https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
80

Sprawca (fragment III)

Autor płaci:
100

  Fragment III.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W październiku nagrodą jest książka
Wielki Gatsby
Francis Scott Fitzgerard
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Taedium vitae

Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?

Trudna miłość

Początkowo wszystkie myśli skupiają się na miłości. Później miłość skupia się na myślach.

Żywoty równoległe

Czy aby poznać tę miłość, musiało się to wszystko wydarzyć.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Bliskie spotkania

Chodźmy...

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
936
użytkowników.

Gości:
936
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81532

81532

RĘKA SPRAWIEDLIWOŚCI

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
21-08-18

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Duchy/Filozofia/Horror
Rozmiar
23 kb
Czytane
205
Głosy
1
Ocena
5.00

Zmiany
21-08-23

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Brenin Podpis: Brenin
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Ręka sprawiedliwości pozdrawia pozbawionych empatii. Zapatrzonych w siebie i zgorzkniałych. Tych, którzy nie dostrzegają możliwości, że ich decyzje mogą mieć wpływ na innych. To opowieść o biznesmenie, człowieku sukcesu, który próbuje uporać się z

Opublikowany w:

RĘKA SPRAWIEDLIWOŚCI

- Czy mogę jeszcze w czymś pomóc?
Mężczyzna w białym kitlu siedzący po drugiej stronie biurka nerwowo pstrykał długopisem. Jego szare, powiększone przez grube szkło okularów oczy rzucały krótkie, niecierpliwe spojrzenia.
- Coś jeszcze? – dopytywał.
Cyk, cyk… cyk, cyk… cyk, cyk.
- Jeśli chciałby pan…
Mężczyzna z naprzeciwka podniósł rękę. Był pewny, że ten znerwicowany człowiek gotów byłby policzkować go kolejnymi pytaniami bez końca.
- Nie, to wszystko – powiedział pomimo narastającej w nim złości.
Pan Molina w ostatniej chwili ugryzł się w język. Do powiedzenia miał znacznie więcej, ale wiedział, że powiedzenie całej prawdy, spowodowałoby jedynie to, że musiałby poszukać sobie nowego terapeuty. Jedną z ostatnich rzeczy jakich pragnął, było wtajemniczanie kolejnej osoby w sferę swoich problemów.
- Dobrze, bardzo dobrze, wyśmienicie – ucieszył się mężczyzna w kitlu, zrywając się z krzesła. – Proszę tylko pamiętać, o czym dziś rozmawialiśmy. Proszę nie wypierać tych wspomnień, niech one przepłyną przez pańską jaźń. Panta rhei, wszystko płynie, proszę pamiętać.
W kilku drobnych, szybkich kroczkach podszedł do swojego pacjenta i położył mu dłoń na ramieniu.
- Niech się pan nie martwi. Doskonale rozumiem pańskie obiekcje, co do mojego pomysłu, ale to naprawdę pomaga. W innym wypadku… - zawiesił głos. – W innym wypadku trzeba będzie skorzystać z pomocy farmakologicznej, a to nie leży już w zakresie moich kompetencji, jak pan wie.
Zrobił dłuższą pauzę i wymownie spojrzał na zegar. Wskazówki pokazywały, że czas wizyty pana Moliny dobiegł końca.
Terapeuta miał rację, jego pacjent nie wierzył w ten pomysł. Prowadzenie pamiętnika, dziennika, notatnika, czy jakkolwiek inaczej nazwać, to co miał prowadzić, wydawało mu się zajęciem dobrym dla nastolatki, ale nie dla dorosłego człowieka. W jego mniemaniu pisanie i rozdrapywanie koszmarów przeszłości nie było sposobem rozwiązywania problemów. Oczekiwał bardziej konkretnych metod.
- Widzimy się za tydzień – zakończył wizytę terapeuta.
Mężczyzna przytaknął bez słowa, uścisnął wyciągniętą w jego stronę dłoń i wyszedł z gabinetu.
Pan Molina był zły. Uczucie to potęgowało się z każdym krokiem, oddalającym go od wpływu znerwicowanego człowieczka.
Chwycił kurtkę i wyszedł na klatkę schodową, całkowicie ignorując pozdrowienie kobiety z recepcji.
- Cholerni złodzieje – warknął pod nosem, gdy zamknęły się za nim drzwi.
Przekonanie to było głównym powodem frustracji mężczyzny. Pan Molina uważał bowiem, że nie ma problemów, których nie dałoby się rozwiązać pieniędzmi. Im więcej coś kosztowało, tym skuteczniej i szybciej powinno przynosić efekt. Tymczasem terapia była niebotycznie droga, jednak nie przynosiła wymiernych korzyści. Co prawda czuł się lepiej niż kilka tygodni wcześniej, ale po takim czasie oczekiwał całkowitego uzdrowienia.
Był w połowie schodów, gdy klatkę wypełnił odgłos zamykanych drzwi wejściowych. Pan Molina przystanął w półkroku.
Wielokrotnie prosił, żeby umawiać mu wizyty w sposób gwarantujący anonimowość i nie narażający go na spotkanie z przypadkowymi osobami.
Nasłuchiwał. Napięty do granic możliwości trwał w zalewie białego światła spływającego ze złoconych żyrandoli, w otoczeniu mozaikowej szachownicy na ścianie, gotowy w każdej chwili zawrócić na górę.
Niczego więcej jednak nie usłyszał.
- Cholerni złodzieje – powtórzył pod nosem i ruszył biegiem na dół.

Padało. Pan Molina z kurtką naciągniętą na głowę przebiegł przez ulicę i skrył się w aucie.
- Jak było? – usłyszał, ledwie poczuł na plecach ciepłe oparcie swojego Mercedesa.
Kobieta siedziała na siedzeniu pasażera. Jej twarz tonęła w białym świetle smartfona.
- W porządku.
- Jest poprawa? – dopytywała, nie odrywając wzroku od ekranu.
Była rzeczowa. W jej głosie nie było słychać troski, a jedynie beznamiętną potrzebę pozyskania najświeższych informacji.
Pan Molina nie pamiętał już, dlaczego się z nią ożenił. Relacje międzyludzkie jakie nawiązywał, traktował jako rodzaj inwestycji. Nie kierował się przekonaniami czy ideami, nie opowiadał się po żadnej ze stron konfliktów. Pamiętając o zasadzie dywersyfikacji szafował sympatią między wszystkich, którzy mogli zapewnić mu korzyści, nawet gdy osoby te stały we wzajemnej opozycji.
Ilekroć jednak myślał o swojej żonie utwierdzał się w przekonaniu, że dokonał właściwego wyboru. Pani Molina znała swe miejsce – była żoną, nie partnerką. Nie wychodziła przed szereg, zgadzała się z mężem i zadowalała się pozorami szczęśliwego związku. Mężczyzna nie był pewny, czy było to wynikiem zalet jej charakteru, czy kwestią intercyzy, którą podpisali na początku wspólnej drogi.
- Tak, jest zdecydowanie lepiej. Wkrótce powinniśmy skończyć.
- Dobrze – podsumowała.
- Dobrze – powtórzył pod nosem pan Molina.
Nie widział potrzeby, by mówić cokolwiek więcej. Uważał, że w życiu podobnie, jak
w biznesie ważne są tylko te informacje, które chciał przekazać. Nie te, które mógł lub powinien. W taki sposób budowało się pożądany wizerunek.
Pan Molina był człowiekiem biznesu w dosłownym tego słowa znaczeniu. Był nie tylko przedsiębiorcą, prezesem i coachem – był ucieleśnieniem idei korporacyjnych. Według jego przekonań, zasady, które sprawdzały się w prowadzeniu firmy można było przełożyć także na życie prywatne. Człowiek bowiem był spółką – myśli, słów i czynów. Wystarczyło znaleźć odpowiedni klucz do zarządzania nimi wszystkimi.
Już w młodości Piotr Molina pojął, że najważniejszy w życiu jest rozrachunek końcowy. Podejmując jakąkolwiek decyzję należało określić ryzyka, wybrać sposób działania, a także wskazać termin realizacji przedsięwzięcia. Miało to usprawnić starania zmierzające do osiągnięcia zysku. Zysk bowiem był jedyną prawdziwą wartością.

- Paskudna pogoda – warknął po kilkunastu minutach jazdy.
Jesienne niebo przesłonięte gęstą wstęgą chmur wisiało ciężko nad ziemią. Porywiste podmuchy wiatru podpowiadały, że deszcz bębniący leniwie o dach może wkrótce zmienić się w gwałtowną ulewę.
- Sąsiedzi chcą, żebyśmy odwiedzili ich w ten weekend – rzuciła pani Molina, ignorując jego wcześniejszą uwagę.
Mówiła dalej, ale mąż jej nie słuchał. Pochylony nad kierownicą, wytężał wzrok.
- Cholera! – zaklął, gwałtownie wciskając hamulec.
Jedynie pasy uratowały skórzaną deskę rozdzielczą Mercedesa przed udekorowaniem jej wizerunkiem pani Moliny.
Kobieta wrzasnęła i pierwszy raz od początku podróży oderwała wzrok od smartfona. Jej naświetlone oczy błądziły pośród ciemności.
Auto sunęło jeszcze kilka metrów po nawierzchni pokrytej zmokłymi liśćmi,
by w końcu się zatrzymać.
- Przejazd – bąknął kierowca.
Półmrok, siąpiący deszcz i gęstniejąca mgła sprawiły, że pan Molina dopiero w ostatniej chwili dostrzegł migające światła przejazdu kolejowego. W pierwszym odruchu chciał docisnąć pedał gazu, by przemknąć pod opadającym szlabanem jednak wstrzymał się, nie chcąc podejmować zbędnego ryzyka.
Tymczasem kierowca auta dostawczego, które jechało za nim, nie miał takich obiekcji. Zmienił pas i przemknął obok samochodu pana Moliny. Wjeżdżając na przejazd trącił plandeką szlaban, który zatrząsł się, zamigotał i zamarł w powietrzu.
- Wariat – zawyrokował pan Molina, odprowadzając wzrokiem auto.
Te podskoczyło na torach, odbiło w prawo i minęło drugi ze szlabanów. Gdy zjeżdżało z przejazdu pan Molina dostrzegł logo wymalowane na tyle plandeki i poczuł gniotący ból w klatce piersiowej.
- Tylko nie to – jęknął głucho.
Było już jednak za późno. Miał kolejny atak.

Tamtego ranka pan Molina wyrwał się z objęć koszmaru nagłym szarpnięciem. Tonął już w słupie białego światła i głośnych trzaskach, gdy udało mu się otworzyć oczy.
Przedział wypełniało jednostajne stukanie pociągu. Za oknem migał wiosenny pejzaż, muśnięty szarością porannej mgły.
W pierwszej chwili poczuł ból pleców i karku. Jego ciało zastygłe od kilku godzin
w jednej pozycji wołało o jakąkolwiek formę ruchu. Przeciągnął się i ziewnął głośno, nie bacząc na pozostałych współpasażerów.
Gdy ostatnie resztki sennych majaków zniknęły z jego powiek uśmiechnął się do siebie. Doświadczenia kilku ostatnich dni były satysfakcjonujące. Jego zaspokojone ego nie zwracało nawet uwagi na niedogodności podróży.
Pan Molina wracał z delegacji, w czasie której dokonał wizytacji oddziałów zarządzanej przez niego firmy. Podróż taka stanowiła coroczną tradycję i mężczyzna oddawał jej się z czystą przyjemnością.
Pozornie chodziło o zweryfikowanie, czy poszczególne filie pracują zgodnie ze standardami wyznaczonymi przez centralę. Przez kilka dni pan Molina wysłuchiwał sprawozdań i prezentacji. Weryfikował raporty i dokumenty, przyglądał się pracy wybranych osób, prosił o wymyślne zestawienia, sprawdzał wskaźniki, prowadził rozmowy. W jego żargonie, był zarobiony.
W gruncie rzeczy było to jednak przedstawienie. Pan Molina wiedział doskonale,że jednorazowa wizyta w ciągu roku nie zagwarantuje mu kontroli nad poprawnością działań poszczególnych oddziałów. Prowadził regularną, zdalną weryfikację ich pracy, trzymając rękę na pulsie i wykorzystując do tego grono najbliższych współpracowników.
Jego wizyty miały mieć charakter motywacyjny. Pan Molina był bowiem wyznawcą starej szkoły zarządzania.
- Dziel i rządź – mawiał.
Według jego filozofii, aby pracownik funkcjonował w pełnym zakresie swoich możliwości, należało obciążyć go obowiązkami, których realizacja wykraczała poza realność ich wypełnienia. Stwarzało to pole do budowania siły przerobowej opartej na strachu i niepewności. Było to narzędzie mobilizujące, pozwalające na wyciągnięcie z pracownika stu procent jego potencjału.
Pragnieniem pana Moliny było, by jego podwładni wiedzieli, kto posiada realną władzę w firmie. Nie chciał być jedynie wyimaginowanym strachem – bajeczką, której używa się, by zdyscyplinować pracownika. Chciał być realnym niebezpieczeństwem – groźbą niechętnie stosowaną nawet w ostateczności.
Latami pracował na wyrobienie sobie właściwego wizerunku. Jego ulubiona praktyka polegająca na zwalnianiu ludzi nazbyt ambitnych i rzucających się w oczy była skuteczna. Zawsze bowiem znalazł się ktoś, kto wychylał się przed szereg.
Pan Molina mlasnął z zadowoleniem i otworzył laptopa. W czasie ostatniej wizyty, co prawda zwolnił dwie osoby, ale wziąwszy pod uwagę posiadane raporty, uważał, że mógłby dokonać głębszej restrukturyzacji i wypracować większe oszczędności. Pobieżnie przejrzał skrzynkę mailową w poszukiwaniu odpowiednich arkuszy kalkulacyjnych. Gdy nic nie rzuciło mu się w oczy, chwycił za telefon.
- Dzień dobry, panie prezesie! – usłyszał w słuchawce miły głos. – W czym mogę pomóc?
- Posłuchaj… - próbował przypomnieć sobie imię asystentki, ale szybko zrezygnował. – To hiperważne, więc lepiej, żebyś notowała.
Dziewczyna przytaknęła.
- Dwie sprawy. Potrzebuję raport finansowy oddziałów, który został przygotowany na radę nadzorczą. Ten, po ostatnim akcepcie prawników. Tylko prośba, żeby to była ostateczna wersja, a nie tak jak ostatnio – westchnął. – Potrzebuję też spotkania z dyrektorem Mopem, więc wrzuć nam w kalendarze briefing w sprawie raportu na jutro.
Pan Molina nie przejmował się współpasażerami. Rozmawiał głośno i swobodnie, zupełnie jakby był w swoim biurze. Od czasu do czasu zaglądał w twarze tych ludzi, by sprawdzić jakie wrażenia wywołują jego słowa.
- Druga rzecz. Nie otrzymałem jeszcze od marketingowców nowej koncepcji targetowej. Deadline minął. Przypomnij się w moim imieniu.
- Co powiedzieć, jeśli zapytają o termin?
- Asap! Na wczoraj!
- Dobrze, panie prezesie.
- Dzięki – bąknął pan Molina.
Ledwie odłożył telefon, pociąg zahamował gwałtownie. Potężna maszyna przy wtórze przeciągłego, wysokiego pisku sunęła jeszcze przez chwilę po szynach nim zatrzymała się na dobre. Pan Molina zderzył się z dwiema kobietami z naprzeciwka. Zaklął głośno, rozcierając obolałe kolano.
Nagłe zatrzymanie pociągu wywołało zamieszanie. Współpasażerowie pana Moliny wyszli na korytarz. Z satysfakcją obserwował, jak złakniony sensacji tłum kotłował się przy oknach, a później niesiony falą ciekawości przesuwał się ku czołu pociągu. Słychać było przekleństwa i złorzeczenia.
Pan Molina nie był zainteresowany tanimi sensacjami. Nie interesowało go, co się stało, dopóki nie miało to przełożenia na punktualność pociągu. Do stacji docelowej zostało mu niespełna półgodziny drogi. Właściwie był już w domu.
Wyprostował nogi i westchnął z ulgą.
Nie nacieszył się jednak samotnością, bo drzwi przedziału otworzyły się i stanął w nich młody mężczyzna.
- Dzień dobry – przywitał się. – Mógłbym się na chwilę przysiąść? – wskazał na miejsce przy drzwiach.
Pan Molina przeciągnął powłóczystym spojrzeniem po nieznajomym i uśmiechnął się ironicznie. Jego niedbały, acz modny ubiór i przetłuszczone włosy kazały przypuszczać mu, że ma do czynienia z lekkoduchem. Jednym z nowobogackich dzieciaków, któremu wszystko podsuwano na tacy.
- Te miejsca są zajęte.
Nieznajomy rozejrzał się po przedziale.
- Nikogo tu nie ma. Ja tylko na chwilę, na korytarzu jest taki ścisk, że nie można przejść.
Pan Molina wzruszył ramionami.
- To nie moje miejsce, niech pan robi co chce.
Mężczyzna usiadł i oddychał ciężko. Wydawał się nieco zdezorientowany. Pan Molina przyglądał mu się badawczo. Gdy spostrzegł tatuaż na jego dłoni, skrzywił się. Nie przepadał za tego rodzaju nachalnym przykuwaniem uwagi. Jedynie ludzie nie mający nic do zaoferowania imali się tak rozpaczliwych chwytów. Obraz korony drzewa zajmującej cały wierzch dłoni i pnia pnącego się po przedramieniu wydawał się grubą przesadą.
Przypomniał sobie, że zdarzało mu się zwalniać ludzi za mniejsze impertynencje.
- Lubi pan tatuaże? – zapytał mężczyzna, dostrzegłszy spojrzenie pana Moliny.
- Niespecjalnie.
- Ja uwielbiam. To forma wyrażania siebie, możliwość ukazania własnych wartości bez konieczności wypowiadania słów. W przypadku odpowiedniego artysty, nasza skóra staje się dziełem sztuki.
- Tak? – kpił pan Molina. – I co takiego mówi o tobie, to dzieło sztuki? – zapytał, wskazując na dłoń.
- Ten tatuaż ma wiele znaczeń. Chodzi o uzmysłowienie sobie kolei życia, o to,
że przyszłość – korona, opiera się na pniu – teraźniejszości, która swój początek bierze
w przeszłości – korzeniach. To symbol siły i sprawiedliwości. Połączenie tego co przyziemne i realne, z tym co fantastyczne i niemożliwe – zaśmiał się.
- Filozof z pana – skwitował pan Molina.
- Panu się nie zdarza filozofować?
- Ja nie mam na to czasu, pracuję.
Pan Molina miał nadzieję, że ten przytyk będzie na tyle wyraźny i niegrzeczny,
że zakończy dalszą dyskusję.
- Dokąd pan jedzie? – mężczyzna wydawał się niezniechęcony.
- Wysiadam na najbliższej stacji. – Nie krył irytacji w głosie.
- Ja szczerze mówiąc nie wiem, dokąd jadę. Nie wiem, gdzie wysiądę. Podróżował pan tak kiedyś?
Pan Molina powoli przeklinał moment, w którym pociąg się zatrzymał. Nie chciał jednak pozwolić, by emocję wzięły nad nim górę.
- Nie, nie podróżowałem tak nigdy, chłopcze. I szczerze mówiąc nie zamierzam tak podróżować, bo to jawne marnotrawstwo czasu. W życiu chodzi o określanie celów i konsekwentne dążenie do nich.
- Brzmi pan jak mój były szef.
- Wezmę to za komplement.
- Jak pan chce. Chociaż między nami, to kawał chama. Nikt go nie lubił, ale przyznać trzeba, że pieniądze go kochały.
Pan Molina puścił tę uwagę mimo uszu.
- Dobry manager ma zarządzać, a nie być lubiany, o tym należy pamiętać. Tu nie chodzi o wzbudzanie sympatii. Dzięki takim ludziom jak my, setki innych mają pracę. Zarabiają pieniądze i zapewniają byt swoim rodzinom. To coś więcej niż praca, to misja.
- To brzmi naprawdę imponująco. Ale jak zwykle, tylko brzmi, prawda?
- Nie rozumiem…
- Jak zawsze, każdemu chodzi o własny interes. Pan podejmując decyzje kieruje się swoim dobrem, prawda?
- Na moim stanowisku należy się kierować dobrem firmy.
- Bądźmy ze sobą szczerzy, dobro firmy jest pańskim dobrem. To proste, ale nikt nie chce tego przyznać. Wypracowując większe zyski sprawia pan, że wzrasta także wartość pana jako menadżera. Pracownicy są ciągiem zer i jedynek zawartym w raportach. Ostatecznie nie pamięta pan nawet ich twarzy.
Pan Moilna westchnął z bezradnością.
- Nie zrozumiemy się i kontynuowanie tej rozmowy mija się z celem.
- Niech mi pan tylko powie, nie zwolnił pan nigdy nikogo bez konkretnego powodu? Może z osobistych pobudek, jakichś animozji? Nie zgnoił pan nikogo, tylko dlatego, że pan mógł?
- Co to za pomysły?! – wzburzył się pan Molina. – Jak pan śmie! Oczywiście, że nie! Zresztą to niemożliwe, regulują to przepisy prawa pracy. – Zawiesił na chwilę głos. – W relacja z pracownikami najważniejsze jest złapanie odpowiedniego flow. Jeśli pracownik realizuję misję i wizję firmy, jeśli realizuje swoje zadanie w ramach ustalonych wartości to nie mam powodów, żeby go zwalniać.
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko.
- W takim razie nie będę się czepiał. Ja mam inne doświadczenia. Pracowałem w miejscu, w którym zwolnienia traktowano jako narzędzie motywacyjne. Narzucano na ludzi niemożliwe do udźwignięcia oczekiwania. Nawet jeśli praca była wykonana w terminie, znalazł się ktoś, kto dał do zrozumienia, że można było to zrobić lepiej i szybciej. Dziś nikt nie smaga nikogo biczem – to prawda – ale formy znęcania, choć mniej widoczne, nie są wcale mniej szkodliwe. Wielu z moich kolegów i koleżanek miało problemy psychiczne, wielu się załamało i straciło wiarę w siebie, niektórzy chcieli popełnić samobójstwo, niektórzy nawet je popełnili…
Zapanowało niezręczne milczenie.
- Ma pan szczęście, że pan taki nie jest – dodał mężczyzna. – Uważam, że każdego, kto tak traktuje ludzi spotka w końcu zasłużona kara. Sprawiedliwość ich dosięgnie, zawsze dosięga.
Pan Molina nie miał zamiaru tłumaczyć się za wszystkie krzywdy świata. Korporacje były brutalnym miejscem, wiedział to on i powinien wiedzieć to każdy, kto próbował odnaleźć w nich miejsce dla siebie. Tu nie było miejsca dla słabych.
Nim zdążył coś powiedzieć drzwi przedziału otworzyły się ponownie, tym razem stanął w nich jednak konduktor.
- Przepraszam – zaczął bez zbędnej zwłoki. – Miał miejsce wypadek. Pociąg przez kilka godzin nie pojedzie dalej. Zostaliśmy unieruchomieni, ale niech się pan kochany nie denerwuje. Za chwilę zostaną podstawione autokary, którymi będzie można dojechać na najbliższą stację. Tam będzie czekał pociąg zastępczy.
Konduktor rozejrzał się po przedziale.
- Pozostali gdzieś wyszli?
Pan Molina bezradnie rozłożył ręce.
- Niech pan kochany w takim razie zbierze swoje rzeczy i skieruje się do wyjścia. Na zewnątrz będzie czekał policjant. Przedstawi dalsze instrukcje, ja się już nie będę wtrącał.
Konduktor wyszedł i pan Molina zdał sobie sprawę, że po mężczyźnie z tatuażem nie ma śladu. Odetchnął.
W milczeniu zgarnął swoje rzeczy i dołączył do kolumny przesuwającej się wzdłuż korytarza. Po kilku minutach znalazł się na zewnątrz.
Chłodne powietrze poranka uszczypnęło go w twarz. W pośpiechu narzucił na siebie płaszcz i dołączył do osób skupionych wokół policjanta. Mundurowego zarzucono pytaniami, a on purpurowy na twarzy szukał dyplomatycznego wyjścia z sytuacji. W końcu coś powiedział, ale po chwili umilkł i zwiesił głowę, jakby było za późno na cofnięcie popełnionego błędu. Prawdopodobnie powiedział więcej niż powinien, jednak pan Molina stał za daleko, by cokolwiek usłyszeć.
Dopiero kiedy ruszyli wzdłuż nasypu, w kierunku czoła pociągu, dolatywać zaczęły do niego strzępki informacji:
- Tak, rany boskie, to straszne… - lamentowała jakaś kobieta.
- Cicho babo, nie przeżywaj, jakby to było twoje dziecko – skarcił ją mąż.
- Nie, nic nie widać – mówił mężczyzna, którego głowa wystawała ponad maszerującą grupą.
- Taka akcja. – Młoda kobieta gorączkowała się z telefonem przy uchu. – No, skoczył. Normalnie skoczył, nie?
Pan Molina dość szybko połączył poszczególne fakty, ale nie zrobiły one na nim żadnego wrażenia. Ludzie sami kierowali własnym losem, to nie był jego interes. Zerknął ku lokomotywie, przy której kręciło się kilkanaście osób, ale poza czerwonym parawanem i taśmą policyjną nie dostrzegł niczego ciekawego.
W pewnym momencie policjant odbił w lewo i zszedł na polną drogę. W oddali widać już było nadjeżdżające autokary. Pan Molina szedł powoli, ze wzrokiem wbitym w ziemię. Wyróżniał się swoją obojętnością pośród tłumu, który skręcał szyje w nadziei i obawie, że coś zobaczy. Tymczasem to właśnie pan Molina stanął jak wryty, gdy inni poszli dalej. To właśnie pana Molinę pozdrowił kapryśny los.
Na jego drodze, wśród mokrej trawy leżała urwana ręka. Krwawy strzęp sterczał ze stawu łokciowego. Pokryta krwią i błotem przypominała drewniany kikut. Zwrócona wierzchem ku niebu.
Od samego początku krzyk wibrował w gardle pana Moliny, jednak wydobył się na zewnątrz dopiero w momencie, w którym uświadomił sobie, że spod błota i krwi przebija tatuaż drzewa. Dostrzegł koronę pokrywającą dłoń i pień biegnący wzdłuż ramienia, aż do krwawego korzenia.

Choć czas mijał nieubłaganie pan Molina nie mógł pozbyć się owego widoku z głowy. Ilekroć kładł się spać widział pozdrawiającą go rękę. W głowie dudniły mu słowa minionej rozmowy. Nasuwające się pytania pozostawiał niedokończone, jakby w obawie, że na któreś będzie mógł odpowiedzieć twierdząco: czy to możliwe, że…? Czy już kiedyś się…? Czy nie widział już gdzieś tego…?
I choć terapeuta tłumaczył mu, że owa pogawędka była jedynie wytworem jego wyobraźni – majakiem zestresowanego, przemęczonego umysłu – reakcją obronną organizmu na szok, to pan Molina nie wierzył. Im bardziej tłamsił w sobie to wspomnienie, im głębiej próbował je pogrzebać, tym wyraźniej i żywiej stawało mu przed oczami.
Najpierw palce przebujały zimną taflę myśli, by po chwili cała ręka wygrzebała się na powierzchnię. Czuł wówczas gniotący ból w klatce piersiowej. Zupełnie jakby jakaś niewidzialna siła ściskała jego serce. W jednej chwili tracił oddech i kręciło mu się w głowie.

Pan Molina zrozumiał, że nadszedł jego czas, gdy zobaczył logo na plandece dostawczego auta. Drzewo narysowane na pomarańczowym tle wyglądało, jak znak ostrzegawczy. Zaskoczony nie zauważył nawet, że jego auto zaczęło się toczyć.
Unieruchomiony w powietrzu szlaban o zgaszonych, martwych oczach, niczym kat przyglądał się wszystkiemu z bliska.
Pani Molina z przerażeniem wymalowanym na twarzy ciągnęła męża za rękaw i krzyczała histerycznie.
Nie reagował.
Wydawało mu się, że słyszy wołanie sprawiedliwości.
Kobieta wyskoczyła z auta.
Kiedy samochód zatrzymał się na torach, a jego wnętrze wypełnił słup białego światła, pan Molina czuł jakby tonął. Powietrze rozpruł sygnał syreny nadjeżdżającej lokomotywy. Uderzył go głośny trzask, a później zapanowała cisza.

Podpis: 

Brenin 2020
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sprawca (fragment II) Sprawca (fragment) Taedium vitae
Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?
Sponsorowane: 75Sponsorowane: 70Sponsorowane: 65
Auto płaci: 65

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2021 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.