https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
120

Chiny

Autor płaci:
120

  Wycieczka życia  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W lipcu nagrodą jest książka
Folwark zwierzęcy
George Orwell
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Chiny

Wycieczka życia

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Pęknięcie - Rozdział 8

Nisa i Ellie znają się od zawsze. Przynajmniej tak się im wydaje. Razem są w stanie stawić czoła wszystkiemu. Gdy któregoś dnia rzeczywistość zaczyna się zmieniać, a do ich życia wkracza ktoś obcy, ich przyjaźń zostaje poddana kolejnej próbie.

Mefisto i Carmen

"Nie moja w tym wina, że jak to bywa w świecie Los z przekory nici gobelin życia plecie."

Kraina Niekończącej się Bajki - cz.II. roz. VIII

— Pajacu! Duchy krążą wokół nas, szukają dziury, chcą się tu dostać. No popatrz, jestem biały jak prześcieradło — wyszeptał Miś.

Ró-ża

Na skrawku zapisane

Nigdy

Proszę o komentarze :)

Nieśmiertelny.

Cała akcja odbywa się w XXw. w mieście Avalon oraz Nevada.

2012

Sukces na miarę całego kraju. Oceniali: Joanna Kołaczkowska,Andrzej Poniedzielski,Stanisław Zygmunt,Andrzej Zakrzewski

ZBERKOWANY

A jednak coś było nie tak. W autobusie, mimo sporego tłoku, wokół mnie utworzył się pusty okrąg. Na twarzach otaczających mnie ludzi odmalowywał się ni to niepokój, ni to podniecenie, uśmieszki.

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1537
użytkowników.

REKLAMA

POZYCJA: 82916

82916

Trzeba uważać

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
26-06-01

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Akcja/Historia/Finanse
Rozmiar
20 kb
Czytane
191
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
26-06-01

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: JerzyTrzcinski Podpis: Jerzy Trzciński
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Zawsze i wszędzie należy być uważnym. Lecz życie ma swoje scenariusze.

Opublikowany w:

Nie publikowane

Trzeba uważać

Trzeba uważać.
Była jesień. Pogoda zmienna, typowa w tym okresie. Drogi trochę mokre, trochę śliskie, trzeba uważać. A tu do tego jak zwykle korek. Znał tę drogę bardzo dobrze. Pięć razy
w tygodniu rano do pracy, popołudniu z pracy. Ktoś mógłby powiedzieć, że jeżdżąc tak często tą samą trasą, można przywyknąć i pędzić po niej nieomal z zamkniętymi oczami. Może i można. Gdyby nie roboty drogowe. Rozpoczęto je wiele miesięcy wcześniej, a końca nie było widać. Jakieś przewężenia albo nieruchawe pojazdy, których operatorzy nie licząc się z innymi często znienacka wjeżdżali na pas teoretycznie udostępniony dla normalnego ruchu. A do tego wielokilometrowe korki. Należało uważać. Ale uważać, to trzeba zawsze i wszędzie. Gdy człowiek ma kilka lat, to tłumaczą mu: - uważaj i patrz pod nogi. Gdy jest trochę starszy to powinien uważać na kolegów. Jeżeli go nie lubią mogą zrobić krzywdę. A gdy jest odwrotnie, a koledzy okażą się tak zwanym złym towarzystwem, to może być jeszcze gorzej. W wieku dojrzewania powinno się uważać na dziewczyny. Bo jak mówią szacowne matrony, te dziewczyny to są takie zepsute i tylko czyhają, aby młodego wykorzystać i sprowadzić na złą drogę. Po ustatkowaniu się nie jest lepiej. Jeżeli nawet żona jest w porządku, to należy mieć na oku teściową. Takiej jak zięć powie prawdę, to bez względu, czego sprawa dotyczy, zawsze ma przechlapane. Nie wiadomo, dlaczego, lecz kobiety dzierżące ten tytuł lub funkcję, mniejsza o szczegóły, za każdym razem wszystko, co by się nie działo zawsze obrócą przeciwko zięciowi. Może z innych względów, lecz na żonę, to tym bardziej uważaj. Pamiętaj, że gdy o wszystkim się dowie, to ciche dni gwarantowane. A przysłowiowy ból głowy, małżonkę będzie dręczył każdego wieczoru, a tym bardziej ranka. Ale przede wszystkim uważaj na dzieci, żeby nie działa im się krzywda. Bo w takim przypadku, dziecko, gdy już dorośnie zapewne wszystko ci wypomni. A, gdy już masz tyle doświadczeń, no i lat, że uwagi, abyś uważał powinny właściwie śmieszyć, to usłyszysz: uważaj i patrz pod nogi, bo gdy się przewrócisz to stare kości źle się zrastają. Lecz taka wyliczanka do niczego nie prowadzi, bo w każdym wieku i zawsze musisz uważać na drodze. Jak byłeś dzieckiem, żebyś nie wpadł pod auto, a gdy już prowadzisz ten samochód, to jedź powoli i ostrożnie, żebyś sobie i innym krzywdy nie zrobił. Mało, kto sobie uświadamia, że słowo „uważaj” jest jednym z najczęściej wypowiadanych. Nawet w chwilach rozkoszy możesz usłyszeć – uważaj, bo wiesz…, może być nieszczęście! A może szczęście. Wszystko jest względne.

Ruszył z pracy do domu, ale uważał, bo warunki kiepskie. A tu jak zwykle korek. To uważał podwójnie. Więcej stał niż jechał, zasłuchał się w audycję radiową. O, rozluźniło się, to ruszył z impetem. Nagle, o kurka, Znowu zaczęło się zagęszczać. Pomyślał, że trzeba jeszcze bardziej uważać, ale jedzie. Nagle, o nie. Nie wyhamuję, przywalę – przeraził się, ale wyhamował. Poczuł ulgę. Lecz ułamek sekundy później, do jego uszu dotarł huk i brzęk, coś gwałtownie go szarpnęło do tyłu, co spowodowało, że bezwiednie przywalił potylicą
w zagłówek. Już wiedział co się stało. Został trafiony od tyłu. Zdenerwowany pomyślał: - No ale na tył to już nie dało się uważać. Ja wyhamowałem, ale ten buc za mną nie. O żesz ….
– w duchu bardzo nieprzychylnie określił tego kogoś. Zjechał na pobocze, jeszcze bardziej uważał, żeby ktoś go nie doprawił z boku. Kto jeździł tą drogą to nie raz widział stojące dwa, trzy, a czasem i więcej samochodów z migającymi światłami awaryjnymi. Taki urok cywilizacji albo korek, albo stłuczka. Stanął, wysiadł, podjął rozmowę z nieszczęsnym winowajcą. Jako ten, mówiąc w skrócie, stuknięty był bardziej wojowniczy. Bez wstępu, typu dzień dobry, rozpoczął dialog: – Miałeś pan uważać! To nie kartoflisko tylko jezdnia szybkiego ruchu, inni też tu jeżdżą oprócz jaśnie pana. Ten, który stuknął potulny, tłumaczył się, że uważał, ale się zamyślił i nie wyhamował, a potem skruszony dodał: – Panie kochany wiesz pan, co to za pech, dopiero, co dwa tygodnie temu odebrałem auto z warsztatu. Jeden facet wjechał we mnie, tak jak ja dzisiaj w szanownego pana. Pomyślał: - Cóż zdarza się. Jemu też zabrakło sekundy,
a przed chwilą, wjechałby w czyjś tył. Po przeprowadzeniu niezbędnych formalności na piśmie
i wykonaniu zdjęć, na tym sprawa została zakończona. Teraz wszystko jest o wiele prostsze, gdy każdy ma przy sobie takie mądre urządzenie do gadania, słuchania, fotografowania itd. Ale z tym też trzeba uważać, żeby źli ludzie nie zhakowali ci komórki. Panowie rozeszli się do swoich samochodów. Połączył się z ubezpieczycielem sprawcy, uzgodnił wszystko co trzeba
i musiał poczekać na lawetę. Potem poinformował w domu, dlaczego się spóźni, ale też, że jest cały, ale samochód w ruinie. Musiał poczekać na lawetę, ale jednocześnie pomyślał, że trzeba będzie uważać na to, co wymyśli ubezpieczyciel, a przede wszystkim na mechaników. Gdy nie patrzy się im na ręce, to starych części nawtykają, a nowe wymontują.

A gdy tak siedział i czekał, przypomniał sobie, że kiedyś już był w podobnej sytuacji, chociaż w zupełnie innych okolicznościach. A było to około trzydzieści lat wcześniej na wiosnę. Słońce zaczęło powoli wyłaniać się z za widnokręgu. Mimo, że dzień zapowiadał się pogodny, on i jego towarzysze niedoli gwałtownie stracili dobre humory. Stali na poboczu drogi, mocno oszołomieni i zdenerwowani. W tym momencie właściwie przez ułamek sekundy odczuł również radość. Bo, gdy spojrzał na doszczętnie rozbity samochód, to logicznie rzecz biorąc, ponieważ w trakcie kolizji znajdowali się w tym samochodzie to powinni być poturbowani, a może nawet w stanie krytycznym. A tu nic ani zadrapania. Samochód natomiast…, no cóż, piętnaście minut wcześniej był lśniącym i pachnącym nowością autem sprowadzonym z zachodu. Firma kupiła go dwa miesiące wcześniej. O takim pojeździe marzył każdy. Ale oczywiście wtedy, gdy było jeszcze lśniącą i pachnącą limuzyną. Teraz żałował, że załatwił, a właściwie wyprosił u szefa, to nowe auto. Szef się zgodził, bo trzeba było przejechać przez całą Polskę, a do tego lubił go, młodego kierownika ważnego działu. A tu masz ci los, ledwo przejechali trzydzieści kilometrów i taki traf. Gdy tak stali patrząc na rozbity samochód, zapytał: - Ale jak to właściwie było? – Wymownie spojrzał na Marka, który był w firmie etatowym kierowcą. A ten stojąc, nie był pewny, czy cieszyć się z braku uszczerbku na zdrowiu, a nawet, że przeżył, a może raczej martwić potencjalnymi konsekwencjami. Lecz szybko się otrząsnął i postanowił bronić się, przez atak. Powiedział: - No, co jak było? Chyba widziałeś, że uratowałem nam życie. A tobie kierowniku to już na pewno. Gdy ten wielki, biały pies wybiegł na drogę, to musiałem go ominąć. To dla nas było groźne, a psa też szkoda. – zaczerpnął powietrza i dodał - Ale wtedy niestety zahaczyłem o pas zieleni i nas obróciło.

A potem to już ni jak było zapanować nad autem. Po zastanowieniu, zapytał: - Co ty opowiadasz? Jaki pies? Nie widziałem żadnego zwierzaka? Zdenerwowany Marek z niedowierzaniem zapytał: - Nie widziałeś? To niemożliwe. Pojawił się tuż przed maską. I to po twojej stronie. Chłopie – zaakcentował- gdybym go walnął, to wtedy, to bydle wpadłoby do środka przez szybę. I to prosto na ciebie. Nie muszę ci mówić, co by było. Rodzina miałaby problem rozdzielić twoje doczesne szczątki od tych pochodzących od psa. Marek zasiał w jego umyśle zamęt. Pomyślał, że to miło z jego strony, bo go uratował. Chociaż psa nie widział. Dlatego powiedział: - Marek, ja naprawdę nie widziałem żadnego psa, ale może i był – i zaraz zapytał- A teraz, gdzie niby się podział? Czyżby tak szybko zwiał? Marek, który odrobinę się uspokoił, że jego wersja wydarzeń stała się obowiązująca, z naciskiem stwierdził: - No tak, pewno uciekł. A niby na co miał czekać? - a potem dla podkreślenia swojego prawidłowego działania dodał – przecież go ominąłem, to nic mu się nie stało. Tylko to pieprzone pobocze. Do rozmowy włączył się Benek, trzeci z uczestników delegacji. Oszołomiony powiedział: - Panowie, a to historia. Ale się pokręciliśmy, jak w diabelskim młynie – a po chwili dodał – ja siedziałem z tyłu. Nie wiem co mnie tknęło, że się przypiąłem pasami. Zazwyczaj z tyłu to się nie przypinam. Jeden mój znajomy też kiedyś nie był przypięty, to do dzisiaj całą gębę ma w bliznach - i dodał - Ale tego psa ja też nie widziałem. Gdy Marek spojrzał na niego z wyrzutem szybko dodał: - Na pewno dobrze, że ten pies, jeżeli był, nie wleciał nam do środka, bo to rzeczywiście byłaby masakra. Ale syf i tak jest. - a potem zapytał: - To, co robimy? On też się nad tym zastanawiał, bo poniekąd był najważniejszy w tym gronie. Jednak, gdy już chciał coś zaproponować, ubiegł go Marek, który najbardziej na uwadze miał własną sytuację. Kierowca głośno rozważał: - Gdy przyjadą tu gliny to dostanę wielki mandat, albo i zatrzymają mi prawko. Pewno każą też zapłacić za ten pieprzony cmentarny parkan. Rzeczywiście, sklecony z cegieł parkan pozornie wyglądający solidnie w dwóch miejscach praktycznie był zburzony. Samochód po utracie przyczepności kręcąc się z impetem uderzył najpierw przodem, a potem kilka metrów dalej tyłem. Miejsca uderzenia były dobrze widoczne, bo w jednym tkwiło auto, a w drugim można było zrobić nowe przejście na cmentarz. Lecz zapewne właściciel tego obiektu nie miał takich planów. W tym momencie nie wiadomo, dlaczego nasunęło mu się spostrzeżenie, którym podzielił się z kolegami: - Jak to dobrze, że parkan prawdopodobnie zbudowali z kradzionych materiałów. Widocznie mieli zbyt mało cementu, dlatego zaprawa, która wiązała cegły była słaba. Pewnie właśnie to uratowało nam życie. Ale rzeczywiście teraz to ruina i jak nic każą zapłacić jak za zboże. Benek zgodził się i jako ścisłowiec dodał: - No tak, rozpadający się płot przejął energię, co zamortyzowało nasze uderzenie. Ale musicie też pamiętać, że to nie Poloneza rozwaliliśmy, tylko nowoczesne, bezpieczniejsze auto. – a po chwili dodał: - a przynajmniej takie było jeszcze niedawno.
A teraz do kasacji. Jak stary zobaczy, to kurtka krótka. - potem spojrzał na kierowcę i zwrócił się do niego: - A swoją drogą to nieźle grzałeś. Marek wzruszył ramionami i powiedział: - Gdy jest dobre auto, to się jedzie, ile można - a na tym samym oddechu dodał – to tym bardziej gliny nie są wskazane. Na moment zapadła cisza. Każdy z panów rozważał jakieś kwestie. Bo niestety życie nie znosi pustki. Chwilę wcześniej mogli stracić życie, a przynajmniej porządnie się uszkodzić. Wtedy może nawet zostaliby bohaterami, że zginęli w trakcie wykonywania obowiązków służbowych. Lecz, gdy to się nie stało, to atakowały ich wątpliwości i zmartwienia. Pierwszy odezwał się Benek, który powiedział do kierowcy dokładnie to, co ten pomyślał: -- To może zadzwonisz po lawetę do firmy? A potem będziemy się zastanawiać. Kierowca, który na wyposażeniu samochodu posiadał wielki jak cegła telefon komórkowy, skwapliwie przytaknął, Na szczęście telefon nie uszkodził się. On kierownik, co prawda nie był pewny czy to dobre posunięcie, bo cholera wie jakie będą z tego konsekwencje, lecz presja kierowcy zrobiła swoje. Dlatego powiedział – Przecież nie będziemy tu stali jak durnie. Marku dzwoń do firmy. Kierowca błyskawicznie nawiązał kontakt, z kim trzeba. Musieli tylko poczekać. W międzyczasie dwóch lub trzech kierowców zwolniło i pytało czy potrzebna pomoc. Z uśmiechem podziękowali. Krótki stres przeżyli, a głównie Marek, w momencie, gdy obok nich przejeżdżał wóz policyjny. Widocznie władza się spieszyła lub nie była jeszcze na służbie. Policja ma swoje procedury, a generalnie działa na wezwanie. Po niespełna godzinie przyjechała laweta. Gdy jej kierowca wysiadł i popatrzył na wrak samochodu, stanął jak wryty. Potem z niedowierzaniem spoglądał, to na nich to na szczątki samochodu, który jeszcze wczoraj był obiektem również jego marzeń. A potem, gdy minął mu pierwszy szok, przeciągle odezwał się: - Ooo kurkaaa! Aleście załatwili te cacko. Stary was na pewno nie pochwali. Ale, że wam nic się nie stało? To ja… Zniecierpliwiony Marek brutalnie przerwał te zbędne dywagacje i ostro powiedział: - No już. Stefan nie filozuj. Ładujemy na lawetę. Raz dwa. Musimy się stąd zmywać. Raz się z glinami udało, ale mogą wrócić. Sprawnie uporali się z załadunkiem wraku i pojechali. W firmie stali się największą atrakcją dnia. Jedni, przynajmniej oficjalnie, cieszyli się, że z wypadku wyszli w całości. Inni nie zastanawiali się nad ich stanem, ubolewali natomiast nad zdewastowanym autem. Tak czy inaczej wszyscy byli jednakowo zainteresowani. Gdy do pracy przyjechał dyrektor, sekretarka jeszcze przed podaniem porannej kawy wszystko, a może tylko to co wiedziała, bo rozbitego samochodu nie widziała, opowiedziała szefowi. Ten kazał ich natychmiast wezwać na dywanik lub inaczej przed oblicze, jak kto woli to określić. Gdy wchodzili do gabinetu dyrektor już od wejścia dopytywał: - No, co tam, moje orły? – a potem z odrobiną empatii w głosie powiedział: - Muszę powiedzieć, że mimo wszystko cieszę się koledzy, że jesteście cali. Bo co by nie powiedzieć cenię was jako pracowników. – a potem dodał – a nawet nie chcę sobie wyobrażać jakie byłoby zamieszanie i cholera wie co jeszcze, gdybyście przykładowo zginęli. Ostatnie zdanie zabrzmiało jakoś dziwnie, dlatego szybko dyrektor uzupełnił: - ale zwarzywszy na stan samochodu, to już sprawy wyglądają gorzej. Dyrektor spoglądając na nich przez chwilę się zamyślił, a potem nie zadając pytania oczekiwał odpowiedzi. - No to opowiadajcie, jak to tam było. Kierowca, który w trakcie jazdy lawetą zdążył ochłonąć i wszystko przemyśleć, był pewny, że jeżeli ktoś beknie za zniszczenie nowego, służbowego auta, to tylko on. Dyrektor był cholerykiem, dlatego najczęściej podejmował decyzje spontanicznie. Kierowca pomyślał, że jedyna szansa jest
w tym, że uda mu się udowodnić brak jego winy w całym zdarzeniu i zwalić wszystko na siłę wyższą, czyli psa. Dlatego nie czekając na innych, zaczął opowiadać. Temat zagrożenia ze strony białego, ogromnego psa dla siedzącego na przednim siedzeniu kierownika starał się maksymalnie udramatyzować i ubarwić. Ale dyrektor nie był człowiekiem, pozbawionym wyobraźni, a przede wszystkim doświadczeń na drodze. Dlatego niestety opowieść kierowcy nie zrobiła na nim większego wrażenia. Na razie jeszcze spokojnie, a nawet żartobliwie powiedział: – No panie Marku. Taki stary kierowca, a nie wie co robić, gdy pies albo kot wyskoczy na jezdnię. Panie wali się w niego, bo to ludzie są najważniejsi. Marek się bronił: - Ale panie dyrektorze, to było wielkie bydle. Koledzy potwierdzą. Dyrektor z powątpiewaniem w głosie odpowiedział - Panie, zastanów się pan, co mówisz. Jaki duży może być pies. Przecież to nie słoń albo krowa-
a potem znowu nie pytając zadał pytanie: - Chyba, że pan pędziłeś 150 na godzinę, to wtedy rzeczywiście, mogłoby być gorzej. A już kiedyś panu mówiłem, że autem służbowym nie można bić rekordów prędkości. Kierowca się zmieszał i wybąkał: - Nie, aż tyle to nie. Ale dość szybko
– łapiąc się ostatniego argumentu dodał - to był zwykły odruch. Patrzę przeszkoda, to chciałem ominąć. Na to dyrektor odrzekł - Panie ominąć, a nie walić z impetem w ceglany parkan. Dwaj pozostali, póki co woleli się nie odzywać, bo psa nie widzieli, a co było na drodze w trakcie jazdy, to sprawa kierowcy. Coraz bardziej pobudzony dyrektor, powiedział: - Poczytamy protokół z wypadku. Policja po śladach hamowania ustali, jaka była prędkość. Nie było wyjścia, on, kierownik musiał poinformować dyrektora: - Panie dyrektorze policji nie było na miejscu. Nie przyjechali. Dyrektor spojrzał na wszystkich. Przez chwilę wyglądał jakby nie rozumiał, co usłyszał. Ale nie trwało to długo. Po chwili spurpurowiał, a potem , co mu się często nie zdarzało, wybuchnął: - Panowie kurwa mać, ale jak to? Nie było policji, to nie było zdarzenia. A jak mi mówili to auto do kasacji. A to nie jest pięć złotych. Panowie do ciężkiej cholery, to wy nie wiecie, że papiery są najważniejsze? Kierowca zamilkł, a jednocześnie jego twarz zrobiła się nieomal tak blada jak niedawno odnowiony sufit. W tym momencie chciał mu pomóc Benek, który powiedział – to będzie udział własny i niższe odszkodowanie. Raczej nie przemyślał tego co powiedział. Nie była to pomoc, lecz oliwa dolana do ognia. Dyrektor rozwrzeszczał się na dobre: – Panowie, wasza mać, to będzie kilkanaście, a może i kilkadziesiąt tysięcy w plecy. Chyba, że się na tę kasę poskładacie, bo ja nie zamierzam się narażać i protokołu zniszczenia nie podpiszę. A pan miałeś pilnować – dyrektor spojrzał na niego z wyrzutem. Wywołany zapytał - To, co mamy zrobić panie dyrektorze? Dyrektor syknął: - Wróćcie tam, gdzie trzeba na policję, a bez protokołu z wypadku mi się nie pokazujcie. Pojechali, ale nic nie załatwili. Komendant posterunku stwierdził, że na jego terenie żadnego wypadku nie było, więc nie podpisze protokołu. Nie zamierzał paskudzić sobie statystyk. Natomiast sugerowanie, że bez jego wiedzy pętają się po drogach bezpańskie psy jest z ich strony dużym nadużyciem. Temat parkanu, wygląda na jakiś chuligański wybryk, którym zajmą się odrębnie, gdy sprawę zgłosi proboszcz. Wrócili. Dyrektor nie chciał słuchać. Stwierdził, że to on ma wszystko załatwić
i kropka. Miejscowy komendant policji podpowiedział, żeby firma złożyła doniesienie na kierowcę, że niby celowo uszkodził samochód i sprawa będzie czysta. Dodał: - Może dostanie coś w zawiasach, albo tylko grzywnę.

Zauważył zatrzymującą się przed nim, wezwaną wcześniej lawetę, był zmuszony przerwać rozpamiętywanie przeszłości. Co było to było. Lawetą odstawili uszkodzony samochód do warsztatu, a do domu wrócił autem zastępczym. Dobre rozwiązanie z tymi zastępczymi samochodami - pomyślał. W jego przypadku dojazd do pracy komunikacją publiczną był prawie niemożliwy. Lecz nic za darmo. Po przeczytaniu podsuniętych mu do podpisu warunków dotyczących udostępnienia samochodu zastępczego, pomyślał, że będzie musiał uważać podwójnie. Jakiekolwiek zadrapanie lub nie daj Bóg uszkodzenie tego auta, obwarowane było karami jakby był to złoty Rolls Royc, a nie jedynie stara, wyeksploatowana Panda. Na wszelki wypadek obfotografował auto z każdej strony.

Gdy dotarł do domu, żona już od progu, wypytywała go o szczegóły, a przy tym załamywała ręce. Biadoliła, że mogło mu się coś poważnego stać. Powinien bardziej uważać i pomyśleć o innych, a nie tylko o sobie. Z wyrzutem powiedziała do niego: - A ty wiesz, że gdyby tobie stało się coś złego, to ja sama sobie nie poradzę. Obiecaj mi, że będziesz bardziej uważał. Odpowiedział jakoś tak refleksyjnie: - Nie martw się kochanie, przecież całe życie uważam. Za dwa trzy tygodnie auto będzie sprawne, a nawet odmalują te rysę na drzwiach, którą przypadkowo zrobiłaś na parkingu przed marketem. Pomyślał też, że jest nieźle ubezpieczony, to jakoś tam żona by sobie poradziła. Chyba, że byłaby nierozważna i wpuściła pod dach jakiegoś nieodpowiedniego, jego następcę. Ale nie roztrząsał tej myśli, a tym bardziej nie podzielił się nią z małżonką.
A wracając do tamtej sprawy sprzed lat. Z firmy odszedł, bo niestety działo się w niej coraz gorzej. A co do samochodu, ku zadowoleniu wszystkich, a w największym stopniu kierowcy, sprawa zniszczenia nowego auta służbowego, jakoś rozeszła się po kościach. Ostatecznie dyrektor zatwierdził podpisany przez niego protokół zniszczenia. Dyrektor był starym wygą i dobrze wiedział, że strzeżonego pan Bóg strzeże A nadgorliwość zawsze kończy się źle. Dlatego zapraszanie do firmy prokuratora, nie było rozsądne. Nigdy nie wiadomo, co taki mógłby przy okazji wygrzebać.
Gdyby dzisiaj, wydarzyła się podobna sytuacja, to na miejscu wypadku smartfonem zrobiliby kilka zdjęć, a wtedy mogliby je pokazać tamtemu komendantowi. Facet nie miałby wyjścia, musiałby sporządzić odpowiedni protokół. Ale z tymi smartfonami, a tym bardziej zdjęciami, to trzeba uważać, co i gdzie się publikuje. Lecz bezsprzecznie o wiele bardziej trzeba uważać na to, kto i po co robi nam zdjęcia. Ale to już temat na całkiem inne opowiadanie.

Podpis: 

Jerzy Trzciński 2023
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sen o Ważnym Dniu Pęknięcie - Rozdział 8 Mefisto i Carmen
Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny). Nisa i Ellie znają się od zawsze. Przynajmniej tak się im wydaje. Razem są w stanie stawić czoła wszystkiemu. Gdy któregoś dnia rzeczywistość zaczyna się zmieniać, a do ich życia wkracza ktoś obcy, ich przyjaźń zostaje poddana kolejnej próbie. "Nie moja w tym wina, że jak to bywa w świecie Los z przekory nici gobelin życia plecie."
Sponsorowane: 15
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 10
Auto płaci: 30
Sponsorowane: 10
Auto płaci: 10

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2026 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.