DRUKUJ

 

Jesień.

Publikacja:

 04-12-12

Autor:

 anonymous0987
Delikatny głos piosenkarki, drżąc melodyjnie, płynie spokojnymi dźwiękami ze słuchawek. Lekko osładza i ociepla atmosferę.
Jejku, jak ja nienawidzę jesieni! Jest piąta po południu, a ciemno jak cholera. Skłębione na zakorkowanej ulicy samochody rozchlapują breję utworzoną ze zmieszania wody, błota i umarłych liści. Jak ja nienawidzę jesieni!
Czekam na tramwaj, który chyba nigdy nie nadjedzie. Wiejący, okropnie zimny, wiatr powoduje, że nawet nieżywe brązowo – żółte, poskręcane paskudztwa, które kiedyś były liśćmi, podskakują nerwowo. Tak, jakby przemarzały równie dotkliwie jak ja. No, ale one są martwe, więc ten problem, jak i wszystkie inne, mają chyba z głowy.
Jakby tego wszystkiego było jeszcze mało, zacina lodowaty deszczyk. Mikroskopijne, przeraźliwie zimne, igiełki z nadawanym przez wiatr impetem wbijają się w skórę. Oczywiście, nie ma się gdzie ukryć, bo cały zadaszony, tak zwany przystanek jest wypchany po same brzegi. W dodatku, pakuje się tam ogromniasty babsztyl, na oko z dwieście kilo żywej wagi, małpia twarz z wyrazem zawziętości, jakiej świat nie widział od czasów Inkwizycji. Pcha się do środka, nie zwracając najmniejszej uwagi na innych. Obdarza stłoczonych ludzi przypadkowymi uderzeniami tłustych łokci i otwartego parasola. W końcu to ona jest najważniejsza, a tamci tylko złośliwie stoją pod wiatą.
Po co pod dachem otwarty parasol? Tak się zastanawiam nad tym problemem z braku zajęcia, ale mój przymarznięty umysł wykombinował tylko, że może, aby powkurzać innych. Szczególnie mnie, który stoję tu i bez parasola, i bez dachu nad głową, a nie dysponuję posturą summity, ani wrażliwością szafy pancernej, żeby wepchnąć się w „przystanek”. Parasol też niezbyt by mi pomógł, bo zaraz zmarzłbym w ręce. Oczywiście znów zaskoczyło mnie zimno i nie wziąłem rękawiczek. A jakże! Kto by mógł przewidzieć, że może być tak mokro i zimno w listopadzie?
Cóż, mojej bystrości dorównuje chyba tylko ta, prezentowana przez drogowców. Ich pewnie znów zaskoczy zima w grudniu.
No nic, trudno. Chodzę sobie w kółko, pochlupując wodą w lewym bucie. Pewnie wygląda to teraz niezwykle komicznie, niczym indiańskie tańce wojenne. Ale aktualnie, nie bardzo jest mi do śmiechu. Odmawiam litanię przekleństw i wyzwisk: na tramwaj, który nie przyjeżdża, na przystanek, co jest za mały, na klimat, na tego durnia, co tak wyprofilował chodnik, że aby przejść dalej, trzeba było chociaż jedną nogę skąpać w kałuży. Dodaję jeszcze babsztyla, bo wygląda wrednie i zielony samochód, bo jest zielony. Wkurza mnie wszystko. Słowem, jest fajnie! A jakże!
Nawet ta ładna blondynka, która przeszła chodnikiem. Była na tyle atrakcyjna, że chętnie bym się przytulił. Było by cieplej. A ona najzwyczajniej w świecie, przeszła i nawet nie spojrzała w moją stronę.
Nie, no aż tak bardzo to jeszcze od tego zimna nie zgłupiałem, żeby zaraz moje dziwne pomysły wprowadzać w życie. Mogłoby się to źle dla mnie skończyć. No, ale miłe to nie było z jej strony. Żeby przejść i nie przytulić się do mnie! A przynajmniej spojrzeć!
Ech jesień. Kocham jesień!
Nareszcie przyjechał.

* * *

Mojego jesiennego, tramwajo – czekania ciąg dalszy. Nie powiem, wczoraj to może nie była idylla, ale dzisiaj jest sto razy gorzej. Godzina siódma rano, sama w sobie przerażająca sprawa, a tu w dodatku, obiektywnie rzecz biorąc, z 50 stopni mrozu. Jeszcze ciemniej, jeszcze okropniej. Jedyny plus, o tej porze, kiedy mało kto pałęta się po ulicach, „przystanek” jest pusty, więc można schować się przed deszczem. A jakże! Pewnie, że nadal pada! Było by zbyt pięknie, żeby przestał.
Telepię się znowu z zimna, Oprócz mnie na przystanku jest tylko jedna kobieta. O tej porze działam tak wolno, że zanim odjechała, zdążyłem tylko zauważyć jej długie, ciemnoblond włosy.
Przyjechał!

* * *

Sytuacja niewiele się zmieniła. Pogodowo prawie tak samo. Może trochę mniej pada, bo jednak czasem, na chwilę, przestaje. Udało mi się wreszcie wziąć rękawice. Pełny sukces! Szkoda, że o czapce przypomniałem sobie dopiero na przystanku. Znowu siódma rano i znowu ten przystanek.
A co to?! Wczorajsza, długowłosa blondynka znów tu jest! Stanąłem jak wryty, zatrzymany w miejscu przez jej oczy. Wielkie, subtelne, błękitne. Piękne. Piękne i bardzo smutne.
Telepiemy się razem z zimna. Ona z jednej strony trójściennego tego czegoś, ja z drugiej, z dziwnym mrowieniem w okolicach brzucha. Strach? Chciałbym podejść, zagadać. Ale jak? Co? Tak, strach.
Tramwaj odjechał.
* * *

Po raz kolejny siódma rano. O pogodzie nie wspomnę. Z nie wiadomo jakiej przyczyny, przystanek jest pełny ludzi. Nie spotykane o tej porze. Czy jest? Szukam wzrokiem mojej piękności. Jest! Obok niej kilka centymetrów wolnego miejsca. Przedzieram się tam z determinacją gorylo – babsztyla, jednocześnie ze względu na nią, starając się być jak najbardziej delikatnym.
Stoję na tyle blisko, by słyszeć jej oddech, czuć zapach perfum. Mógłbym dotknąć lśniących włosów, ale nie mogę. Prawie się modlę, żeby tramwaje popsuły się na amen i żaden nie przyjechał.
Niestety, odjechała.

* * *

Znów siódma rano. Nie było mnie na tym przystanku dwa dni. Wiadomo, weekend. Ona jest znowu i wydaje się być jeszcze piękniejsza. Stoimy już tutaj dłuższy czas. W głowie zaczyna kołatać się myśl – co mi tam, podejdę! Nie wiem, co powiem. Zaraz coś wymyślę. Zanim przejdę te dwa metry, coś wpadnie mi do głowy.
A jeśli wyjdę na kompletnego idiotę? Zawahałem się. Jest cudowna. Te piękne, smutne oczy.
Niestety, znów odjechała. Było tak blisko.

* * *

To już tydzień. Czuję się najnieszczęśliwszym z ludzi. Jej nie ma. Przyjeżdżam specjalnie wcześniejszym autobusem, odjeżdżam późniejszym tramwajem. Miliony razy wymyślam, co powiem, kiedy ją spotkam. Ale jej ciągle nie ma. Gdzie jest? Dlaczego wtedy stchórzyłem?
A było tak blisko. Tak blisko!

* * *

Dokładnie trzeci tydzień. Jesień oraz bardziej zaczyna ustępować zimie. Dzisiaj spadł pierwszy śnieg. Może mało, ale i tak jest pięknie. Czuję już w powietrzu święta.
Trzy tygodnie! A jej nadal nie ma...

____________________________________________________
Nie wiem, czy w tym systemie możliwe są komentarze, ale jeśli nie to prosiłbym o takowe na adres anonymous0987@wp.pl
Wszystkie chętnie przeczytam i rozważę, mam nadzieję, że pomogą mi napisać następne "opowiadania" lepiej. Z góry dziękuję.

Data:

 listopad 2004

Podpis:

 yourek

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=11244

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl