https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
200

Chiny

Autor płaci:
200

  Wycieczka życia  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W kwietniu nagrodą jest książka
Wszystkie złe miejsca
Joy Fielding
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Chiny

Wycieczka życia

Krzyż

Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie.

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Czarny motyl

Ledwie mogłam uwierzyć, mój oddech się skrócił. Chyba tylko czarownica mogła przygonić na zatłoczoną po brzegi plażę wielką chmurę czarnych motyli?! Co one szykują?

Mefisto i Carmen

"Nie moja w tym wina, że jak to bywa w świecie Los z przekory nici gobelin życia plecie."

Ró-ża

Na skrawku zapisane

KYTNAMOR

...

Nigdy

Proszę o komentarze :)

Opowiadania współczesne – odc.1 Miasto

zasypianie i budzenie się w mieście

Nieśmiertelny.

Cała akcja odbywa się w XXw. w mieście Avalon oraz Nevada.

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1901
użytkowników.

REKLAMA

POZYCJA: 82834

82834

Istoty - Rozdział II

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
26-04-03

Typ
P
-powieść
Kategoria
Horror/Filozofia/Thriller
Rozmiar
46 kb
Czytane
295
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
26-04-15

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
R12-powyżej 12 lat pod nadzorem i za zgodą rodziców lub dorosłych

Autor: MimikTezeusz Podpis: Mimik Tezeusz
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Bohater idzie pierwszy raz od dawna do szkoły. Czekają tam niego starzy i nowi znajomi. Ze starymi znajomymi nie może nawiązać nici porozumienia, a nowi wiodą go do tożsamości tajemniczej zjawy...

Opublikowany w:

Istoty - Rozdział II

Plecak podskakiwał na moich plecach, tak jak podskakiwały na zamroczonych ekranach postacie pierwszych kreskówek. Kroczyłem brukową, starą ulicą, kierującą mnie pod górę, do jednej z najwyżej położonych szkół po tej stronie rzeki. Były inne, znacznie wyższe szkolne budynki, ten jednak był wystarczająco wysoko, żeby ze spokojem spoglądać na większość miasta, zwanego domem. Mijałem innych ludzi pnących się pod miejskie wzniesienie. Nieśli torby, torebki lub tak samo, jak ja plecaki. Przeszedłem obok zabytkowego kościoła - jednej z wielu iglic rozpościerających się nad miastem, zwanym domem - przed którego wielkimi wrotami stał ksiądz z lekką nadwagą. Witał wiernych, przychodzących na pierwszą mszę. Wiernych nie było zbyt wielu. Ksiądz wyszedł na skrzyżowanie i stanął w porannym, nagrzewającym jego sutannę słońcu. Witał uśmiechem tych, którzy są stałymi bywalcami i spoglądał pomiędzy nich. Jakoby szukał kogoś nowego. Nikogo nie znalazł. Wymienił ze mną spojrzenia, ale ja tylko serdecznie skinąłem głową. Zdał się być bardzo usatysfakcjonowany z tego faktu. Szedłem dalej. 
Między kamienicami były nowe, niskie, nowoczesne bloki z widokiem na całe centrum i północ miasta. Stały pod nimi sportowe auta, na które zlatywały pojedynczo liście z licznie rosnących w parku obok drzew. Idąc coraz wyżej po górce, człowiek oddalał się od tłoku miasta, będąc jednocześnie tak blisko jego centrum. W tej przestrzeni funkcjonowały tylko szkoła, codzienność mieszkających tutaj ludzi i kościół. Znamiona ludzi były szczególnie widoczne - na balkonach starych kamienic leżały drewniane krzesła, a obok nich okrągłe stoliki przyozdobione kwiatami. Na parapecie parterowego mieszkania siedział kot, a, z obcego komukolwiek powodu, przylepiony obok był ludzik z plasteliny. Ale faktycznie ludzi tutaj nie widywano. Człowiek przychodzi do szkoły rano, gdy śpią, i wychodzi z niej, jak ich twarze wciąż są oświetlone ekranami komputerów w biurach. 
Razem z tłumem zaspanych uczniów wspiąłem się na górę i stanąłem przed niebiesko pomalowanym budynkiem szkoły. Promienie porannego słońca odbijały się majestatycznie od warstw farby osadzonych na cegłach tak starannie, aby można było dostrzec zabytkową szarość wybijającą się spomiędzy ich wklęsłości. Z boków i z tyłu budynek był szaro-czarny, nieodnowiony, jakby nikt się nie przejmował tym jaki jest, a tym na jaki się jawi. Z ciekawością oglądały go wiewiórki i wszelakiego rodzaju parkowe owady, gdyż park otaczał szkołę właśnie z tych szarych stron - gałęzie usiłowały wyprostować się tak, aby dosięgnąć klas na najwyższych piętrach, szkolny dziedziniec (bardziej parking) zajmowały liście i żołędzie, a na parapetach siadały ptaki, gotowe pysznić się swoją wolnością przed zamkniętymi w klasach uczniami.
Gdy ja tak stałem pośród obojętnego na mnie tłumu wpływającego do szkoły - jakbym stał uparcie naprzeciw nurtowi rzeki - zauważyłem Kacpra opierającego się o mur. Nie tak oczywistym było dla mnie rozpoznanie go, byłoby to dla mnie niemożliwe, gdyby nie jego włosy. Wciąż takie same. Blond włosy szlachetnie zwisające do połowy długiej szyi, związane w swojej gęstości w kucyku na tyle głowy. To i zielone oczy były jedynymi cechami wyglądu, które się u niego nie zmieniły. Zeszczuplał bardzo, jego kości policzkowe nie były wcześniej tak widoczne. Urósł. Chodzi w luźnych ubraniach. Jest inny. Ale wyszedł po mnie przed szkołę. Może też chce się przekonać, ile z nas zostało.
Zauważył mnie. Podszedłem do niego i wymieniliśmy uśmiechy, nie znając odpowiedniego sposobu przywitania na taką sytuację. Wpatrywaliśmy się chwilę w swoje oczy, szukając w nich przeszłych odbić minionych lata temu spojrzeń.
- Dobrze cię wreszcie zobaczyć. - odparł serdecznie.
- Ciebie też, Kacper. Dzięki, że po mnie wyszedłeś. Co... u ciebie?
- Dobrze. Szkoda, że nie chciałeś się ze mną spotkać w wakacje, opowiedziałbym ci o osobach z naszej klasy.
- Co wy macie z tym obgadywaniem ludzi?
- Hm?
- Wczoraj był u mnie Oskar i zaczął opisywać każdą osobę, która będzie na jego urodzinach.
- Mnie też opisywał?
- Nie bardzo....
- O tyle dobrze. Zaraz dzwonek, chodźmy.
Weszliśmy do środka. Z moich odległych wspomnień chodzenia do szkoły, spodziewałem się wejść prosto w oko cyklonu odbijających się od zimnej posadzki gumowych podeszw, energicznych rozmów, oceniających spojrzeń i zapachu szynki przekładanej z serem. Ale wchodząc na zimny korytarz z wysokim sufitem, natrafiłem głównie na pustkę. Pan portier, kilka osób pojedynczo idących do klas, a poza tym niewiele. Cisza. Tyle osób zdawało się wchodzić do jednego budynku, a przed lekcjami po prostu rozsiali się po salach. 
- Trzeba wdrapać się na piętro.
Ruszyliśmy kamiennymi schodami, osadzonymi w samym środku budynku, stanowiącymi oś i kręgosłup dla chłodnych korytarzy rozrastających się w piętra i sale. Światło wpadało przez ścienne okna umieszczony wzdłuż klatki schodowej, ale człowiek nie mógł oprzeć się przekonaniu o kroplach osuwających się z podłużnie podwieszonych lamp, jakoby były one stalaktytami w jaskini, gdzie zgasły pochodnie. Po wyjściu na drugie piętro natrafiliśmy na serdeczną kobietę w późnym średnim wieku, odzianą w białą koszulę i uśmiech zaklęty za obojętną twarzą.
- Dzień dobry Kacprze, a ty jesteś pewnie   ? - zapytała.
- Tak, miło poznać Panią... Profesor. 
- Ciebie również. Widzimy się zaraz na lekcji. 
Odeszła.
- Szpak jest miła. Uczy historii. Szkoda, że nie jest naszą wychowawczynią. Ciesz się, że nie było cię na rozpoczęciu roku w piątek. Dyskusje na tak bezsensowne tematy. Choć to nie wina wychowawczyni. Nieważne. Chodźmy.
Ruszyliśmy dalej, minęliśmy automat z jedzeniem i stanęliśmy przed białymi, stylizowanymi jeszcze w rzeźbie drzwiami. Kacper je otworzył. a przede mną objawiła się przestrzenna, wysoka i szeroka sala, zatopiona w buro-zielonych ścianach oświetlanych porannym błękitem, wpadający przez zabytkowe okna ustawione na zachód i północ, dając widok na wszystkie najważniejsze zabytki miasta, a dalej na ciągnące się za nimi osiedla oraz zielone wzniesienia, otaczające miasto, zwane domem. 
W sali lekcyjnej był ledwie tuzin osób. Trzy stały przy ławce, pod jednym z okien.
- Hej Kacper! - odparła jedna z nich.  Długie kreski, szerokie spodnie, dresowa bluza. - Ty musisz być   .
Podszedłem do niej i się przywitałem. Miała serdeczny ton głosu. Podaliśmy sobie ręce z resztą kilku osób w klasie, wymieniając nieistotne imiona, przypisując niecharakterystyczne charakterystyki i słuchając o nauczycielach, z którymi przyjdzie mi dzisiaj mieć lekcje. Trudno było coś z tych opisów wyciągnąć. Sprzeczały się ze sobą w tonie, jakim były opowiadane. 
- Nie zdzierżysz Olczówny od plastyki. Zależnie od tego, jak wstanie, jest albo hiperenergiczna, albo strasznie gburowata. - pełen rozbawienia stwierdził szczupły, niewysoki blondyn z przedziałkiem.
- Jakby miała dwie osobowości - wtórowała dziewczyna o długich kreskach, szerokich spodniach i dresowej bluzie.
- Nie no częściej wstaje w dobrych nastroju. Ja tam ją lubię. – powiedziała dziewczyna o czarnych, krótkich włosach zielonych okularach.
- Bo ona ciebie lubi. Nawet nic nie robisz, po prostu z nią gadasz na lekcji. – Długie kreski, szerokie, spodnie, dresowa bluza.
- Jestem z nią szczera, że nie chce mi się rysować, ale przynajmniej sobie z nią pogadam.
- Ej, ty miałeś z nimi lekcje w domu nie? – zapytał szczupły, niewysoki blondyn z przedziałkiem.
- Nie, byłem na domowym. Przychodziłem tutaj tylko na jakieś egzaminy. Pewnie i tak nikogo nie rozpoznam, nie mam pamięci do ludzi.
- Ale ci zazdroszczę! – Czarne, krótkie włosy, zielone okulary – Nie musisz siedzieć po siedem godzin dziennie na tych wykładach.
- Daj spokój, pewnie woli wrócić do szkoły między ludzi – wciął się Kacper.
- W sumie, jeśli chodzi o naukę, to wolałem uczenie się w domu. Trochę samemu, trochę z wujostwem.
- To, czemu nie zostałeś? – Długie kreski, szerokie spodnie, dresowa bluza.
- Mieszkam na wsi… wujostwo mnie… - Zacisnąłem usta – Trzeba w końcu wyjść do ludzi.
- A czemu byłeś na domowym? – Długie kreski, szerokie spodnie, szara bluza.
Kacper ją szturchnął.
- Dobra, sory.
Zapanował krótki moment niezręcznej ciszy. Kacper musiał zapowiedzieć co najmniej paru osobom, żeby nie poruszały tego tematu. Mój los został przesądzony, za nim tutaj przyszedłem.
- Tu siedzimy jak coś – Kacper wskazał na ławkę za szczupłym, niewysokim blondynem z przedziałkiem i dziewczyną o krótkich, czarnych włosach i zielonych okularach.
Położyłem tam swój plecak i rozpakowałem się, gdy reszta wróciła do rozmawiania o Olczównie. Usiadłem. Siedzieliśmy pod oknem. Byłem tym faktem zachwycony.
Kacper dosiadł się.
- Wiem, można się czasem zapatrzeć. Ale jeśli chcesz wciąż mieć ten widok, to trzeba o niego powalczyć. W każdym tygodniu mamy lekcje w ośmiu różnych salach. Są dwie wizje na porządki miejsc w klasie...
- Jesteście podzieleni wpół?
- Niekoniecznie.
Słuchałem, chłonąłem opowieści Kacpra o kolejnych osobach, które podchodziły do ławki i się przedstawiały. W jego pasji mówienia było coś z dawnych lat, płomyk, który obudziłem, bo nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że do wszystkich innych przyjmuje postawę wyważonego. 
-  ... a zdaje się, że w wakacje spotkała się z nim parę razy, ale chyba nic z tego nie było, bo nie wiedziałem potem, żeby wrzucali coś, że są na mieście razem. Wydaje mi się, że przestała pisać, nagle. Szkoda, bo pasowaliby do siebie...
- Rozmawiacie o... - odwróciła się nagle dziewczyna o krótkich, czarnych włosach i zielonych okularach, wskazując głową na inną młodą kobietę, o której rozmawialiśmy.
- Tak, mówiłem    o jej story na wakacjach, bo się zapytał. - skłamał szybko Kacper. 
- Mhm. -  dziewczyna o krótkich, czarnych włosach i zielonych okularach z powrotem się odwróciła przed siebie.
Spojrzałem się na Kacpra, oczekując kontynuacji, ale on, lekko zmieszany sięgnął po telefon i zagubił się w potoku kolorowych obrazków. Ja kiwnąłem sam do siebie głową, chcąc się odwrócić do panoramy miasta, ale akurat zadzwonił dzwonek. Sala bardzo się nie wypełniła, na lekcji było kilkanaście osób z trzydziestu, które powinny być obecne. Minęło kilka minut, do sali weszła profesor Szpak, powolnym krokiem, trzymając ogromny kubek z ciemną kawą, roznoszącą swą parną woń między ławkami. Wszyscy wstali, aby po chwili wrócić na miejsca. Kobieta usiadła ceremonialne przy swoim biurku, włączyła spokojnie komputer, klikała w klawisze, jakoby odprawiała rytuał, tak aby każdy przycisk klawiatury rozdźwięczał na zapadniętą w ciszy klasę. Oparła dumną głowę o dłoń i przyglądała się chwilę w ekran.
- No dobrze. Lekcja organizacyjna.
Pani Szpak stanęła pośrodku klasy i zaczęła mówić o zasadach współpracy, jakieś większe sprawdziany, mniejsze sprawdziany, odpowiedź ustna, wspomnienie o olimpiadach. Zapewne powtarzała to wszystko ze względu na mnie, więc usiłowałem się intensywnie przysłuchiwać, ale kojąca rytmem oraz opanowaniem barwa głosu nauczycielki gubiła się gdzieś pośród śpiewu ptaków niesionego miejskim szumem zza uchylonego okna. Coraz więcej światła wpadało do klasy, a senny błękit mozolnie zmieniał się z mrozem słońca. Czasem rytm był zagłuszany, gdy do klasy wchodzili spóźnieni uczniowie w odstępach kilkuminutowych i cicho przepraszając za spóźnienie, siadali szybko na miejsca, zgrabnie zamykając nowe, niebieskie drzwi. 
Dzwonek. Koniec lekcji. Pani Szpak wyszła na przerwę. Spóźnieni spłynęli pod moją ławkę, żeby się przedstawić, wystawiając do mnie ręce, których początek był gdzieś w masie ciał wygłaszających swoje imiona. Zaczęli rzucać drobne żarciki, przepychać się między sobą swoimi charakterami, aż wywiązała się wokół mnie rozmowa, wypaczona z mojego uczestnictwa. Niosły się w powietrzu śmiechy, krzyki, szepty, skoki, gestykulacje, trącenia w ramiona, odgłosy klikania w klawiaturę, wertowania kartek, a ja pośród tego uśmiechałem się do kolejnych osób mówiących, gdy wyczułem odpowiedni moment, jednak mało rozumiejąc z tego, co mają do powiedzenia. 
Gdzieś za okalającym mnie natłokiem osób, zauważyłem znajome oczy. Przypominały jesienne liście dębu, które już w pełni straciły zieleń, lecz nie całkiem ogarnął je jeszcze brąz.  Po pochylonym nad książką karku osuwały się jej miedziane włosy. Julia, dziewczyna, którą spotkałem jeszcze w wakacje, siedziała pod ciemnozieloną ścianą obwieszoną zdjęciami szkoły z okresu wojny. Koleżanka z klasy albo jeszcze się nie przedstawiła, albo zgubiłem jej powitanie w gromadzie innych. Chciałem wstać z miejsca i się przywitać, ale nim się obejrzałem, znów rozbrzmiał dzwonek na lekcję. Ten sam schemat, tylko pani Szpak przyszła szybciej oraz sala była już pełna.
Rozpoczęła się lekcja. Pani Szpak zapowiedziała, że zajmujemy się Wielkimi Odkryciami Geograficznymi. Snuła opowieść o Europejczykach, którzy na przełomie wieków przekraczali wzburzone morza, szersze od terytoriów jakkolwiek im wcześniej znanych, prowadzące do lądów wykraczających poza ich wyobrażenia. Nie miałem dzisiaj sił na notatki. Chciałem słuchać i móc wreszcie bez zakłóceń spóźnionych współuczniów, spoglądać za okno. Zasłuchanie się w historie o podróżach i wodzenie wzrokiem po zabytkowym krajobrazie, budzącym się do życia, było niebezpiecznym połączeniem. 
Za oknami w błękitnych framugach, można było dostrzec trzy stare miasta, składające się na miasto zwane domem. Jedno z miast, najmłodsze, mieszało zabytki z nowoczesnymi, kanciastymi szklarniami korporacji i deweloperów; drugie, na brzegu przeciwnej strony rzeki, przez lata wzrastało osobno oraz trzecie, najstarsze, nieznacznie dalej już w głąb lądu. Tym, co ich łączyło, był zamek przy rzece, na którego wieży powiewała flaga. Dzisiaj są trzema z wielu dzielnic spolonych mostami, kolorowymi i lekko wyblakłymi kamieniczkami oraz liniami błyszczących torów, wprawiających tramwaje w stukot na brukowej kostce. Pod elektrycznymi przewodami, próbowali odnaleźć swoje miejsce ludzie schronieni w autach i bojaźliwe jednostki, które spacerowały nago pośród miejskich istot.  Niektórzy przemykali z psami do pojedynczo rozstawionych zielonych zakątków lub nad zielony brzeg rzeki, aby poczuć atawistyczną namiastkę przyrody. Mogli tak iść z czworonożnymi, z których ulatywały ze swobodą nitki włosów i sierści, wzdłuż rzeki aż dotarliby do ruchliwej ulicy, wyznaczającej granice dla zabytków. Stał tam betonowy, szary moloch, opuszczony hotel. Ulatywały z niego bałwany kurzu zmieszane z pyłkami tego, co zdążyło go zarosnąć. Obok niego startował ogromny balon, który przez ciąg dłużących się lekcji, unosił się i opadał kilka razy, górując nad całą okolicą. „Kropką nad i” dla tego widoku był kopiec, ozdabiając wzniesienia, które okalały całe miasto, zwane domem. 
Było w tym widoku poczucie wolności. Nieodzowne pragnienie duszy do odwiązania swoich srebrnych nici, scalających ją z ciałem i rzucenia się w pustą ponad miastem, zwanym domem, przestrzeń, muśnięcia dłonią dwóch jedynych wieżowców, spojrzenia na wieże kościołów i odbicia się od balonu, aby spocząć na zielonej trawie kopca. Chęć duszy do przeobrażenia się w zarośniętą trawę, dom dla motyli, mrówek i płatków kwiatów. I można było tak sobie marzyć, aż nie usłyszało się swojego imienia w trakcie lekcji.
-   , proszę o skupienie. - odparła nauczycielka.
Nie odpowiedziałem, tylko oderwałem wzrok od okna i skinąłem głową do wykładowczyni. Było rano, więc mogła rozumieć moje rozproszenie. Wyciągnąłem długopis z piórnika, rozłożyłem przed sobą zeszyt i malowałem słowa opowieści, które niósł cichy głos Pani Szpak. Ciąg myśli o ludziach, którzy nie mieli wyboru, tylko musieli przekroczyć ocean, aby znaleźć nową drogę dla swoich istot. Ale też o tym, jak ich przymus wywodził się z faktu, że mogli. Mogli, więc musieli to zrobić, aby przeć naprzód. Tak jak każda rewolucja w masie ludzkości, ta ujawniła, ile jeszcze przed nami oraz ile nas ominęło przyszłości, przez naszych przodków, którzy trwali w stagnacji i nie wykonali tego jednego kroku. Zmieniamy się w naszej naturze. To zawsze jest jeden nieświadomy człowiek, który ruszył statkiem w ocean, spisał prawo, użył języka zamiast miecza, złożył narzędzie, wyszedł z jaskini, okiełznał ogień za ceną oparzenia. Tym wiekopomnym czynom przyglądały się istoty natury, godząc się z tym, jak je poznajemy, a czasem wykorzystujemy. Ocean. Ogień. Góra. Las. A może ona...
Znów się pojawiła. Sylwetka niosąca mrok, tam, gdzie tylko się pojawi. Skierowała mój wzrok z powrotem za okno. Stała na dachu jednej z kamienic. Cokolwiek było związane z jej ciałem - włosy, łachmany - unosiło się na wietrze. Moje serce przyspieszało z każdym świstem na zewnątrz i nie mogłem oprzeć się wrażeniu, jakby całą moją świadomość pożarła ta jedna, przerażona cząstka...
-   , wstań, proszę. - nakazała zirytowana nauczycielka. 
Wstałem natychmiast, nawet trochę zbyt szybko, gdyż pchnąłem nieznacznie ławkę swoim biodrem. Zjawa chyba zniknęła.
- Przepraszam, proszę pani. Jakie było pytanie?
Nowi znajomi zachichotali.
- Po pierwsze - zaczęła spokojnie pani Szpak - to Pani Profesor - kontynuowała Pani Profesor - po drugie, nie zadałam żadnego pytania. Proszę nie latać z głową w chmurach. 
- Przepraszam.
- O ile nie chcesz opowiedzieć nam o tym, dlaczego Europejczycy musieli zmienić kierunek handlu do Azji, to usiądź z powrotem.
- Mogę. 
Pani Szpak wyprostowała się jakby i przytaknęła głową w oczekiwaniu. Na starym ekranie projektora, migała mapa, gdzie cała złożoność polityczna została skomponowana w odcieniach czerni i bieli. Czułem słony szum morza, przez które żeglarze ruszyli w nieznane. Chłodny wiatr. I wolność. I całe piekło, jakie za sobą niosła obczyzna. I całe piekło, jakie za swoim świstem niosły statki.
- Imperium. To, które wcześniej rozbiło jedną z najważniejszych stolic Europejczyków. Obszar blokady rozciągał się od afrykańskich kolonii, po upadłe miasto starożytnych. Tereny, przez które handel nie był dla nas... dla nich już tak swobodny. A musieli wymieniać towary ze wschodem. Żeglarze ruszyli. Złożyli hołdy królom, zebrali załogi, ustawili żagle zgodnie z kierunkiem wiatru. Ruszyli w nieznane. Niektórzy za życia nie dowiedzieli się, co odkryli. Inni musieli zmienić całe dotychczasowe spojrzenie na świat... - zawahałem się - ale to nie jest koło literacki.
Tym razem klasa zaśmiała się chyba ze mną, a nie ze mnie. 
- Usiądź - pozwoliła mi Profesor Szpak.
Tak więc zrobiłem. Już byłem skupiony. Przepisywałem kolejne dzieje, nawet jeśli powierzchownie je znałem. Przez nauczanie domowe byłem wprzód z materiałem o jeden dział, co przynosiło komfort w pierwszych dniach. Nie spodziewałem się jednak, że gdy Profesor Szpak ze stoickim głosem zapełni zaległymi sprawdzianami z końcówki semestru kalendarz na kolejne pięć tygodni, ja również będę musiał je pisać w ramach powtórki. Gdy ogłaszała w ostatnich minutach lekcji sprawdziany, nikomu głos nie drgnął, najwyżej widziałem kilka zniesmaczonych min. Sztuczna natura szkolnych teścików była tak nieruchoma i nieuchronna, jak wielkie pnie za oknem, opierające się uparcie szumowi jesiennego wiatru.
Krzesła zaczęły skrzypieć pod podłogą piętro niżej. I za ścianą w sali obok. Akordy pisków, niewzruszające wykładu, do momentu, gdy zgrały się z dzwonkiem na przerwę. Zaczęliśmy się pakować i iść do innej sali lekcyjnej. Rzuciliśmy tam nasze toboły, ludzie pozbierali się w grupki, zaczęli rozmawiać, a ja potrzebowałem chwili. Wyszedłem na chłodny korytarz, który z przyciemnionej, opuszczonej jaskini, zamienił się w duszną, odbijającą jazgot jamę. Masy powietrza niosły tętent cudacznych butów i zgiełk rozmów zamkniętych w ścianach liceum. Nastolatkowie, egzystujący z młodością i jej pasją lub jej przeciętnością. Była cisza w tym koncercie tłumów. Ludzie przywdziani w każdy kolor, mający do siebie nieodczytywalne na pierwszy rzut oka stosunki, przetłaczali się przez korytarz, rozmawiając wesołymi, spokojnymi, głębokimi i krzykliwymi tonami głosów, a ich twarze mniej lub bardziej kryły tajemnice, jakie każdy z nas w sobie nosi. Usiadłem na jednej z drewnianych, czarnych ław stojących na korytarzu, aby odpocząć, przyglądając się tej maskaradzie. 
Na twarzach widziałem fałszywe uśmiechy, w pochylonych ku podłodze oczach nabrzmiałą ignorancję, a w bezmyślnym przechodzeniu na wskroś ludziom pretensjonalny bunt. Odbijało się w tle pogłosy szczerości, ale nic nie dorównywało prostocie, jaką pamiętałem z pierwszych klas szkoły podstawowej. Tamte dzieci były szczere. 
- My się chyba jeszcze nie witaliśmy - Julia usiadła obok mnie - Przynajmniej nie dzisiaj. 
Wynurzyłem się z zasłuchania w ludzi, stali się tłem szmerów i śmiechów.
- Hej, wybacz, że ja też wcześniej nie podszedłem, ale zadzwonił dzwonek i no...
- Jasne. Jak podobała ci się pierwsza lekcja historii?
- W porządku. Byłem trochę zaspany, ale poza tym, to Szpak jest fajna.
- Spróbowałbyś powiedzieć coś innego! Uwielbiam ją. Naraziła co prawda moje uwielbienie, tymi sprawdzianami, nie wiem, kiedy znajdę czas na naukę na nie, przecież będzie jeszcze tyle rzeczy do roboty...
- Tak ją lubisz, a z tego, co widziałem, to musiała zbudować terror, że nikt słowem nie pisnął o te sprawdziany.
- W życiu! To z szacunku. Szpak ciekawie opowiada, idzie nam czasem na rękę i jest po prostu serdeczna. Sam się z resztą przekonałeś. Musi po prostu wykonywać swoją pracę.
- No tak. Nie jest służbistą dla systemu.
- To znaczy?
- Znaczy, że jak się teraz nad tym zastanawiam, to nie wprowadza terroru i nie wydaje się, przynajmniej po tych dwóch lekcjach, traktować nas przedmiotow. Moglibyśmy być dorośli i przyjęłaby nas tak samo na te lekcje. - wyjaśniłem.
- Prawda. Ale spokojnie,   , już za lekcje spotkasz prawdziwą służbistkę.
- Nie rozumiem tych ludzi. Przychodzą na uniwersytet, studiują nauki, na które trzeba być niegłupim, a potem...
Przerwał mi dzwonek. Wstaliśmy i zaczęliśmy się kierować do klasy, a ja kontynuowałem:
- A potem wybierają specjalizację pedagogiczną i wydaje się, że powinny z tego powodu, chociażby lubić dzieci, albo lubić uczyć, albo pasjonować się tematem i zgłębiać go co dzień, żeby być coraz lepszym, ale... służbiści na koniec dnia będą pamiętać tylko to, co jest w programie. Będą wystawiać ograniczające człowieka...
- Krzywić się na odkryte ramiona! - wcięła się Julia - Tutaj strasznie zwracają na to uwagę. I brzuchy! Brzuchy to największa zbrodnia.
- Tak.
- Wiesz, to też trochę nie ich wina. Dekady systemu, przyszli uczyć w miejsce, gdzie sami byli uczeni.
- W końcu musi nastąpić jakaś zmiana. Może przyjdzie jeden odważny człowiek…
- Ty? – zapytała prześmiewczo.
- Czemu?
- Żartuję. Mówisz tak podniośle. Moim zdaniem to zawsze grupy ludzi coś zmieniają.
Stanęliśmy przed klasą. Julia stanęła, blokując mi przejście, chciała coś powiedzieć.
- Właśnie,   , masz dzisiaj czas wieczorem? Wiem, że nasze pierwsze spotkanie w wakacje było osobliwe i chciałabym... ci to jakoś wynagrodzić. Kupić kawę?
Uciszyłem sam siebie. Spoglądnąłem przez próg drzwi i znalazłem wzrokiem Kacpra, rozmawiającego z jakimiś osobami. Miałem gdzieś z tyłu głowy nadzieję, żeby z nim wyjść po lekcjach i nadrobić lata, ale po tych dwóch lekcjach uświadomiłem sobie, że jest na to za późno. Tak więc, z nieumyślnym zastanowieniem i wahaniem odpowiedziałem:
- Pewnie.
I poszliśmy na lekcję. 
Reszta dnia minęła bez wyrazu. Kilka interesujących twarzy nauczycieli i znajomych z klasy, którzy urozmaicali moją codzienność, ozdabiając ją o kilka miłych akcentów, a czasem, przez moje własne lęki, wycofywałem się od nich, z poczuciem niematerialnych sił, które mnie od nich odpychają.
Z Kacprem zamieniłem jeszcze parę słów, ale ponadto nie wymieniłem z nim szczególnego. Po lekcjach chyba wychodził ze znajomymi ze swojego osiedla. Ja w każdym razie wyszedłem ze szkoły razem z tłumem, rozrzedzającym się w trzy strony ulic odchodzących od szkoły. Julia musiała iść do pracy. Nie było w moim interesie wracanie do domu, aby potem znów jechać do miasta, więc otulony ciepłym powietrzem, przeistaczającym się co raz bardziej w chłodny wiatr, ruszyłem do zielonego parku, gdzie pod cieniem drzewa słuchałem chwilę muzyki. Obserwowałem przechodzących ludzi, biegające psy. Potem otworzyłem książkę, której zapach nowego druku zmieszał się z drażniącymi moje nozdrza pyłkami.
Minął czas. 


***


Niebo z pełnego błękitu stało się sine, obłoki gęste i chłodne, a słońce tak jak wczoraj nastało skryte, tak dzisiaj również chowało się za chmurami.
Byłem nad rzeką przy zamku. Wiele ludzi szło bulwarami, tworząc rejwach, scalający się w osobliwy sposób z istotą rzeki. Szumieli w jednym koncercie. Latarnie jeszcze we śnie. A zamek zwiedzany z zafascynowaniem. 
Stałem przed unoszącą się na wodzie barką, przy drewnianym, prowadzącym do niej mostku. Pachniało miejską rzeką. Czekałem tak chwilę, aż spotkałem wzrok wychodzącej z barki Julii. Podeszła do mnie, przepakowując coś w plecaku.
- To gdzie idziemy?
Przenieśliśmy się spośród szumu rzeki i chylącemu się ku zachodowi słońcu, do głuchych tłumów, kamiennych budynków oraz mroku, który przejmował sklepienie. Szliśmy chodnikiem, słychać było piski hamujących tramwajów, a w pewnym momencie zaczął mżyć deszcz, który zmuszał co słabsze liście do opadania z ulicznych drzew. Cały obraz wieczornego miasta był niesiony światłem do swych odbić w powoli tworzących się kałużach. Kamień i metal były zmoknięte.
- Od kiedy pracujesz na barce? Rozumiem jako kelnerka?
- Od wakacji, chciałam trochę sobie dorobić, żeby mieć pieniądze na różne rzeczy. Zbieram też na duży zestaw klocków dla młodszej siostry. 
- Godne podziwu.
- No nie wiem, jestem chyba po prostu materialistką. Nie przeszkadza mi to.
- Gdybyś była materialistką, to zostawiłabyś ten zestaw klocków dla siebie.
- Chodzi chyba o udowodnienie sobie, że jestem w stanie coś takiego kupić i nie zbankrutować. Ale tak, na siostrze mi akurat zależy. Nie znoszę jej, ale nie mogę ukrywać przed sobą faktu, że ją kocham. Ostatnio, gdy byłyśmy na spacerze, wyszłyśmy z lasu na chodnik, który okazał się ścieżką rowerową. Zobaczyłam kolarza, nie rowerzystę, a kolarza, różnica jest taka, że ci drudzy jeżdżą w tych swoich obcisłych strojach na złamanie karku. W każdym razie kolarz jedzie praktycznie na zderzenie czołowe z nami, a ja tylko biorę siostrę tak daleko, jak mogę i obejmuję ją całym ciałem. Kolarz nas wyminął, nic się nie stało. Ale moje ciało wiedziało, na czym przede wszystkim mi zależy.
- Chyba bardziej podświadomość, a nie ciało.
- Tak, tak, nie widzę różnicy. 
- Czyli kochasz swoją siostrę bezwarunkowo? 
Sam nigdy nie miałem rodzeństwa.
- Nie wiem, czy bezwarunkowo. Gdyby coś jej się stało, to czułabym ogromne wyrzuty sumienia do końca życia. Tak samo jakby mnie znienawidziła za bycie złą siostrą. Może chodzi tutaj tylko o mnie.
- Ale to chyba dowodzi tylko temu, że ci na niej zależy. Nie mów jak cyniczka.
- Wszyscy nazywają innych cynikami, wiesz co, to znaczy? Było w pierwszej klasie na historii, ale nie zrozumiałam.
- Czytam ostatnio historię filozofii, ale nie doczytałem.
- Hm. Aha! Wybacz, wracając do poprzedniego pytania, jestem kelnerką. 
- Zapomniałem, że pytałem. 
- To moja wina. Tak samo ci przerwałam po historii na korytarzu. Możesz powiedzieć coś więcej o służbistach. 
Nasze włosy zrobiły się wilgotne od opadającej bezgłośnie z bezświetlnego sklepienia mżawki, ale nie zważaliśmy na to, szliśmy dalej, mijając ulice, gdzie tłoczyły się auta, tramwaje, a obok na chodnikach z kamienic wychodzili i chowali się przechodnie.
- Powiedziałem chyba wszystko, co chciałem. Mówić o tym mogę w nieskończoność, ale nie wiem, czy mam siłę. Dwa lata temu przeszedłem na nauczanie w domu i wtedy zacząłem się orientować, jak bardzo szkoła krzywdzi ludzi.
- Czemu wróciłeś? W sensie w ogóle to jesteś w naszej klasie od początku...
- Myślałem, że wrócę w pierwszej klasie, ale potrzebowałem jednak drugiego przerwy. A wróciłem do szkoły chyba trochę dla masochizmu. Tak naprawdę wracam do ludzi. Nie dogaduje się z nimi zawsze najlepiej, to jest mój masochizm. Bo wiesz, mówi się o społecznej roli szkoły, jako tej usprawiedliwiającej wszystkie wady,  ale co to za socjalizacja? Dzieciaki zmuszone uczyć się encyklopedii, oglądające, a nie doświadczające, nienauczane rozmawiać, a bezwiednie słuchać, wykonywać polecenia, ignorować niekompetencje nauczyciela, dawać się wrzucać w kategorie, klasy, ja tak mogę wymieniać cały dzień. Rozumiem, że może szkoła ma przyzwyczajać do nieidealnego społeczeństwa, w jakie potem dane jest nam trafić. Ale chociaż to miejsce, gdzie usiłuje się mieć wpływ na nasze wychowanie, powinno świecić przykładem. A ociemnia jedynie zepsuciem. Chyba dlatego nie dogaduję się z ludźmi. Przez szkołę. Miałem trochę czasu na wychowanie się poza nią, gdy innych pochłonęła. Tymczasem, wróciłem do niej. 
Wstrzymałem swój oddech. Podczas mówienia, moje słowa zdawały się wydobywać z mojego wnętrza i zapełniać swym znaczeniem przestrzeń, ale gdy tylko skończyłem to, co stworzyłem, wróciło do mnie i zostawiło otoczenie w całej jego surowości. Uderzyły mnie chłód, wilgoć, hałas oraz ciemność, przekonywały mnie w tym, że wydałem z siebie niezrozumiały bełkot, który był uzewnętrznieniem najważniejszych dla mnie spraw. Obnażyłem się, przerażony, że ktoś zobaczył mą nagość bez zrozumienia jej. 
Spojrzałem z nadzieją na Julię, a ona intensywnie się zastanawiała.
- Rozumiem.
Wdech ulgi. To jedno słowo wystarczyło.
- Rozumiem - kontynuowała - nie dziwię ci się, że zrobiłeś sobie tę przerwę. Każdy chciałby czasem odsapnąć. Od szkoły choćby.
- Choćby?
- Dom. Ludzie czasem chcą odpoczywać od domu.
- Jeśli ktoś chce odpoczywać od jakiegoś miejsca, to nie jest dom.
O dachówki zabębniły krople deszczu.
W odbiciach witryn sklepowych, które mijaliśmy, zobaczyłem, że ze mną oraz Julią idzie ona. Czarna zjawa, trzymająca moją znajomą za ramiona. Uśmiechała się do mnie bezczelnie spod jej zmokrzałych, czarnych włosów. Zatrzymałem się. Zobaczyłem w odbiciu, że oczy Julii szklą się, jakby na liście zaklęte pod jej powiekami spłynął deszcz, który z mżawki dorósł do intensywniejszych kropli. Zatrzymaliśmy przy jednej z witryn sklepowych na szerokim chodniku pod skrzyżowaniem świateł ulicznych i żółtych latarni. Ludzie mijali nas bez głębszych przemyśleń. Krople deszczu robiły się coraz gęstsze, tworząc zwał.
- Wiesz,   , czasem trzeba się pogodzić z takim domem, jaki się ma, bo inaczej nie miałoby się żadnego innego.
- Julia, co się dzieje? - zapytałem wpatrzony uważnie w Julię, ale uciekając wzrokiem do witryny, gdzie zakryta odbiciem świateł i bijącym dżdżem, migała zjawa.
- Nic takiego. Trudno mi o tym mówić. Moi rodzice się rozstają.  
Łzy osunęły się z jej oczu na jej policzki, a ja mogłem jedynie wyciągnąć ręce, aby przytulić płaczącą dziewczynę. Przylgnęła do mnie w pogrążeniu. Objąłem ją. Podczas gdy łkała, wyrzucając z siebie opowieści, które jej ciążyły, byłem oburzony. W mojej głowie kłębiły się oskarżenia kierowane do jej rodziców. Zastanawiałem się czemu nikt bliższy dziewczynie, nie dał się jej schować w swoje ramiona, nie dał jej do tego przestrzeni. Dlaczego nikt nie zainteresował się jej emocjami i nie chciał utrzymać własnymi siłami wiary i serca, które złamały się na tyle samotnych fragmentów. Przecież mogły już nie zostać złączone. Co odczuwa człowiek, gdy osoby, które powołały go do życia, rozrywają je na pół? Co za tragedią byłoby pozostawienie przecież wciąż dziecka w stanie zwątpienia we wszystko, co do tej pory wierzyła. Mogła już nigdy w nic więcej nie uwierzyć. I jeszcze ta zjawa. Ta obca, a jednak tak bliska mi istota, przypominająca kobietę. Pojawiła się w fizycznych świecie, tuż przed moimi oczami, za plecami Julii, które obejmowałem. Jej ciało spowite w ciemności, z lustrzanymi oczami i spokojnym wyrazem twarzy. Zjawa położyła Julii swoją gładką, czarną dłoń na ramieniu, uśmiechnęła się do mnie i zniknęła w podmuchach lekko zlatującego deszczu. A ja bym zamarł tak jak w nocy, przy spotkaniu z nią, ale 
Julia oderwała się ode mnie powoli. Otrząsnęło mnie to, musiałem jej pomóc.
- Możesz mi o tym powiedzieć. Proszę, zrób to.
- Nie wiem, od zawsze się kłócili trochę, ale przez większość czasu jakoś się dogadywali. Aż pewnego dnia po prostu wszystko wybuchło. Wszystko na raz, w jednym momencie, życie zmieniło się całkowicie, zaczęliśmy być inni z dnia na dzień, nie, z chwili na chwilę. Krzyczeli na siebie takie okropne rzeczy, mówią mi do tej pory takie straszne rzeczy na swój temat. Już nie ufam żadnemu z nich. Nie ufam swoim rodzicom. Boję się z nimi rozmawiać. Siedzę tylko w swoim pokoju, nie odbieram telefonów. Ja tego nie chcę! Nie chcę! Chcę, żeby było jak wcześniej.
Była w rozpaczy. Deszcz jeszcze intensywniej rozbrzmiał, usiłując przylgnąć nas do ziemi swoimi ociężałymi kroplami.
Zamilkłem. Stanąłem w chwili ogromnej odpowiedzialności, ale tego nie odczułem. Bardziej przejmowałem się jej uczuciami. Chciałem je wszystkie wziąć i powoli opatrzeć. Wziąć jedno po drugim. Pomóc Julii je ujrzeć.
- Chodź, pójdziemy gdzieś, gdzie jest spokojniej.
Julia przytaknęła. Złapałem ją za rękę i szliśmy po chodniku, chlipiąc w kałużach. Klaksony, dzwony kościołów, zgrzyt deszczu, hurkot samochodów, wszystko rozbrzmiało, gdy szukałem schronienia. 
Obejrzałem się za rozsuniętymi kratami, które prowadziły do przejścia wydrążonego w jednej z kamieniczek. Weszliśmy tam, a hałas miasta skazanego na siły przyrody, pozostał jedynie echem, odbijającym od pomalowanych graffiti ścian tunelu. Po drugiej stronie przejścia był wewnętrzny dziedziniec kamieniczki, gdzie sadzony był ogródek, postawione ławki, a nawet zawieszona jedna huśtawka. Ale tam również padał gwałtowny deszcz. 
Julia oparła się o zimną ścianę, otarła łzy, a ja stanąłem przed nią. Nie trzymałem już jej ręki, nie wiem, kiedy ją puściłem.
- Przepraszam, że się tak rozkleiłam.
- Nie szkodzi, Julia, ja chcę, żebyś ze mną porozmawiała. Co miałaś na myśli, mówiąc, że staliście się inni z chwili na chwilę?
Julia milczała przez moment, patrząc się w podłogę. Była zgarbiona.
- Całe... postrzeganie, odbieranie tego, co mnie otacza, sposób myślenia, to jak wydaję myśli... zmieniły się. Zapach tego domu, wygląd ludzi, każdy pejzaż, nabrały surowości. Odczuwam każdy moment, nie mogę wyrwać się z bezustannego mówienia do siebie w głowie. Czuję się zatopiona... przepraszam, mówię bez sensu, zaraz się uspokoję. 
- Nie przepraszaj mnie, tak się właśnie czujesz. I co... myślisz?
- Że jeśli wszystko jest pogrążone w takim chaosie, jaki teraz zaczęła dostrzegać wszędzie, to jedna zmiana, zniknięcie czegoś, tak naprawdę nic nie zmienia.
Trudno wyrazić to wrażenie, ale miałem je. Patrzyłem się głęboko w zaszklone oczy Julii, oprócz swojego odbicia, widziałem również trzecią refleksję. Jej oczy. Ciemne oczy zjawy. I wszyscy się rozumieliśmy. Ale tylko jej to nie przerażało. Musiałem kłamać. Mówić wbrew temu, co sam czułę.
- Julia, to nieprawda. Masz rację ze zmianami, ale zniknięcie czegokolwiek, sprawiłoby, że reszta to odczuje. Wpłynie to na innych. Tylu ludzi. Te luki nie zostałyby tak po prostu zapełnione. Bo nie powinny być zapełnione. Jeśli nie masz siły, to w porządku. Widocznie musisz przeżyć to wszystko, odczuć. Czasem komuś o tym wszystkim opowiedzieć, jeśli potrzebujesz. I z czasem, bardzo powoli, będzie lepiej. Musi być. Zawsze po jakimś czasie jest. Twoi rodzice się rozstają, pewnie w związku z tym wszystko wydaje się, jakby bezustannie się trzęsło. Ale po jakimś czasie się uspokoi. Odnajdziesz stabilność.
Julia znów się rozpłakała. Musiałem ją przytulać mocno. Przez długi czas. Usłyszałem gdzieś na dziedzińcu pośród deszczu krakanie i śpiewne piski. Moja koszulka zrobiła się gorzko słona od schnącego deszczu i wsiąkających w nią łez. Aż Julia przestała z siebie wydawać łzy i jedynie jej ciało parę razy wstrząsnęło się na odruch płaczu. Uspokoiła się w końcu.
Oderwała się ode mnie i patrzyła w ziemię swoimi wielkimi, jesiennymi, oszklonymi oczami.
- Wybacz, znów to zrobiłam, było nawet gorzej niż ostatnio, gdy zaatakowałam cię swoim życiem...
- Nie szkodzi. Zawsze chętnie cię wysłucham. Naprawdę. 
Czułem, że się powtarzam.
- Nie, nie, tym razem to przesada... wracam do domu. Strasznie ci dziękuję. I przepraszam. 
- Julia...
- Proszę. Chcę wrócić do domu.
Zaproponowałem powrót z nią, ale mieszkaliśmy w innych miejscach. Kazałem jej obiecać, że znów się spotkamy w tym tygodniu. Odjechała tramwajem zatłoczonym pośród zakorkowanego skrzyżowania. Ja zostałem w tunelu, nie miałem ochoty wracać do domu, a potrzebowałem suchego miejsca. Deszcz wciąż szalał, a do tunelu wpadało echo trzaskających w oddali piorunów. Dziedziniec kamienic raz po raz rozświetlał się od grzmotów, aby zaraz przygasnąć, zostawiając tylko odblask bladej, ledowej latarni. Zsunąłem się po ścianie na zimną posadzkę i westchnąłem cicho.
 Przysłuchiwałem się rytmowi burzy, który stopniowo wyganiał z ulic łoskot aut oraz tramwajów. Myślałem o losie Julii. O losie dawnych znajomych, których widziałem ostatni raz, dwa lata temu na kempingu. Zostawiłem ich tam i prócz Oskara oraz dzisiaj Kacper, nie wiedziałem, co się u nich dzieje. Może w ich życiach też nadeszły druzgocące ich życia zmiany, tak jak zdruzgotane są moje i Julii. Może ten Kacper, którego dzisiaj zobaczyłem, był całkowicie innym człowiekiem, który widzi nowego mnie i myśli: „obcy”, tak jak, gdy ja spoglądałem na niego. Może on też ma swoją zjawę. Za nim również podąża.
 - Bezczelne kłamstwa. Wobec was obu. - rozbrzmiał melodyjny, wysoki, ale przytłumiony i wiecznie szepczący głos.
Podniosłem gwałtem ugiętą głowę. Wytrzeszczyłem z przerażeniem oczy, rozglądając się po tunelu. Od strony ulicy - nic, prócz tego, że jazgot pojazdów razem z ludźmi ucichł. Było późno, przechodnie zdążyli wrócić z pracy, a spacerowicze uciekli przed deszczem. Powoli odwróciłem wzrok w stronę wyjścia na dziedziniec. Po tunelu ktoś - jakaś postać - poruszał się lekkimi ruchami, rozwijając ręce i jakby przeskakując z nogi na nogę. Zjawa. Tańczyła w tunelu. Ja siedziałem w tunelu. Ona znów była niewyraźna, rozpylała wokół siebie poświatę jej własnej czerni. Włosy zjawy były masą, ręce i nogi szczupłe jak u tancerki, ale była wysoka, z mojej perspektywy maleńkiego przerażenia, wydawała się wyższa o parę złowieszczych głów. Nie mogłem dostrzec ani twarzy, ani ujrzeć kawałka skóry przez całą czarną płachtę mrocznej mgły, która ją spowijała.
Zamarłem pod ścianą sparaliżowany paniką. Nie wiedziałem, czy znów śnię, czy oszalałem, czy zemdlałem, a może umarłem. Postać pląsała zwiewnymi ruchami, tańczyła jak piekielna baletnica, uradowana własnym ciałem, delektując się każdym ruchem. Skakała po bruku z ekscytacją, jakoby były na nim kałuże, ale przecież burza była wszędzie tylko nie tutaj. Podczas jednego z takich skoków, zamarła. Zatrzymała się plecami do mnie. Odwróciła powoli głowę, a w jej bezkształtności ujrzałem zarys uśmiechu zaproszenia. Był on jak przytłumione źródło ciepła czerni pogrążonej w zimnej płachcie mroku. 
Sprzeciwiłem się każdemu naturalnego odruchowi mojego instynktu, sprzeniewierzyłem się własnemu umysłowi i wstałem, czując, jak zimna ściana odrywa się od moich pleców. Ucieszona zjawa swawolnie pognała przez tunel prosto na dziedziniec. 
Sparaliżowany, stałem pod dachem arkadycznego tunelu, który prowadził do spowitego deszczem i światłem piorunów ogrodu. Wsłuchiwałem się w otoczenie z nadzieją, że przyjdzie człowiek, który wybudziłby mnie ze snu pełnego ferworu, lecz do moich uszu docierał tylko trzaski obicia i pojedyncze, odosobnione w tym koncercie krakanie dochodzące z ogrodu. Wezbrałem się w sobie.
Powoli, krok za krokiem, poszedłem w stronę zjawy, która wpadła w wichurę rwanych krzaków, siejących spustoszenie kropli i trzaskającego wiatru. Straciłem ją z oczu.
Wyszedłem z tunelu na gęsty w zieleni dziedziniec wybrukowany chaotycznie ścieżkami, narastającymi na siebie krzewami i drzewami oraz pomiataną na wietrze, skrzypiącą huśtawką. Wiatry burzy, która przybyła, wpadały prosto na ten dziedziniec, miotając liśćmi, które bezwładnie w porywie jesiennej słabości opadały z gałęzi, rzucane wzdłuż okien, rozrywane na kawałki; a inne desperacko trzymały się jeszcze swojego żywota, moknąc przez długie, gęste salwy deszczu, wystrzeliwane z chmur. Wewnętrzne ściany budynków były raz po raz rozświetlane przez błyski piorunów, a grzmoty przeszywały moje ciało, trzęsąc ziemią i niebem. W majestacie istoty burzy, istoty dzikiej, nieopanowanej, a przy tym harmonicznej - byłem ja. Stałem pośrodku dziedzińca, cały mokry od deszczu, przymrużając oczy w poszukiwaniu zjawy.
Usłyszałem trzepot skrzydeł, coś odleciało. Następnie rozbłysk i trzask. Ujrzałem ją.  
Stała między krzewami w cieniu obok latarni. Jej poświata niosła się z rwącym wiatrem. Podszedłem do niej powoli, nie dając się zmieść wichurze. Ja i zjawa byliśmy równi wzrostem.
- Kim jesteś? - zapytałem.
- Byłam - zaczął głos - jestem i będę zawsze tym samym. Dla siebie i dla innych istot tych, które mnie spotkają oraz tych, które będą tylko przyglądać się temu, co czynię do naszego wspólnego końca.
- Śmierć. - wyszeptałem.
Zrobiła dwa kroki w tył i oblał ją blask latarni, który rozwiał całą ciemną mgłę, odkrywając płachtę na dziele nieznanego stwórcy. Ucieleśnienie śmierci stało przede mną bez wstydu, bez wyższości, bez nikczemności. Nie miała już bladej skóry, pustych, lustrzanych oczu, cienkich, czarnych nitek zamiast włosów i potarganych łachmanów. Wcześniej była skryta, tak sobie ją jawiłem, bo czułem potrzebę nadania formy do tożsamości, która była jej pozbawiona. W rzeczywistości Śmierć faktycznie się uśmiechała, ale był to uśmiech skromny i serdeczny. Ta potężna istota, będąca ideą, została obdarzona w zwykłe, naturalne, ludzkie piękno. Miała gęste, falujące lekko, o odcieniu hebanu włosy, które wdzięcznie opadały do jej ramion, współgrając z przyciemnioną, opaloną, dorodną skórą. Nieśmiertelne ciało Śmierci było odziane w najzwyklejszą ludzką bluzę i dżinsy. Oczy natomiast - jako jedyne odzwierciedlały naturę tej istoty. Tęczówki były czystą czernią, przez którą niczym błyskawice wiły się podłużne niebieskie, senne wiązki. Spoglądałem w jej oczy - na tę tajemniczą twarz, będącą przecież w skali całego ludzkiego życia - twarzą dziecka, nastolatki. Rozglądnęła się.
- Poznajesz to miejsce?
Ogarniał mnie zbyt duży stan szoku, aby móc odpowiedzieć. Nie byłem nawet w stanie potrząsnąć sprzecznie głową - nie miałem pojęcia co to za miejsce.
- Jesteś człowiekiem, zaraz zachorujesz. - stwierdziła.
Pobiegła przed siebie, trącając moje ramię, w którym rozlał się impuls mrowienia i pustki, ale tak szybko, jak skończył się dotyk, tak też to osobliwe uczucie. Odwróciłem się za siebie tylko, żeby zobaczyć, jak Śmierć wbiega z powrotem do tunelu i z rozbiegu ponownie zaczyna niesfornie tańczyć i pląsać. Czułem się jak we śnie. Padały na mnie światła z palących się wieczornymi lampami okien mieszkań, może nawet parę osób spoglądało na mnie jak na lunatyka, ale ja byłem skupiony tylko na niej.  
Ze zwykłego człowieka, stałem się człowiekiem, który widzi się twarzą w twarz z kresem każdego istnienia, który to kres obejmował życia, które były, nastały i nastać mają. 
Wszedłem do tunelu. Oparłem się niepewnie o ścianę, czekając, aż Śmierć znów na mnie zareaguje. Dla pewności. Ale ta wstrzemięźliwość trwała naiwną chwilę, nie mogłem się powstrzymać:
- Czego ode mnie chcesz?
- Złe pytanie - odpowiedziała, nie przerywając tańca.
- To ty mnie nachodzisz...
- Mylisz się, to ty wezwałeś mnie! - Przerwała tańców, zwróciła się do mnie i chodziła krok za krokiem, powoli, wzdłuż tunelu - Każdy o mnie czasem myśli, przy każdym częściowo jestem obecna. Jestem przy was jeszcze przed narodzinami. Pojawiam się kilka razy obok kogoś w jego życiu, a raz, jedyny raz przy nim. Ale mało kto mnie pragnie. Mało kto rozważa na mój temat dzień w dzień, doszukuję się mnie w każdej cząsteczce, aż w końcu wydaje tak głośny ryk desperacji, że muszę, nawet nie z własnej woli, a z wyższego przyciągania sił potężniejszych ode mnie czy od ciebie, przybyć.
- Więc po co tutaj jesteś.
- Ty mi powiedz.
- Dlaczego jesteś przy Julii? Nikt wokół niej chyba nie umarł.
- Nie musisz doświadczyć śmierci wokół, żeby jej szukać. Mało tego, możesz jej doświadczyć wokół siebie, a wciąż się jej doszukiwać - Śmierć wbiła we mnie wzrok,
a ja uciekłem oczami na posadzkę.
- Przyszłaś mnie stąd zabrać? - zacząłem niepewnie - a może już umarłem, a mój umysł w stanie powolnej utraty świadomości doświadcza wizji.
- Nie mogę zabrać kogoś - zaczęła Śmierć z powagą i spokojem, jakby tłumaczyła coś oczywistego - kto wcześniej nie podległby rozkładowi, który wywołała inna istota. Nawet gdy ktoś o mnie woła, nie mogę wykonać samozwańczego wyroku. Jestem tylko wykonawczynią, która przychodzi do życia poddanemu ciężkiej, skomplikowanej sztuce umierania i wykonuje ostatni gest litości. 
- Brzmisz, jakby to, co robisz, było wielkoduszne.
- Nie przystoi mi oceniać wielkości dusz. Wykonuję tylko to, do czego zostałam stworzona. Reszta - Śmierć zrobiła zgrabny obrót, nie przerywając wywodu - mnie nie interesuje. Mam tylko swój skromny gest, który uśmierza wam potyczek między sobą. Wy, życie - dążycie do mnie. Nie jesteście w stanie popłynąć z nurtem nawet jednej kropli tej rzeki istnienia. Kończę wasze zmagania.
- I co potem?
- Nie wiem.
- Co było przed tym?
- Nie wiem.
- Od kiedy istniejesz? Czemu masz tak właściwie ludzką formę.
- Mogę z tobą dywagować, odbijając twoje przemyślenia, ale prawda jest taka, że nie wiem. Pojawiłam się na tym świecie tak samo, jak ty, gdy w twoim może kilkuletnim świecie pojawiła się samoświadomość. Na pytania dotyczące nas, mamy dużo czasu na znalezienie odpowiedzi.
- A co wiesz? - zniecierpliwiony zapytałem.
- Znam tylko ostateczny gest składany odbieranemu życiu.
I Śmierć zaczęła powoli robić kroki w moją stronę, a ja jeszcze silniej przylgnąłem do ściany, tak jak zrobiłoby każde zwierzę. Śmierć skróciła między nami dystans, zrobiła jeszcze jeden krok, a jej wyjęte z oka burzy oczy, jej ludzkie usta, ludzki nos, były zaledwie parę centymetrów od moich. Musnęła swoim palcem moją dłoń, a przez moje ciało znów przeszedł impuls mrowienia. Myślałem, że to bezwład, ale mogłem ruszyć palcami. To nieczucie.
- Pocałunek. - szepnęła Śmierć, a jej oddech miał pusty zapach - Mój pocałunek. Samo jego zbliżanie się, sprawia, że przelatują ci ostatnie wizje bliskich i dobrych wspomnień, a potem twoja świadomość ucieka z twojego ciała do mnie.
- Co... co dalej? - wyszeptałem.
- Nie wiem.
- Zostaw Julię w spokoju.
- Niech ona zostawi mnie.
Przeciw instynktom, uświadomiłem sobie, że nie muszę bać się Śmierci. Nie sprawi mi bólu sama w sobie. Rozluźniłem mięśnie, przestałem się wtopić w ścianę i spojrzałem Śmierci prosto w oczy. Uśmiechnęła się. 
- Do zobaczenia. 

Podpis: 

Mimik Tezeusz 2024-2025
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Krzyż Sen o Ważnym Dniu Czarny motyl
Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie. Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny). Ledwie mogłam uwierzyć, mój oddech się skrócił. Chyba tylko czarownica mogła przygonić na zatłoczoną po brzegi plażę wielką chmurę czarnych motyli?! Co one szykują?
Sponsorowane: 20Sponsorowane: 15
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 12

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2025 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.