https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
85

Sprawca (fragment IV)

  Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W kwietniu nagrodą jest książka
Światła września
Carlos Ruiz Zafon
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Sprawca (fragment IV)

Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa.

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Taedium vitae

Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?

Smutek ryb

zamykam oczy na Boga, że nic nie tłumaczy mojej odrazy do rzeczywistości, i że jestem trochę jak dziecko, które chowa głowę po poduszkę.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Noc wichrów

Fragment Sycylijskiego Pioruna (Bereniki Niczyjej)

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1344
użytkowników.

Gości:
1344
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81580

81580

Komedianci (Historia częściowo na faktach)

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
21-12-19

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Wakacje/Przygoda/Komedia
Rozmiar
17 kb
Czytane
208
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
21-12-19

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Daguchna Podpis: Daguchna
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Opowiadanie napisane na konkurs literacki, tradycyjnie bez powodzenia. Weekendowy wypad do obcego miasta z perspektywy odbywającego się tam wielkiego kabaretonu.

Opublikowany w:

Komedianci (Historia częściowo na faktach)

Z domu do Zielonej Góry miałam jakieś trzy godziny drogi. Autobusem. Jechałam w duchocie typowej dla starego PKS-u albo w chłodzie zbyt mocno odkręconej klimatyzacji, prawie zawsze ssąc tabletki na chorobę lokomocyjną jedną po drugiej. Raczej prewencyjnie, bo od pewnego czasu już nie uskarżałam się na żadne podróżne dolegliwości, ale przezorny zawsze ubezpieczony. Prawdę mówiąc, w tym momencie bardziej niż mdłości i ponownego spotkania ze zjedzonym wcześnie rano śniadaniem obawiałam się tego, co mnie czekało po opuszczeniu autobusu – pierwszej wizyty w całkiem obcym mi mieście. Wprawdzie zawsze należałam do tego rodzaju młodzieży, która wycieczki bardzo lubi, jednak strach przed nieznanym leży w naturze homo sapiens od setek lat. A że człowiekiem jestem, to nic co ludzkie nigdy nie było im obce.

Wiedziałam, że nie będę tam zdana na siebie, bo od roku czy dwóch w Zielonej Górze mieszkała Julia – jedna z moich najserdeczniejszych koleżanek z czasów licealnych, towarzyszka rozlicznych zwariowanych eskapad. To właśnie od niej wyszedł pomysł, żebym przyjechała do niej w tamtą letnią sobotę i została na parę dni. Nie chodziło tylko o przyjacielską wizytę, a i data nie była przypadkowa. Julia namówiła mnie, abyśmy razem wybrały się na kabareton. Duży. W amfiteatrze. Z wieloma artystami. Transmitowany przez liczącą się stację telewizyjną.

To było dla mnie coś nowego. Niby oglądałam kabarety w telewizji czy w internecie jak chyba wszyscy w tamtym czasie. Nawet byłam na paru występach w moim mieście, zresztą w towarzystwie Julii, jeszcze zanim wyprowadziła się do Zielonej. Ale... to tak jakby tyle. Nie miałam nigdy żadnego parcia, żeby pojechać i obejrzeć kabaret grający w innej części kraju. Nawet gdyby miał być tych kabareciarzy cały tuzin. Co innego Julia. Ją od zawsze ciągnęło do artystów. Koncerty, przedstawienia – to był jej żywioł. Dlatego nie byłam zbyt zdziwiona, gdy okazało się, że w Zielonej Górze bardzo szybko zasymilowała się z kabareciarzami. Zarówno miejscowymi, jak i tymi przyjeżdżającymi na występy.

Julia czekała na mnie na peronie dworca PKS, który składał się przede wszystkim z wielkiego betonowego placu, częściowo przykrytego blaszanym dachem w PRL-owskim stylu. Praktycznie z marszu popędziłyśmy na najbliższy przystanek autobusowy. Nie chciałyśmy tracić czasu. Niby nigdzie się nam nie śpieszyło, bo od rozpoczęcia kabaretonu dzieliło nas kilka ładnych godzin, a poważniejsze zwiedzanie miasta odłożyłyśmy na następne dni. Ale przed wieczorem wypadało coś zjeść, ogarnąć się, a zarówno do mieszkania Julii, jak i do amfiteatru, miałyśmy spory kawałek drogi. Nawet komunikacją miejską.

Julia wynajmowała kawalerkę o całkiem przyzwoitym metrażu. Mieszkanie nie wyróżniało się w sumie niczym poza wielkim, drewnianym barem, oddzielającym pokój od aneksu kuchennego. Ponoć była to pozostałość po synu właścicieli. Pomieszkał tu, urządził po swojemu i wyjechał. Jakby nie patrzeć, przynajmniej wyglądało to oryginalnie. Jedynym poważnym problemem był fakt, że Julka miała tylko jedno nieduże łóżko, więc mnie przypadło spanie na załatwionej na tę okazję polówce. Ale to nic. Grunt, że po trudach podróży mogłam się odświeżyć. Chociaż dość szybko zorientowałam się, w jakim klimacie przebiegnie mój pobyt w Zielonej Górze i jak bardzo to będzie przypominało nasze licealne wypady. Już stojąc pod prysznicem, zza łazienkowych drzwi słyszałam, jak Julia się drze. Że pająk łazi po ścianie czy coś w tym stylu. Nie wiem. W tym momencie bardziej martwiło mnie to, czy za sprawą wyjątkowo śliskiego brodzika od prysznica zaraz nie stracę zębów.

Pierwotnie zakładałam, że po oporządzeniu się zjemy coś na mieście, ale Julia uparła się, żeby najpierw pojechać do amfiteatru. Pomyślałam: po co, do kabaretonu jeszcze kilka godzin! Julka szybko wyjaśniła, o co chodzi – o tej porze będziemy mogły stanąć na bramce i podpatrzeć próby. Nie za bardzo przekonywała mnie ta perspektywa, głównie ze względu na ponowne tłuczenie się autobusem przez pół miasta, ale przed przyjazdem obiecałam sobie jedno: podczas pobytu w Zielonej wreszcie trochę wyluzuję i będę, jak dawniej, godzić się na wszystkie pomysły Julii. Nawet te, które wydają mi się niedorzeczne.

Znalezienie wejścia do amfiteatru nie było skomplikowane, bo znajdowało się ono na samym jego szczycie. Mniej łatwe – zwłaszcza przy mojej marnej kondycji – okazało się pokonanie prowadzącej do niego masy schodów. Szczęśliwie na tym trudności się kończyły. Byłyśmy tam tylko my. I starszawy ochroniarz, lekko ospały od panującej tego dnia duchoty, który widząc, że stanowimy zerowe zagrożenie, nie zwracał na nas większej uwagi. Na scenie właśnie produkowali się kabareciarze. Ci tacy młodzi, co kiedyś dużo i ładnie śpiewali. Jeden z nich był przebrany – niezbyt przekonująco zresztą – za kobietę. Nie dziwiło mnie to za bardzo. Kabarety od zawsze cierpiały na niedobór płci pięknej, zazwyczaj niechętnej scenicznym wygłupom. Skecz był chyba nowy i jeszcze nie do końca opanowany przez grających, bo szło im trochę nierówno, choć umiarkowanie zabawnie. Obejrzałyśmy jednak scenkę do końca, potem kolejną... Pewnie stałybyśmy tam jeszcze długo, gdyby nie Julia, która stwierdziła, że zgłodniała od tych sucharów i pora jednak pójść coś zjeść.

Po skonsumowanym w jednej z miejskich knajpek ciepłym posiłku wróciłyśmy na amfiteatr taką samą drogą, jaką przyszłyśmy tu poprzednio. Idąc parkingiem, minęłyśmy ustawiony tam mały rządek przenośnych toalet i stojące przed nim dwie panie. Przypadkiem do moich uszu dobiegły słowa jednej z nich:
– Jak one ładnie pachną... Boże, nawet papier jest!
Tak, dla kogoś nawykłego do typowych standardów imprez masowych to mógł być duży szok. Z drugiej strony jeszcze nic nie było przesądzone – kabareton miał się dopiero zacząć.

Nie będę przytaczać wiązanki słów uważanych powszechnie za wulgarne, jaką rzuciłam, zobaczywszy rozmiary kolejki do amfiteatru. Jak, nie przymierzając, za komuny po mięso. Przez chwilę pomyślałam, że może jednak lepiej było zostać na głodnego. Cóż. Ustawiłyśmy się pokornie w ogonku. Julia bawiła się telefonem, a ja dla zabicia czasu zaczęłam przysłuchiwać się rozmowom innych kolejkowiczów. Jak na ludzi będących w tak upierdliwej sytuacji społecznej, niektórzy wykazywali się sporym poczuciem humoru. Zwłaszcza ten pan, który półżartem zawołał do nieśpieszne sprawdzającego wejściówki biletera:
– A ja jestem tajemniczym klientem i potem obsmaruję pana w prasie!
Impreza się jeszcze nie zaczęła, a już mieliśmy niezły kabaret.

W pewnym momencie Julka szturchnęła mnie w bok i rzuciła:
– Chodź.
Złapała mnie za rękę i pociągnęła w dół schodów. Pomyślałam, że chyba jej odbiło – miałyśmy już całkiem dobre miejsce w tej kolejce! Dopiero gdy szłyśmy wzdłuż murów amfiteatru, powiedziała, o co chodzi. Przy organizacji kabaretonu pracowała jej dobra koleżanka, miejscowa, niejaka Żaneta i drogą wymiany SMS-ów ustaliły, że dziewczyna wpuści nas wejściem dla obsługi.
– A to nie będzie nielegalne? – zapytałam.
– Mamy bilety? Mamy. W czym problem?
W sumie miała rację.
Zbliżałyśmy się do sceny, zza której coraz dokładniej było widać stojące przy niej zabudowania ośrodka kultury. Kątem oka dostrzegłam, jak na jednym z balkonów stał kabareciarz – ten taki chudy, starszawy – i palił papierosa. Niby nic, ale na takim żółtodziobie jak ja zobaczenie artysty w normalnej, codziennej sytuacji robiło wtedy wrażenie. Po chwili stałyśmy już przed wejściem służbowym. Czy bardziej wjazdem dla aut. Teraz mogłyśmy zobaczyć, że pod sceną panowało zamieszanie nie mniejsze, niż na górze przy bramkach. Nie czekałyśmy zbyt długo, gdy z ludzi krążących między estradą a kulisami wyłoniła się Żaneta. Wymięta niczym po nieprzespanej nocy (co skądinąd mogło być zgodne z prawdą), a oczy miała tak czerwone... Gdyby nie świadomość sytuacji, to dałabym sobie rękę uciąć, że ostatnie kilka godzin przepłakała. Chociaż jak tak teraz sobie myślę, to dochodzę do wniosku, że kto wie, może przez kabareciarzy da się płakać i to wcale nie ze śmiechu.

Teraz z oczywistych względów Żaneta nie miała dla nas czasu, więc tylko wprowadziła nas na teren amfiteatru. Na razie miałyśmy usiąść gdzieś na przednich ławkach w jeszcze opustoszałej części vipowskiej, żeby się nie kręcić i nie przeszkadzać, a gdy będzie się zbliżała godzina rozpoczęcia, to wtedy zajmiemy swoje miejsca. Pomyślałam sobie: trochę szkoda, że nie możemy tu zostać na całą imprezę. Bo z perspektywy pierwszych rzędów wszystko wyglądało inaczej niż w telewizji. Tam nie pokazują tej całej fastrygi – mnóstwa wszelkich pomagierów, uwijających się jak w ukropie, kilometrów kabli, bez których kamery i głośniki raczej nie chcą działać czy panów z wozu transmisyjnego, którzy mimo dość wczesnej pory mieli podejrzanie dobry humor.
Z zadumy nad tym wszystkim wyrwała mnie Julia, która nagle poderwała się z ławki i podbiegła do gościa, który przechodził obok i zatrzymał się niedaleko nas. Chyba do niej zagadał. Pewna nie jestem, bo w stanie zamyślenia nabieram przykrej umiejętności niesłyszenia, co się mówi w moim kierunku. Przyjrzałam mu się nieco uważniej, kiedy rozmawiał z Julką. Skądś go kojarzyłam. Dopiero po chwili zorientowałam się, skąd. Kabareciarz. Ten, który zawsze gra żołnierzy i innych mundurowych. Julia w rozmowie mimowolnie wskazała w moją stronę. Wtedy facet uśmiechnął się do mnie i pomachał. Ja odmachałam nieśmiało. To było... trochę dziwne uczucie. Chwilę później kabareciarz poszedł w swoją stronę, a Julka wróciła, dzierżąc krzepko w dłoni smycz z wiszącą na niej plakietką. Okazało się, że – oczywiście! – to dobry znajomy Julii i z własnej, nieprzymuszonej woli oddał jej swój identyfikator, abyśmy mogły już do końca kabaretonu siedzieć na przedzie. Zastanawiałam się, czy nie będzie miał przez to problemów, ale Julia szybko rozwiała moje wątpliwości: oni się tu wszyscy znają i brak jakiegoś kawałka plastiku nie sprawi, że nie wpuszczą jej sympatycznego kolegi za kulisy.

Nie skłamię, jeśli powiem, że jeszcze nigdy nie byłam tak blisko kabaretowego wielkiego świata. Owszem, po występach w naszym rodzinnym mieście chodziłyśmy czasem z Julią do artystów za kulisy, żeby pogratulować, wziąć autograf, zrobić sobie wspólne zdjęcie. Ale teraz to było coś innego. I niby wiedziałam, że Julka w Zielonej zbratała się z paroma kabareciarzami, ale co innego wiedzieć, a co innego zobaczyć na własne oczy, że komedianci naprawdę są żywymi, normalnymi ludźmi, znajdującymi się na wyciągnięcie ręki.

Ławki amfiteatru coraz ciaśniej zapełniały się widzami, a z głośników coraz głośniej buczała mająca umilić nam czas muzyka i różne teksty typu „raz raz raz”, testujące działanie nagłośnienia. W końcu zaczęło się. Znaczy kabareton, ale nie transmisja – do niej jeszcze się szykowano, a w międzyczasie jeden z młodszych kabaretów zaprezentował skecz, który mieliśmy zobaczyć tylko my, widzowie z amfiteatru. Nie powiem, poczucie pewnej przewagi nad gnieciuchami wbitymi w swoje fotele było nawet przyjemne.
Wszystko rozpoczęło się na dobre, gdy przy dźwiękach muzycznego dżingla na scenę wkroczył popularny prezenter. Nadszedł czas na rozrywkę. Kabarety, soliści, stand-uperzy, paru aktorów próbujących swoich sił w komedii. Wszyscy w mniej lub bardziej zabawnych scenkach oraz opowieściach z życia wziętych. A żebyśmy się przypadkiem nie znudzili, dorzucono do tego śpiewającą gwiazdę jednego z seriali – zapewne wymóg telewizji transmitującej całość – i miejscowe mistrzynie tańca sportowego.

Zabawa była przednia. Chociaż... Przez chwilę wydawało mi się, że z głośników coś trzeszczy. Jednak kolejny pomruk i widok ciemnej chmury zbliżającej się do amfiteatru pozbawił mnie złudzeń. Burza! Niby od rana było nadspodziewanie duszno, ale mimo to liczyłam, że unikniemy deszczu dzisiejszego wieczora. Julia była bardziej przewidująca i jeszcze przed przyjazdem kazała mi zapakować jakąś pelerynę. Niech Bóg jej w kabaretach wynagrodzi! Chwilę później lunęło z nieba tak, że całe strumienie wody spływały mi po płaszczu przeciwdeszczowym wprost na niezbyt nieprzemakalne buty. Cudownie. Wnioskując po wyrazie twarzy Julii, u niej nie było lepiej. Wtedy na scenę wszedł chłopaczek z jednego z młodszych kabaretów, by zapowiedzieć ich skecz. Stanął przed mikrofonem, rozejrzał się po publiczności i powiedział:
– Co, pada? Jest sobota, jest kąpiel!
A to ci śmieszek jeden.

Szczęśliwie deszcz był tyleż intensywny, co krótki, a nieprzyjemne uczucie wilgoci w butach nie przeszkadzało nam w dalszej dobrej zabawie. Okazało się, że jeden z kabaretów współorganizujących całe wydarzenie obchodzi okrągły jubileusz istnienia, więc kabareton na ostatniej prostej połączono ze wspólnym fetowaniem rocznicy. Artyści żartobliwie zachęcali do wznoszenia toastów (gdyby tylko było czym...), a na scenie pojawił się wielki tort. Takie świętowanie na odległość razem z publicznością wydawało mi się całkiem śmieszne. Przynajmniej dopóki nie okazało się tuż po zakończeniu kabaretonu, że w moim przypadku ten dystans zmniejszy się lada moment. Julia rzuciła krótkie, ale treściwe hasło:
– Idziemy na bankiet.
Jak to idziemy na bankiet?! Nie było tego w planach. Nie mogło być, skoro miałam bardzo blade pojęcie o tym, jak poważna jest zażyłość Julki z miejscowymi komediantami.

Przeszłyśmy obok sceny w stronę stojącego tuż za nią budynku. Buty niby mi już trochę obeschły, ale nadal czułam się dość nieprzyjemnie. A tu jeszcze Julia prowadziła mnie prosto w paszczę lwa, na teoretycznie zamkniętą imprezę, gdzie kabareciarze bawią się we własnym gronie. Czy aby na pewno będziemy tam mile widziane?
Wątpliwości zaczęły się powoli rozwiewać, kiedy po wejściu na patio wpadłyśmy na jednego z artystów, postawnego gościa w okularach, który zareagował wyjątkowo entuzjastycznie na obecność Julki z „tą nową koleżanką”. Zachęcił nas do wejścia do budynku, gdzie na stołach postawiono już jedzenie i oczywiście alkohol. Był bardzo miły, ale... Nadal czułam się niepewnie. Ja, taki szarak przyjezdny, pośród artystów? Wtedy, tuż po wejściu do środka, zobaczyłam tego aktora. Gwiazdora telewizji przecież. A on siedział sobie przy stoliczku i zdawał się równie spłoszony, jak ja. Poczułam coś na kształt ulgi, że chyba ktoś jeszcze jest tu nowy i dopiero musi się odnaleźć.

Przy barze spotkałyśmy Żanetę. Teraz wyglądała już dużo lepiej i popijała drinka w towarzystwie paru kabareciarzy. Rozpoznawałam wszystkich bez problemu. Wszak kojarzyłam ich całkiem dobrze ze szklanego ekranu. Starałam się jak najlepiej ukryć zaskoczenie faktem, że – chociaż pierwszy raz widzieli mnie na oczy – przywitali mnie równie ciepło, co okularnik. Bo „koleżanka Żanetki i Julci”, która lubi kabarety i „strasznie miło poznać”. Na hasło o przemoczonych butach prędko poczęstowano nas wódką z colą. Jeden z artystów – podobno krewniak Żanety – zapytał nas, czy chcemy kawałek jubileuszowego tortu. Julia powiedziała, że tak. Ja, jako że nie słynęłam w tamtym czasie ze szczególnych umiejętności w szybkim podejmowaniu decyzji, wybąkałam coś w stylu:
– A bo ja wiem...
Poszedł. Wrócił z dwoma kawałkami ciasta. Mądry chłopak.

Telewizja koszmarnie wypacza sposób patrzenia na wiele osób. Trochę je chyba odczłowiecza. Tutaj, w bankietowych salkach i na patio, spotykałam nie jakieś wielkie gwiazdy, ale ludzi. Różnych. Jednych śmielszych, bardziej gadatliwych i towarzyskich, innych nieco wycofanych, preferujących spędzanie całego bankietu w gronie już dobrze znanych kolegów. Próbowałam konwersacji ze wszystkimi. Nawet jeśli miała się ona ograniczyć tylko do małego komplementu, że „bardzo podobał mi się dzisiejszy występ, fajnie było obejrzeć go na żywo”. Na moje nieszczęście w kwestii alkoholu w tamtych czasach niewiele trzeba mi było do szczęścia i już pierwszy drink dodał mi śmiałości oraz poważnie rozplątał język. Z drugiej strony miało to tę zaletę, że pozbyłam się niepotrzebnego onieśmielenia, no i przestałam odczuwać zawilgocone buty. Nagle doskonałym tematem do rozmowy stawała się nie tylko praca moich nowych znajomych, ale również niedająca się porządnie przeżuć szynka dodana do jednej z przystawek czy twórczość zespołu Queen. Tak, jeden z panów okazał się fanem tej kapeli, czemu dał wyraz, zakładając na bankiet odpowiednią koszulkę. Szczególnie zagadałam się z dwiema kabareciarkami, blondynkami w podobnym wieku, które z perspektywy szklanego ekranu zawsze wydawały mi się dość swojskie. Jak się okazało, nie było to takie dalekie od rzeczywistości. Rozmawiało nam się tak, jakbyśmy już się znały i to całkiem nieźle. Ba. Wielce prawdopodobne jest, że z rozpędu mogłam opowiedzieć dziewczynom po pijaku nawet pół swojego życia. Mam szczerą nadzieję, że były równie podchmielone, jak ja i niczego nie pamiętają.

Około trzeciej nad ranem, po kolejnych drinkach, dziwnych przekąskach i całej masie rozmów, uznałyśmy z Julią, że czas się zbierać. Towarzystwo, które jeszcze ostało się na bankiecie, pożegnało nas wylewnie. Byłam troszeczkę zbyt pijana, żeby zaprotestować, kiedy jedna z blondynek wcisnęła mi dwadzieścia złotych na taksówkę. Podobno dlatego, że gdyby chciała je dać Julce, to ona by nie przyjęła tych pieniędzy. Spryciula.

Nie mam pojęcia, kto zadzwonił po taryfę, ale przyjechała dość szybko. Wsiadłyśmy z Julią do auta, ona podała panu kierowcy dokładny adres i już. Lada chwila ten zwariowany dzień miał się skończyć. Wtedy, próbując nie zasnąć z głową opartą o szybę samochodowych drzwi, pomyślałam sobie:
Kurczę. Kocham cię, Zielona Góro.

Podpis: 

Daguchna 29 sierpnia-13 września 2020
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sprawca (fragment III) Sprawca (fragment II) Sprawca (fragment)
Fragment III. Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e
Sponsorowane: 80
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 75Sponsorowane: 70

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2022 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.