https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
200

Chiny

Autor płaci:
200

  Wycieczka życia  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W lutym nagrodą jest książka
Gra anioła
Carlos Ruiz Zafon
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Chiny

Wycieczka życia

Żołnierze Wyklęci

A gdy się wypełniły dni...

Bliskie spotkania

Chodźmy...

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Mefisto i Carmen

"Nie moja w tym wina, że jak to bywa w świecie Los z przekory nici gobelin życia plecie."

Nowozrodzenie

Czym jest zbawienie.

Rosół

Aż raz, na mojej drodze, wiodącej do niechybnej śmierci,

Ró-ża

Na skrawku zapisane

KYTNAMOR

...

Nigdy

Proszę o komentarze :)

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
3398
użytkowników.

Gości:
3395
Zalogowanych:
3
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 82781

82781

Interior

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
26-02-07

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Akcja/Przygoda/Technologia
Rozmiar
33 kb
Czytane
183
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
26-02-09

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Izabella Podpis: Izabella Wdziekońska-Rębacz
on-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Morderczy wyścig przez pustynię. Zmaganie głównego bohatera nie tylko z trudami wyścigu, ale ze swoimi słabościami i przerośniętym ego. Największą przeszkodą do zwycięstwa okazuje się niebanalna dziewczyna.

Opublikowany w:

Interior

Interior

Całą noc nie zmrużyłem oka, zastanawiając się, czy aby na pewno wszystko mam spakowane. Perspektywa przebycia prawie dwóch tysięcy kilometrów przez pustynię z rzadką opcją tankowania i zerową opcją dokupienia tego, czego nagle zabraknie lub się zapomniało, nagle jawi się niczym plan na pewną porażkę. Rok planowania i przekonywania samego siebie, czy to wszystko w ogóle ma sens, miał mi zapewnić pewność, że jestem w stu procentach przygotowany i przekonany do swojej szansy na sukces, a teraz na kilka godzin przed startem, zamiast łapać każdą godzinę snu, toczę nocną potyczkę z wątpliwościami, które obsiadły mnie jak muchy gówno i za nic nie mogę ich przegonić.
Do punktu startowego dotarłem spóźniony, bo świt przyniósł mi krótki, choć głęboki sen, bardzo odporny na wezwania budzika. Dopiero scena, w której mój jeep zapada się do połowy w jakiejś błotnistej mazi, postawiła mnie zlanego potem na nogi. Piach, który czułem pod powiekami, był idealną zapowiedzią pustynnej scenerii, w której niedługo miałem się znaleźć.
Ostatni podpis na umowie udziału w imprezie sportowej, którym zrzekam się pretensji do jakiejkolwiek pomocy na trasie i biorę pełną odpowiedzialność za swój los, ostatecznie uwolnił mnie od rozważań, czy aby nie powinienem się jeszcze wycofać. Wygram ten wyścig i wreszcie dostanę to, na co od dawna zasługuję: uznanie. Nagroda najmniej mnie interesuje, bo pieniędzy mam pod dostatkiem, ale wreszcie zostanę zapamiętany i należycie uhonorowany. Przestaną o mnie mówić: „dorobkiewicz”, czy „synek znanego tatusia”, będę ZWYCIĘZCĄ.
Wychodzę z niewielkiej kanciapy, bo trudno nazwać budynkiem kilka wiórowych płyt, zbitych ze sobą naprędce. Zanurzam się w tłum podobnych do mnie szaleńców i ich pojazdów. Jesteśmy niczym wybryk natury: stado składające się wyłącznie z samotnych wilków. Rozmowy toczone są szeptem, jak przed jakimś nabożeństwem. Prawie każdy robi coś przy swoim pojeździe lub sprawdza broń. Wolałem nikomu zbyt długo się nie przyglądać, za to ciekawiły mnie auta. Były tu chyba wszystkie liczące się marki samochodów terenowych, doposażone w co się dało, żeby zyskać przewagę na trudnej trasie.
Kątem oka zauważyłem wysoką blondynkę, grzebiącą pod maską swojej toyoty. Pewnie uzupełniała płyn do spryskiwaczy, bo co innego mogła niby robić? Widziałem wcześniej kilka kobiet przygotowujących się do wyścigu, ale większość wyglądała jak babo-chłopy. Można założyć, że są tu też jakieś ładne dziewczyny, ale ta jest zdecydowanie inna. Nie pasuje do tego miejsca.
Mój pojazd stał jakieś dwadzieścia metrów od niej, więc mogłem jej się bezkarnie przyglądać. Gęste, długie włosy uplotła w gruby warkocz. Za każdym razem, gdy schylała się pod maskę samochodu, niesfornie spływał po jej drobnym, ale zgrabnym biuście, niczym górski potok wśród wzniesień. Właśnie taki typ urody lubię najbardziej: delikatne rysy i wysportowana sylwetka. Tylko po co taka dziewczyna pcha się do typowo męskiej rywalizacji? Pewnie liczy na to, że w razie kłopotów, jej uroda zapewni jej męskie wsparcie. To, że wpadnie w kłopoty, jest tak samo pewne, jak to, że nikt jej nie pomoże. Stawka jest zbyt wysoka, a reguły gry twarde.
Ciekawe skąd jest? Z tej odległości nie mogłem odczytać numeru rejestracyjnego. Za to jej samochód, zupełnie irracjonalnie budził mój niepokój. Może dlatego, że też początkowo chciałem wybrać land cruisera? Ma renomę auta nie do zdarcia, na każdy teren i pogodę. Ostatecznie mój przyjaciel Kazik, spec od terenowych aut, przekonał mnie do zakupu dwuletniego, grafitowego wranglera z wbudowaną wyciągarką i dodatkowo wzmocnionym zawieszeniem. Oba auta mają podobną pojemność silnika, ale jeepy ma większą moc, co powinno zapewnić lepsze osiągi. Auto testowałem cały rok w najgorszych z możliwych terenów i za każdym razem był niezawodny. Toyota blondynki miała ceglastoczerwony kolor. Szminkę mogła sobie taką wybrać, ale auto? Nie zauważyłem wbudowanej wyciągarki, co oznaczało, że zabrała przenośną, która według mnie może sobie nie poradzić z dwutonowym autem i dodatkowo niepotrzebnie zajmuje miejsce w bagażniku.
Moje rozważania przerwał wzmożony ruch, kierowcy wsiadali do samochodów i kierowali swoje pojazdy w stronę wysokiej, zadaszonej bramy. Tak naprawdę jest to urządzenie skanujące samochód pod kątem wyposażenia i bagażu oraz notujące co do sekundy moment startu, który nie odbywa się jednocześnie, tylko w kilkunastominutowych odstępach. W aucie może znajdować się dowolna ilość broni i nie ma ograniczeń, co do jej rodzaju, można zabrać działko laserowe, karabin maszynowy, ale równie dobrze łuk i strzały. Zabronione jest jakiekolwiek urządzenie zapewniające łączność ze światem. Każdy jest zdany tylko na siebie, a jedynym, dozwolonym przyrządem, bez którego niemożliwe jest przemieszczanie się w tym praktycznie niezbadanym terenie, jest nawigacja satelitarna. Na jej ekranie nie wyświetla się jednak tradycyjna mapa z jakimikolwiek punktami orientacyjnymi. Śledzisz tylko ciągłą linię, która prowadzi od startu do mety. Nie ma oznaczonych zapadlisk, sezonowych bagnisk, czy torujących drogę stad zwierząt. Żadnych podpowiedzi lektora, co do dróg alternatywnych, bo ich po prostu nie ma. Lektora zresztą też nie.
Interior to nazwa jednocześnie wyścigu i terenów, po których się odbywa. Wiedzie przez niezaludnione, podzwrotnikowe obszary niewielkiego kontynentu i jest jedynym na świecie tego rodzaju wielowymiarowym testem wytrzymałości auta i człowieka. Liczy się w nim nie tylko kondycja fizyczna, nerwy ze stali, ale i odporność na samotność. Zwłaszcza, gdy brakuje snu. Przejechanie niespełna dwóch tysięcy kilometrów nie jest niczym szczególnym, jednak przebycie tego dystansu z najwyższą możliwą prędkością po czymś, co trudno nazwać drogą, w zupełnie nieznanym i nieprzewidywalnym terenie jest zgodą na balansowanie na granicy życia i śmierci, wielkim testem wytrzymałości dwóch maszyn: tej zbudowanej z tkanek i narządów oraz tej mechanicznej, tak samo zawodnej.
Na trasie może zdarzyć się wszystko, a nie można liczyć na nikogo. Nie ma żadnych kategorii ze względu na rodzaj pojazdu, wiek czy płeć. Jest tylko jeden zwycięzca i jedna nagroda – milion dolarów amerykańskich lub jego równowartość w euro. Organizator w żaden sposób nie angażuje się w pomoc rannym, czy zabranie z trasy i oddanie rodzinom zwłok zawodników. Bliscy tych pechowców muszą później na własną rękę organizować misje ratunkowe, które najczęściej zamieniają się w pełnowartościowe posiłki dla wygłodniałych drapieżców. Wydawałoby się, że wszystko to powinno odstraszać od udziału w tak ryzykownej grze, z tak niewielką szansą na nagrodę. Jednak wbrew logice z roku na rok śmiałków jest coraz więcej, bo w większości przypadków to nie pieniądze są lepem, do którego lgną, tylko sława. Cały wyścig jest relacjonowany na żywo z dronów i helikopterów, które towarzyszą rajdowcom non stop, nawet przy najtrudniejszych warunkach pogodowych.
Stojący przede mną srebrny land rover defender ruszył z miejsca.
Czas na mnie – pomyślałem i odpaliłem silnik. Uwielbiam ten dźwięk. Za każdym razem brzmi jak zapowiedź nowego wyzwania i melodia wolności. Po przejechaniu punktu startowego od razu dodałem gazu. Plan był prosty, przynajmniej na początku: jechać z maksymalną możliwą prędkością, tak długo, jak tylko warunki na trasie na to pozwolą. Pędziłem prawie sto osiemdziesiąt kilometrów na godzinę w chmurze piachu, którą wznieciło kilkaset aut. Widoczność była prawie zerowa, ale i tak zauważyłem, że w ciągu niespełna godziny krajobraz zmienił się nie do poznania. Zieleń stopniowo ustępowała brązom i brudnej czerwieni z każdym przejechanym kilometrem. Miejsce okazałych drzew i krzewów zastąpiły rachityczne krzewinki rozrzucone pojedynczo na coraz bardziej piaszczysto – skalistym terenie. Drobny żwir pod kołami zamienił się w ostre kamienie, które coraz uważniej trzeba było omijać.
Już na dziewięćdziesiątym kilometrze minąłem leżące na boku suzuki, chyba samurai, nie miałem czasu dobrze się przyjrzeć. Co wyrzuciło je z drogi? Zastanawiałem się przez dłuższy czas, bo oprócz coraz głębszych nierówności i co jakiś czas wystających skał, niczego innego nie zauważyłem.
No cóż, jeden przeciwnik mniej – pomyślałem i sięgnąłem po napój izotoniczny z solidną porcją kofeiny. Tylko przez kilka sekund trzymałem kierownicę jedną ręką i właśnie w tym momencie jak spod ziemi wyrosła przede mną … krowa?!
Nie miałem czasu ani na zdziwienie, ani na złapanie kierownicy oburącz. Nie wiem jakim cudem, ale w ostatniej chwili ominąłem cielsko z prawej strony, ale mój jeep i tak wypadł z drogi i niebezpiecznie przechylił się na jeden bok. Skontrowałem kierownicę w przeciwną stronę i dodałem gazu, licząc na to, że samochód odzyska przyczepność wszystkimi kołami. Zakręciło mną gwałtownie wokół osi i zatrzymałem się tyłem do kierunku jazdy.
W kabinie sprawnie działała klimatyzacja, a i tak byłem cały zlany potem. Oddychałem głęboko, próbując uspokoić walące serce i patrząc, jak krowa niespiesznie oddala się w stronę większego stada, które stało nieopodal, a którego wcześniej nie zauważyłem. Zagadka wypadku suzuki dość szybko się rozwiązała.
Pewnie zbyt późno zareagował i zderzył się z wołowiną – pomyślałem.
Odpaliłem z powrotem silnik i schyliłem się po walający się po podłodze napój, który wypadł mi w czasie manewru z ręki. Odkąd wyruszyłem niczego nie piłem i nie jadłem, więc nie mogłem oderwać się od butelki. Napięcie ze mnie zeszło i byłem gotowy, żeby kontynuować jazdę. Wrzuciłem bieg i już miałem zawrócić, gdy oślepiły mnie światła zbliżającego się samochodu.
Nie mogę pozwolić, żeby mnie wyprzedził – pomyślałem i dodałem gazu. Niestety zanim wróciłem na drogę, z dużą prędkością minęła mnie znajoma toyota. Gdyby nie światła, można jej było w ogóle nie zauważyć. W jednej chwili zrozumiałem, że wybór koloru jej auta nie mógł być przypadkowy. Dominującą barwą, w którą przyodział się interior, był ceglastoczerwony, dokładnie taki, jaki miał land cruiser blondynki. Niczym kameleon wtapiała się w tło, doskonale udając część krajobrazu.
Przyspieszyłem do granic możliwości nie licząc, że ją od razu przegonię. Miałem nadzieję odczytać tablicę rejestracyjną, póki błoto i kurz jej całkiem nie zakryją. Wreszcie podjechałem na tyle blisko, że udało mi się dostrzec, zupełnie zresztą niezrozumiały dla mnie, napis: S2CZIGA. Zamiast zaspokoić swoją ciekawość, jeszcze bardziej ją rozbudziłem. Musiałem dowiedzieć się, z jakiego jest kraju, więc gdy tylko trochę zwolniła, znowu dodałem gazu i tym razem wyraźnie zobaczyłem okrąg dwunastu gwiazdek, a pod nim znajome dwie litery: PL!
Tego się nie spodziewałem. Fakt, że kobieta, która wpadła mi od razu w oko, jest Polką, wytrącił mnie z równowagi. Jeszcze ten dziwaczny napis, czyżby jakieś imię?
- Szcziga – powiedziałem na głos, jakby miało mi to pomóc w zrozumieniu sensu tego słowa, ale nie pomogło.
Zwolniłem, bo stwierdziłem, że takiego tempa ona też nie wytrzyma i jak tylko pozwoli sobie na jakiś błąd lub chwilę odpoczynku, wtedy ją wyprzedzę. Właściwie nie powinienem być zdziwiony. Wszystkie części układanki doskonale do siebie pasowały: była bardzo ładna i miała typowo słowiańską urodę, a przecież Polki są najpiękniejsze. Już Rosiewicz śpiewał: „Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny”, a ja się z tym zawsze zgadzałem. Szkoda, że spotkałem ją w takim miejscu i w takich okolicznościach. Skoro zdecydowała się wziąć udział w wyścigu, musi mieć nierówno pod sufitem. Zresztą, osiągnie sukces, jeśli wyjdzie stąd żywa.
Do końca dnia nie udało mi się jej dogonić i wszystko wskazywało na to, że zostałem znacznie w tyle. Zbliżała się noc, czułem głód i coraz większe zmęczenie. Postanowiłem, że będę jechał tak długo, jak tylko dam radę, a potem zatrzymam się na godzinną drzemkę.
Gdy zaszło słońce, znalazłem się w całkowitych ciemnościach. Już od dłuższego czasu jechałem na długich, żeby z wyprzedzeniem zareagować na możliwe pułapki na drodze. Czułem, że muszę odpocząć. Musiałem zmienić specjalną bieliznę, do której oddawałem mocz, żeby nie robić niepotrzebnych przerw i chociaż trochę się zregenerować. Widziałem, że niektóre samochody miały zamontowane na dachu specjalne namioty do spania, ja postanowiłem, że będę rozkładał siedzenie i to mi musi wystarczyć. Uważałem, że wszystkie dodatkowe elementy na samochodzie zwiększą opór w czasie jazdy.
Nastawiłem budzik, przebrałem się, pochłonąłem tubkę pełnowartościowego posiłku i natychmiast zasnąłem. Po krótkiej chwili, która okazała się godziną, dźwięk budzika brutalnie wyrwał mnie ze snu. Z trudem podniosłem dwie ołowiane powieki, a ból zesztywniałego karku uświadomił mi, że tak szybko zasnąłem, że nawet nie zdążyłem rozłożyć fotela.
Najgorsza była próba wyjścia z samochodu. Po kilkunastu godzinach jazdy, nogi miałem całe zdrętwiałe i w pierwszej chwili musiałem złapać się drzwi, żeby nie upaść. Już miałem wyjąć z bagażnika kanister z paliwem, gdy usłyszałem jakiś skowyt za swoimi plecami. Gwałtownie odwróciłem się w stronę dochodzącego dźwięku i zobaczyłem kilkanaście par święcących w ciemności oczu. Widziałem, że zaczynają się zbliżać i otaczać mnie ze wszystkich stron. Nie miałem pojęcia, co kryje się w ciemności, ale nie zamierzałem czekać, aż mnie zaatakuje. Szybko wróciłem do kabiny po broń, którą nieopatrznie zostawiłem na siedzeniu pasażera. Od razu poczułem się pewniej, gdy mój nowoczesny sztucer, wyposażony w termowizję i noktowizję trzymałem w rękach. Oddałem strzał w ciemność i usłyszałem skowyt.
No i co gnojki? Który następny?
Stałem przez chwilę i patrzyłem, jak żółte ślepia jedne po drugich znikają w noc. Nie rozstając się z bronią, zatankowałem do pełna. Wrzuciłem pospiesznie puste kanistry do bagażnika i wyjechałem na drogę, zastanawiając się, ile czasu inni kierowcy przeznaczyli na sen. Godzina w moim odczuciu była absolutnym minimum, na które na pewno niewielu się zdobyło. Byłem pewien, że inni spali dłużej i dzięki temu zyskam sporą przewagę. Nie mogłem jechać zbyt szybko. Już osiemdziesiątka wydawała się szaleństwem przy nierównościach, które wyrzucały z fotela i zerowej widoczności, w której poruszanie się było tylko możliwe dzięki niebieskiej strzałce, przesuwającej się po ekranie nawigacji. Kilka razy wydawało mi się, że widzę światła stopu przed sobą, ale nie byłem pewien czy to auto, czy moja wyobraźnia.
Z ogromną ulga przyjąłem jaśniejącą szarość nad horyzontem. Chyba jeszcze nigdy tak bardzo nie cieszyłem się ze wschodu słońca, czułem się jak ślepiec, któremu wrócono wzrok po życiu latami w ciemnościach. Ze zdumieniem stwierdziłem, że otacza mnie morze piasku i skał ciągnące się ze wszystkich stron po horyzont. Brudna czerwień gleby przechodząca miejscami w czerń i brąz, z której co jakiś czas wystawały ostre srebrzyste skały. Wyglądały, jakby spadły z przestrzeni kosmicznej i powbijały się z impetem w ziemię. Pełne ostrych krawędzi, kierowały swe spiczaste szczyty w stronę coraz bardziej parzącego słońca. Już o szóstej rano pokładowy termometr pokazywał trzydzieści pięć stopni Celsjusza. Na szczęście klimatyzacja utrzymywała przyjemne osiemnaście wewnątrz kabiny.
Pochłonąłem kolejną tubkę, którą nazwałem wzniośle śniadaniem i popiłem kawą z kartonika. Teren wydawał się znacznie równiejszy niż poprzedniego dnia, więc rozpędziłem jeepa do stu dwudziestu kilometrów na godzinę. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego od momentu startu widziałem do tej pory tylko dwa inne samochody. Przydałby się jakiś punkt odniesienia, porównanie, jak inni sobie radzą. Czułem się, jakbym ścigał się ze swoimi słabościami. Musiałem sam wyznaczać sobie cele do osiągnięcia i przesuwać granice wytrzymałości, sam ze sobą negocjować długość odpoczynku i trzymać w ryzach ryzykowne posunięcia. Jeden błąd mógł mnie kosztować bardzo wiele.
Moje rozważanie przerwała nagła zmiana pogody. Dosłownie w ciągu kilku minut zrobiło się całkiem ciemno i niebo zaczęły rozdzierać potężne błyskawice. Autem niebezpiecznie zaczęły kołysać wzmagające się powiewy wiatru. Cicha do tej pory pustynia zaczęła wyć. Zwolniłem do trzydziestu kilometrów na godzinę i wiedziałem, że niedługo będę musiał się zatrzymać. Ogromne masy poderwanego przez szalejący wiatr piachu coraz bardziej napierały na samochód. Zjechałem z drogi, licząc na to, że za chwilę wiatr ucichnie i wszystko się uspokoi. Bardzo się jednak myliłem.
Na kilka minut wszystko zamarło. Ciemność jednak nie ustąpiła i czułem, że to zapowiedź czegoś gorszego. Wiatr zerwał się ze zdwojoną siłą, a w dach samochodu zaczęły walić spadające kamienie. Tak przynajmniej to brzmiało, tylko że to nie były kamienie, a masy wody, które lunęły z ogromnej, czarnej chmury. Zawisła tuż nad pustynią i zalewała wszystko potężnymi strugami.
Jedyne, co mogłem zrobić, to czekać i wykorzystać ten czas na odpoczynek.
- To minie i pojadę dalej – zacząłem mówić do siebie na głos. – Nie panikuj, przecież wiedziałeś, że nie będzie łatwo. To jest tylko jedna z prób, z której wyjdziesz cało. Zwyciężysz.
Obudziła mnie cisza. Na niebie nie było ani jednej chmurki, a na szybach nie było ani jednej kropli deszczu.
Czy ja naprawdę zasnąłem w środku burzowego armagedonu?
Ile czasu spałem?
Z przerażeniem spojrzałem na zegar. Minęła jedenasta rano. To oznacza, że spałem jakieś osiemdziesiąt minut. Nie jest dobrze. Muszę natychmiast ruszać. Nabrałem powietrza do płuc, jakbym zamierzał nurkować i przekręciłem kluczyk w stacyjce. Silnik zamruczał od razu. Odetchnąłem z ulgą, przecież nie miałem pojęcia, czy burza nie wyrządziła jakichś szkód, ale nie, ten wóz by mnie nie zwiódł. Dodałem gazu, ale auto, zamiast ruszyć z miejsca, wychyliło się do przodu i wróciło na miejsce. Jeszcze raz. Tym razem mocniej nacisnąłem pedał gazu, ale po kilku minutach kręcenia się kół w miejscu odpuściłem i auto zgasło.
Muszę go porządnie rozkołysać. Odpaliłem silnik kolejny raz i zacząłem powoli naciskać i puszczać pedał gazu tak, że za którymś razem siły bezwładności pomogły wydostać się kilkutonowemu cielsku z błotnistej pułapki.
- Brawo! – niemal krzyknąłem. – Jedziemy dalej! – roześmiałem się głośno, bo poczułem, że ja i mój jeep wróciliśmy do gry.
Musiałem bardzo się pilnować, żeby nie rozwinąć zbyt dużej prędkości. Sucha i kamienista droga w ciągu niespełna dwóch godzin zamieniła się w grząski, błotnisty trakt. Jechałem na tyle wolno, że mogłem rozejrzeć się po mijanej okolicy. Pustynny krajobraz przeobraził się w krainę wielkich jezior i tylko wyłaniające się z wody co jakiś czas fragmenty większych skał, nie pozwalały zapomnieć o charakterze tego miejsca. Dopiero gdy wjechałem na potężne wzniesienie, moim oczom ukazał się krajobraz zniszczeń. Co najmniej dwadzieścia aut ugrzęzło w glinie i błocie. Część kierowców zdecydowanie już się poddała. Siedzieli na maskach i paląc papierosy, spokojnie przyglądali się swoim rywalom. Kilku z bezsilności i wyczerpania zasnęło za kierownicą i tylko paru bezskutecznie nadal próbowało uwolnić swoje pojazdy. Zwolniłem, żeby lepiej przyjrzeć się, czy mają jakiekolwiek szanse, żeby wydostać się z błota. Stwierdziłem, że użycie saperek było dobrym pomysłem, gdyby nie woda, która wypływała spod ziemi i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki na powrót zalewała oczyszczone z wodnistej mazi miejsce. Pojechałem dalej czując, że z każdym zakopanym w błocie autem, moje szanse na zwycięstwo rosną.
Swoją przewagą cieszyłem się jakiś kilometr. Przez krótką chwilę łudziłem się, że przeszkoda, do której się zbliżałem, stoi obok drogi, ale w końcu stało się jasne, że przejazd jest zatarasowany przez leżące na boku auto. Od razu ją poznałem, mimo że swoje długie włosy związała jaskrawozieloną bandaną i z daleka wyglądała jak chłopak. Zauważyłem, że jej luźne, trekkingowe spodnie w kolorze khaki, były całkiem podobne do moich. Rękawy kiedyś białej, przewiewnej koszuli, podwinęła za pokryte warstwą błota łokcie. Musiała stracić panowanie nad autem w jakiejś większej kałuży.
Wysiadłem, żeby ocenić szanse na ominięcie przeszkody. Nie zamierzałem z nią nawiązywać żadnego kontaktu, zresztą ona też udawała, że mnie nie zauważa. W końcu nie wytrzymałem i powiedziałem:
- Wiesz, że nie masz szans na wyciągnięcie tego auta? To byłby cud, gdyby ci się udało.
- Szans, to ty nie masz na wygraną – odparowała.
- O, widzę, że jesteś bardzo pewna siebie! Naprawdę ci kibicuję i w normalnych okolicznościach chętnie bym ci pomógł, ale sama znasz twarde zasady tego wyścigu.
- Tak znam, dlatego nie mogę się doczekać, jak zobaczę twojego jeepa do połowy w błocie, co nastąpi natychmiast, jak tylko będziesz chciał mnie wyminąć.
Nic nie odpowiedziałem, tylko poszedłem sprawdzić, którą stroną będzie najbezpieczniej przejechać. Niestety już po kilku krokach zapadłem się prawie po uda, więc było jasne, że skoro nawierzchnia nie utrzymała mojego ciężaru, to auto na pewno się zapadnie.
- Kurwa mać! – zakląłem, z trudem wydostając się z błota.
- No coś ty! – usłyszałem jej śmiech. – Chyba jednak nie zostało ci nic innego, jak trzymać kciuki, żeby udało mi się dokonać wspomnianego cudu.
W tej chwili naprawdę chciałbym jej pomóc, ale nie mogłem. Jeden z dronów cały czas krążył nisko nad naszymi głowami. Sprawdzał, czy nie złamiemy zasad gry.
Ciekawe, ile osób postawiło na moją wygraną? Ludzie na całym świecie obstawiali pokaźne sumy na swoich faworytów, dlatego relacje z wyścigu cieszyły się ogromną popularnością. Przed ekranami zasiadali nie tylko hazardziści, ale również wszelkiej maści dewianci ekscytujący się każdym wypadkiem, porażką czy śmiercią zawodników.
Wściekły wróciłem do auta, bo nie pozostało mi nic innego, jak przyglądać się rozwojowi sytuacji. Szanse na kontynuowanie jazdy spadły prawie do zera i najpewniej jedynym wyjściem będzie poczekać, aż prażące słońce osuszy teren. Sięgnąłem po wysokoenergetyczny baton i kolejny już dziś kubek kawy, rozsiadłem się wygodnie i obserwowałem przez szybę uwijająca się Szczigę. Postanowiłem tak ją nazwać, skoro nie wiedziałem, jak ma na imię.
Właśnie przymocowała do boku auta jakieś ustrojstwo. Przypominało wyciągarkę, ale jeszcze takiej nie widziałem. Robiło się naprawdę ciekawie, zwłaszcza że w okolicy nie było ani jednego drzewa! Pewnie działa w amoku i nie wie do końca, co robi! Z kieszeni wyjęła niewielki tablet i zaczęła po nim klikać. Wyciągarka zaczęła obracać się wokół własnej osi, niczym działko na wieżyczce, po czym znieruchomiała zwrócona w stronę potężnej, oddalonej o kilkanaście metrów skały. Szcziga sięgnęła po leżący obok wywróconego auta przedmiot. Przypominał niewielkie działko, z którego wystawał wygięty kawał metalu. Podeszła z nim do skały i po chwili usłyszałem huk wystrzału. Domyśliłem się, że udało jej się wstrzelić hak. Teraz tylko wystarczyło przymocować linę i resztę zadania wykonała wyciągarka. Blondynka tylko stała i wodziła palcem po tablecie. gdy naprężona do granic wytrzymałości lina, zwijając się powoli, podnosiła samochód.
- A to co u diabła? – powiedziałem na głos.
Moje auto też wyposażyłem w różne gadżety, ale to, co właśnie zobaczyłem, dawało realną szansę na przetrwanie i nawet wygraną. Musiałem zweryfikować swoje dotychczasowe nastawienie zarówno do blond piękności, jak i do jej czerwonej toyoty. Po dziesięciu minutach maszyna stała na czterech kołach w pozycji, która umożliwiała mi jej ominięcie. Nie zamierzałem czekać ani minuty dłużej. Włączyłem silnik i docisnąłem maksymalnie pedał gazu. Mój jeep ruszył z impetem, zapewniając jednocześnie wodną kąpiel dziewczynie, która nie zdążyła jeszcze wsiąść do auta.
Reszta dnia minęła mi nadzwyczaj spokojnie. Prażące słońce wysuszyło prawie cały teren i odsłoniło na powrót liczne koleiny i zapadliska na drodze. Przez kilka godzin nie spotkałem żadnego pojazdu, więc pędziłem samotnie przez pustynię, walcząc z coraz bardziej ogarniającą mnie sennością. Zostało mi do przejechania dziewięćset pięćdziesiąt kilometrów, czyli półmetek miałem już za sobą. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a wskaźnik paliwa domagał się tankowania. Wiedziałem, że w ciągu kilkunastu minut zrobi się całkiem ciemno, więc postanowiłem napełnić bak przy resztkach naturalnego światła.
Zaparkowałem niedaleko drogi na wszelki wypadek na niewielkim wzniesieniu. Na zewnątrz pojazdu nawet na chwilę nie rozstawałem się z moim sztucerem. Nie widziałem dotąd zbyt wielu zwierząt, ale najbardziej bałem się tych nocnych. Taki tryb życia wiodą gównie drapieżniki, które pod osłoną nocy polują na swe ofiary. Ciemność jednak nie nadeszła. Na bezchmurnym, rozgwieżdżonym niebie zagościł księżyc w pełni. Właśnie miałem zakręcić wlew paliwa, gdy wypadła mi z ręki nakładka i potoczyła się pod auto. Rozejrzałem się w około, czy aby na pewno jestem sam i schyliłem się. Chwilę mi zajęło zanim ją odnalazłem, więc szybko wstałem i odwróciłem się w stronę pustyni.
Już nie byłem sam. Patrzyło na mnie kilkanaście znajomych skąd inąd par oczu, tylko że teraz mogłem zobaczyć wyraźnie do kogo należą. Przypominały wielkie, wychudzone psy ze spiczastymi, dużymi uszami. Miały dokładnie taki sam, rdzawy kolor jak pustynia, na której żyły. Stały nieruchomo w gotowości do ataku i szczerzyły na mnie potężne zębiska, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. W ciągu kilku minut mojej nieuwagi zdążyły otoczyć mnie i samochód ze wszystkich stron.
Oddałem strzał. Wprawdzie chybiłem, ale liczyłem na to, że rozpierzchną się jak poprzednim razem i zdążę schować się w aucie. W ogóle nie zareagowały, tylko ruszyły w moją stronę, coraz bardziej zaciskając wokół mnie pierścień śmierci. Zacząłem strzelać niemal na oślep. Nie miałem czasu dokładnie celować i tylko skowyt tych bestii, potwierdzał, że trafiam. Założyłem, że zdobyłem czasową przewagę i zaryzykowałem otwarcie drzwi. Po co do cholery je zamykałem?
Już prawie byłem w środku, gdy jednemu udało się mnie dorwać. Poczułem potworny ból w łydce i mocne szarpnięcie. Odwróciłem się i zobaczyłem, że zwierzę wczepiło mi się w nogę i próbuje mnie wywlec na zewnątrz. Z całej siły zdzieliłem go kilka razy kolbą w łeb, aż usłyszałem chrupot kości czaszki. Wciągnąłem do kabiny obolałą nogę, ale straciłem cenne sekundy na zatrzaśnięcie drzwi. Cała horda bestii próbowała dostać się do auta i powstrzymywałem ją tylko uderzeniami kolby sztucera, miotanymi całkiem na ślepo. Z każdą minutą nierównej walki słabłem coraz bardziej. W pewnej chwili wydawało mi się, że słyszę strzały na zewnątrz, ale to, co się działo, przestawało powoli być istotne. Zacząłem zapadać się w ciemność.
Najpierw usłyszałem jakieś dźwięki. Zidentyfikowałem miarową pracę silnika i odgłos helikoptera gdzieś w oddali. Potem pojawił się obraz. Musiałem jeszcze śnić, bo widziałem wiszącą nade mną kroplówkę.
- Wreszcie się ocknąłeś – usłyszałem gdzieś przed sobą znajomy, kobiecy głos.
Lekko uniosłem głowę i stwierdziłem, że leżę z tyłu samochodu, między stertą kanistrów, kartonów i pudeł.
- Co się stało i jak się tu znalazłem? – z trudem wymawiałem każda sylabę. Język miałem suchy i nabrzmiały.
- A co pamiętasz?
- Stado wściekłych psów, które chciało mnie rozerwać na strzępy.
- I byłoby cię rozerwało, gdybym nie zjawiła się na czas – roześmiała się, jakby powiedziała coś zabawnego.
Przez chwilę próbowałem zrozumieć, co się na prawdę stało, ale było to tak irracjonalne, że powiedziałem:
- Chcesz powiedzieć, że powystrzelałaś te psy i zabrałaś mnie do swojego samochodu, tym samym rezygnując z wygranej?
- Pierwsza połowa się zgadza, ale z niczego nie zrezygnowałam. Ty zrezygnowałeś, ale przynajmniej przeżyłeś –odpowiedziała i znowu się zaśmiała.
- W momencie, gdy mi pomogłaś, złamałaś najważniejszą zasadę, więc jesteś zdyskwalifikowana.
- Strzelać do zwierząt mogę do woli, a żeby mnie zdyskwalifikować, musieliby mieć przeciwko mnie jakieś dowody. Nikt nie widział, gdy cię z trudem, nie powiem, wywlekłam z auta i wpakowałam do swojego. Po prostu jedna z moich kul przez przypadek trafiła we wścibskiego drona.
- Nad nami cały czas słychać drony i helikopter. Przecież przez szyby mnie widać!
- Póki będziesz grzecznie leżał z tyłu, nikt cię nie zobaczy. Szyby kuloodporne klasy BR7 ochronią nawet przed kulą snajpera. Z przodu są standardowe, ale te z tyłu działają jak lustra weneckie. Dron cały czas widzi ten sam obraz pudeł i paczek.
- Cholernie sprytne, ciekawe tylko jak się mnie pozbędziesz przed metą. Zestrzelisz wszystkie drony i helikoptery w okolicy? – tym razem to ja się zaśmiałem.
- Spałeś jakieś dwadzieścia godzin. Wstrzyknęłam ci anatoksynę i co sześć godzin podaję leki przeciwgorączkowe. Ten gatunek pustynnych psów jest jadowity, bez leku już dawno byś nie żył.
- Miałaś ze sobą anatoksynę? Skąd wiedziałaś, że będzie potrzebna i dlaczego wozisz ze sobą kroplówkę? – zasypałem ją pytaniami, których zresztą miałem w zanadrzu znacznie więcej.
- Chcesz powiedzieć, że wyruszając w wyścig po pustyni nie sprawdziłeś, co i jak ci zagraża? Jeśli chciałeś wszystkie problemy załatwić sztucerem, to aż dziw, że tak daleko zajechałeś. A co do kroplówki, odwodnienie na pustyni, jest równie groźne, jak jadowite zwierzęta.
- Dlatego zabrałem kilka zgrzewek izotoników!?
Leżałem przodem do kierunku jazdy, więc w przednim lusterku zauważyłem, jak pokiwała z politowaniem głową. Przez chwilę milczałem próbując przetrawić to, co właśnie usłyszałem. Nadal nie rozumiałem, dlaczego mi pomogła.
- Skoro zawdzięczam ci życie, to chciałbym poznać twoje imię. Ja jestem Tomek, mieszkam w Rzeszowie, gdzie prowadzę własny biznes. A ty?
- Anna, lekarka z Rudy Śląskiej.
Zaniemówiłem na kilka dobrych minut. Miałem ją za niezbyt ogarniętą córkę mechanika, która dzieciństwo spędziła patrząc, jak tata wybebesza kolejne auta.
- Jesteś lekarką? Masz dobrze płatny i cieszący się uznaniem zawód. Chyba oszalałaś, żeby ryzykować tutaj życie!
- Mogłabym ci opowiedzieć chwytającą za serce historię o śmiertelnie chorej sześcioletniej córce i bardzo drogim leku, ale przecież tutaj akurat nikogo inni nie obchodzą, prawda?
Znowu zamilkłem. Zacząłem rozglądać się dookoła. Przód auta bardziej wyglądał jak kabina rakiety kosmicznej. Potężny ekran cały czas wyświetlał jakieś parametry. Dotyczyły bezpośrednio auta, stanu atmosfery na zewnątrz oraz czynności życiowych kierowcy. Po prawej stronie zamiast siedzenia wbudowano wielopoziomowy regał z wszystkim, co kierowca w danej chwili może potrzebować. Nawet mały ekspres do kawy.
Najbardziej zastanowiła mnie płynność jazdy. Nierówności na drodze na pewno nie zniknęły, a były prawie niezauważalne.
- Jak to jest możliwe, że nie podskakujemy na każdej dziurze? – zapytałem.
- A o amortyzatorach słyszałeś? – odpowiedziała kpiąco.
- Mam w swoim jeepie najnowsze firmy Monroe, a i tak całą drogę czuję w kościach.
- Amortyzatory w tym aucie podrasował mój znajomy sztajger. W wymyślaniu motoryzacyjnych nowinek technicznych nie ma sobie równych. Wzmocnił też ramę i wmontował dodatkowy zbiornik paliwa.
- Sztajgier? Co to niby znaczy?
- Nie sztajGIER, tylko sztajGER. Przecież sztajgier to wiedźmiński, srebrny miecz na potwory, a sztajger, czyli sztygar, to szef na grubie.
- Matko, w jakim ty do mnie mówisz języku? – byłem coraz bardziej skołowany.
- No, kierownik na kopalni!
- No tak, to pewnie szcziga na rejestracji też coś znaczy w twojej gwarze?
- W moim języku – tu zrobiła znaczącą pauzę – szcziga to kobieta demon lub po prostu niegrzeczna dziewczyna. A zresztą, to nie istotne. Do mety pozostało jakieś pięćdziesiąt kilometrów. Nie jesteśmy już na pustyni, przy drodze rośnie coraz więcej drzew, więc jak bardziej się zagęści, to zjadę i jak nie będzie żadnego drona w pobliżu, wyskoczysz w zarośla. Przesuń to niebieskie pudło z lewej strony, to znajdziesz najpotrzebniejsze rzeczy. Zabrałam na szybko z twojego auta, co mi wpadło w ręce, więc możesz zacząć się szykować.
Przesunąłem pudło i oprócz kilku rzeczy osobistych zobaczyłem mojego sztucera. W jednej chwili zacząłem wierzyć, że wyścig jeszcze się dla mnie nie skończył. Naprawdę była na tyle naiwna, że zostawiła mi broń pod ręką?!
- Wszystko sobie nieźle obmyśliłaś. Pod przykrywką tankowania pozbędziesz się niechcianego pasażera, a sama popędzisz w stronę mety!
- Te ostatnie kilometry dasz radę przejść pieszo, nawet z opuchniętą nogą. Zresztą w tym małym plecaczku masz spakowane jedzenie, wodę i niezbędne leki. Jeśli dalej będziesz miał farta, jutro wieczorem będziesz na miejscu.
Kolejne kilometry jechaliśmy w milczeniu. Zrobiło się ciemno, więc wiedziałem, że zaraz będę musiał wysiąść. Po kilkunastu minutach Anna zjechała w gęste zarośla i wysiadła z auta. Zanim podeszła do tylnych drzwi, już byłem przygotowany. Gdy tylko je otworzyła, wymierzyłem w nią z mojej broni. Stała i patrzyła na mnie bez cienia emocji na twarzy, jakby spodziewała się tego, co właśnie ujrzała.
- Naprawdę myślałaś, że tak po prostu dam ci odjechać? Sama powiedziałaś, że w tej grze nikt się z nikim nie liczy. Dotarłaś tak daleko tylko dlatego, że masz naprawdę dobry samochód i ratując mnie, udowodniłaś, że jak każda kobieta kierujesz się emocjami, a nie rozsądkiem – powiedziałem i pociągnąłem za spust.
Zamiast wystrzału usłyszałem tylko kliknięcie. Magazynek był pusty.
- Naprawdę myślałeś, że tak po prostu dam ci się zastrzelić? Uratowałam cię, bo my na Śląsku pomagamy innym, nawet takim ciulom jak ty. Ten wyścig wygra kobieta i jej toyota, która w końcu też jest kobietą.
Sięgnęła do jednej z licznych kieszeni swoich trekkingowych spodni i wyjęła z nich niewielki pistolet Walther P – 99.
I zupełnie bez emocji, za to bardzo rozsądnie, pociągnęła za spust.
Koniec

Podpis: 

Izabella Wdziekońska-Rębacz kwiecień 2025
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Żołnierze Wyklęci Bliskie spotkania Sen o Ważnym Dniu
A gdy się wypełniły dni... Chodźmy... Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).
Sponsorowane: 25Sponsorowane: 25Sponsorowane: 15
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2025 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.