https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
85

Sprawca (fragment IV)

  Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W kwietniu nagrodą jest książka
Przesyłka
Sebastian Fitzek
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Sprawca (fragment IV)

Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa.

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Taedium vitae

Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?

Jak zatrzymać cudowne chwile?

Co dalej? Właśnie o tym próbuję pisać. Opowiem w skrócie, nic nie lukrując.

Czarny motyl

Ledwie mogłam uwierzyć, mój oddech się skrócił. Chyba tylko czarownica mogła przygonić na zatłoczoną po brzegi plażę wielką chmurę czarnych motyli?! Co one szykują?

Żywoty równoległe

Czy aby poznać tę miłość, musiało się to wszystko wydarzyć.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1461
użytkowników.

Gości:
1461
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81578

81578

BUNT

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
21-12-13

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Akcja/Historia/Przyjaźń
Rozmiar
32 kb
Czytane
199
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
21-12-15

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Leon Podpis: Leon
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Powrót Siegera po 100 latach

Opublikowany w:

BUNT

BUNT
Sieger 100 lat później
Współbratymcom z Gdańska

Emil Sieger przybył do Gdańska z Warszawy. Zjawił się w naszej szkole tuż po Świętach Bożego Narodzenia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego trzeciego roku, kilka miesięcy przed maturą. Był średniego wzrostu, szczupłej budowy ciała, krótko postrzyżony, co stanowiło kontrast z długimi włosami, którymi my się szczyciliśmy.
Nasz wychowawca Arlekin krótko przedstawił nowego ucznia.
- Dołączył do nas Sieger, uczeń z Warszawy. Wspólnie z nami będzie przygotowywał się do matury. Proszę, zapoznajcie się i wprowadźcie go w grono przyjaciół.
Wskazał miejsce w pierwszej ławce przy ścianie, do tej pory przez nikogo nie zajęte.
Sieger był skrytym i małomównym chłopakiem. Nie włączał się w nasze towarzystwo, na przerwach między lekcjami nie schodził na dół, do piwnic i nie palił papierosów, po zajęciach wracał do domu. Po kilku dniach odkryliśmy gdzie jest jego „dom”. Sieger mieszkał w bursie przy ulicy Ławniczej, znajoma portierka powiedziała, że jest pilnowany. Tak się wyraziła, „jest pilnowany”. Przez kogo i dlaczego, tego nie powiedziała.
Atmosfera w naszej szkole, tak jak w całym mieście nie była radosna. Rozpoczynaliśmy naukę jesienią tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku w I LO, liceum znajdującym się naprzeciwko Bramy Nr 2 Stoczni Gdańskiej. Czternastego grudnia tamtego roku, równocześnie z otwarciem stalowych frontowych drzwi szkolnych, gdy wychodziliśmy na długą przerwę, otworzono bramę stoczni i tysiące robotników, w roboczych drelichach, z biało czerwonymi flagami w rękach i śpiewem hymnu narodowego na ustach kierowało się w stronę państwowych gmachów, by wyrazić swój gniewny sprzeciw wobec nowo wprowadzonych regulacji i porządków. Skostniały system, kierowany przez coraz gorzej funkcjonujących, będących w podeszłym wieku przywódców naszego kraju, chylił się ku upadkowi. Podniosła atmosfera spontanicznego protestu rozlała się po ulicach miasta, tryumfalne pochody zwycięstwa, opanowywanie poszczególnych obiektów, sprawiało wrażenie, że partyjne gmaszysko umysłowego niedowładu lada chwila runie. Kilkudniowy okres euforii i chaotycznej radości został spacyfikowany siłą, brutalnie stłamszony przez czołgi i wojsko kierowane przez twardogłowych generałów i partyjnych kacyków. Polała się krew, byli zabici i wielu rannych. Napływały do nas, przekazywane z ust do ust informacje z Gdyni, gdzie rozegrała się krwawa tragedia, polscy żołnierze strzelali do polskich robotników. Wzrosła liczba śmiertelnych ofiar, wzrósł też gniew ludzi, którzy na własne oczy zobaczyli do czego zdolny jest zbrodniczy system. Po stronie władzy nie znaleziono zrozumienia, wzmogły się represje i szykany, protestujących aresztowano, bito i poniżano. Ci co przeżyli, wyszli z tych zdarzeń mocno przestraszeni. Pamięć o tych wypadkach pozostawiła w nas cierń strachu i bojaźni. Baliśmy się, że sytuacja w razie ponownego sprzeciwu może się powtórzyć.
Po nowym roku w szkole nastąpiły zmiany, zmienił się personalny skład dyrekcji, relegowano kilkunastu uczniów z najstarszych klas, którym udowodniono przyłączenie się do robotniczego protestu. Szkoła znalazła się pod szczególnym nadzorem wojewódzkiego kuratora oświaty.
Tak jak i nasza szkoła, tak Gdańsk został zastraszony i zmuszony do akceptacji nowego porządku, narzuconego przez sterowanych przez Moskwę sekretarzy. Nastały czasy młodych, zdecydowanych, szczerych przywódców, którzy mieli doprowadzić nasze miasto do świetlanej, komunistycznej przyszłości. Dawaliśmy się nabierać na górnolotne slogany i internacjonalistyczne hasła. Święta 1 maja i 22 lipca, szczególnie hołubione, miały stać się manifestacją zgody, jedności i pokoju. Powstające koła towarzystwa przyjaźni polsko radzieckiej były potwierdzeniem niezłomnego sojuszu z bratnim narodem rosyjskim. Święto październikowej rewolucji w miesiącu listopadzie było wyjątkowo uroczyście obchodzone w naszej auli, podczas szkolnej akademii, na której chór wyśpiewywał „pust wsiegda budiet sołnce” i „nie rzucim ziemi skąd nasz ród” a balet tańczył naprzemian „kazaczoka” i „krakowiaka”.
Ten słodko-błogi stan trwał w następnych latach. Pozorny, rozleniwiający, gnuśny spokój, tak można nazwać czas, w którym pojawił się w naszym mieście Sieger. Doszły słuchy, że został on wyrzucony z jednej z renomowanych, warszawskich szkół za udział w rocznicach uchwalenia Konstytucji Trzeciego Maja i jedenastego listopada, Święcie Niepodległości, uroczystościach traktowanych przez władze jako antypaństwowe demonstracje.
Sieger wydawał się pogodzonym z losem i zsyłką na Wybrzeże. Nie angażował się zbytnio na lekcjach, nie dyskutował, milczał. Zachowywał dystans, przypatrywał się nam z pewnej odległości, przysłuchiwał się, jakby nas badał, sprawdzał do czego jesteśmy zdolni.
Pasją naszą była piłka nożna, którą trenowaliśmy codziennie po szkole i Lechia, którą kochaliśmy nade wszystko, i której nigdy nie zostawiliśmy samej, chociaż przegrywała mecze i balansowała na krawędziach coraz to niższych lig. Nie opuszczaliśmy meczów, jeździliśmy do odległych miejsc, wyjazdy na spotkania z Dębem Dębno Lubuskie czy Arkonią w Szczecinie nie sprawiały nam kłopotów, czuliśmy się zobowiązani wspierać naszych piłkarzy, również poza Gdańskiem. Piłka nożna była w tym czasie dla nas religią, odskocznią, ucieczką przed ogólnym marazmem i zniechęceniem, stadion przy Traugutta stał się naszym drugim domem. Puszkarz z Ogarnej, Głownia z Tarasów, „Jastrząb”, „Żyleta” i im podobni, chociaż starsi, to byli tacy sami chłopcy jak my, wyrośli na gdańskich podwórkach, podwórkach Siedlec, Wrzeszcza, rodzącego się wielkiego Przymorza i Zaspy. Siegera wśród nas nie było, nie pojmował tych związków, nie znał naszej historii, dlatego traktowaliśmy go jak obcego, przybysza, który nie potrafi wczuć się w sprawy nasze i sprawy naszego miasta.
Sieger posiadał na Wybrzeżu rodzinę, po wojnie przyjechała do Gdańska ze zniszczonej Warszawy, ciotka z mężem. Początkowo miał mieszkać u nich, na ulicy Tkackiej, lecz sprzeciwił się wujek. Nie chciał mieć w domu wichrzyciela, jak go nazwał, kategorycznie odmówił. Jako urzędnik w magistracie otrzymywał co miesiąc skromną pensję, prowadził ustabilizowane życie, to mu wystarczało, by doczekać szczęśliwego końca pracy i przejść na zasłużoną emeryturę. Strach pętał mu umysł, w latach pięćdziesiątych przesiedział kilka lat w więzieniu UB, przeżył dzięki odpowiedniemu zachowaniu i złożonym szczegółowo zeznaniom. I teraz, jakiś nierozumny buntownik miał zamieszkać w jego domu, zniszczyć jego egzystencję? Tego nie mógł zrozumieć, chciał mieć święty spokój a nie nowe utrapienie z siostrzeńcem żony. Jeszcze ktoś mógłby odgrzebać jego dokumenty i wrócić do zapomnianej przeszłości. Bał się.
Nie zgadzał się też wojewódzki kurator oświaty. Sieger miał zamieszkać w bursie i być pod permanentną obserwacją, by nie przenieść, jak się wyraził, iskry buntu z Warszawy do wielkimi wysiłkami spacyfikowanego Gdańska. Po wyjściu do szkoły jego pokój, który zajmował w pojedynkę, był przeszukiwany, kontrolowano jego osobiste rzeczy, sprawdzano treść książek, które czytał, podręczników, z których się uczył.
Sieger nie włączał się w życie towarzyskie naszej klasy, nie pojawił się na studniówce, którą hucznie obchodziliśmy w szkolnej auli, chociaż dziewczęta usilnie go zapraszały spodziewając się po nim nie wiadomo jakich warszawskich atrakcji. Nie skorzystał, sprawiał wrażenie niedostępnego, czy może też silił się, byśmy go takim zapamiętali. Przy przyciemnionym świetle, przy utworach Carlosa Santany, Jima Hendrixa i Janis Joplin zapominaliśmy o otaczających nas problemach. Arlekin podjął się roli didżeja, puszczał nagrane na taśmach kawałki z Radia Luxemburg, Mamy Blue Pop Tops, Children of the Revolution T-Rex, Bangladesh Georga Harrisona. Jeśli Lechia była miłością to muzyka pełniła rolę ekscytującego narkotyku. Free, Slade, Uriah Heep, Black Sabbath, utwory tych zespołów wbijały nas w ziemię, odlatywaliśmy przy nich zaspakajając się mocnymi, francuskimi Gitanes, kupionymi na Hali Targowej ze składkowych pieniędzy i mocnej dawce taniego wina. Podłączyliśmy magnetofon do głośników. Kolejno rozbrzmiewały dźwięki Smoke On The Water Deep Purple, The Dark Side of the Moon Pink Floyd, Stairway to Heaven Led Zeppelin, te utwory wprowadzały nas jakby w zupełnie inny czas, inny wymiar egzystencji. Ogłuszani muzyką zapominaliśmy o szarym, ponurym świecie na zewnątrz, jego problemy nie były naszymi sprawami, żyliśmy w zamkniętym obszarze naszych fascynacji.
Nadszedł okres przygotowań do matury i egzaminów na wyższe uczelnie. Sieger planował kontynuować naukę na Uniwersytecie Gdańskim, chciał zdawać na polonistykę. Nasze umysły były bardziej ścisłe, dlatego podziwialiśmy jego dyskusje z Arlekinem, wychowawcą i jednocześnie polonistą. Emil znał bardzo dobrze literaturę europejską i amerykańską, Dostojewski, Kafka, Faulkner, Caldwell, Cortazar, utwory tych pisarzy potrafił na lekcjach cytować. Sprzeciwił się Arlekinowi gdy ten radcę tytularnego Siemona Marmieładowa ze Zbrodni i Kary nazwał opojem i bezmyślnym ojcem, który przez chorobliwe pijaństwo, wydzieranie rodzinnych oszczędności zmusił Sonię do prostytucji. To nie bezmyślność - oponował - tylko naiwność, szczerość doprowadziły radcę do alkoholowego nałogu i przypadkowej śmierci, która pociągnęła za sobą zgubę rodziny. To postać tragiczna, nie można jej potępiać, jedynie współczuć, twierdził Emil. Tak zresztą jak i bohaterom wszystkich powieści Dostojewskiego, chociażby byli największymi łajdakami, należy współczuć a nie ich potępiać. Scenę z uroczystości pogrzebowej, na którą Katarzyna, żona radcy tytularnego, zaprosiła najznamienitszych z gości z kamienicy, nazwał jedną z najbardziej tragicznych scen w literaturze światowej. Przeciwstawił ją Ostatniej Wieczerzy Pańskiej co wzbudziło w nas wielką konsternację i zdziwienie. Arlekin nie wiedział w jaki sposób odpowiedzieć na takie stwierdzenia.
Sieger lubował się przede wszystkim w polskiej poezji, na nudnych lekcjach ojczystego języka potrafił zainteresować nas wierszami Bursy, Wojaczka, Poświatowskiej. Cytował fragmenty Ogrodu Luizy i Piosenki bohaterów. Sam pisał wiersze, jednak nie dał się namówić, by choć jeden na głos przeczytać. Arlekin cenił jego literacką wiedzę, jakość pisanych wypracowań, z polskiego miał notę bardzo dobrą, w odróżnieniu od innych przedmiotów. Z matematyki i fizyki uczęszczał na dodatkowe lekcje wspomagające, uczył się tych przedmiotów jedynie by zdać z nich pisemny egzamin maturalny.
W tym czasie na Uniwersytecie Gdańskim odbywały się cykliczne wykłady o literaturze, prowadzone przez przybyłego z Warszawy poetę. Arlekin uczestniczył w nich od jesieni, próbował nas też zachęcić do udziału, jednak takie zajęcia pozalekcyjne nas nie interesowały, nie mieliśmy na nie ochoty. Dodatkowo w kinie Leningrad rozpoczęły się Konfrontacje, prezentowano znaczące filmy ze światowych festiwali. Wielkie żarcie, Mademoiselle z Jeanne Moreau, Zmierzch Bogów, Mechaniczna pomarańcza Kubricka bardziej nas zajmowały niż poetyckie przedstawienia na Uniwersytecie.
Emil tak, z chęcią poszedł na kilka już ostatnich wiosennych wykładów, odbywających się w małej, uniwersyteckiej auli przy ulicy Wita Stwosza, rozmawiał z warszawskim poetą, dał nawet jemu kilka, napisanych przez siebie wierszy do oceny. Podobno wzbudziły zainteresowanie, tak wyraził się Arlekin. Jeden z jego wierszy Kolumna na Smoczej przeczytał nam na lekcji, podczas nieobecności Emila. Nie zrozumieliśmy wiersza, wydał nam się dziwny, może dlatego, że temat był warszawski, niezbyt nam bliski. Arlekin powiedział, że wiersz jest bardzo dobry a temat uniwersalny, którym prędzej czy później musimy się zainteresować. Nie przekonał nas, ale wierzyliśmy mu.
Obowiązkową maturę z matematyki Emil zdał na słabą trójkę, z pisemnego polskiego otrzymał notę celującą. Wybrał temat mówiący o obowiązkach jednostki wobec społeczeństwa we współczesnym świecie. Z naszymi pisemnymi maturami było odwrotnie, trójki z polskiego, piątki z matematyki i fizyki. Bardziej nęciły nas całki, różniczki niż poezja i proza, rozwikłanie skomplikowanych zadań trygonometrycznych dawało nam więcej satysfakcji niż nudne rozkłady jakichkolwiek zdań na czasowniki, przydawki i spójniki. Zadania o pędzących naprzeciwko siebie na tym samym torze, pociągach o różnych prędkościach i współczynnikach hamowania ekscytowały nas bardziej niż W pustyni i w puszczy czy też Ludzie bezdomni.
Ostatnim egzaminem maturalnym był egzamin ustny z języka polskiego. Odbywał się w głównej auli naszego liceum. Komisja składała się z czterech osób, dyrektorka szkoły, Arlekin, Tatiana - starsza już nauczycielka języka rosyjskiego oraz delegat z kuratorium oświaty. Delegat wychodził co pewien czas na korytarz, nerwowo popalał papierosy, wdeptując niedopałki w lastrykowe schody. Tak jakby na kogoś czekał, jakby dostał jakieś tajne zadanie do spełnienia i wyczekiwał odpowiedniego momentu, by je wykonać. Zjawił się po raz pierwszy na maturze, nigdy wcześniej nie uczestniczył w komisji, w żadnej ze szkół. Przysłał go kurator, zainteresowany pisemną pracą Siegera, którą otrzymał do przeczytania.
Wchodziliśmy do auli kolejno wywoływani, wybieraliśmy losowo tematy z arkuszy rozłożonych na stoliku, stojącym obok komisji. Mieliśmy kilka minut na zastanowienie i odpowiadaliśmy. Tematy nie były trudne, charakterystyka zdarzeń i postaci z Chłopów, Lalki, Pana Tadeusza i innych lektur, które we wcześniejszych latach przerabialiśmy na lekcjach z Arlekinem. Przyszła kolej na Emila. Delegat wyciągnął z teczki gruby notatnik, przeglądał kartki. Jedną z nich podsunął dyrektorce.
- To ten? - zapytał przyciszonym głosem.
Dyrektorka potwierdziła skinięciem głowy. Delegat poprosił o pisemną maturę Siegera, zagłębił się w jej lekturę.
Emil wylosował Dżumę Camusa. Poszło mu sprawnie, obrazowo przedstawił charakterystykę doktora Rieux, księdza Panneloux i Tarrou. W jego głosie słychać było pewność odpowiedzi, popartymi znajomością utworu, wyciągał prawidłowe wnioski wynikające z zachowań ludzi w obliczu śmiertelnej zarazy. Arlekin kiwał głową zadowolony, Tatiana przytakiwała, dyrektorka spoglądała na delegata. Podniósł głowę znad opracowania pisemnego, kręcił nosem, krzywił się, wreszcie, ku powszechnemu zdziwieniu, negatywnie ocenił ustną wypowiedź Emila. Sprawiał wrażenie jakby wcześniej skupiał się na wypowiedzi Emila, chociaż w tym czasie zajęty był czytaniem wypracowania, tylko co pewien czas podnosił głowę przysłuchując się mówiącemu.
- Pańska interpretacja jest błędna. Zarówno to co pan tu nawypisywał o roli jednostki w społeczeństwie - podniósł gęsto zapisane kartki - jak i omawiając zachowanie doktora Rieux. Camus pisząc Dżumę co innego miał na myśli. Pan się myli.
- Co innego miał na myśli Camus pisząc Dżumę? - powtórzył jak echo Emil, mocno zdziwiony.
- Całkiem coś innego. Pan nie rozumie zachowania głównego bohatera. Pan się nie przygotował.
- Jeżeli pan tak twierdzi, to pan chyba nie czytał Dżumy - pewnie odpowiedział Emil.
Delegat poczerwieniał na twarzy.
- Chłopcze, za bardzo się zapędziłeś. Jesteś bezczelny!
Arlekin próbował załagodzić niespodziewany spór.
- Różnice zawsze są, interpretacje są możliwe. Można w taki sposób, można też w inny. Zależy to od indywidualnego podejścia. Camus pozostawił problem otwarty, zachęca do własnych przemyśleń.
Emil nie zgodził się z Arlekinem. Pewnym głosem odpowiadał.
- Nie w tym wypadku. Zachowanie doktora Rieux jest jednoznaczne, tu nie ma możliwości innej interpretacji. Camus wiedział co pisał, a ja wiem co czytałem. Obowiązkiem człowieka, w obliczu występującego La Peste, jest walka, przeciwstawienie się wszechobecnemu zagrożeniu. Walka ze złem. Nie obojętność, nie rezygnacja, nie ucieczka, lecz walka. Gdy inni się poddają, gdy inni uważają, że nie ma szans, że przeciwnik jest zbyt silny, to musi znaleźć się ktoś, kto da przykład, podejmie rękawicę i przekona, że nie można tracić nadziei, chociaż do zwycięstwa droga daleka i wymaga wielu wyrzeczeń. Gdy dżuma zaraża umysł, oplata mackami coraz większą rzeszę ludzi, otumania społeczeństwo, robi z nich posłusznych, bezwolnych niewolników, przyzwyczajanych do wykonywania poleceń, wówczas musi wyłonić się doktor Rieux, który poświęci rodzinę, prywatne życie, przeciwstawi się, i nie ucieknie, patrząc jak reszta przerażona chowa się po kątach.. W takich przypadkach wybrane jednostki biorą odpowiedzialność za wystraszony ogół. Zaraza wymusza pojawienie się bohatera, który godzi się na utratę wolności, nawet życia, wiedząc, że dając przykład poprzez swoje zachowanie przyczynia się do destrukcji zła. Gdy zobaczą, gdy ocenią jego czyny jako słuszne, wówczas za nim pójdą zwykli, szarzy, bojaźliwi ludzie, którzy są w większości. Doktor Rieux prezentuje postawę szlachetną i niezłomną, z której poszczególne jednostki powinny brać przykład, oczywiście w miarę swoich możliwości i zdolności. Strach powinien być przezwyciężony, to jest jedyna droga, którą powinniśmy podążać.
Arlekin nic nie odpowiedział zaskoczony śmiałym i stanowczym tonem Emila, spoglądał na dyrektorkę, ona skierowała wzrok na delegata. Sprawiał wrażenie zadowolonego, że sprowokował Siegera do szczerej wypowiedzi, ale nic nie mówił, przeglądał kartki. Czekał. Zapadło krępujące milczenie. Podniósł głowę z nad notatnika, już chciał wypowiedzieć swoje ostatecznie postanowione słowa, lecz jakby przeczuwając jego decyzję, wtrąciła się milcząca do tej pory wiekowa Tatiana. Wypowiedź Emila jakby ją obudziła i też zaskoczyła. Do tej pory wsłuchiwała się w wypowiadane przez uczniów gładkie, nudne formułki, wyuczone na pamięć, z podręczników funkcjonujących od lat. Ona sama znała je na pamięć. Teraz jakby sobie przypomniała dawne zdarzenia, dawne zapomniane ideały, wspomnienia burzliwej młodości, łaknącej szczerości, prawdy, miłości.
- To może jakieś pytanie pomocnicze? - powiedziała w nadziei wybrnięcia z niemiłej sytuacji - nie możemy lekceważyć zdania młodych ludzi.
- Lekceważyć! Lekceważyć? - delegat był zły, że jemu pierwszemu nie udało się przerwać ciszy. - To proszę zadać pomocnicze pytanie - odpowiedział z przekąsem.
- Myślę, że najlepiej będzie jak pan je zada - Tatiana nie dawała się zbić z tropu.
Delegat lekko skonfundowany zamyślił się, my niecierpliwiliśmy się, że Emil tyle czasu zajmuje swoim egzaminem. Kolejno powinniśmy już być wywoływani. Nikt z nas nie wiedział jaka jest przyczyna tego przedłużającego się wyczekiwania. Przy auli zebrało się wielu uczniów, tych niewielu co już zdali i reszta oczekujących niecierpliwie na swoją kolej. Czwartych klas było dziewięć, od a do i, w każdej ponad czterdziestu uczniów, w sumie około czterystu osób. Oczywiście, nie wszyscy zdawali tego samego dnia ale część przyszła by dowiedzieć się jakie są pytania, by móc przygotować się na swój termin. Przed drzwiami auli kłębił się tłum zniecierpliwionych uczniów, doszli też rodzice oczekujący na wyniki ostatniego ustnego egzaminu. Otworzyliśmy drzwi, chcąc stwierdzić jaka jest przyczyna, że to tak długo trwa.
Dyrektorka machała do nas ręką byśmy się cofnęli, zamknęli z powrotem drzwi, Arlekin wstał od stołu i szedł w naszym kierunku, delegat nie zwracał uwagi na powstałe zamieszanie, skupił się na stojącym przed nim Siegerze.
- Skąd przybyłeś do Gdańska przyjacielu? - zaczął protekcjonalnie.
- Z Warszawy - odpowiedział Emil lekko zdezorientowany.
- Z Warszawy, hm…- chrząknął delegat - A z jakiej dzielnicy?
- Z Muranowa.
- Nie, nie znam.…ale to nie szkodzi.
Emil milczał.
- I czego was tam uczą na lekcjach języka polskiego? W tej Warszawie? - delegat starał się nadać swojemu głosowi kpiącą tonację.
- Polskiej literatury, polskiej poezji - Emil nie reagował na zaczepki, szczerze odpowiadał.
Delegat przewertował do końca swój przepastny notatnik, zrobił się bardziej poważny, egzamin maturalny szybko przerodził się w przesłuchanie.
- Kolega uczestniczył w Warszawie w wieczorach literackich?
- Uczestniczyłem.
- Nielegalnych wieczorach literackich?
- Wstęp był wolny. Każdy mógł przyjść.
- Z tego co wiem, nie każdy. Tylko zaproszeni.
Emil nie odpowiedział, nie zaprzeczył..
- Możesz nam coś powiedzieć z tej polskiej literatury? Polskiej poezji?
- Oczywiście. Mogę.
- Jakich poetów czytaliście?
- Mickiewicz, Słowacki, też współcześni.
- Jacy współcześni?
- Zagajewski, Miłosz….i inni.
- Miłosz? Miłosz? - delegat powtarzał nazwisko jakby pierwszy raz je usłyszał. Prawdę mówiąc nikt z nas nie znał poety Miłosza nie mówiąc już o jego twórczości. Na lekcjach Arlekin nic o nim nie wspominał. Nawet jakby wspominał to bardziej interesowała nas Matematyka Gdowskiego i Fizyka Kuchlinga niż jakiekolwiek współczesne poezje, nawet jakby by były polskie.
- Znasz coś na pamięć?
- Znam.
- To powiedz cokolwiek. Może tych innych, których boisz się wymienić.
- Nie boję się.
- To mów! - prawie rozkazująco powiedział delegat, zdenerwowany spokojnym tonem udzielanych odpowiedzi.
Arlekin, upokorzony grubiańskim tonem przedstawiciela kuratorium, zatrzymał się przy nas, dyrektorka z niezręcznie opuszczoną głową oczekiwała na dalszy rozwój wypadków, Tatianie udzieliła się nerwowa atmosfera, kręciła palcami, raz to wyciągając papierosa z niebieskiej paczki Caro, raz to z powrotem go wkładając, jakby pragnęła już zapalić, głęboko się zaciągnąć, zaraz potem rezygnując.
Staliśmy w drzwiach, tłum falował za nami, wpychał nas do wnętrza auli, przesuwaliśmy się w kierunku jej środka, Arlekin nie reagował.
Emil stał wyprostowany pomiędzy stołem nauczycielskim a nami. Zrobił dłuższą pauzę, wpatrywał się w bezczelną twarz delegata, jakby chciał mu powiedzieć, że na nic jego podstępne podchody, na nic drwiące uśmieszki, nie mam zamiaru udawać, nie boję się ciebie, twojego skrzywionego uśmiechu i przymrużonych w zaciekłości oczu, wiem co chcesz uczynić, wyczuwam twoje podstępne zamiary, ale na stół rzucę prawdę, na którą na pewno z niecierpliwością czekasz, by móc mnie sponiewierać i poniżyć, plunę tobie w twarz, na którą nakładasz co rusz zmieniające się maski.
Emil deklamował głośno wiersz, raz zwracając się w stronę siedzących członków komisji, raz w naszą stronę. Mówił powoli, kładąc akcent na każde słowo, każdą przeciągniętą zgłoskę, robił przerwy pomiędzy poszczególnymi wersami tak byśmy mogli wczuć się w ich treść, zrozumieć poetycki przekaz.

Idź dokąd poszli tamci do ciemnego
kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią
nagrodę
idź wyprostowany wśród tych co na
kolanach
wśród odwróconych plecami i
obalonych w proch

ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać
świadectwo

bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź
odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się
liczy
a Gniew twój bezsilny niech będzie jak
morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

niech nie opuszcza ciebie twoja siostra
Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni
wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą
grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys

i nie przebaczaj zaiste nie w twojej
mocy
przebaczać w imieniu tych których
zdradzono o świcie
………

Aula, do tej pory gwarna i hałaśliwa, ucichła. Wsłuchiwaliśmy się w strofy nieznanego wiersza, im dłużej, im bardziej emocjonalnie Emil je wypowiadał tym bardziej je odczuwaliśmy, przeżywaliśmy, wprowadzając się w stan lekkiego oszołomienia.
Arlekin obrócił się do nas podekscytowany, znał ten tekst, przypominał sobie poszczególne jego fragmenty, wybrzmiewały z ust warszawskiego poety, na wykładach, w których pilnie uczestniczył na Uniwersytecie. Z grupy, w której na początku było kilkadziesiąt osób, pod koniec wykruszyło się wielu, pozostał Arlekin i kilku studentów, doszedł Sieger. Poeta stał się mniej oficjalny, rozmowy stały się bardziej prywatne. To wówczas Sieger recytował wiersze przez siebie napisane, poeta odwdzięczył się swoimi. I ten jego wiersz, ten wiersz poety, który teraz recytował Emil, właściwie nie recytował tylko rzucał jego wersami w otumanionego delegata, przestraszoną dyrektorkę, nerwową Tatianę i przede wszystkim w nas, stojących wraz z Arlekinem i w napięciu przysłuchującym się. Ten wiersz, niezależnie pod jakim potężnym wpływem napisany, niezależnie o jakich mówił zdarzeniach, jakim szczytnym przyświecał celom, ten wiersz dotyczył nas, był o nas.

Popielaty stał jak słup soli, wpatrzony niemym wzrokiem w Emila, łzy spływały mu po policzkach. Grudniowy świt, ponury poranek, nieprzytomne walenie w drzwi, przestraszona matka, płacząca mała siostrzyczka, szybkie, gwałtowne ruchy, suche polecenia, dwóch niedbale umundurowanych mężczyzn, uprowadzających do samochodu. Jazda w półmroku przy zgaszonych światłach, po pustych, przyprószonych płatkami śniegu ulicach. Ponura sceneria ponurego czasu. Cmentarz Emaus, miejsce na skraju, tuż przy płocie, wykopany dół, prosta, otwarta trumna oświetlona latarką. Głuchy głos, jakby z zaświatów, „to on, to on, to mąż?!”, matka prawie nieprzytomna nie jest w stanie wymówić słowa, chlipiąca siostrzyczka, „to on, to on, to ojciec, ojciec!?” ponaglający, niecierpliwy głos, krzyczący o potwierdzenie, snop światła skierowany na Popielatego, „Tato, Tato!” to nie był krzyk, to był łkający skowyt, twarz ojca, okaleczona, przypudrowana, skrzywione w niemym proteście usta, wystarczyło oprawcom, odgłos zabijanej gwoździami trumny, szybkie zepchnięcie do dołu, uderzenia spadających zmarzniętych grud ziemi, koślawy, naprędce sklecony krzyż brzozowy, bez tabliczki, bez nazwiska, bez Chrystusa. Matka siłą oderwana od kopczyka, pod który wtłoczono jej ukochanego męża, ojca, tak uwielbianego przez Popielatego. Powrót do domu. Samotne, tragiczne dni. Bezsilny gniew.

Pierzasty wstydliwie chował się za plecami przyjaciół, „Jesteś prawie dorosły, masz piętnaście lat, mów, mów, mów, kto namówił uczniów, kto ich poprowadził ku stoczniowcom, kto wykrzykiwał „dość”, „precz”, przecież widziałeś, byłeś z nimi kto, kto, kto?!.” krzyk nieznanego mężczyzny w szkolnym sekretariacie, jego mocny ucisk za ramiona, potrząsanie jak bezwładną kukiełką, nie powiem, nie powiem „nie powiesz, nie powiesz, nie znajdziesz już miejsca w żadnej szkole, dom dziecka, poprawczak, to będzie twoja przyszłość, decyduj teraz, żebyś później nie żałował”, jedno nazwisko, tylko jedno nazwisko wystarczyło, puścili, przestraszonego, przygnębionego, chcącego jak najszybciej zapomnieć. Dwa lata później, droga do szkoły, naprzeciwko starszy chłopak, właściwie młody mężczyzna, robotnicza czapka, szary kombinezon, mijali się, on wzorowy, perfekcyjny uczeń, z perspektywami studenta politechniki i ten drugi, niegdyś jeden z mądrzejszych, zapowiadający się na wybitnego, światły, odważny umysł, stłamszony, zgnojony, sponiewierany przez partyjnych kundli, znalazł wreszcie miejsce wśród robotniczej braci, w stoczni, na wydziale K-2, powoli wracał do życia, dojrzewał, stawał się zaczynem przyszłej rewolucji. On nie zapomniał. Przebaczyć? „Tchórz”, „tchórz”, „tchórz” to słowo zadźwięczało, wbiło się w niewielką przestrzeń przy ulicy Łagiewniki, tuż przy bramie kościoła świętego Jakuba. I pozostało tam na zawsze, wśród dźwięków nokturnu Chopina, ćwiczonego wytrwale przez uczniów pobliskiej szkoły muzycznej, napominając Pierzastego, ilekroć tamtędy przechodził, że strach, bojaźń i drżenie nie są usprawiedliwieniem dla zdrady a jej piętno pozostaje na całe życie.

Angelina, stojąca tuż za Popielatym, skrywająca wciśniętą w jego plecy twarz, jej matka wysłuchująca skargi kierownika działu kadr, „pani Mario, otrzymałem z komitetu sygnał, proszę porozmawiać z córką, dla jej i dla pani dobra, pani kariera naukowa stoi otworem, to jest szansa, przez nieodpowiednie zachowanie córki może pani wszystko utracić, nawet stanowisko w Instytucie a córka może nie skończyć szkoły”, wypytująca wieczorem o rekolekcje u Dominikanów, przy kościele Św. Mikołaja, tragiczne rocznice, mamo, robię to dla taty, by wrócił do nas, by nie musiał uciekać i żyć na emigracji, by nadszedł czas byśmy się już nie bali, by nasza ojczyzna naprawdę była wolna. Kto to ma uczynić jak nie nasze pokolenie? My, odrzucający zdradziecki, fałszywy system, oparty na kłamstwie, który upadla ludzi, czyni ich bezwolnymi manekinami. Należy być wiernym ideałom, inaczej stracimy godność, stracimy honor. Mam nie uczestniczyć w spotkaniach młodych ludzi tak samo myślących jak ja? Tak samo przeżywających? Szczerych, odważnych, walczących. Mam tam nie chodzić? Odpowiedz mamo, odpowiedz proszę czy mam uciec od prawdy, uczciwości w imię obojętności i rezygnacji? Na kolanach, zastraszani, poniżani, tacy mamy być? Ktoś musi dać świadectwo, trwały znak, nieliczni muszą się zjednoczyć, nawet jak nic nie uzyskamy, nasza walka obudzi pozostałych, pójdą za nami inni. Nie możemy się bać.
Bądź sobą córeczko. Nie zatrzymuj się. Idź.
………
czuwaj - kiedy światło na górach daje
znak - wstań i idź
dopóki krew obraca w piersi twoją
ciemna gwiazdę
………
Bądź wierny Idź

Emil zakończył wiersz głośnymi, dobitnymi słowami.

I te ostatnie słowa roznosiły się echem po zastygłej w ciszy auli bądź wierny, bądź wierny, idź…idź…idź…rozbrzmiewały jeszcze długo wśród niemych ścian stuletniej szkoły, trafiały do każdego z nas, przeszywały nasze wnętrza, przenikając do krwi, prowadząc do mózgu, do naszych serc, pozostawiając tam trwały, niemożliwy do zatarcia ślad.
Arlekin wsłuchujący się uważnie cały czas strofom wypowiadanym przez Siegera, po zakończeniu poczekał aż przeminie echo ostatniego dźwięku, klaskał, dołączyła Tatiana i my, Popielaty, Angelina, Pierzasty, wszyscy my, wcisnęliśmy się w przestrzeń auli, nasze klaskanie ogłuszało chcącego coś powiedzieć delegata, na którego reakcję czekała dyrektorka. Nikt nie był w stanie usłyszeć co powiedział do Siegera, chyba nawet on sam nie zrozumiał słów delegata.
- Nie zdał pan młody człowieku. Proszę próbować za rok - wstał od stolika, chwycił swój gruby notatnik, włożył do teczki, nie pożegnał się z nikim i przepychając się wśród nas, nieprzerwanie klaszczących, opuścił aulę.
Komisja nie mogła obradować w niepełnym składzie, przerwano ustne egzaminy. Odbyły się one nazajutrz w spokojnej atmosferze. Wszyscy zdaliśmy.
Sieger już nie powrócił do naszej klasy, nie pojawił się w szkole. Arlekin nie wiedział co się z nim stało, portierka z bursy przy ulicy Ławniczej przekazała nam, że wieczorem, tego pamiętnego dnia, spakował się i opuścił Gdańsk. Nie wiedziała w jakim kierunku się udał.

Obecność Emila w naszej szkole, początkowo nie mająca wpływu na otoczenie, później spowodowała dość istotną zmianę w naszym zachowaniu. Sprowokowana przez kuratoryjnego delegata jego wypowiedź otworzyła nam oczy na nieznane dotąd obszary.
Lechia, zagłuszająca rzeczywistość muzyka rockowa, kino, erotyka, nasze fascynacje i miłości od tej chwili stały się jakby mniej ważne, pozorne, nie przedstawiające większej wartości, na których by nam tak bardzo zależało. Wiersz napisany przez nieznanego nam poetę, wyrecytowany przez Emila na ustnej maturze nadał naszej egzystencji inny sens, zadziałał jak uderzenie obuchem, dał znak, że istnieje coś jeszcze, coś, czego nie można w zwykły sposób określić i opisać. Zanurzeni w oparach rozrywkowo-intelektualnych zdaliśmy sobie sprawę, że wolność istnieje gdzieś poza nami, gdzieś poza granicami naszej percepcji, tam znajduje się wolny świat, z którego istnienia do tej pory nie zdawaliśmy sobie sprawy.
W każdym człowieku, już od urodzenia w jego posiadaniu znajduje się tajny rdzeń, szlachetne, niepodległe jądro, stałe i niezmienne. Rodzi się wraz z nami i utrzymuje do końca życia. Z biegiem lat obrasta powłokami obojętności, wygody, obłudy. Im stajemy się starsi, ten rdzeń zamiera w nawarstwiających się powłokach, nie jest już tak widoczny, tak szlachetny, tak niepodległy jak u swego zarania. U niektórych z czasem powoli zanika, u niektórych skrywa się pod twardą, skostniałą skorupą.
Młodzi, nieskażeni jeszcze zobowiązującą przeszłością, są w stanie zerwać, zniszczyć krępujące powłoki i wydobyć to co najważniejsze, prawdę, honor, odpowiedzialność. Niezbędny jest jednak zapłon, iskra, gwiazda, która gwałtem wzburzy spokój, trwanie w samozadowoleniu, w rozweselającej mieszance zbędnych emocji, i pozwoli prawdziwym wartościom wydobyć się na powierzchnię i zabłyszczeć. Długo można na tę gwiazdę czekać, może latami się nie pojawiać, niektórzy oczekują jej czasami całe życie, bez rezultatu. Zwykle jednak pojawia się ona co pewien czas, i to zawsze niespodziewanie, przypadkowo. Trafia na podatny grunt, jakby ten przypadek przeczuwał sytuację, która nie pozwala na dalszą oszukańczą i zakłamaną egzystencję. Nadchodzi w bardzo różny sposób, w formie cichej nuty dźwięku, szlachetnego słowa, nierzadko w formie przeraźliwego krzyku, czy też czynu rozpaczy. Wówczas wznieca płomień, potęguje pożar, pochłania przeszkody, przeciwności, prowadzi do eksplozji. Emil odszedł, lecz odgłos jego odważnych słów w nas pozostał. I w odpowiednim czasie pokonał strach, słabość i zwątpienie.

Podpis: 

Leon 2021
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sprawca (fragment III) Sprawca (fragment II) Sprawca (fragment)
Fragment III. Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e
Sponsorowane: 80
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 75Sponsorowane: 70

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2022 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.