i wypadałoby mi znać jego nazwisko.
– Jak nazywa się ten niemiecki majster? – zapytałem jednego z weteranów budowy.
– Otta – odpowiedział.
Choć to nazwisko brzmiało mało niemiecko, to nie dopytywałem o nic więcej.
– Dzień dobry panie Otta! – powitałem go nazajutrz.
– Lothar! Nazywam się Lothar – usłyszałem w odpowiedzi.
Majster był trochę starszy ode mnie, zwalisty i nie bardzo przejmował się pracą. Co rano, przy mojej pomocy rozdzielał roboty, a potem szliśmy do jego baraczku. Miał tam w lodówce wódkę i dzień zaczynał od kielicha na „umycie zębów”.
– Jak się u was mówi przy takiej okazji? – zapytał kiedyś.
– Zdrowie na budowie! – odpowiedziałem.
– Zdhowi na budowi! Tak? – wydukał.
– Tak – pochwaliłem jego zdolności językowe.
Lothar zużywał w ciągu dnia na mycie zębów prawie całą butelkę, a po pracy jechał samochodem około czterdzieści kilometrów do domu. Tak było codziennie i aż dziw, że policja jeszcze go nie złapała. Poza tym był w porządku. Pilnował roboty nie czepiając się drobiazgów, załatwiał co trzeba, a w wolnych chwilach przysypiał w swoim baraczku. Był alkoholikiem i obawiałem się, że dłuższe przebywanie z nim doprowadzi mnie do tego samego.
Żeby tego uniknąć, po porannych rozprowadzeniach uciekałem do naszej kwatery, gdzie razem z kolegą sprawdzaliśmy tamtą nieszczęsną umowę, w wyniku której Niemcy podobno nas kantowali. Czytaliśmy ją zdanie po zdaniu i prędko odkryliśmy, że była źle przetłumaczona. Tak źle, że sposób rozliczania robót był inaczej zapisany w niemieckim oryginale niż w polskim tłumaczeniu. Po kilku dniach zadzwoniłem do szefa i powiedziałem mu o tym.
– Ja tego tłumacza zabiję! – usłyszałem jego sapanie. – Czy jest pan pewny, że tłumaczenie jest złe? Może to pan źle tłumaczy?
– Według mnie jest złe – uciąłem. – Może pan dać je do sprawdzenie jeszcze komuś innemu.
– To pilnujcie, żeby chociaż obmiary dobrze robili – odpowiedział. – Ja niedługo przyjadę do Niemiec, to będę załatwiał aneks do niej.
W czasie rozmowy nie wspomniał o moim zezwoleniu na pracę, a ja też zapomniałem go o nie zapytać. Jego brak bardzo mnie niepokoił, mimo to postanowiłem poczekać do pierwszej pensji. Pieniądze przywiózł zastępca szefa, ale wypłacił mi tylko połowę należności.
– Kiedy dostanę resztę? – upomniałem się.
– Jak tylko dostaniemy to, co Niemcy są nam winni – odpowiedział i wyszedł.
– Chyba za klika dni wyjadę, bo mi nie płacą – powiedziałem Lotharowi jeszcze tego samego dnia.
– Za kilka dni wyjedziecie wszyscy, bo nam inwestor też jest winien pieniądze i chyba przerwiemy roboty – odpowiedział.
Tak się też stało i po tygodniu byliśmy już w Polsce.
Za dwa tygodnie zadzwonił do mnie szef firmy. Powiedział, że prace wznowiono i że mam jechać do Niemiec.
– Nie otrzymałem całej wypłaty. Pojadę po otrzymaniu reszty pieniędzy – powiedziałem twardo.
– Skąd ja panu wezmę marki? Nie dostałem jeszcze z Niemiec pieniędzy – odpowiedział.
– Niech pan kupi w kantorze – upierałem się.
– No dobra. Proszę być w niedzielę przy autobusie – zakończył..
W niedzielę przy autobusie znowu spotkała się cała załoga. Właściciel firmy znowu zapytał pracowników o flaszki na drogę, a ja zapytałem go o pieniądze.
– Dostanie pan w Niemczech – zbył mnie.
– No to nie jadę – opowiedziałem.
– To nie jedź pan! – warknął i wyskoczył z autobusu.
Za nim wyskoczyłem ja i wróciłem do domu
Po kilku dniach zadzwoniła sekretarka z wiadomością, że pieniądze dla mnie są. Powiedziała też, że szef chciałby, bym pojechał na budowę. Odbierając zaległą wypłatę, zapytałem o zezwolenie na pracę. Sekretarka nic o nim nie wiedziała, a na domiar złego własciciel wyjechał na kilka dni.
Zaryzykowałem jeszcze raz, wsiadłem w auto i pojechałem do Düsseldorfu.
– Wszelki duch Pana Boga chwali! – przywitał mnie Lothar. – Byłem pewny, że już nie przyjedziesz. Dostałeś swoje pieniądze?
– Dostałem – odpowiedziałem.
– Fajnie! – ucieszył się. – No to przepłuczmy zęby i chodźmy na budowę.
Wypiliśmy po dwa kieliszki i resztę dnia spędziliśmy na rusztowaniach.
Nasza firma prowadziła też drugą budowę w pobliskim Bergisch Gladbach, gdzie urzędował wiceszef z drugim tłumaczem. Któregoś dnia przyjechali do Düsseldorfu i zarządzili:
– My musimy na kilka dni wyjechać do Polski. Niech pan zaraz jedzie do Bergisch Gladbach, bo tam tłumacz jest bardziej potrzebny niż tu.
Spakowałem trochę rzeczy i poszedłem zawiadomić Lothara, że przez kilka dni mnie nie będzie.
– Ty już tu nie wrócisz – powiedział. – Do widzenia i powodzenia.
Wieczorem byłem już w Bergisch Gladbach i następnego rana zgłosiłem się do tamtejszego majstra. Płukania zębów nie było i od raz poszliśmy na rusztowania.
O dziesiątej zeszliśmy na przerwę śniadaniową i w tej samej chwili na budowę weszła policja. Fachowo zablokowała radiowozami wszystkie bramy i dziury w płocie, a trzej mundurowi i jeden cywil przyszli do baraku, gdzie pracownicy jedli śniadanie.
– Kto tu mówi po niemiecku? – zapytał cywil.
– Ja. Jestem tu tłumaczem – odpowiedziałem.
– Niech pracownicy przyniosą swoje paszporty – zakomenderował. – I niech nie próbują uciekać, bo cały teren jest obstawiony – dodał.
Stół, przy którym pracownicy dopiero co zaczęli jeść śniadanie, został zmieniony w miejsce urzędowania niemieckich władz. Zasiadł za nim cywil, który był z urzędu pracy i jeden z policjantów, pozostali dwaj mundurowi stanęli w drzwiach.
– Niech ludzie podchodzą tu kolejno z paszportami, a pan będzie tłumaczył – powiedział cywil.
Robotnicy podchodzili jak baranki na rzeź, a urzędnicy pytali o nazwiska, zawody i czas pobytu na budowie. Cywil zapisywał wszystko w swoim kapowniku, a policjant sprawdzał zezwolenia na pracę. Paszporty w których ich nie było, lądowały w jego teczce.
Ja też nie miałem zezwolenia, ale na razie przepytywani byli inni. Stałem więc obok stołu, powtarzałem nazwiska, zawody i daty, a mój mózg gorączkowo szukał odpowiedzi na pytanie: co teraz będzie? Niestety, odpowiedź była tylko jedna: zabiorą paszport, wbiją do niego miśka, czyli zakaz wjazdu do Niemiec i każą natychmiast wyjechać. Rugałem sam siebie w duchu za moją głupotę, naiwność i pazerność na pieniądze.
Podszedł ostatni robotnik, podał swoje dane i jego paszport też trafił do policyjnej teczki.
– Czy to już wszyscy? – zapytał policjant.
– Wszyscy – odpowiedziałem automatycznie i wtedy do mnie dotarło, że o mnie zapomniano.
Może to niemieckie poczucie porządku nie dopuściło do urzędniczych umysłów podejrzenia, że tłumacz może nie mieć zezwolenia, a może był to tylko szczęśliwy dla mnie przypadek. Tak czy inaczej, byłem uratowany i raz na zawsze oduczony pracy na czarno.
– Zatrzymane paszporty będą do odebrania za trzy godziny na posterunku, a ich posiadacze muszą w ciągu doby opuścić Republikę Federalną. Reszta może wracać do pracy. Do widzenia – zakończył urzędowo policjant.
Załoga została przetrzebiona prawie do połowy, a reszta nie wiedziała, co ma robić. Zniknął też gdzieś niemiecki majster.
– Tu niedaleko jest bar, do którego on chodzi na piwo – poradził brygadzista.
Poszedłem tam i znalazłem Niemca już dobrze wstawionego.
– Róbcie, co chcecie – powiedział. – Ja już tam dzisiaj nie wracam. Przez was będę miał kłopoty i może nawet wylecę z pracy – dodał i wychylił kolejnego sznapsa.
Po powrocie na budowę powiedziałem pracownikom, że ja też już do pracy nie wracam i pojechałem do Düsseldorfu.
Lothar był jeszcze na budowie, więc opowiedziałem mu, co się stało w Bergisch Gladbach.
– A mówiłem, że już nie wrócisz – powiedział. – W takim razie jutro policja będzie też tutaj – dodał i zaklął siarczyście.
Strach padł na pracowników w Düsseldorfie, bo większość z nich też nie miała zezwoleń na pracę. Jedni chcieli od razu wyjeżdżać, inni radzili poczekać do powrotu kierownika, a wszyscy pytali mnie o radę.
– Róbcie, co chcecie – powiedziałem. – Ja zaraz wyjeżdżam, bo drugi raz już mi się nie upiecze.
Po całonocnej jeździe dotarłem szczęśliwie do domu i zaraz zadzwoniłem do właściciela firmy.
– Co tam słychać w Bergisch Gladbach? – zapytał.
– Jestem już w Polsce, bo wczoraj policja przetrzepała budowę. Pański zastępca na pewno się tego spodziewał i specjalnie mnie wystawił! – krzyknąłem w słuchawkę.
– No, co pan? – usłyszałem w odpowiedzi, ale w jego głosie nie było ani nutki zaskoczenia.
– Jutro przyjeżdżam po pieniądze, a jak ich nie będzie, to wszystko zgłaszam na policję – powiedziałem i rzuciłem słuchawkę.
Nazajutrz sekretarka miała dla mnie przygotowane pieniądze, natomiast szefa nie było, bo starym zwyczajem wyjechał właśnie na kilka dni.

Podpis: 

Marian 2016
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sprawca (fragment III) Sprawca (fragment II) Sprawca (fragment)
Fragment III. Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e
Sponsorowane: 80
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 75Sponsorowane: 70

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2021 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.